Zuchwała księga świętychTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Zuchwała księga świętych


Maria Morera Johnson

Zuchwała księga świętych

O odważnych kobietach, które pokazały mi, jak żyć

Przełożyła Renata Towlson

Wydawnictwo W Drodze, Poznań 2020

Tytuł oryginału

My Badass Book of Saints: Courageous Women Who Showed Me How to Live

© 2015 by Maria Morera Johnson

Foreword © 2015 by Pat Gohn

Originally published by Ave Maria Press®, Inc., P. O. Box 428, Notre Dame, IN 46556, 1-800-282-1865

© Copyright for this edition by Wydawnictwo W drodze, 2020

Redaktorki prowadzące – Ewa Kubiak, justyna olszewska

Redakcja – Paulina Jeske-Choińska

Korekta – Lidia Kozłowska, Paulina Jeske-Choińska

Skład i łamanie – Aleksandra Lebioda

Konwersja do formatów epub i mobi – pilcrowstudio.pl

Redakcja techniczna – Krzysztof Lorczyk OP

Projekt okładki – Krzysztof Lorczyk OP

Grafika na okładce – Azamat Zhanisov / unsplash.com oraz Elements of an Italian Light-Cavalry Armor alla Tedesca (in the German Fashion), ok. 1510, ze zbiorów Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku

Fotografia (s. 2) – MaxeyLash / unsplash.com

ISBN 978-83-7906-310-9

Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze sp. z o.o.

Wydanie I

ul. Kościuszki 99

61-716 Poznań

tel. 61 852 39 62

sprzedaz@wdrodze.pl

www.wdrodze.pl

dla mamy, która włożyła ołówek w moją rękę, bym napisała pierwsze słowa, i taty, który zawsze je czytał i prosił o więcej.

Przedmowa

Być może ta książka powinna być oprawiona w czarną skórę. Nie są to jednak Żywoty świętych Butlera1. Z całym szacunkiem dla tego historyka, znany i ceniony zbiór Żywotów czyta się jak encyklopedię: daty i fakty starannie uporządkowane niczym tradycyjny katalog. A prawda jest taka, że nie ma nic starannego i uporządkowanego w stawaniu się świętym. Duch wieje tam, gdzie chce. W rzeczy samej, Pan nie powołuje tych, którzy na to zasługują, tylko tych, których chce. Święci ruszają w drogę z tego samego miejsca co my i w tym samym cudnym chaosie, który z nimi dzielimy. Wszyscy święci w niebie byli grzesznikami na ziemi. Oni po prostu pojęli, gdzie odnaleźć łaskę i jak według niej żyć. Poznanie Boga zmieniło ich w sposób tylko im znany, ale szczęśliwie dla nas możemy zobaczyć dobro – święty wpływ – jakie po sobie zostawili.

Tak jak i my, święci byli ludźmi z krwi i kości. Co więcej, ich cielesność miała udział w kosmicznym pojedynku między dobrem i złem. Zanurzając się w Żywotach, odkrywamy świętych z przeszłością.

Czasem doprawdy przedziwne i straszne są to historie. Niektórzy święci byli tak groźni, że nie warto było szukać z nimi zaczepki. Inni znowu to wichrzyciele, którzy dzięki łasce bądź doświadczeniu, albo dzięki obu, wiedzieli, jak sobie radzić z kłopotliwymi sytuacjami.

Bądźmy szczerzy: Czy tak sobie wyobrażamy święte kobiety? Czytaj dalej.

