Saga rodu z Lipowej 13: Śmierć wilka

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Saga rodu z Lipowej 13: Śmierć wilka
Saga rodu z Lipowej 13: Śmierć wilka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 20,98  16,78 
Saga rodu z Lipowej 13: Śmierć wilka
Saga rodu z Lipowej 13: Śmierć wilka
Audiobook
Czyta Joanna Domańska
12,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W przykatedralnym skryptorium szykowano księgi dla nowych kościołów na Litwie, która świeżo ochrzczona – wykazywała w tej dziedzinie ogromne potrzeby, więc pisarze mieli wiele roboty i pracowali od świtu aż do zmierzchu.

Pani Jadwiga szczególną uwagę przykładała do księgi, mającej zawierać Pismo Święte. Przeznaczyła ją dla nowej katedry w Wilnie, musiała zatem być nie tylko pożyteczna, ale i piękna. Królowa życzy¬ła sobie, żeby w księdze, poza ozdobnikami, znalazło się wiele pouczających obrazów.

Po licznych rozmowach i ustaleniach, katedralisi mogli przystąpić do dzieła, a kierujący nimi Świętosław pobrał z kasy królowej dziesięć grzywien zaliczki na niezbędne materiały, przybory i przyrządy.

Po namyśle mistrz Świętosław wybrał dość drogi pergamin sprowadzony z Włoch, starannie oglądając go ze wszystkich stron i pod światło. Potem obliczył wielkość planowanej księgi i wedle tej miary przyciął płaty pergaminu na arkusze.

Kopista Iwo pracowicie oznaczył kolejne kartki i cieniutkim ołowianym rysikiem wyznaczył na nich linie, poziome i pionowe. Dopiero wtedy mógł zabrać się do pracy kopista Jan. Ten pięknym, ozdobnym pismem zapełniał pergaminowe karty, w dwóch kolumnach, po łacinie i po polsku. W niektórych miejscach tekstu, czasem u góry lub u dołu strony, a czasem z boku, zostawiał wolne miejsca – na inicjały, ozdobniki, tabele i rysunki.

Potem przyszedł czas na mistrza Piotra. Iluminator uzupełniał księgę obrazami, po kolei, karta po karcie. Malował inicjały zaczynające rozdziały lub części dzieła, kreślił ramki, które potem wypełniał rysunkami liści, listków, gałązek. Malował też całe sceny, przedstawiające porządek świata, tego który widział wokoło i tego, który był dla człowieka niewidzialny, bo stanowił mieszkanie samego Boga.

W ciągu trwającej kilka miesięcy pracy mistrz Świętosław musiał się wprost oganiać przed ciekawskimi i podglądaczami, prałatami i kanonikami z katedry, przed dostojnymi panami królestwa, a najbardziej przed kopistami i notariuszami pracującymi dla miasta Krakowa, którzy używali wszelkich wybiegów, żeby choć trochę podejrzeć sposób i metody pracy. Świętosław bacznie strzegł tajemnic skryptorium, nikomu nie mówiąc więcej, niż było to niezbędne, a już zupełnie nikogo nie dopuszczał do iluminatora.

Inni katedralisi pracowali nad przepisywaniem kolejnych ksiąg, a mistrz Piotr swojego zadania pozornie jeszcze nie zaczął. Chodził, mruczał, zastanawiał się, obliczał. Aż wreszcie siadł do pracy, a wtedy nie sposób już go było od niej oderwać.

Przygotowywał farby, rozrabiał je, mieszał i doprawiał, a potem nanosił pędzelkiem, piórem, patyczkami. Lubił kolory wyraziste, czerwień, błękit, zieleń i złoto, do tych ostatnich używając prawdziwego kruszcu, bo księga miała być doskonale piękna.

Stosował przy tym najdziwaczniejsze wykręty, żeby nikomu nie zdradzić treści planowanych malunków i nie chciał ich pokazać nawet królowej. Tak bronił przed czyimkolwiek okiem niewykończonych jeszcze obrazów, że naraził się pani Jadwidze i ostatni tydzień katedralisi musieli obywać się bez przysługującego im piwa.

Kiedy jednak królowa ujrzała dzieło w całej okazałości, aż dech jej zaparło z wrażenia, pochwaliła mistrza Piotra i natychmiast odwoła¬ła zakaz codziennego podawania napoju.

– Zobacz, zobacz! – wołała teraz z podziwem do towarzyszącej jej niewiasty. – Zobacz tylko, jak postarał się mistrz Piotr!

