Stalowe nieboTekst

Z serii: Wiatr ze Wschodu #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Im bardziej czuł się zagubiony, tym częściej wracał myślami do czasów dzieciństwa. Wspominał dni, gdy zewsząd otoczony był troską, a jego niczym nieograniczona wyobraźnia pozwalała mu przeżywać najwspanialsze przygody. Powracały doń obrazy ze spacerów po Warszawie w towarzystwie ojca, w którego długim cieniu zawsze czuł się tak bezpiecznie.

Gdy teraz leżał na posłaniu już wyczerpany, choć dzień jeszcze nie zdążył się rozpocząć, jego myśli powędrowały ku pewnej wiosennej środzie. Miał wówczas siedem czy osiem lat. Panna Emilia kazała mu włożyć krótkie zielone spodenki na szelkach, bawełniany podkoszulek, podkolanówki i wysokie buty nad kostkę, które zwykł nosić jedynie podczas wakacyjnych wędrówek. Samo zasugerowanie takiego stroju o poranku sprawiło, że za nic nie potrafił się skupić przy myciu ani podczas śniadania. Zasypywał gospodynię pytaniami, a gdy ta raz za razem odpowiadała, że dowie się wszystkiego we właściwym czasie, zaczął sam zgadywać, co chwila wykrzykując nazwy coraz to nowych miejsc. Panna Emilia pozostała jednak nieugięta i pilnowała, by wszystkie czynności zostały wykonane według codziennego rytuału. Pamiętał nawet, że na śniadanie jedli jajecznicę z cebulą oraz grzanki grubo posmarowane masłem i konfiturą truskawkową – jak powiedziała panna Emilia, ostatni słoiczek ze smakami minionych wakacji, zapowiadając, że wkrótce trzeba będzie zrobić nowe.

Teraz, leżąc w pokoju w odległym od Warszawy Łucku, zdawało mu się, że słyszy jej głos tak wyraźnie, jakby ukochana gospodyni, przez lata z oddaniem zastępująca mu matkę, była tuż obok.

– Wytrzymaj jeszcze chwilę – powtarzała tamtego ranka. – Jeszcze momencik, mój chłopcze. Zaraz po śniadaniu wszystkiego się dowiesz.

Tak bardzo pragnął, żeby i w tych dniach ktoś obiecał mu, że to wszystko potrwa jeszcze tylko chwilę, a jeśli wytrzyma, spotka go coś dobrego. Potrzebował wierzyć, że jest jakaś nadzieja. Jednak nie było nikogo, kto mógłby go o tym zapewnić.

Rozdział 2

Wiosna roku 1921 nadeszła o wiele szybciej, niż Anastazja była gotowa przypuszczać. Wydawało jej się, że czas w więzieniu będzie się jej niemiłosiernie dłużył, tymczasem była zbyt zajęta pracą z chorymi i pomaganiem w badaniach doktora Zatorskiego, które wszelako nie przynosiły żadnych konkretnych rezultatów, ale silnie zajmowały jej skłonny do analiz umysł, by zauważyć upływ czasu. Wieczorami zaś pisała. Na początku roku przestała czuć potrzebę wylewania z siebie wszystkich myśli. Zamiast tego napisała bajkę. Pierwszą, potem drugą, aż wreszcie niemal co wieczór wymyślała nowe historyjki – jak wówczas, gdy pracowała na wymyślonej przez siostrę Lament posadzie opowiadaczki bajek. Kilka razy zaniosła swoje rękopisy do skrzydła, w którym mieścił się więzienny żłobek. Niektórym z osadzonych w Fordonie, matkom maleńkich dzieci lub tym, które otrzymały wyroki, będąc w ciąży i urodziły już za więziennymi bramami, pozwolono odbywać karę wraz z potomstwem. Jedna z kobiet, była aktorka, która w obronie własnej zadźgała swojego męża, czytała je później dzieciom i ich mamom, wśród których piękne, pełne tajemniczych obrazów bajki wzbudzały niemały entuzjazm.

Wreszcie dni się wydłużyły, a szarugę coraz częściej zastępowała jasność bladego jeszcze słońca. Śnieg stopniał zupełnie, a na krzewach i drzewach zaczęły pojawiać się pierwsze pąki.

– Wczoraj zawarto pokój w Rydze – oświadczył Zatorski, jak zwykle nie tracąc czasu na powitania.

– Nareszcie – odparła Anastazja, zakładając czepek i podpinając go szpilkami. – Pięć miesięcy to dość długo jak na rokowania pokojowe, nawet jeśli dogadać się usiłują Polacy i Rosjanie.

– I Ukraińcy – dodał.

