3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Naondel. Kroniki Czerwonego Klasztoru

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Naondel. Kroniki Czerwonego Klasztoru
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Plik jest zabezpieczony znakiem wodnym


Tytuł oryginału:

NAONDEL. KRÖNIKOR FRÅN RÖDA KLOSTRET

Original text copyright © Maria Turtschaninoff 2016

Original edition published by Förlaget 2016

Polish edition published by agreement with

Maria Turtschaninoff and Elina Ahlback Literary Agency, Helsinki, Finland

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Debit, Młody Book

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Debit, Młody Book

Redakcja: Alicja Kaszyńska

Korekta: Teresa Dziemińska

Projekt okładki: studiohelen.co.uk

Wykonanie okładki: Monika Drobnik-Słocińska

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A jeśli ją kopiujesz, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

ISBN 978-83-8057-284-3

Wydawnictwo Debit Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1,

40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

email: mlodybook@soniadraga.com.pl

www.mlodybook.com.pl

www.facebook.com/BookMlody

www.instagram.com/mlodybook

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Kabira

Garai

Orseola

Garai

Kabira

Sulani

Kabira

Clarás

Iona

Clarás

Kabira

Garai

Clarás

Kabira

Clarás

Garai

Clarás

Sulani

Clarás

Kabira

Garai

Kabira

Clarás

Sulani

Clarás

Sulani

Clarás

Daera

Kabira

List Esiko

Daera

Lista imion

Podziękowania

Przypisy

Hannie

mojej przyjaciółce

Niniejsze pisma stanowią ściśle tajne archiwum Czerwonego Klasztoru. Znajdują się w nich opowieści o Naondel i długiej podróży pierwszych sióstr na wyspę Menos. Opowieści o naszej podróży. Wszystko spisałyśmy własnoręcznie. Część zapisków powstała, zanim jeszcze dotarłyśmy na wyspę Menos, reszta – już po założeniu Czerwonego Klasztoru. Spore fragmenty nie mogą wyjść poza mury klasztorne, ponieważ wiedza zawarta w naszych opowieściach jest zbyt niebezpieczna. Nasze kroniki jednak nie mogą pójść w zapomnienie. Klasztor nie może zapomnieć o tym, przez co musiałyśmy przejść, by stworzyć azyl dla siebie i naszych następczyń, miejsce, gdzie kobiety mogą razem pracować i zdobywać wiedzę. Dopóki zabudowania klasztorne stoją, a pisma trwają, pamięć o nas będzie żyła.

Kabira – pierwsza Matka, Clarás – ta, która zainicjowała ucieczkę, Garai – kapłanka, Estegi – służebnica i druga Matka, Orseola – tkaczka snów, dzielna Sulani, Daera – pierwsza Róża oraz Iona, która zginęła.

Kabira

Nie kochałam zbyt wielu osób w moim zdecydowanie za długim życiu. Dwie zdradziłam. Jedną zabiłam. Jedna mnie odrzuciła, a jedna rządziła moją śmiercią. W mojej przeszłości nie ma nic pięknego. Nic dobrego. Mimo to zmuszam się do spojrzenia wstecz i wspominam Ohaddin, mój pałac i wszystko, co się tam wydarzyło.

W Ohaddin nie było żadnego pałacu, nie na samym początku. Znajdował się tam jedynie dom mojego ojca.

Nasza rodzina była majętna, a gospodarstwo gładko przechodziło w ręce kolejnych pokoleń. Składało się z plantacji przypraw, kilku sadów i rozległych pól okahary, pszenicy oraz maku. Sam dom był pięknie położony w dolinie, u stóp wzgórza, które latem w najgorętszej porze dnia dawało cień, zimą zaś schronienie przed ulewami. Ściany domu były bardzo stare i grube, z kamienia i gliny, a z tarasu na dachu rozciągał się rozległy widok na naszą posiadłość i majątki sąsiadów. Widać było zabudowania, plantacje przypraw i rzekę Sakanui biegnącą w kierunku morza. Na wschodzie można było dostrzec dym z kominów w Areko, stolicy Karenokoi, siedzibie suwerennego księcia. Na południowym zachodzie w pogodne dni niczym srebrna fatamorgana na horyzoncie majaczyło morze.