Hedwiga, żona Mikołaja z Lipowej, pochylała głowę zadziwiona, bo i ona nie mogła znaleźć słów zachwytu nad mistrzostwem iluminatora.

Zgodnie z życzeniem monarchini w księdze znalazło się wiele obrazów przedstawiających osoby i całe sceny ze Starego i Nowego Testamentu.

Oto Trzej Królowie oddają pokłon Dzieciątku z Nazaretu. W bogatych szatach, koronach na głowach, a jeden jest czarny jak noc.

Oto Abraham składać będzie ofiarę ze swego syna Izaaka. Widać, jak sznury krępują dziecko, jak błyszczy wzniesiony nóż proroka, a z chmur wychyla się w rozkazującym geście Boża Ręka, która w ostatniej chwili powstrzyma morderczy cios.

Oto gęsta i bujna zieleń Raju, gdzie w idealnej harmonii i pokoju leżą obok siebie grzywiasty lew z groźnie wyszczerzonymi kłami i mały bezbronny baranek.

Oto czerń piekielnej otchłani i czerwień piekielnego ognia, a okropne rogate diabły widłami wpychają grzeszników do kotła, gdzie kipi czarna smoła.

Oto cyprysowa sala w pałacu króla Salomona, zdobiona herbami. Biały orzeł na czerwonej tarczy to herb polskiego królestwa, jeździec zaś w pędzie ze wzniesionym mieczem to herb Litwy. Salomon, rozsądzający właśnie jakiś trudny spór, ma rysy króla Jagiełły, a siedząca obok pani ze złotymi włosami, to królowa Jadwiga.

Oto stołeczny Kraków. Oto królewski Wawel z jego katedrą i zamkiem.

Oto błękit nieba nad zielonym gajem i łąką. Po łące chodzą owce i pasterz w burej opończy. Pasterz ma w ręku kij, a twarz samego mistrza Piotra...

Królowa zagłębiła się w łaciński tekst, wodząc palcem po kolejnych linijkach. Odczytywała je cicho, a czasem pomagała jej w czytaniu Hedwiga, żona Mikołaja.

Nie zauważyły, gdy do skryptorium wszedł król. Stanął obok, z uszanowania nie chcąc przerywać tak zbożnej czynności. Sam czytać nie umiał, ale cenił bardzo tę sztukę i z osobistej szkatuły finansował księgi liturgiczne dla nowych kościołów.

Pani Jadwiga zobaczyła małżonka, oderwała się od czytania, wstała zza pulpitu i lekko skłoniła głowę. Na jej twarzy nadal widniał piękny, rozmarzony uśmiech, jaki wywołała w niej lektura.

– Najjaśniejszy panie?

– Wybaczcie, szlachetna pani, że przerywam czynność tak piękną – powiedział Jagiełło, oddając ukłon.

– Przeglądam właśnie Pismo Święte, jakie dla naszej wileńskiej katedry przygotowano – wyjaśniła. – Zechciejcie zerknąć, miłościwy panie, i sami ocenić, jak wielkich mistrzów macie na swoim dworze.

Król pochylił się nad obrazkami w księdze i z uznaniem pokiwał głową.

– Piękna rzecz – przytaknął. – Naprawdę piękna rzecz. Rozumiem, że księga już skończona. Kiedy zostanie oprawiona? Bo jeśli niedługo, to będzie chyba można posłać ją do Wilna wcześniej, niż planowaliście. Właśnie szykuję poselstwo na Litwę.

Jadwiga zmarszczyła brwi. Król był skryty, małomówny, ale widać było, że trapi go jakaś poważna sprawa.

– Zdarzyło się coś, o czym winniście wiedzieć – rzekł, znacząco patrząc na Hedwigę.

Ta zamierzała się usunąć, ale królowa dała jej gestem znak, żeby została na miejscu.

– Nie mam tajemnic przed Hedwigą – wyjaśniła. – Jest mi bliską przyjaciółką.

Król uśmiechnął się do pani z Lipowej.

– Tedy mi przykro, że muszę zasmucić was obie – powiedział. – Ale zaszło coś ważnego. Przyszedłem prosić o pomoc, najjaśniejsza pani.

Po rozmowie z królem pani Jadwiga była bardzo wzburzona.

– Aż trudno uwierzyć w czyn tak haniebny – mówiła do Hedwigi, kiedy znalazły się w komnatach królowej. – Trudno uwierzyć, żeby to panowie zakonni ośmielili się podnieść rękę na księcia mazowieckiego, jak twierdzi mój małżonek. Przecież dopiero zapewniali o swoim dla mnie szacunku.