– Którzy zapewne tradycyjnie nic nie uzyskali – bąknęła z niechęcią.

– Polska uznała granicę na linii Dzisna–Dokszyce–Słucz–Ostróg–Zbrucz – przeczytał Zatorski z gazety leżącej przed nim na biurku.

– A więc jednak – westchnęła ciężko, biorąc poranny dziennik i szybko przebiegając wzrokiem tekst artykułu. – Słowem, Polacy wykorzystali i porzucili swoich ukraińskich sojuszników. Biedny Petlura...

– Biedny nie biedny, grunt, że wojna skończona – skwitował Zatorski.

– Mój wyrok też.

Zatorski szarpnął głowę i popatrzył na nią.

– Już?

Anastazja się uśmiechnęła.

– Siedem miesięcy to i tak długo dla kogoś, kto nie zrobił nic złego – powiedziała. – Jutro wychodzę.

– A nasze badania? – W głosie Zatorskiego czuć było prawdziwe zatroskanie.

– Doktorze, zgromadziliśmy dość materiału – powiedziała Anastazja, przybierając uspokajający ton. – Teraz wszystko w pańskich rękach. Proszę dokonać przełomu w psychiatrii sądowej i raz na zawsze wytłumaczyć tym wszystkim niedoukom, że skłonności do popełniania zbrodni nijak nie są uwarunkowane kwestiami płci.

Zatorski rozchmurzył się i bezwiednie pogładził dłonią dużą, brązową teczkę z ankietami, stale leżącą na jego biurku.

– A może chciałaby pani zostać? – zapytał. Ten pomysł musiał całkiem nagle przyjść mu do głowy, bo zaczął gorączkowo zapewniać Anastazję, że mogliby nadal prowadzić razem badania, a on z pewnością zdołałby załatwić dla niej mieszkanie w budynku dla personelu więziennego.

Dziewczyna wysłuchała jego tyrady, lecz gdy skończył, pokręciła głową.

– Szkoda, doprawdy wielka szkoda – westchnął Zatorski. – Tak dobrze nam było razem.

Anastazja wiedziała jednak, że chodzi mu wyłącznie o jego badania. Zatorski należał do gatunku ludzi zupełnie niedbających o bliskość innych. Przez ostatnie tygodnie zdążyła się zorientować, że nie miał bliskiej rodziny ani przyjaciół i wcale mu ich nie brakowało. Gdyby kuzyni, powołując się na pamięć wspólnych przodków i wszystkie inne świętości, kategorycznie nie żądali jego udziału w comiesięcznych rozgrywkach brydżowych, w ogóle nie wyściubiałby nosa z zakładu. Dla Zatorskiego liczyła się tylko idea, której w danej chwili się poświęcał, nic więcej. Być może właśnie to sprawiało, że pozostałe więźniarki się go bały. Było w tym bowiem coś nienaturalnego, co czyniło go nieprzystępnym i niezrozumiałym dla innych.

– To dokąd się pani teraz wybiera? – spytał.

Było tylko jedno miejsce, do którego mogła się udać.

– Do Petersburga – odpowiedziała bez chwili wahania.

W pewnym sensie było to jej miasto. Owszem, nie urodziła się tu, pierwsze lata życia spędziła na Ukrainie, a resztę dzieciństwa w majątku niegdyś należącym do jej ojca, w domu macochy, Wiery Aleksiejewny Bogdanow, nieopodal Suszar. Z Ukrainy nie miała jednak żadnych wspomnień związanych z miejscami. Pamiętała tylko matkę i jej wspaniałe opowieści. Dalszej części swego dzieciństwa nie chciała wspominać. W wielkim, obcym, majestatycznym Petersburgu znalazła się, mając zaledwie czternaście lat. Miasto było wówczas stolicą Imperium Rosyjskiego, baśniową krainą, przerażającą wielkością, panującym tu gwarem i tłokiem. Miasto Piotra Wielkiego mogło ją pochłonąć, zniszczyć, pozbawić wszystkiego, nawet życia. Tymczasem otoczyło ją swymi ramionami. Anastazja ze wzruszeniem wspomniała kwiaciarkę, która zaprowadziła ją do polskich zakonnic. Nie znały się. Kobieta zobaczyła jedynie zagubioną dziewczynkę i z niewiadomych przyczyn, kierując się odruchem serca, postanowiła jej pomóc. Gdyby nie śmierć Olega podczas demonstracji w lipcu 1917 roku – bezsensowna, nieodżałowana śmierć, za którą dziewczyna wciąż czuła się częściowo odpowiedzialna – mogłaby z czystym sumieniem stwierdzić, że w Petersburgu nigdy nie spotkało jej nic złego. Niewątpliwie jednak to miasto przynosiło jej szczęście. To tu poznała Kazimierza, smak namiętności i przyjaźni, dowiedziała się też, co znaczy kochać całym sercem.