Iskana spotkałam na targu przypraw w roku, w którym skończyłam dziewiętnaście lat. Ponieważ pochodziłyśmy z zamożnej rodziny, mam tu na myśli mnie i moje siostry Agin oraz Lehan, do naszych obowiązków nie należała sprzedaż plonów, czyli kory cynamonowej, bao i etse. Tym zajmowali się nasz zarządca i jego robotnicy, pod bacznym okiem ojca i naszego brata Tihe. Pamiętam karawanę wozów obładowanych workami z korą, zawiniątkami z liści bao i lśniącymi, czerwonymi kopczykami pestek etse. Wyjeżdżała w chwili, kiedy nad Areko wschodziło słońce. Z przodu, na starannie wyczesanych koniach, jechali ojciec i Tihe, a przy każdym wozie, po obu stronach końskich łbów, szło dwóch ludzi, zarówno by podkreślić pozycję ojca, jak i dla ochrony przed rabusiami. Matka, moje siostry i ja jechałyśmy na końcu karawany na wozie z zielonym, jedwabnym baldachimem chroniącym nas przed słońcem. Materiał ze złotym haftem przepuszczał przyjemne światło, a my rozmawiałyśmy, podskakując na wyboistej drodze. To była pierwsza podróż Lehan na targ przypraw. Moją młodszą siostrę przepełniała ciekawość. Miała mnóstwo pytań. W połowie drogi do miasta matka wyjęła ugotowane na parze pierożki z przyrządzoną na słodko wieprzowiną, świeże daktyle i chłodną wodę przyprawioną sokiem z pomarańczy. Kiedy wóz podskoczył gwałtownie, Lehan poplamiła swoją nową żółtą jedwabną koszulę mięsnym sosem, więc Agin ją zbeształa. To ona wyhaftowała kwiaty pomarańczy wokół mankietów i przy szyi. Ale matka nic sobie z tego nie robiła. Wpatrywała się w pola okahary, które właśnie zakwitły, i nie mieszała się w kłótnię dziewcząt. Zwróciła się do mnie.

– Poznałam twojego ojca, gdy zakwitła okahara. Na naszym drugim spotkaniu ofiarował mi naręcze tych białych kwiatów, więc pomyślałam, że jest biedny. Inni młodzi mężczyźni dawali dziewczętom, o których względy się starali, orchidee i drogie materiały lub złotą albo srebrną biżuterię. Powiedział, że przypominam mu jedwabiście miękki płatek kwiatu okahary. Dla młodej dziewczyny było to szokujące wyznanie! – matka zachichotała.

Z uśmiechem wgryzłam się w miąższ soczystego daktyla. Matka już wiele razy opowiadała, jak poznała ojca. To była jedna z naszych ulubionych historii. Poznali się przy strumieniu, do którego matka chodziła po wodę i obok którego ojciec akurat przejeżdżał, wracając z Areko z nowymi narzędziami. Był jedynym synem swojego ojca i jego spadkobiercą. Dopiero na trzecim spotkaniu zdradzili sobie z matką swoje nazwiska.

 

– Skradł moje serce, już gdy zobaczyłam go po raz pierwszy – dodała matka z westchnieniem. – Zdążyłam pogodzić się z myślą, że zwiążę się z mężczyzną bez majątku. Doszłam do wniosku, że mogę wyjść za poetę. A dostałam…

Wszystkie trzy weszłyśmy jej w słowo:

– …zarówno pieniądze, jak i poezję! – Matka uderzyła mnie w kolano wieczkiem pojemnika z naszym prowiantem.

– Nie potraficie okazać szacunku, gęgające dzikie gąski! – oświadczyła, ale z uśmiechem, wciąż zatopiona w swoich wspomnieniach.

Może to właśnie z powodu nastroju, w jaki mnie wprawiła tą opowieścią, dostrzegłam Iskana zaraz po przybyciu do ogrodu księcia. Przy okazji każdego targu przypraw książę oddawał swój niesamowity ogród do dyspozycji żon i córek z prominentnych rodzin. Mężczyźni, ich synowie i pracownicy w pocie czoła ciężko pracowali przy licytacji swoich przypraw na targu niedaleko portu. Handlarze z bliska i z daleka przypływali tutaj statkami i płacili księciu duże pieniądze za drogocenne przyprawy z Karenokoi. Za granicą osiągały one ceny wywołujące zawrót głowy. Im dalej, tym ceny były wyższe. Przyprawy gwarantowały dobrobyt kraju i księcia.

Dotarłszy do Bramy Szeptów, tej, która prowadzi do ogrodu księcia, musieliśmy chwilę poczekać, aż wysiądą pasażerowie innych wozów. Lehan wychyliła się z zaciekawieniem, by poprzyglądać się kobietom, lecz Agin natychmiast wciągnęła ją z powrotem.

– To nie przystoi dziewczynie z dobrego domu!