Hedwiga nie miała takich wątpliwości.

– Żądza władzy często prowadzi do niegodziwości – zauważyła. – Nie każdy jest taki dobry i sprawiedliwy jak wy, miłościwa pani. A Krzyżacy dobrze wiedzą, że mają w was obrońcę. Trzeba jednak napisać listy, do wielkiego mistrza i do Ojca Świętego. Ktokolwiek porwał księcia, może przelęknie się ich gniewu.

Przygotowała już papier i przybory do pisania.

– Nie trzeba wołać sekretarza, miłościwa pani. Sama napiszę, co każecie.

Pani Jadwiga uśmiechnęła się.

– Zawsze jesteś przy mnie, kiedy nadchodzą złe czasy – westchnꬳa. – Bardzo mi ciebie brakuje, Hedwigo.

– Och, najjaśniejsza pani – zawstydziła się Hedwiga. – Macie przecież wokoło siebie tak wiele znakomitych panien, dam i niewiast, że naprawdę...

– Wiele – zgodziła się monarchini. – Ale ciebie nie mam. Wiesz, często wspominam tamte czasy, gdy obie byłyśmy nieomal dziećmi i gdy wydawało się, że wszystko jest dopiero przed nami...

Potem opanowała się, uśmiechnęła łagodnie, uśmiechem pełnym serdeczności i smutku, tak dobrze znanym Hedwidze.

– Niczego nie żałuję – powiedziała. – Czyż nie obiecałam sobie dawno temu, że niczego nie będę żałować?

Hedwiga, żona Mikołaja, już od kilku tygodni przebywała na Wawelu, a wciąż miała wrażenie, że się dopiero rozstały, że nie upłynęły lata od czasu, kiedy była dworką młodziutkiej królowej. Pani Jadwiga jak kiedyś, gdy przed obiema dopiero otwierało się życie, zwierzała się jej z najtajniejszych myśli i uczuć.

Kiedy się spotkały po okresie niewidzenia, królowa długo trzymała Hedwigę w ramionach. Pani z Lipowej nawet nie zdą¬żyła się ukłonić, gdy monarchini chwyciła ją w objęcia i bardzo długo nie chciała wypuścić. A potem całymi dniami rozmawiały tylko we dwie, bo musiały sobie opowiedzieć szczegółowo tych siedem lat swojego życia.

Teraz Hedwiga pomyślała o młodym, pięknym księciu Wilhelmie, który o włos ledwie nie został mężem pani Jadwigi, i westchnęła cicho.

– Dokonałam wyboru – przypomniała spokojnie królowa. – Dokonałam go i do nikogo nie mam żalu. Nie można mieć żalu o los, jakim obdarzył nas Stwórca. Trzeba przyjmować go takim, jaki jest.

– Zatem napiszmy te listy – przypomniała Hedwiga.

– Napiszmy – uśmiechnęła się królowa. – Jeśli szybko napiszemy, zostanie nam jeszcze dziś nieco czasu, żeby popracować przy owym ornacie, co go obiecałam ojcom z Jasnej Góry. Kiedy zaś będzie gotowy, pojedziemy do Najświętszej Panny prosić o potomstwo dla mnie. Skoro była łaskawa dla ciebie, może i mnie nie odmówi...

SPOWIEDŹ MATKI SABINY

Hedwiga szła ulicami Krakowa i nadziwić się nie mogła, że z tymi ulicami i tymi budynkami związanych jest tak wiele jej wspomnień. Tutaj chodziła po cudowne lekarstwo, które miało sprowadzić na Mikołaja miłość do niej. Tutaj wybiegała na rozkaz królowej Jadwigi, gdy ta umawiała się na spotkanie z austriackim księciem Wilhelmem. Zdawało się jej, że to wszystko, co zdarzyło się już prawie dziesięć lat temu, nie jej dotyczyło, ale spotkało kogoś zupełnie innego i wszystko to, co wie i pamięta, słyszała tylko z opowiadań. Była wtedy ledwie dziewczątkiem, zakochanym nieszczęśliwie w synu pana Jeno i nic nie wskazywało, że on, piękny i wspaniały, kiedykolwiek zwróci na nią uwagę.