Kaza nie odpisał na jej list. Owszem, istniała możliwość, że go nie dostał, ale takie przypadki należały do rzadkości, jako że poczta Rzeczypospolitej szczyciła się opinią niezawodnej. Najpewniej jednak przeczytał list i nie dał wiary jej słowom, wiedziony zranioną dumą bądź zmamiony kłamstwami Borysa. Jakkolwiek by było, dokonał wyboru. Zdecydował za nich oboje. Dzięki pracy, którą wypełnione były jej dni, a nierzadko i noce, Anastazja zdołała oswoić się z tą myślą na tyle, by nie odbierała jej ona oddechu. Chciała żyć, choć nie miała pojęcia, jak bez Kazimierza miałby wyglądać jej dalszy los. Musiała czymś się zająć, tak by nie pozostało w jej życiu miejsca na tęsknotę za Kazimierzem. Wiedziała, że jeśli dopuści do siebie te uczucia, poświęci im choć jedną dłuższą myśl, rozsypie się na kawałeczki.

Jeśli gdziekolwiek kiedykolwiek miała zacząć wszystko od nowa, raz jeszcze spróbować odnaleźć szczęście, nie mogło się to wydarzyć nigdzie indziej jak w mieście białych nocy.

Rozdział 3

Kilka dni później Anastazja zdążała w stronę niedawnej stolicy Rosji, siedząc w kucki pod ścianą wagonu, wciśnięta pomiędzy obcych ludzi. Po prawej stronie miała otyłą, wiejską babkę, obejmującą ramionami wypchane do niemożliwości tobołki, która nie kryła się z tym, że jedzie do miasta na handel.

– Bieda tak po zimie straszna – tłumaczyła. – A jak ludzie nie mają co jeść, to i zarobić dobrze można, jak kto ma co sprzedać.

To rzekłszy, mocniej przytuliła do piersi trzymany na kolanach koszyk, z którego raz po raz dobiegało kwakanie. Szmata jednego z zawiniątek pobrudzona była krwią. Anastazji zdawało się, że ta plama wciąż się powiększa, więc na wszelki wypadek starała się nie patrzeć w tamtą stronę. Po lewej jej ręce siedział złowrogo milczący, śmierdzący potem, alkoholem i podłej jakości tytoniem mężczyzna w nieokreślonym wieku, o czerstwej, poznaczonej bruzdami, zmęczonej twarzy człowieka, który wciąż jeszcze żyje wyłącznie z przyzwyczajenia.

Musiała przysnąć na dłuższy czas, bo gdy się ocknęła, przekupka przechylała się przez nią i przeraźliwym dyszkantem informowała osoby siedzące w głębi wagonu, że dojeżdżają już do stacji.

 

– Jakiej? – spytała Anastazja ochrypłym, rozespanym głosem.

– Jesteśmy już w Piotrogrodzie – ryknęła tamta, jakby siedziały na dwóch końcach pociągu, a nie stykały się ramionami, po czym jęła przepychać się ku wyjściu ze swoimi bagażami.

Kiedy przekupka wysiadła, Anastazja wyprostowała ścierpnięte nogi. Bała się, że gdyby teraz spróbowała wstać, niechybnie by się przewróciła. Parę razy poruszyła stopami na boki, zgięła i rozprostowała nogi w kolanach. Czuła, jak powoli wraca jej krążenie. Nim wstała, rozmasowała jeszcze zesztywniały kark. Wysiadający z wagonu ludzie zerkali na nią podejrzliwie, ale ona była zbyt zmęczona, by się tym przejmować. Poza tym kilka pierwszych tygodni w Fordonie, które spędziła we wspólnej celi z kilkunastoma innymi kobietami, nauczyło ją nie zważać na cudze spojrzenia i nic sobie nie robić z zainteresowania innych jej osobą.

Niesiona wartkim strumieniem ludzi, wyszła z dworca. Przystanęła i odruchowo spojrzała w górę, tak jak robiła to na początku każdego spaceru przez kolejne dni pobytu w więzieniu. Niebo nad Petersburgiem miało barwę stali. Nabrzmiałe chmury zdawały się gęstnieć i nabierać ciężaru, zstępować coraz niżej na miasto.

Wkrótce zacznie padać – pomyślała obojętnie, rozglądając się na boki.