Lehan schowała się do wozu ze zmarszczką między brwiami, na widok której matka natychmiast powiedziała: „Złość piękności szkodzi”. Powtarzała to od narodzin Lehan, która była z nas trzech najładniejsza. Jej cera zawsze zachowywała świeżość płatków róży, nawet po całym dniu spędzonym na słońcu bez ochrony słomkowego kapelusza z szerokim rondem lub po długim płaczu spowodowanym tym, że matka i ojciec na coś jej nie pozwolili. Lehan miała duże brązowe oczy oraz gęste i czarne jak węgiel włosy, które obramowywały jej twarz w kształcie serca w sposób, w jaki nigdy nie robiły tego moje rzadkie włosy. Agin miała najsurowszy wyraz twarzy z całej naszej trójki, duże dłonie oraz stopy. Ojciec czasami żartował, że jest jego drugim synem. Wiem, że nie miał nic złego na myśli, ale Agin bardzo się tym przejmowała. Była dobrą córką. Troszczyła się zarówno o mnie, chociaż byłam starsza, jak i o Lehan i Tihe. Składała ofiary zmarłym, pomimo że to było moje zadanie jako najstarszej córki w rodzinie. Ja ciągle o tym zapominałam, więc Agin wdrapywała się na kurhan i zapalała kadzidła oraz tytoń, żeby udobruchać duchy wszystkich przodków. Jedyną rzeczą, o którą naprawdę się troszczyłam, było źródło. Pilnowałam, żeby było czyste, zamiatałam wokół niego i wyławiałam podrywką opadłe liście i martwe owady. Moje rodzeństwo nie znało tajemnicy źródła.

Z mojego miejsca na wozie miałam dobry widok, nie musiałam się wychylać tak jak Lehan. Kobiety i dziewczęta ubrane w kosztowne, jedwabne, kolorowe okrycia powoli zsiadały z wozów. Ciążyły im umieszczone na głowach ozdoby ze srebrnych łańcuszków i monet. Kilku młodych wytwornych mężczyzn z dworu, o wypielęgnowanych brodach i w chabrowych koszulach wypuszczonych na luźne, białe spodnie, pomagało damom, a małe dziewczynki, przypuszczalnie córki konkubin księcia, na powitanie wieszały na szyjach przyjezdnych wieńce z kwiatów. Jeden z młodzieńców był o głowę wyższy od pozostałych. Po srebrnych szwach na jego kołnierzu wywnioskowałam, że zajmuje na dworze wysoką pozycję, że ma kontakt z samym księciem. Miał bardzo krótkie włosy i niesamowicie ciemne oczy. Kiedy nasz wóz podjechał pod bramę, to właśnie ów młodzieniec podszedł i podał dłoń mojej matce, aby pomóc jej zsiąść z wozu. Matka pochyliła dostojnie głowę i przyjęła od dziewczynek wieńce z kwiatów, a młodzieniec ukłonił się i ponownie odwrócił w stronę wozu. W moim kierunku. Podałam mu rękę, a on ją ujął. Jego dłoń była sucha, ciepła i taka miękka. Uśmiechnął się do mnie pełnymi czerwonymi ustami.

– Witaj Kabiro ak Malik-cho – powiedział. Okazało się, że jest dobrze poinformowany. Chociaż nietrudno było się też domyślić, że zaraz za matką będzie zsiadać z wozu jej najstarsza córka. A z dziewięciu srebrnych łańcuszków matki dało się wyczytać, że pochodzimy z rodu cho. Ostrożnie zsiadłam z wozu, nie odwzajemniając uśmiechu. To byłoby nie na miejscu. Wciąż trzymał moją dłoń w swojej.

– Iskan ak Honta-che, do usług. Przy sadzawce można się odświeżyć. Pewnie paniom gorąco po tak długiej podróży.

Ukłoniłam się, a on wypuścił moją rękę. Pomógł Agin, nie odzywając się do niej. Kiedy z wozu zsiadała Lehan, zobaczyłam, jak jego wzrok zatrzymuje się na jej włosach, na jej skórze. Na jej oczach.

– Chodź, Lehan – chwyciłam ją za rękę. – Sadzawka jest z tamtej strony.

Nie chciałam być niegrzeczna, więc jeszcze raz ukłoniłam się Iskanowi.

– Che – powiedziałam.

Wciąż się uśmiechał, jakby mnie przejrzał.

Pociągnęłam za sobą Agin i Lehan. Lehan wszystko pożerała wzrokiem: wystrojone kobiety, alejki ogrodu posypane roztłuczonymi muszelkami ślimaków, rabaty z przepięknie pachnącymi kielichami kwiatów, między którymi krążyły motyle wielkości dłoni, oraz tryskające fontanny z krystalicznie czystą wodą. Wiszące nad nami rozłożyste gałęzie parasolowców dawały upragniony cień. Matka prowadziła nas przez ogród, z zadowoleniem kłaniając się innym matronom harika holującym swoje córki, a ja stwierdziłam, że my wszystkie w tych naszych kolorowych jedwabnych okryciach też wyglądamy jak motyle.