 

Była biedną, choć zaufaną dworką królowej. Uważała siebie za brzydką, nieciekawą i niepociągającą dla mężczyzn, choć zdarza¬ło się, że niektórzy nie mogli oderwać od niej oczu. Czy to nie Jan z Tymbarku chodził za nią jak cień? Czy to nie jemu obiecała oddać swoją rękę i omal nie wyszła za niego, w ostatniej, zupełnie ostatniej chwili, uciekając sprzed ołtarza? Mikołaj. Zawsze był Mikołaj, któremu została poślubiona jako dziecko, a którego później oddaliła, przeprowadzając unieważnienie małżeństwa tylko po to, żeby wkrótce stanąć jednak przed ołtarzem i właśnie Mikołajowi ślubować do końca życia.

Teraz szła do klasztoru klarysek, położonego niedaleko wawelskiego wzgórza, gdzie ksienią była jej macocha, Agnieszka.

Agnieszka z Dębowca, dziś matka Sabina, miała zbawienny wpływ na nią i na jej życie. To ona przekonywała Hedwigę, że jest pełną uroku dziewczyną, pomagała zastawić sidła na Mikołaja, który poważnie przemyśliwał o klasztornym życiu.

Macocha, surowa kobieta, obca początkowo, a potem serdeczna dla swojego męża i pasierbicy, która pomogła Hedwidze odnaleźć się w życiu, uwierzyć i doprowadzić do tego, co od dziecka było jej marzeniem i co się wreszcie spełniło. Ta sama, która przed kilkoma laty ocaliła Mikołaja, gdy w zamachu w kościele świętego Floriana w Krakowie omal nie postradał życia, a co Hedwigę unieszczęśliwi¬łoby na zawsze.

Agnieszka z Dębowca, która po długim i bujnym życiu postanowiła opuścić dwór i poszła na stare lata do klasztoru. Tu przyjęła imię Sabiny, ale była taka sama jak i wcześniej, w Lipowej, w Potoku – surowa, oszczędna, dobra gospodyni. Szybko zauważono jej zalety i została ksienią, przeoryszą klasztoru, a jej rad słuchała sama pani Jadwiga na królewskim zamku.

Hedwiga planowała odwiedzić macochę już dawniej i teraz wyrzucała sobie, że podczas trwającego kilka tygodni pobytu w Krakowie nie znalazła czasu, a wybrała się do klasztoru dopiero w ostatni dzień, tuż przed powrotem do Doliny.

Ledwo Hedwiga się pojawiła w rozmównicy, a powiadomiona ksieni nadeszła szybko i przez drewniane kraty rozdzielające pomieszczenie wyciągnęła do pasierbicy obie ręce.

Hedwiga zobaczyła starą, choć czerstwą jeszcze kobietę, która lekko utykała, o twarzy pooranej bruzdami i zmarszczkami. Tylko oczy pani Agnieszki były żywe jak dawniej i patrzyły bacznie.

– Witaj, witaj córko! – przemówiła serdecznie. – Uwierzyć nie mogłam, że to ty. Dawno jesteś w Krakowie?

Hedwiga pocałowała rękę matki Sabiny.

– Już prawie miesiąc – przyznała się ze wstydem, że wcześniej nie zaznała czasu na odwiedziny.

– Miesiąc? – zdziwiła się Agnieszka. – I teraz dopiero przyszłaś? Oj, nieładnie córko, nieładnie.

– Wybaczcie – przepraszała Hedwiga. – Tyle jednak miałam zajęć przy najjaśniejszej pani...

– Czy to pani Jadwiga wezwała cię do swego boku? – dopytywała się Agnieszka i od razu sobie odpowiedziała: – Na pewno. Często cię wspomina i kilka razy mówiła, że wybiera się do Doliny.

– Teraz też to obiecała – uśmiechnęła się Hedwiga. – Namówiłam najjaśniejszą panią, żeby przyjechała na Jasną Górę pomodlić się w intencji potomstwa. Bo królowa martwi się brakiem dzieci, a przecież nie ma lepszego wstawiennictwa jak u Najświętszej Panny. A i święty Paweł Pustelnik to najlepszy w tych sprawach orędownik. Sama wiem coś o tym, bo przecież...

Agnieszka roześmiała się cicho.

– Nadal jesteś naiwna, moje dziecko – powiedziała z lekka karcącym tonem. – Święty Paweł to bardzo dobry patron dla przyszłych matek. Ale w twojej sprawie nic on nie miał do roboty. Wystarczyło, żeście oboje młodzi i chętni...

– Matko! – zawstydziła się Hedwiga.

– Dobrze, dobrze – machnęła ręką pani Agnieszka, wskazując pasierbicy, żeby usiadła. – Ja tam wiem swoje, bo sporo lat żyję już na tym świecie. Przy całym moim szacunku dla króla, nie wydaje mi się, żeby odpowiednio często zaglądał do sypialni królowej.