Bywała w tej okolicy tak wiele razy, lecz teraz, gdy usiłowała odnaleźć jakieś znajome elementy, nie mogła tego zrobić. Petersburg, znany obecnie pod nazwą Piotrogrodu, zmienił się nie do poznania.

W polskim więzieniu komentowanie sytuacji politycznej zaliczano do najciekawszych rozrywek. Większość opinii miała wprawdzie charakter mocno emocjonalny i wyrażana była w krótkich, nierzadko wulgarnych słowach, ale ponieważ dyskusje ożywiały, a co za tym idzie przyspieszały nieco wlokący się niemiłosiernie czas, wszyscy chętnie w nich uczestniczyli. Strażniczki przynosiły gazety, czytały je, a potem odsprzedawały pracującym więźniarkom za papierosy, słodycze czy inne dobra, które jakimś cudem przedostawały się do Fordonu mimo zamkniętych bram. Potem któraś z kobiet umiejących czytać siadała przy drzwiach celi i głośno, powoli i wyraźnie przybliżała poszczególne artykuły, tak by słyszały je nie tylko więźniarki w jej celi, lecz i te w sąsiednich. Dalej wieści przekazywano sobie na spacerniaku, w pralni, w warsztacie koronkarskim, podczas posiłków, sprzątania czy wykonywania innych prac na terenie zakładu. Do izby chorych mocno pognieciona gazeta zwykle docierała na samym końcu, nierzadko rozczłonkowana, bo któraś z więźniarek postanowiła zatrzymać jakiś fragment dla siebie, inna wyrywała zdjęcie przystojnego mężczyzny, jeszcze inna akurat potrzebowała bibuły do skręcenia papierosa. Anastazja po wielokroć musiała domyślać się którejś części artykułu, ale dzięki wyobraźni udawało jej się tak dopowiadać brakujące fragmenty historii, by chore, którym czytała na głos, nawet nie zauważyły tego faktu.

Anastazja miała więc świadomość, że komunizm wojenny, centralizacja produkcji i towarzysząca jej reglamentacja żywności niszczyły Rosję. Ustanowiony przez partię monopol zbożowy, zmuszający chłopów do oddawania całości zbiorów, z możliwością zostawienia jedynie minimalnej ilości do wykarmienia własnych rodzin i zwierząt domowych oraz odłożenia ziarna na zasiew, zapewniał przetrwanie wsi, lecz hamował jej rozwój. Jedzenia nieustannie było wszędzie zbyt mało. W prasie polskiej coraz częściej pojawiały się sugestie, że najpotężniejszą bronią w walce z komunizmem może okazać się właśnie żywność. Dla wszystkich stawało się jasne, że prowadzona przez bolszewików polityka powoli przybliża Rosję do klęski głodu.

Anastazja, jeszcze tak niedawno wierząca w wizję świata roztaczaną w płomiennych przemówieniach przez Trockiego, z każdym kolejnym artykułem zaczynała coraz mocniej wątpić. Kiedyś uważała, że ramiona rewolucji powinny objąć cały świat, lecz teraz nie miała już co do tego pewności. Czuła się coraz mocniej oszukana, gdy czytała o tym, jaką fikcją okazywały się hasła, które niegdyś sama wykrzykiwała i malowała na materiałowych transparentach. Cała władza miała przecież znaleźć się w rękach ludu pracującego, chłopów i robotników, którzy mieli rządzić krajem demokratycznie, kierując się wrodzonym, pierwotnym poczuciem sprawiedliwości, nieskażonym burżuazyjną propagandą i zachodnimi naukami. Jednak rzeczywistość przedstawiana w prasie jawiła się zgoła odmiennie. Sądy ludowe zastąpiła wszechwładna Czeka. Fabryki przeszły wprawdzie w ręce innych właścicieli, lecz los proletariuszy nie uległ poprawie. Komitety robotnicze w zakładach zastąpiono żelazną dyscypliną i wyżyłowanymi do granic możliwości wymogami według zasady, że kto nie pracuje, ten nie je.

W następnych tygodniach nagłówki gazet świadczyły coraz wyraźniej o upadku idei Trockiego i końcu snu o permanentnej rewolucji, która rozleje się na cały świat. Węgierska Republika Rad upadła nadspodziewanie szybko, a choć wydawało się to niemożliwe, rząd komunistów na Słowacji załamał się jeszcze prędzej. Socjaldemokratyczna Partia Niemiec krwawo i bezwzględnie rozprawiła się z rewolucyjną lewicą komunistyczną Republiki Weimarskiej. Od początku 1921 roku w samej Rosji wybuchały powstania chłopskie, z których to na antonowszczyźnie odbiło się szerokim echem w świecie zachodnim, jako niezbity dowód końca rewolucyjnych mrzonek. Wreszcie gdy w marcu 1921 roku, na chwilę przed zakończeniem wyroku Anastazji, zbuntowali się marynarze z Kronsztadu, najwierniejsi, najlojalniejsi i najbardziej oddani partii żołnierze, wszyscy byli niemal pewni, że jest to kres rządów Lenina i jego sitwy, pod pozorami walki z niesprawiedliwością społeczną rozkradających i prowadzących do upadku dawne imperium.