Na tyłach parku znajdował się pałac, a przed nim duża sadzawka z macicy perłowej. Lehan wytrzeszczyła oczy i przystanęła.

– Nie wiedziałam, że jest taki ogromny – wyszeptała nabożnie.

Książęcy pałac był największą budowlą w Karenokoi i nikt nie mógł nawet wyobrazić sobie czegoś wspanialszego. Miał dwie kondygnacje i zajmował całą północną część posiadłości. Czerwony marmur z głębi Karenokoi sprawiał, że budynek miał niepowtarzalny kolor. Wrażenie potęgowały czarne dachówki i szeroka brama od strony ogrodu, ze wspaniałym filigranowym sklepieniem wykonanym ze złota. W pałacu mieszkali książę, jego małżonki, konkubiny, wszystkie jego dzieci, a miał ich sto, oraz służba, która również liczyła kilkaset osób. Od strony miasta pałac był niewidoczny i dlatego niewielu ludzi wiedziało, jak naprawdę wygląda.

Podobno pałac wciąż istnieje, tak słyszałam, choć naturalnie nikt już w nim nie mieszka.

Wokół sadzawki ustawiono kilka długich stołów nakrytych złotym adamaszkiem, a na nich półmiski uginające się od orzeźwiających owoców, dzbanki z mrożoną zieloną herbatą, kandyzowane kwiaty i ciastka w miodowej glazurze. Lehan nie mogła oderwać oczu od pałacu i wspaniałego parku. Z wrażenia nie jadła, ale Agin i ja pozwoliłyśmy sobie na degustację. Matka wdała się w rozmowę z kilkoma kobietami, usiadła razem z nimi na ławce pod jakarandą i wysłała dziewczynki po orzeźwiające napoje. Nagle zobaczyłam, że wysoka postać w biało-niebieskim stroju podchodzi do Lehan wpatrującej się w pałac. To był Iskan, młodzieniec, który przywitał nas przed bramą. Pokazywał jej coś palcem, a ona śmiała się zachwycona. Matka zmarszczyła brwi, a ja i Agin westchnęłyśmy jednocześnie.

– Zajmę się tym – powiedziałam.

– Spójrz, Kabiro, to piętro księżnej! – oznajmiła Lehan, kiedy do niej podeszłam. – Iskan mieszka w pałacu. Spotyka księcia prawie codziennie!

Iskan uśmiechnął się do podekscytowanej Lehan. Czy ten mężczyzna nigdy nie przestaje się uśmiechać?

– Pozwolicie, że pokażę wam pałac? Niestety, na piętro mają wstęp tylko książę i jego rodzina, ale na parterze też jest mnóstwo pięknych komnat.

– Proszę, Kabiro, możemy? – Lehan niemal podskoczyła z zachwytu. Położyłam uspokajająco rękę na jej ramieniu i zdaje się, że to jej uświadomiło, jak powinna się zachowywać harika. Opanowała się i wbiła wzrok w ziemię.

– To bardzo miło z pańskiej strony, che. Ale dwie niezamężne młode kobiety… – zawiesiłam głos. Tego już było za wiele! Żebym ja musiała mu przypominać, co wolno, a czego nie.

Szeroko otworzył swoje duże, brązowe oczy i najwidoczniej był przerażony.

– Nigdy bym nie śmiał iść tam z paniami sam! Moja mamka naturalnie pójdzie z nami jako przyzwoitka.

Lehan zerknęła na mnie spod swoich gęstych rzęs. Zacisnęłam usta i spojrzałam na Iskana. Dostrzegłam w jego oczach figlarny błysk. Drwił sobie ze mnie!

– No dobrze. Chodź, Lehan.

Ruszyłam w kierunku schodów prowadzących do złotej bramy. Lehan pisnęła i pobiegła za mną. Zaczekałyśmy chwilę w cieniu rozpiętego nad bramą baldachimu w kolorze czerwieni krwistego ślimaka. Po chwili pojawił się Iskan z jakąś starszą, ubraną na biało kobietą. Szła wsparta na jego ramieniu. Surowo skinęła głową w naszą stronę, ale Iskan jej nie przedstawił. Zamiast tego pchnął jedno skrzydło bramy i zamaszystym gestem zaprosił nas do środka.