Zorientowała się widać, że powiedziała nieco za dużo, bo przerwała nagle i poprosiła:

– Nie powtarzaj tego, moje dziecko. Mówimy tu jak matka z córką i nie ma potrzeby, żeby inni o tym wiedzieli. Masz rację, trzeba, żeby pani królowa pojechała z pielgrzymką. Tylko jakieś dary powinna przygotować.

– Miłościwa pani nie żałuje dla kościołów i sanktuariów ani swoich pieniędzy, ani czasu i wysiłku – zapewniła Hedwiga. – Właśnie oglądałam księgi drogocenne, które przygotowano dla wileńskich kościołów. Modlę się, żeby ta jej szczodrość została nagrodzona.

– I tak będzie – zapewniła ksieni. – Na pewno tak będzie. Choć doświadczenie uczy, że wiele trzeba pracy i wysiłku, aby doczekać się wstawiennictwa świętych. Choćby i na Jasnej Górze. Taka moc ludzi tam przychodzi ze swoimi prośbami, że by je zaspokoić, trzeba wiele czasu, bo musi być przecie jakaś kolejność i porządek. Kolejność zaś sam Bóg wyznacza, nie ludzie. Trzeba miłościwej pani czekać cierpliwie, a na pewno spotka ją nagroda. Sama będę jej mówić, żeby jak najszybciej udała się do Przenajświętszej Panny.

– Przyjedzie w przyszłym roku – wyjaśniła Hedwiga. – Razem z dworkami zaczęła tkać przepiękny ornat, przeznaczony dla kościo¬ła, i mówiła, że przyjedzie, gdy robota będzie zakończona.

Długo, bo aż do późnego wieczora, trwała ta rozmowa. Pani Agnieszka wypytywała o wszystko i o wszystkich, o całą rodzinę bliższą i dalszą. O losy i stan majątków, o kościoły, dwory i młyny, niemal o każdą łąkę i lasek.

– Tyle to już lat – westchnęła. – A mam to wszystko przed oczami. Każde drzewo prawie, strumień i wzgórze. Ciekawe, że zupełnie nie pamiętam swojej rodzinnej ziemi, gdzie byłam dzieckiem, a tak dokładnie pamiętam czas, jaki spędziłam w Dolinie...

Zmierzchało już i służebna przyniosła świecę, którą ustawiła w świeczniku za plecami przełożonej.

– To już tyle lat, odkąd siedzę w klasztorze – mówiła ksieni w zadumie. – Nie zamierzam wyjść stąd, więc i nigdy więcej nie wrócę do Doliny, gdzie choć bywało żałośnie, strasznie i smutno, było mi też dobrze i słodko. Nie wrócę tam, nie zobaczę ani dworu, ani pól lipowskich. I niech tak będzie, niech pod powiekami zostanie mi na zawsze ten obraz i wiadomość, że teraz kwitnie tam radość i szczęście, w tobie i w twoich dzieciach, co to są jakby i moimi wnukami.

– Nie mówcie tak – poprosiła Hedwiga. – Nie mówcie tak, jakby¬ście już żegnali się ze wszystkim i ze wszystkimi.

– Jeszcze się nie żegnam – uśmiechnęła się słabo pani Agnieszka. – Jeszcze się nie żegnam, ale nikt z nas przecież nie zna dnia ani godziny i w każdej chwili winien być gotowy na wezwanie. Memento mori. Pamiętaj, że umrzesz. Tedy i ja, mając swoje lata, z wolna się do tego przygotowuję...

Hedwiga chciała protestować, ale ksieni uspokoiła ją gestem ko¬ścistej ręki.

– Posłuchaj, córko. Nie widziałyśmy się kilka lat i nie wiadomo, kiedy znowu się zobaczymy. Może i wcale. Tedy już dziś proszę ciebie, żebyś wszystkie moje winy przebaczyła.

– Ależ matko...

– Żebyś mi wszystko przebaczyła. I wszystkich w Dolinie poprosisz w moim imieniu o przebaczenie. Niemało to narobiłam zła, nieraz byłam gniewna, krzywdy czyniłam i niesprawiedliwości. Tedy ich poprosisz o przebaczenie moich uczynków i powiesz, że wzajemnie wszystkim przebaczam, że do nikogo nie chowam urazy. Bóg rozsądzi sprawiedliwie moje dobre i złe uczynki, tak jak i rozsądzi każdego.

– Poproszę o przebaczenie w waszym imieniu – obiecała Hedwiga.