Marynarze kronsztadzcy wyszli na ulicę pod hasłem „Cała władza w ręce rad”, wyrażając w ten sposób swój sprzeciw wobec rosnącej wszechwładzy komisarzy partii komunistycznej. Prasa natychmiast okrzyknęła to wystąpienie trzecią rewolucją. Wszędzie przedrukowywano fragmenty manifestu marynarzy kronsztadzkich, w którym zarzucali komunistom, że nie są oni, wbrew obietnicom, obrońcami robotników i że partia „dorwawszy się do władzy, boi się tylko o jedno, by jej nie utracić”.

Anastazja czytała to wszystko z rosnącym niepokojem zmieszanym z pewną dozą niesmaku. W skrytości ducha miała nadzieję, że jest to tylko wykwit polskiej propagandy i że artykuły nie oddają prawdy o tym, co dzieje się w Rosji pod władzą bolszewików. Potrzebowała punktu zaczepienia; bała się utracić jedyną wiarę, która jej pozostała – wiarę w Trockiego i sprawę.

W co drugim artykule wspominano też nie tak dawną bitwę warszawską, niemal każde ze zdarzeń w rządzonym przez Lenina kraju rad interpretując przez pryzmat zwycięskiego zatrzymania pochodu bolszewików na Europę. Te wzmianki wprawiały Anastazję w dziwny nastrój. Polacy wygrali w tym starciu wszystko, podczas gdy ona przez to samo wydarzenie wszystko straciła. Ten dysonans powodował, że momentami z lekka nie dowierzała zawartym w gazetach treściom, posądzając ich autorów o przejaskrawianie, jednak teraz na własne oczy przekonała się, że polska prasa mówiła prawdę.

Stała na ulicy miasta, które przecież tak dobrze znała, i nie wiedziała, w którą stronę ruszyć. Petersburżanie kulili się, a ich twarze, ściągnięte z zimna, niewyrażające żadnych emocji, zdawały się jednakowe.

Bezbarwni ludzie – przemknęło jej przez myśl i zaraz starym zwyczajem zaczęła zabawiać samą siebie wymyślaniem historyjki o człowieku bez twarzy.

Naraz na pobliski przystanek podjechał jaskrawo pomalowany tramwaj ozdobiony olbrzymimi girlandami z zielonych gałązek. Z wielkiego megafonu wygrywano Międzynarodówkę.

W oknach agittramwaju powieszono podobizny przywódców partii bolszewickiej, a na korpusie wagonu wypisano hasła rewolucyjne. Na stopniach stał szeroko uśmiechnięty młody człowiek, który jeszcze w trakcie jazdy jedną ręką trzymał się poręczy, drugą rzucał w tłum ulotki.

– Niech żyje towarzysz Lenin! – wykrzykiwał przy każdym machnięciu, jakby nie był człowiekiem, ale nakręcaną zabawką. – Niech żyje towarzysz Trocki!

Bibuły falowały na wietrze, nim ktoś je pochwycił. Wokół takiego szczęśliwca natychmiast pojawiały się kolejne zaciekawione osoby. Ponad połowa robotników wciąż była niepiśmienna, dlatego na ulotkach najczęściej umieszczony był karykaturalny obrazek z prostym podpisem.

Gdy pierwsze zdumienie minęło, Anastazja przypomniała sobie nagle, że widziała już coś podobnego w czasie podróży. Na jednej ze stacji minął ich pociąg pomalowany w bolszewickie symbole. Do lokomotywy przyczepione były chorągiewki, które łopotały na wietrze, a wzdłuż wagonów rozwieszono olbrzymie płachty z hasłami propagandowymi.

– Jaka szkoda, że pojechał – westchnęła z żalem przekupka, sadowiąc się obok niej z kubkiem wrzątku przyniesionego ze stacji. – A mogliśmy tak miło spędzić czas postoju.

Anastazja spojrzała na nią pytająco, więc kobieta z wyraźną przyjemnością pospieszyła z wyjaśnieniami:

– Wożą tymi pociągami różne ważne osobistości, które przemawiają do ludzi – mówiła. – I rozdają ulotki i takie ładne broszurki, czasem podkolorowane, wstążki, chorągiewki, różności. A co ważniejsze, w wagonach można oglądać filmy.