– Jakby to był jego pałac – szepnęłam do Lehan, lecz była już pochłonięta wpatrywaniem się w marmurową posadzkę holu i fantastyczne malowidła zdobiące wszystkie ściany.

Mamka sapiąc, usiadła na taborecie w rogu, a Iskan uśmiechnął się do mnie.

– Jak pani widzi, cho, wszystko jest przyzwoite.

Prychnęłam, bo nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Iskan podszedł do Lehan, która przystanęła przed malowidłem przedstawiającym statek na wzburzonym morzu na tle zielonej wyspy.

– To dzieło mistrza Liau ak Tiwe-chi.

Lehan zrobiła wielkie oczy.

– W takim razie ma ponad czterysta lat!

– Książę ma starsze skarby w swojej kolekcji – oznajmił Iskan, a Lehan się zaczerwieniła. Podbiegła do następnego obrazu.

– Twoja siostra interesuje się sztuką. – Iskan podszedł do mnie. Stałam ze skrzyżowanymi ramionami i dłońmi wsuniętymi w rękawy. Matka by się wzdrygnęła, gdyby to widziała. Zobaczyłam, jak stara mamka marszczy brwi.

– Nieprawda. Interesuje się wszystkim, co jest piękne, złote i drogocenne – oświadczyłam, a potem dodałam łagodniej: – Ale nasz ojciec dopilnował, żeby dać wszystkim swoim dzieciom klasyczne wykształcenie.

– Wasz ojciec to Malik ak Sangui-cho, prawda? Wasz majątek znajduje się na północnym zachodzie, w kierunku gór Halim?

Skinęłam głową, by ukryć, że mi zaimponował.

– Chociaż nie tak blisko gór. Oddziela nas od nich kilka posiadłości – mówiąc to, zerknęłam na srebrne szwy na jego kołnierzu. – Jaka jest pana pozycja na dworze?

– Jestem synem naszego czcigodnego wezyra Honty ak Lien-che.

Kiedy to mówił, szłam wzdłuż malowideł na południowej ścianie. Potknęłam się z wrażenia. Syn wezyra! Zganiłam kogoś takiego i jeszcze mu odburkiwałam! Wyjęłam dłonie z rękawów i głęboko się skłoniłam.

– Wasza ekscelencjo. Proszę wybaczyć. Ja…

Zbagatelizował moje słowa.

– Wolę od razu nie zdradzać mojego pochodzenia. Wtedy łatwiej mogę się dowiedzieć, co ludzie naprawdę o mnie myślą.

Szybko podniosłam wzrok i znowu zobaczyłam w jego oczach ten figlarny błysk. Ściągnęłam usta.

– Albo dowiaduje się pan, kto jest tak nieświadomy i nie wie, kim pan jest.

Byłam wściekła, że tak sobie ze mnie zadrwił, lecz jego ta sytuacja najwyraźniej bawiła i przez resztę naszej krótkiej wycieczki po komnatach gościnnych i znajdujących się w nich dziełach sztuki poświęcał mi przynajmniej tyle uwagi co Lehan. Był niewyczerpanym źródłem wiedzy na temat tych wszystkich pięknych obrazów, rzeźb i wytwornych mebli oraz przedmiotów, które mogłyśmy zobaczyć. W odróżnieniu od mojej siostry naprawdę interesowałam się historią sztuki i wbrew swojej woli słuchałam go z zapartym tchem. Iskan był sympatycznym młodzieńcem, poza momentami, kiedy ze mnie drwił. Opowiadał ze swobodą i zaangażowaniem. Irytowało mnie jedynie, że mówił o tym wszystkim, jakby to była jego własność. Ale kiedy z zapamiętaniem rozprawiał o jakimś detalu rzeźby z jadeitu, okraszając swoją opowieść niesamowitą historią o łupie wojennym, całą uwagę kierował na moją osobę. Jakbym była kimś ważnym. Kimś, z kim naprawdę chce się tym podzielić. Trudno mi było oderwać wzrok od jego ciemnych oczu. Kiedy w końcu wyprowadził nas znowu na słońce i otwierał złote skrzydło bramy, jego ręka przez przypadek musnęła moją.

Minęła dłuższa chwila, zanim moje serce się uspokoiło.