– Osobliwie zaś chciałabym przeprosić dwóch dawnych moich zagrodników. Listka i Maciecha, bo kiedyś potraktowałam ich niesprawiedliwie.

– Maciech od dawna już w grobie – zauważyła cicho Hedwiga.

Pani Agnieszka przeżegnała się.

– Umarł? Boże bądź mu miłościw. I mnie, że nie zdążyłam. A jego rodzina? Miał zdaje się jakieś dzieci.

– Dwóch synów. Jeden, Tomek, uprawia rolę przy Lipowej, drugi, Mieszek, jest we dworze mojej siostry w Potoku.

– Zrobisz coś dla mnie, córko? Pójdziesz do nich i poprosisz ich o wybaczenie dla mnie, w zastępstwie ich ojca.

– Tak, matko – przyrzekła Hedwiga.

– Wbrew prawu odebrałam ich ojcu łan ziemi nad potokiem Kręty. Wbrew prawu, córko. Tak chciałam wzmocnić majątek swój i mojego męża, że nie patrzyłam, jak innym czynię krzywdę. Oni nawet może i nie wiedzą o tym, ci synowie Maciecha. Tedy pójdziesz do nich i w moim imieniu wyrównasz to. Mam trochę pieniędzy, z moich prywatnych zasobów, i ciebie proszę, żebyś kmieciowi Listkowi i synom Maciecha naprawiła szkody.

Pani Agnieszka sięgnęła pod habit i wydobyła sakiewkę, którą przez kraty podała pasierbicy.

– Jesteś dobrym dzieckiem – powiedziała. – I dziękuję ci, że zgodziłaś się pomóc w tej sprawie. Nie musisz z niej zdawać sprawozdania, bo wiem, że nie uchybisz ani trochę w tym, co obiecałaś.

Hedwiga wzięła pieniądze i ponownie usiadła na miejscu, jako że pani Agnieszka najwyraźniej nie zamierzała jeszcze kończyć rozmowy.

– Czas mi rozliczać się ze wszystkiego – mówiła ksieni. – I tu w klasztorze nie brakuje rozmaitych spraw do uładzenia, bo nikt nie może o sobie powiedzieć, że wszystko ma załatwione do końca, jak należy i niczego nikomu nie jest winny. Wiesz, chciałam cię nawet prosić, żebyś odwiedziła mnie przy jakiej okazji, bo jest jeszcze jedna sprawa, tutejsza, klasztorna, ale związana z Doliną, która nie daje mi spokoju i bez załatwienia której trudno mi będzie spokojnie zamknąć oczy...

Przerwała, przesunęła rękami po twarzy. Hedwiga pomyślała, że macocha rzeczywiście nie czuje się najlepiej, skoro tak dokładny rachunek sumienia ma już przygotowany.

– Ale sama powiedzieliście, matko, że nikt nie zna dnia ani godziny – przypomniała. – Chyba jednak za wcześnie się żegnacie. Przecież na ziemi bardzo jesteście potrzebna. Królowa pani mówi o was bardzo życzliwie i serdecznie, chętnie słucha waszych rad w każdej sprawie...

– I królowa pani będzie musiała pogodzić się z wolą bożą – odparła pani Agnieszka. – A czuję, że to niedługo się stanie. Bardzo nie chciałabym, moja córko, żeby na Sądzie Ostatecznym zadano mi jeszcze dodatkowe pytania. I tak dość będę miała rzeczy do wyja¬śniania. Dlatego cię proszę, żebyś jeszcze w jednej sprawie zechcia¬ła mi pomóc.

– Oczywiście, matko. Niczego wam nie odmówię.

Pani Agnieszka uważnie przyjrzała się pasierbicy.

– Chodzi mi o Ostasza – wyjaśniła.

Hedwiga uniosła brwi w zdumieniu. O Ostasza, złego, zbrodniczego Ostasza, o którym w Dolinie nikt chyba nie powiedział dobrego słowa? O Ostasza, który nosił na twarzy ślady paznokci pani Agnieszki, bo próbował kiedyś ją zniewolić, zaprosiwszy pod jakimś pretekstem do Lipowej? O Ostasza, który zabił Jakubka? Tego Ostasza, który był przyrodnim bratem Aleny, matki Mikołaja, i który z ręki Mikołaja zginął? To i jego chciała prosić pani Agnieszka o przebaczenie?

– O Ostasza? – zapytała Hedwiga, mimo woli wzdrygając się na sam dźwięk jego imienia.