– Jak w kinie? – upewniła się Anastazja, przekonana, że nie usłyszała wyraźnie słów kobiety, ta jednak pokiwała entuzjastycznie głową.

– Tak, tak, filmy, przynajmniej tak to nazywali. Pierwszy raz coś takiego widziałam. Stoi człowiek, patrzy, a tam obrazy się przesuwają. Jak włączą w ciemnościach film, to już nawet ścisk nie przeszkadza. Człowiek patrzy i oczom nie wierzy, na ekranie ludzie ruszają się jak żywi. – W głosie kobiety dało się wyczuć ekscytację. – O rewolucji październikowej było, jak zdobyto Pałac Zimowy. Ach, jaka szkoda, że pojechali.

Anastazja teraz wspomniała jej słowa, patrząc, jak tłum gęstnieje wokół tramwaju. Ludzie, jakby zbudzeni nagle ze snu, zaczęli wiwatować i wznosić okrzyki, którymi zagłuszali się nawzajem. Młody człowiek uciszył ich wszystkich, podnosząc ręce. Spuścił teatralnie głowę, a gdy się wyprostował, w jego oczach lśniły łzy. Przez tłum przeszła fala westchnień.

– To łzy szczęścia – zaczął młodzieniec. Głos miał jasny i czysty, nade wszystko zaś donośny. – Jestem szczęśliwy, że możemy być tu razem, stać obok siebie, ramię przy ramieniu, na wolnej od tyranii ziemi. Niech żyje towarzysz Lenin!

Ciżba zawtórowała mu z nieskrywanym entuzjazmem. Młodzieniec mówił dalej o nadziei, wolności, o wyrównaniu krzywd, o nowym, pięknym, sprawiedliwym świecie. Gdy wspomniał o głodzie zimowych miesięcy, znów spuścił głowę, lecz zaraz szarpnął ją, a jego policzki aż poczerwieniały z gniewu, gdy obwiniał kapitalistów, burżujów i kułaków o cały trud, którego musieli zaznać ludzie pracy. Anastazja przyłapała się na tym, że słucha jak urzeczona, choć przecież wiedziała, że prawda była nieco odmienna od prezentowanej przez mającego dar wymowy pięknego chłopaka, uosobienie niewinności i prawości wspomnianego nowego porządku. Cofnęła się i przystanęła nieco z boku, by lepiej przyjrzeć się ludziom. Uderzyło ją to, jak bardzo przeżywali każde słowo. Od dawna to podejrzewała, lecz teraz nabrała niezbitej pewności, że emocje i umiejętne ich wykorzystywanie są potężną bronią. Ktoś pchnął ją, mocno uderzając w ramię.

– Co tak stoi! – krzyknął nieznajomy zamiast przeprosin.

Boleśnie wyrwana z zamyślenia ruszyła przed siebie, rozcierając ramię. Miała plan, dość odważny, ale nic lepszego nie przyszło jej do głowy, i musiała zacząć go realizować.

*

Już gdy wyjeżdżała stąd z Kazimierzem, niedługo po rewolucji, w mieście widać było znaczne zmiany, teraz jednak w całej pełni dostrzegła obraz nędzy i spustoszeń, jakich dokonano tu w ciągu ostatnich kilku lat.

Miasto, niegdyś tak beztroskie, lekkomyślne, dziecięco wesołe, teraz wyglądało jak bezrolna staruszka, której mąż i synowie dawno już umarli. Wszystko wokół zionęło pustką, samotnością i przygnębiającą beznadzieją. Anastazja miała wrażenie, że w więzieniu czuła się swobodniej niż tu. Wybite szyby pozaklejano papierami. Wiele budynków zamiast drzwi, które zapewne ktoś porąbał na opał, miało w wejściach zawieszone płachty brudnego i wyświechtanego materiału. Na ścianach niektórych z nich widniały napisy obrażające rodzinę carską lub namalowane niewprawną ręką proste, ordynarne w treści rysunki. Wiele domów nosiło ślady po kulach. Wiatr toczył ulicami papiery, których nikt nie sprzątał. Pod murami piętrzyły się stosy różnego rodzaju śmieci, wśród których buszowały biesprizornyje. To nie były zwyczajne dzieci z marginesu społecznego, ulicznicy, drobne złodziejaszki, miejskie łobuziaki, których i za cara pełno było w Petersburgu.