Wracaliśmy do domu już po zmroku. Odwoził nas Tihe, ojciec miał zostać jeszcze jeden dzień, by sfinalizować ostatnie kontrakty. Tihe jechał konno z przodu, wiodąc za sobą kilka wozów z ludźmi. Dwóch wynajętych strażników zamykało pochód. Jak byłyśmy rozgadane, jadąc w tamtą stronę, tak teraz milczałyśmy. Lehan zasnęła z głową na kolanach matki, jeszcze zanim zdążyliśmy wyjechać za mury miasta, a Agin i ja siedziałyśmy, nie odzywając się do siebie. Nie wiem, o czym myślała, może o belach jedwabiu podskakujących na jednym z wozów przed nami. Moją głowę wypełniały obrazy, o których się uczyłam, a których nigdy wcześniej nie widziałam na własne oczy, duże sale z pozłacanym sufitem, po których niosło się echo, oraz sala tronowa Najwyższego Spokoju i jej trzystuletnia powaga. W każdym wspomnieniu pojawiała się też para oczu o intensywnym spojrzeniu i olśniewający uśmiech. Oparłam się na poduszkach i zapatrzyłam w ciemność zapadającą nad okolicą.

 

Od tamtego dnia Iskan codziennie był w moich myślach.

Następnego dnia wrócił ojciec, przepełniony historiami zasłyszanymi od kupców, z którymi rozmawiał na targu przypraw, zadowolony z interesów i z sakwami pełnymi monet. Kiedy siedzieliśmy przy stole pod baldachimem po wieczerzy przygotowanej przez matkę, ojciec zlizał tłuszcz z palców, oparł się na poduszkach rozłożonych na ziemi przez służbę i wypił łyk wina ze swojej czarki.

– A jak tam moje dziewczynki? Jak wam minął wczorajszy dzień?

Pozwoliłam Lehan paplać o ogrodzie, pałacu i miłym młodzieńcu, który nas oprowadził. Milczałam. Ojciec wnikliwie przyglądał się Lehan. Kiedy w końcu wyczerpała temat, spojrzał zamyślony na swoją czarkę.

– Przed wyruszeniem do domu spotkałem pewnego młodzieńca. Zapytał mnie, czy może odwiedzić moje córki, bo spędził z nimi miły dzień w pałacu.

Szybko podniosłam wzrok. Ojciec spojrzał mi w oczy.

– Tak właśnie powiedział. Moje córki, czy któraś z was go sobie upodobała?

Lehan oblała się rumieńcem i spuściła wzrok.

– Ojcze, ja…

– To jasne, że chodziło mu o Lehan – oświadczyłam. – Po prostu jest dobrze wychowany.

– Nie wiem, czy tutaj chodzi o dobre wychowanie – odparł ojciec. – Przyjęło się, że mężczyzna daje do zrozumienia, którą z córek adoruje.

– Skupiałam się głównie na pałacu – przyznała Lehan. – Ale chyba był miły.

– Lehan jest bardzo młoda, mężu – dolewając ojcu wina, stwierdziła matka. – Ma dopiero czternaście lat.

– Co mu odpowiedziałeś? – zapytałam takim tonem, jakby było mi wszystko jedno.

– Że go zapraszam. – Wzruszył ramionami, gdy matka posłała mu ostre spojrzenie. – To syn wezyra. Nie mogłem mu odmówić.

– Wydaje mi się – powiedziałam cierpko – że Iskanowi nigdy nikt nie odmówił.

Pochyliłam się do przodu i sięgnęłam po daktyla, by ukryć, że moje policzki się zaczerwieniły. Spostrzegawcza Agin zerknęła na mnie. Unikałam jej wzroku. Zwróciła się do ojca.

– Nie mogę się doczekać, aż wbiję igłę w ten szafranowy jedwab, ojcze. Mówiłeś, że skąd pochodzi?

– Z Herak. Wielu mi go zazdrościło, córko. Musisz to wiedzieć! Ale ja od lat robię interesy z tym samym sprzedawcą. On kupuje większą część naszych zbiorów za bardzo korzystną cenę, a w zamian za to ja kupuję od niego herakański czysty jedwab. To towar cieszący się wielkim powodzeniem i nie eksportuje się go dużo. Sama księżna nie wbije igły w taki wspaniały materiał jak ty, Agin!

Agin się zaśmiała.

– Mówisz tak ojcze, jakby księżna sama szyła! Zabawny jesteś.

Posłałam jej ukradkowy, wdzięczny uśmiech. Teraz wszyscy rozmawiali o materiale, Iskan zszedł na dalszy plan.

* * *

W kolejnych tygodniach wnikliwie obserwowałam dwa serca: moje i Lehan. Moje własne kompletnie mnie zaskakiwało. Poznałam młodego mężczyznę, który mnie irytował, który miał o sobie wysokie mniemanie i który okazywał zainteresowanie mojej siostrze. Dlaczego nie mogłam w takim razie przestać o nim myśleć? Dlaczego śniłam na jawie o jego oczach i uśmiechu, a nocami o jego dłoniach i ustach? Nigdy wcześniej nie byłam zakochana. Owszem, chichotałyśmy z Agin z powodu niektórych chłopaków z sąsiedztwa, ale to było tylko takie wprawianie się. Jak robienie babek z piasku w dzieciństwie, zanim zacznie się piec prawdziwe ciastka z mąki, miodu i cynamonu.