Maria Morera Johnson jest profesorem college’u z tytułami naukowymi w dziedzinie literatury i edukacji. Jest zdeklarowaną fanką literatury fantastycznonaukowej i opowieści o superbohaterach. Wie, jak dobrze opowiedzieć historię, a Zuchwała księga świętych. O odważnych kobietach, które pokazały mi, jak żyć dowodzi, że równie dobrze umie ona odróżnić rzeczywistość od fikcji. Jej opowieści opisują prawdziwe kobiety, które stawały w obliczu banitów na Dzikim Zachodzie, ludobójstwa w Rwandzie, skazanych w więzieniu w Tijuanie oraz represyjnych reżimów Europy i Kuby. Maria również prowadzi kroniki mniej i bardziej znanych świętych kanonizowanych. Ich moc, werwa i kobiecy geniusz u niejednego mogłyby wzbudzić niedowierzanie, a jednak potęga ich przykładu zainspiruje kobiety poszukujące silnych i bezkompromisowych dróg życia wiarą w niebezpiecznym świecie.

Bystry i bezpretensjonalny styl opowiadania Marii daje wgląd w jej własną duszę tym wszystkim kobietom, które pragną czegoś więcej. Otwiera ona przed nami wewnętrzny dialog, który prowadzi z plejadą niesamowitych (a czasem figlarnych) świętych. Sięga po postaci dynamicznych kobiet zapamiętanych przez historię, a także dzieli się opowiadaniami o niepowtarzalnych kobietach, które są jej szczególnie bliskie. Maria relacjonuje, jak Bóg użył tych kobiet, aby wlać w jej znużoną duszę nowe życie wiarą, jak posłużył się ich hartem, przyjaźnią, wstawiennictwem oraz – powiedzmy sobie szczerze – ich zuchwałością w sposobach pokonywania przeciwności, bez druzgotania ludzkiego ducha. Służyły one Bogu, robiąc to, co po ludzku wydawałoby się niemożliwe, w niesprzyjających okolicznościach. Ich nieulękniona śmiałość, chucpa, przyciąga naszą uwagę.

Kim są ci święci i prawie święci, którzy towarzyszą nam w życiu? Niektórzy z nas dostali imię świętego; w ostatnim rozdziale Maria przedstawia nam swoją imienniczkę. Innych mogą pociągać imiona krewnych, przyjaciół czy mentorów, których wpływ i zachęta odegrały kluczową rolę w ich życiu. Ta książka przypomina nam, że nie jesteśmy na tym świecie sami – święci w niebie nam towarzyszą! A i na ziemi można znaleźć całe mnóstwo przekonujących wzorów do naśladowania.

Świętemu Augustynowi często przypisuje się powiedzenie „nie ma świętych bez przeszłości ani grzeszników bez przyszłości”.

A zatem co z nami? Czy mamy śmiałość wyobrazić sobie, może w naszych szalonych snach, że moglibyśmy zostać świętymi?

Jedyne wizerunki świętych, jakie mamy przed oczami, to białe figurki gipsowe obecne w kościołach albo stare malowidła i ikony. Zamiast dostrzegać bijącą od nich świętą zuchwałość, fałszywie wyobrażamy sobie ich życie owiane nierzeczywistą pobożnością bądź nieosiągalną czystością – bogobojnością. Trudno sobie wyobrazić tych świętych jako rzeczywistych albo brudnych, czy pokręconych bądź utrudniających ludziom życie. I właśnie to mi się w tej książce podoba. Pokazuje nam ona świętych, którzy łamią stereotypy „świętszych od samego papieża” i przesadnie dobrych.

Nikt nie odrzuca tutaj pobożności czy głębokiej wiary. Nie ma świętych bez tych cech. Jednak kobiety mające święty wpływ pojawiają się w różnych kształtach i rozmiarach, mają różne temperamenty i usposobienia. Dojrzewają w wierze poprzez niezliczone sytuacje i trudności. Bóg przyzywa nas różnymi głosami… Jedne brzmią nieharmonijnie, a inne są dostrojone. Mnie inspiruje prawdopodobnie ktoś inny niż ciebie. Litania Marii dotycząca odważnych osób w jej życiu jest zaraźliwa; pokazuje nam ona sens poznania świętego lub dwóch, którzy są do nas bardziej podobni, niż chcielibyśmy się do tego przyznać, albo takiego, który może nas zaszokować i przez to pokazać nowe, odważniejsze życie. To jest książka, która nie boi się brnąć w piękny chaos, gdzie wiara spotyka prawdziwe życie – gdzie święci współistnieją ze śmiertelnikami i zagrzewają się wzajemnie w drodze do chwały.