 

Patrząc na skołtunione, brudne, wychudłe dzieci o nienawistnych oczach, pozbawionych zębów ustach i twarzach bardziej przypominających dzikie zwierzęta niż istoty ludzkie, zawstydziła się czasów, gdy wszem wobec głosiła zachwyt nad poglądami Jewgienija Prieobrażenskiego, komunistycznej wyroczni, doradcy Lenina w sprawach edukacji. Jego plan zakładał wyjęcie dzieci spod opieki rodziców, najlepiej od chwili narodzin, i oddanie ich na wychowanie państwu. Uwolniony od obowiązku rodzic mógłby lepiej wypełniać swoje powinności obywatelskie, a państwo miało wychowywać kolejne pokolenia doskonałych komunistów. Obserwując dzieci, z których, jak jej się zdawało, większość nie miała nawet dziesięciu lat, grzebiące w śmieciach w poszukiwaniu czegoś do jedzenia, Anastazja zrozumiała, że i tu bolszewicy ponieśli klęskę. Nikt nie był w stanie zapewnić opieki nawet tym, które straciły rodziców w czasie ostatnich wojen i rewolucji, więc cóż dopiero mówić o zajęciu się wszystkimi dziećmi.

Jeden z chłopców zerknął w jej stronę. Po chwili przyglądało jej się już kilku. Na ich twarzach odmalował się wyraz wrogości. Dziewczyna poczuła, że się boi, a przecież zawsze tak bardzo lubiła dzieci. Te jednak w niczym nie przypominały podopiecznych ochronki siostry Lament; odebrano im przywilej dzieciństwa. Wzdrygnęła się i pospiesznie odwróciła oczy, wciąż jednak czuła na sobie ich wzrok. Szybkim krokiem ruszyła przed siebie. Ani razu się nie obejrzała, ale długo nie mogła pozbyć się wrażenia, że wciąż patrzą na nią te puste, wygłodniałe dziecięce oczy.

Musiała odnaleźć doktora Kirsanowa. Ten zamiar po raz pierwszy pojawił się w jej głowie w pociągu. Zastanawiała się, dokąd powinna się udać, gdy już dotrze do Piotrogrodu. Zakochana w Kazimierzu, okazała życzliwym zakonnicom niewdzięczność. Przyjęła od nich kolejne schronienie, gdy siostra Bolesława podarowała jej klucze do starego magazynu, w którym następnie zamieszkała z Kazimierzem, ale Anastazja nigdy więcej się do niej nie odezwała. Nie miała takiego zamiaru, po prostu tak wyszło. W tamtym czasie nie była w stanie myśleć o niczyich uczuciach poza własnymi, a centrum jej wszechświata stanowił piękny Polak. Nawet przez chwilę nie zastanawiała się nad tym, czy swoim zachowaniem nie urazi siostry Bolesławy. Opuściła Petersburg bez słowa, goniąc miłość. Była wprawdzie niemal pewna, że siostra Lament przyjęłaby ją z otwartymi ramionami, ale duma nie pozwalała jej aż tak się ukorzyć, dopóki miała wybór.

Stary lekarz, którego poznała w szpitalu w czasie rewolucji, był jej przychylny, po wielokroć dawał tego dowody. Pracowali razem w trudnych warunkach przewrotu, a takie doświadczenia jednoczą ludzi niemal w takim samym stopniu jak służba w jednym oddziale w wojsku. Tak jak żołnierze ramię w ramię walczą z wrogiem, oni walczyli ze śmiercią, próbując ocalić jak najwięcej ludzi, najczęściej całkiem przypadkowych, niewinnych ofiar wojny domowej. Nie znała obecnego adresu doktora. Wiedziała jednak, że jeśli tylko żyje, z pewnością nadal pracuje. Pozostawało zatem odwiedzić kolejne szpitale Petersburga, w każdym zapytując o doktora.

Po trzech porażkach była nieco zniechęcona, gdy kolejny raz przyszło jej zadawać to samo pytanie. Zaczęła wyrzucać sobie naiwność. Przecież minęły przeszło trzy lata. Kirsanow mógł się przeprowadzić, zaprzestać praktyki, wyjechać za granicę lub nawet odejść z tego świata. Na samą myśl, że mogłaby go nie odnaleźć, żołądek Anastazji zaciskał się boleśnie. Potarła lekko czoło, jakby chciała zetrzeć z niego wszystkie zmartwienia, wzięła głęboki wdech i wbiegła po schodach kolejnego szpitala. Tym razem była to klinika, w której naukę odbywali przyszli adepci sztuki lekarskiej.

Podeszła do biurka pełniącego funkcję recepcji i pochyliwszy się w stronę grubej, źle uczesanej i mocno zaniedbanej portierki o groteskowo nabrzmiałej twarzy, spytała o Kirsanowa.