Choćbym nie wiem ile zaprzeczała, musiałam w końcu przyznać, że teraz mam w swoich rękach miód i cynamon.

Najtrudniej było mi rozgryźć Lehan. Nie mówiła o Iskanie, ale przecież ja też nie. Tylko raz wspomniała o naszej wizycie w pałacu, lecz opowiadała wtedy o tronie z jadeitu, a nie o mężczyźnie, który nam go pokazał.

Byłam niemal przekonana, że jej serce wciąż robi babki z piasku, ale to wcale mnie nie uspokajało. Mężczyzna taki jak Iskan dostaje to, czego chce, a moja siostra była najpiękniejszą dziewczyną w całym dystrykcie Renka.

Przyjechał konno zupełnie niespodziewanie, pewnego wieczoru w najgorętszym miesiącu lata. Matka i ojciec powitali go jak starego przyjaciela. Jakby to było przyjęte, że nasz dom odwiedza syn wezyra. Służba uwijała się w pocie czoła, nosząc srebrne tace pełne daktyli, kandyzowanych migdałów, słodkich ciasteczek ryżowych skropionych wodą różaną, mrożonej herbaty i śliwek w occie według przepisu naszej babki.

Uwielbiałam te śliwki, kiedy byłam dzieckiem. Babcia zdążyła nauczyć mnie przed śmiercią, jak się je robi. Prawie dojrzałe śliwki wkłada się do octu i cukru z mnóstwem przypraw. Je się je podczas najgorętszych miesięcy, ponieważ według medycyny tradycyjnej ocet wychładza ciało. Zawsze używałyśmy świeżych przypraw: kory cynamonu prosto z drzewa, pestek etse wciąż soczystych od miąższu. Podczas jedzenia tych śliwek oczy łzawią od mocnego octu, słodycz łaskocze język, a przyprawy pieszczą podniebienie.

Dawno nie miałam w ustach takiej śliwki.

My, córki nie zostałyśmy zawołane do pokoju cieni, w którym ojciec, matka i Tihe podejmowali naszego gościa. Pokój ten znajdował się w północnej części domu, gdzie wzgórze dawało trochę cienia. Było to najchłodniejsze miejsce podczas najgorszych letnich upałów. Lehan, Agin i ja zajmowałyśmy się szyciem i próbowałyśmy nie umrzeć z ciekawości. Nie słyszałyśmy, o czym mówią, ale czasami donośny śmiech ojca niósł się przez wewnętrzny dziedziniec, gdzie siedziałyśmy. Gdy zaczęło zmierzchać, ojciec przywołał swoich muzykantów i niebawem rozbrzmiały delikatne struny cinnan i jasne dźwięki tilan. Uśmiechnęłam się znad mojego haftu. Nie wszyscy harika mogli sobie pozwolić na własnych muzykantów. Nie mieliśmy się czego wstydzić, nawet przed synem wezyra.

Zapadła już aksamitna ciemność, słychać było gruchanie nocnych gołębi i cykanie świerszczy, kiedy wezwał nas Aikon, ulubiony sługa ojca. Odłożyłyśmy ręczne robótki obok kaganków, a ja poprawiłam kołnierzyk Lehan. Gdy wstałyśmy, Agin wygładziła pasmo włosów na mojej skroni.

– Cieszę się, że wybrałaś tunikę w kolorze nieba, Kabiro. Sprawia, że wyglądasz niczym kwiat.

Puściłam przodem Lehan.

– Jakie to ma znaczenie? – bąknęłam pod nosem, ciesząc się, że mrok skrywa moje rumieńce.

Matka, ojciec, Tihe i Iskan siedzieli w pokoju cieni przy długim stole z różanego drewna, otoczeni lampami naftowymi. Okna i drzwi były otwarte, by chłodna wieczorna bryza wpadała do pomieszczenia. Pachniało naftą i jedzeniem, pomimo że ze stołu już sprzątnięto i stało na nim tylko kilka czarek z mrożoną herbatą. My, córki, usiadłyśmy z podwiniętymi nogami na wełnianym dywanie w pełnej szacunku odległości.

– Już poznałeś moje wszystkie córki, dostojny gościu. – Ojciec wskazał nas po kolei palcem. – Kabira, moja najstarsza córka, Agin, moja prawa ręka, i Lehan, moja najmłodsza córka.