W rozdziale pierwszym Maria pisze:

Ścieżka do świętości rozpoczyna się i kończy moim pragnieniem życia dla miłości Boga. Myślę, że mogę to zrobić (…), tylko potrzeba nieco śmiałości z mojej strony (…), aby przegnać głupie przekonanie, że takie kobiety już się nie rodzą.

Bóg wciąż stwarza kobiety przeznaczone do wielkich rzeczy. Myślę też, że Bóg uwielbia, kiedy kobiety stwarzają możliwości do wspólnej pracy na rzecz większego dobra.

Piszę głównie dla mediów katolickich, więc niektórzy autorzy szczególnie przyciągają moją uwagę. Po raz pierwszy zetknęłam się z Marią Johnson w roku 2007, kiedy jej imię pojawiło się w przypisach That Catholic Show, dziwacznego i zabawnego serialu na YouTube, produkcji Crega i Jennifer Willitsów z Rosary Army2.

Maria i ja spotkałyśmy się osobiście rok później na konferencji w Atlancie, niedaleko jej miejsca zamieszkania. Nasza przyjaźń dojrzewała podczas miesięcy współpracy, która w 2010 roku zaowocowała kolejną wersją tej samej konferencji – SQPN Catholic New Media Conference – w Bostonie, tym razem bliżej mnie.

Odkryłyśmy, że darzymy się nawzajem szacunkiem. Nie tylko, że ja byłam fanką podcastów, które Maria współtworzyła poza godzinami pracy nauczyciela, ale też okazało się, że ona latami czytała wszystkie moje kolumny i blogi. Zwyczajne stały się nasze rozmowy telefoniczne i konwersacje w mediach społecznościowych. Obie kochamy rodzinę, naszą wiarę, liczne książki, artykuły oraz mnóstwo innych rzeczy.

Obie czasem podróżujemy, dając wykłady. Było wiele tajemniczych przypadków, kiedy to moja praca przywiodła mnie w jej progi do Georgii albo wiodła przez Georgię, albo kiedy Maria została wysłana do Nowej Anglii. Kiedy się widzimy, to jest to prawdziwe świętowanie z winem, dobrym jedzeniem, czekoladą i kawą. Ogromną ilością kawy. Czytamy (a czasem redagujemy) wzajemnie swoje teksty i modlimy się za siebie. Bóg otworzył nam drzwi do wspólnej pracy nad kilkoma twórczymi projektami. To dar móc dołożyć cegiełkę do jej dzieła – książki o świętych.

A zatem dociekliwe umysły pytają: Czy Maria Morera Johnson jest zuchwała?

Powiem tak: jako przeciwnik w scrabblach jest straszliwa. Jako szkoleniowiec uzyskała najwyższe odznaczenia w swojej dziedzinie. Jako pisarka unika rozgłosu i dopracowuje szczegóły, nawet jeśli rzecz jest wydawana w jej drugim języku. Jako przyjaciółka zawsze cię wspiera i walczy o ciebie w imię wiernej przyjaźni (tłumaczę: więcej niż jeden paciorek na jej różańcu jest w twojej intencji).

 

Skoro jesteśmy przy tłumaczeniach, moja dwujęzyczna przyjaciółka Maria Begoña była jedną z pierwszych czytelniczek Błogosławionej, pięknej i niezwykłej3, którą napisałam dla kobiet. Kiedy zapytałam ją, jak jej mówiący po hiszpańsku bliscy ocenili moją książkę, powiedziała mi, że słowo bodacious nie przekłada się dobrze na język hiszpański. Wytłumaczyła mi, że lepiej je oddaje badass4.