– Dokładniej o jego córkę – wyjaśniła Agnieszka. – Musiałaś ją chyba znać, bo niewiele jest młodsza od ciebie. Otóż miał Ostasz nałożnicę, córkę młynarza Marcisza, Zofkę. Urodziła mu ona córkę imieniem Odina. Nie wiem, czy pamiętasz to dziecko, małe, zastrachane, milczące. Z winy Ostasza Zofka popełniła samobójstwo. Z jego winy zginęli jej bracia. Ale nie o to chodzi teraz. Miała owa Zofka córkę. Jej dziadek, młynarz, sprawiedliwy człowiek, bardzo ją kochał, bo kiedy został sam jeden na świecie, tylko to dziecko stanowiło podporę i radość jego starości. Odina.

Hedwiga nie pamiętała córki Ostasza. Była zbyt młoda, żeby pamiętać jakieś nieślubne dziecko, które nie należało do jej rodziny.

– Ile lat ma teraz Odina? – zapytała.

Pani Agnieszka nie musiała się zastanawiać.

– Dziś jest już dorosła. Ma około piętnastu lat. Śniła mi się ostatnio kilka razy, choć nie widziałam jej od dzieciństwa i nie wiem, jak wygląda. Ale wiem na pewno, że żyje. Widziałam ją we śnie. Widziałam ją w Dolinie, gdzie nie wiodło się jej dobrze, bo krzywdzono ją tak samo jak wówczas, gdy była dzieckiem, gdy nie dbał o nią ojciec, a i matka miała niewielkie staranie. Widziałam ją we śnie i we śnie upominała się ode mnie zadośćuczynienia.

 

– Od was? – zdziwiła się Hedwiga.

– Nie wiem – odpowiedziała ostrożnie pani Agnieszka. – Albo raczej się tylko domyślam. Bóg mi świadkiem, że sama nie zrobiłam jej nigdy nic złego, choć po prawdzie może chodziło jej o nasz klasztor. Bo to od klasztoru doznała niesprawiedliwości.

Hedwiga słuchała w milczeniu.

– Kiedy utopiła się jej matka, Odina została sama na świecie. Ostał jej się tylko dziadek. Młynarz Marcisz, porządny, uczciwy człowiek, z którym dobrze mi się załatwiało rozmaite interesy. Pamiętam, że był dla mnie życzliwy, co niegdyś w Dolinie należało do rzadkości. Tego nie pamiętasz, moje dziecko, ale tak też bywało. Mniejsza teraz o to, tak było i już. Odina miała chyba z pięć lat, gdy została bez matki. Dziadek któregoś dnia przyprowadził ją tutaj, do naszego klasztoru. Przyprowadził i prosił, żeby została tu wychowana, otoczona troską. Liczył, że będzie miała nie tylko dach nad głową, ale opiekę i staranie. Przebywała tu rok czy dwa, potem została wysłana do Płocka, a tam ślad się urwał. Mieszkała w naszym klasztorze jakiś czas, za matki Flory jeszcze, której była służebną. Nic o tym nie wiedziałam i dużo czasu upłynęło, zanim coś z tego zrozumia¬łam. Pokazała mi się we śnie, mówiąc kim jest, a potem ukazała się znowu. Nie wiedziałam, czemu tak się dzieje, zachodziłam w głowę, czemu przychodzi akurat do mnie. Nikt nie umiał mi na to odpowiedzieć. Ale gdy zostałam ksienią, miałam możliwość rozpytać się i dowiedzieć więcej. I z czasem ustaliłam wszystko. A to, co ustali¬łam, przekonało mnie, że nie można tak sobie zostawić tej sprawy. Bo córce Ostasza uczyniono krzywdę w tym klasztorze...

Matka Sabina uśmiechnęła się smutno.

– To, co ci teraz powiem, córko, nie jest przeznaczone dla niczyich innych uszu. Czy obiecasz mi, że nikomu o tym nie powiesz? To dla mnie ważne, bo choć rozliczam się teraz z całym swoim życiem i naprawiam błędy, nie mogę klasztoru, który przygarnął mnie na stare lata, narazić na złe opinie i uwagi.

– Obiecuję, matko – zgodziła się Hedwiga.