Miałam pochyloną głowę, ale zerkałam spod rzęs. Iskan omiótł nas wszystkie spojrzeniem i zatrzymał wzrok na Lehan. Chociaż nie było to dla mnie zaskoczeniem, musiałam kilka razy przełknąć ślinę. Agin siedząca obok mnie westchnęła, bardzo lekko.

– Dziewczęta, jest już za późno, by nasz gość wracał konno do stolicy. Zostanie u nas na noc. Kabiro...

Podniosłam wzrok. Ojciec podrapał się po brodzie.

– Tihe i ja mamy wcześnie rano umówione spotkanie z naszymi północnymi sąsiadami. Aż do naszego powrotu dotrzymaj towarzystwa matce, kiedy będzie oprowadzała Iskana po naszej posiadłości.

– Dobrze, ojcze – odparłam i pokłoniłam się. Iskan mnie obserwował, a na jego twarzy znowu pojawił się ten ironiczny uśmieszek. Uniosłam głowę i spojrzałam mu bezwstydnie prosto w oczy. Nigdy nie dowie się, jak na mnie działa.

Następnego dnia Agin nie chciała odłożyć swojej robótki.

– Tylko ja nic nie będę mieć z tego spotkania – oświadczyła szelmowsko. – Ty i Lehan świetnie zajmiecie się naszym dostojnym gościem.

Nie wpadłam na żadną celną ripostę, więc prychnęłam i pociągnęłam ze sobą Lehan po schodach w dół. Matka i Iskan zajęci spokojną rozmową już czekali na dziedzińcu.

– Szanowne panie. – Iskan ukłonił się elegancko, kiedy podeszłyśmy, a na jego twarzy znowu pojawił się uśmiech. Dzisiaj był ubrany w ciemnoniebieską tunikę i śnieżnobiałe jedwabne spodnie. – Ledwo mogłem dziś spać podekscytowany naszą małą ekspedycją.

Natychmiast oblałam się rumieńcem i mocno przygryzłam wargę. Zajrzał w moje wnętrze? Ja w ogóle nie mogłam spać. Świadomość, że on jest w tym samym budynku co ja, sprawiała, że moje serce zachowywało się wysoce niestosownie.

– Panie – ukłoniłam się i Lehan zrobiła to samo. Obie byłyśmy tego ranka ubrane w zieleń. Ona miała na sobie suknię w odcieniu młodej trawy, a ja w głębszym odcieniu mchu. Czesząc ją rano, bardzo się starałam, tak jak Agin starała się, czesząc mnie.

– To dla mnie zaszczyt móc pokazać panu naszą skromną posiadłość – powiedziała matka i ruszyła przodem. Wyszliśmy przez bramę w niskim murze, który stanowił północną ścianę dziedzińca. Rosa jeszcze nie obeschła, a powietrze było rześkie i pełne zapachów. Iskan szedł obok mnie, a Lehan kilka kroków za nami.

Miło spędziłyśmy poranek. Iskan był uważny i zadawał inteligentne pytania dotyczące majątku i tego, co uprawia ojciec. Chciał wiedzieć, ilu mamy ludzi i ile służby, pytał o naszych przodków i tradycje. Rzadko widywałam matkę taką pełną życia i rozmowną. W obecności ojca najczęściej milczała, jemu pozwalając mówić, a będąc z dziećmi, przeważnie tylko upominała je i udzielała dobrych rad. Teraz okazało się, że wie wszystko na temat upraw i kwiatów. Iskan pochwalił ogród matki i kwiaty doniczkowe, co wprawiło ją w dobry nastrój. A kiedy obiecał jej sadzonki z ogrodu księcia, nie wiedziała, jak wyrazić swoją wdzięczność.

Iskan grzecznie słuchał wszystkiego, co opowiadała matka. Czasami zadawał mi jakieś pytanie i zabawiał mnie krótkimi, śmiesznymi komentarzami. Patrzył głównie na Lehan. A ja zdałam sobie sprawę, że tak samo było w pałacu. Lehan była zaledwie czternastolatką, nie miała zbyt wiele do powiedzenia. Ze mną ciekawiej się rozmawiało, lecz ona była dużo ładniejsza. Bolało mnie serce, ale już zaczęłam się przyzwyczajać do tego bólu. Nie byłam pierwszą dziewczyną, którą to spotyka. Wiedziałam, że to minie i pewnego dnia jakiś mężczyzna odwiedzi naszą posiadłość z mojego powodu. Być może nie sprawi, że poczuję zapach cynamonu i miodu, lecz będę umiała z tym żyć.