– Doktora nie ma – burknęła kobieta, nawet na nią nie patrząc. Pośliniła palec o obgryzionym paznokciu i przewróciła kartkę wielkiego zeszytu.

Anastazja z trudem opanowała chęć wydania radosnego okrzyku.

– Czyli pracuje tu? – zapytała drżącym głosem.

– Przecież mówię, że dziś nie pracuje – odparła tamta nieprzyjaźnie.

Anastazja zastanawiała się przez chwilę, jak powinna sformułować kolejne pytanie, żeby nie rozsierdzić i tak, jak jej się zdawało, podenerwowanej kobiety.

– A nie wie pani, gdzie mogłabym go znaleźć? – zapytała w końcu, starając się brzmieć jak najuprzejmiej.

– A skąd ja mam to wiedzieć? – Portierka podniosła głowę i spojrzała na Anastazję podejrzliwie. – I czemu obywatelka tak wypytuje, co?

– Jestem dawną znajomą doktora. Dopiero co wróciłam do Petersburga...

– Piotrogrodu – poprawiła ją ostro szpitalna dozorczyni.

– T-tak. Oczywiście. – Anastazja starała się zachować spokój, lecz z każdą minutą rozmowy przychodziło jej to z coraz większym trudem. – Jak mówiłam, niedawno wróciłam i chciałabym skontaktować się z doktorem Kirsanowem.

– W sprawie?

– Przepraszam?

– W jakiej sprawie? – powtórzyła kobieta, powoli i wyraźnie wymawiając każdy wyraz.

– Prywatnej.

Kobieta posłała jej kpiące spojrzenie i założyła ręce na obfitym biuście.

– Prywatnej, powiada obywatelka? A to ja chętnie posłucham, co to za prywatna sprawa.

Anastazja otworzyła szerzej oczy i zamrugała szybko, nie wiedząc, co odpowiedzieć.

– Słucham, słucham, obywatelko – ponagliła portierka. – Nie ma całego dnia.

To powiedziawszy, schyliła się, wyjęła z szuflady słoik do połowy wypełniony zaparzoną kawą i upiła spory łyk, a potem drugi i trzeci, nie spuszczając oka ze stojącej przed nią dziewczyny. Anastazja czekała. Wreszcie tamta dopiła kawę. Na dnie słoika pozostała napęczniała warstwa fusów.

– To jak będzie? – Portierka przejechała językiem po górnych zębach, by zetrzeć osad.

– Proszę posłuchać... – zaczęła dziewczyna, uważnie dobierając słowa. – Kilka lat temu ja i doktor Kirsanow pracowaliśmy razem...

– Obywatelka jest lekarzem? – weszła jej w słowo kobieta. Znać było, że z jakiegoś powodu jest to dla niej szczególnie ważna informacja. – Jak się przyjechało do miasta, to trzeba się zarejestrować i odebrać skierowanie do pracy, bo lekarzy potrzeba. Mogłaby obywatelka zatrudnić się tu u nas, bo pacjentów dużo, a personelu jak na lekarstwo. Tylko studentów mamy pod dostatkiem, ale z nimi, wiadomo, same kłopoty. Młode chłopaki wolą nieprzystojnie zaczepiać pielęgniarki, zamiast oglądać ropiejące wrzody.

Anastazja pokręciła głową.

– Nie, nie jestem lekarzem. Podczas wojny przeszłam kurs sanitarny.

– A to wystarczy – skwitowała portierka, popierając swoje słowa kilkoma kiwnięciami głowy. – Trzeba do urzędu pójść i się zarejestrować, obywatelko. Pielęgniarek też potrzeba.

– Pójdę, oczywiście – zapewniła ją pospiesznie Anastazja. Odniosła wrażenie, że spojrzenie jej rozmówczyni nieco złagodniało, gdy wspomniała o szpitalnej przeszłości, postanowiła więc raz jeszcze zagadnąć ją o Kirsanowa. – Tymczasem chciałabym skontaktować się z doktorem. To dla mnie bardzo ważne – dodała szczerze.

Dozorczyni przyglądała się jej chwilę, jakby nad czymś usilnie się zastanawiała, po czym wzruszyła ramionami i wyjęła z szuflady gruby zeszyt. Przekartkowała go, a gdy znalazła właściwą stronę, przejechała po niej paznokciem od góry do dołu.

– Doktor Kirsanow ma dyżur pojutrze – powiedziała, stukając palcem wskazującym w miejsce na kartce.

– Dopiero za dwa dni... – westchnęła Anastazja. Nie miała pojęcia, co miałaby ze sobą zrobić przez ten czas.