– Kiedyś – podjęła pani Agnieszka – gdy byłam grzeszną kobietą i gdy spotykałam Ostasza, nieraz życzyłam mu śmierci i wszystkiego złego. Wtedy w głowie mi nie postało, że któregoś dnia przyjdzie mi zdać sprawę przed jego dzieckiem. Ale takie czasy teraz nadeszły. Otóż, moja córko, klasztor postąpił niewłaściwie wobec tej dziewczynki. Jej dziadek miał młyn, dobry młyn, sama to wiem najlepiej, bo w części był mój i potem wykupiłam go od Marcisza. Więc wiem, ile za niego zapłaciłam. A Marcisz te pieniądze i inne, jakie miał schowane w garnku pod progiem, wydobył któregoś dnia i przyniósł do Krakowa. Dał je wszystkie matce Florze, ona była wówczas ksienią. Dał i prosił, żeby miano staranie o jego wnuczkę, żeby ją uczono i wykierowano na ludzi. Ale matka Flora, choć była dobrą ksienią, nie była najlepszym człowiekiem i sprzeniewierzyła się woli młynarza. Przyszedł tu któregoś dnia i zostawił wnuczkę. Zostawił też pieniądze, wszystkie, jakie miał, a zapewniam cię, że było tego wcale sporo. Matka Flora uznała jednak, że może rozporządzać nimi dowolnie. I tak owa dziewczynka nie była uczona i wychowywana, jak się tego spodziewał jej dziadek. Owszem, chowano ją po chrze¬ścijańsku, ale musiała każdego dnia ciężko pracować jako służebna w klasztorze, nie jako jego wychowanka. Po kilku latach wysłano ją do Płocka, nie dając na drogę nic poza tym, co miała na sobie. Tam zaś znowu była sługą. Sama przyznaj, moje dziecko, że stała się jej krzywda. Długo trwało, zanim się tego wszystkiego dowiedziałam, zanim to wszystko ustaliłam. Potem słyszałam, że i w Płocku niedługo zagrzała miejsca, bo pojechała na Litwę. Książę mazowiecki Henryk miał ją w swoim orszaku, co wiem na pewno. Była przy nim w Wilnie, potem w Łucku. Kiedy niedawno książę umarł otruty, Odina przepadła. Nie wiadomo, gdzie ją rzuciły losy. Pewnie jest na służbie w jakim domu i nie wie nawet, że to matka Flora miała wpływ na jej przyszłość. A nie taki miał być los tej dziewczyny. Miała zostać wychowana na poważną, dojrzałą chrześcijankę, posłuszną i skromną, którą pojąłby za żonę ktoś dostatecznie majętny, żeby zapewnić jej dalsze godziwe życie. Tak się nie stało i dlatego przychodzi ona do mnie we śnie i dlatego domaga się zadośćuczynienia właśnie od mojego klasztoru...

Hedwiga chyba nie w pełni rozumiała, co mówi macocha, ale miała szczery zamiar pomóc jej, bo czuła, że takie wsparcie jest jej potrzebna.

– Czy uwolnisz mnie od tych męczących snów? – zapytała pani Agnieszka.

– Tak – skwapliwie odparła Hedwiga. – Nie wiem tylko, co i jak mogę zrobić. Czy wiecie, gdzie jest ta dziewczyna? Bo jeśli tak, trzeba byłoby odszukać ją...

– Nie wiem, gdzie jest – zaprzeczyła Agnieszka. – Dlatego właśnie zwracam się do ciebie, moja córko. Jeździsz po świecie, znasz i poznajesz wielu rozmaitych ludzi, wielu przyjmujesz u siebie. Masz znajomych i na dworach litewskich, a tam przecież ona była. Może tobie właśnie za pośrednictwem ludzi przy miłościwej pani... może tobie uda się ją odnaleźć. Bo taką właśnie mam do ciebie prośbę, moja córko. Żebyś odnalazła Odinę.

Hedwiga westchnęła. Zadanie wydawało się zupełnie nie do wykonania. Kto miałby szukać owej Odiny, kto miałby pamiętać służącą? Kogo i o co pytać?

Ale macocha trzymała jej rękę w swoich dłoniach, a poza tym Hedwiga już to obiecała.

– Poszukam jej – powiedziała cicho. – Poszukam jej i z bożą pomocą odnajdę. Ale kiedy już ją odnajdę, co mam zrobić?

– To sama ocenisz – postanowiła matka Agnieszka. – Sama rozstrzygniesz. Zaopiekujesz się nią. Jeśli będę jeszcze żyła, poprosisz, żeby mnie odwiedziła. Jeśli nie, na ciebie spadnie ten obowiązek. Zapewnić jej godne życie. Może pomóc wyjść za mąż, może pomóc w wychowaniu dzieci, no, nie wiem. Jesteś mądrą i dobrą dziewczyną. Sama będziesz wiedziała najlepiej, jak powinnaś postąpić. Bóg ci wskaże sposób, moje dziecko.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?