Och.

– W takim razie – powiedziałam jej – to książka, którą ty napiszesz, amiga.

Bóg niczego nie pomija – i ma poczucie humoru.

Kiedy Maria następnym razem przyjedzie do Bostonu, zabieram ją na zakupy. Poszukamy czarnej skórzanej kurtki!

Pat Gohn, autorka książki Błogosławiona, piękna i niezwykła

Wprowadzenie

Od zuchwałej do błogosławionej

Niezwykłe, inspirujące kobiety, którymi się otaczam

Jeśli przejedziesz palcem za moim lewym uchem, poczujesz bliznę, którą mam od czasu, kiedy jako mała dziewczynka prawie że nie oderwałam sobie ucha.

Stało się to szybko. Przewiązałam ręcznik kąpielowy dookoła szyi, tak aby zrobić pelerynę Supermana, i spięłam drewnianą klamerką do bielizny (taką ze sprężynką), później zaś odważnie wspięłam się najpierw na biurko, a z niego na szczyt komody.

Stamtąd mogłam objąć wzrokiem cały pokój. Doszłam do wniosku, że jak wykonam skok do przodu, to pofrunę przez kilka sekund, zanim wyląduję bezpiecznie na łóżku. Wzięłam głęboki oddech i skoczyłam. To był spektakularny wyskok, niesamowity lot… po którym nastąpił głośny łomot, kiedy to nie trafiłam w łóżko i uderzyłam głową w róg nocnego stolika.

Nie wiem, co bardziej zaalarmowało moich rodziców – rumor czy mój krzyk. A potem wszystko już było zamazane aż do czasu, gdy znalazłam się na stole operacyjnym ze wzrokiem wbitym w zimne oświetlenie sali. Słyszałam odgłos przeciąganej przez moje ucho nici, kiedy to lekarz zszywał ranę.

Myślałby ktoś, że ta mała przygoda czegoś mnie nauczyła. Może chociaż dostałam ważną lekcję, że małe dziewczynki nie mogą latać? Ależ skąd. W ciągu kilku miesięcy zdobyłam dziesięciocentymetrową bliznę na policzku, od oka do brody, po drugiej nieudanej próbie latania – tym razem zeskoczyłam z drzewa, usiłując huśtać się jak Tarzan. Nie rozumiałam praw fizyki: wydawało mi się, że statyczna gałąź zachowa się jak ta w dżungli. Może.

Miałam szczęście, że nie połamałam kości, nie mówiąc o utracie oka. Te porażki nigdy mnie nie zniechęcały i jeśli mam być całkowicie szczera, wyznam, że jest we mnie cząstka gotowa do skoku spadochronowego z samolotu. Potrzebuję tylko kogoś, kto mnie ośmieli.

La Tremenda

Moja cierpliwa matka o tym wie. Nazywa mnie tremenda; to hiszpańskie słowo o wielu warstwach znaczeniowych. Na pierwszy rzut oka tłumaczy się je zręcznie jako wspaniała, ale to nie całkiem tak. Czasem rzeczywiście znaczy wspaniała. Ale również bombowa i straszliwa. Bezczelna. Śmiała. Nieulękniona. Dzielna. Bystra. Odważna. W wielu przypadkach słowo to może być użyte dla wyrażenia pogardliwego osądu albo głębokiego podziwu.

Ale na ogół znaczy zuchwała.

Wrażliwość na to słowo jest nieco mniejsza w języku hiszpańskim, ale jako miłośniczka słów nie mogę się oprzeć pokusie wejrzenia w nieodłączne niuanse używania słowa mającego wartość szokującą.

Czasami, aby zwrócić na coś uwagę, potrzebujemy w życiu małego szoku. Nie za dużo. Wulgarność sama w sobie uniemożliwia bogatą i otwartą komunikację. Jednak nieoczekiwana złośliwość kryjąca się w słowie zuchwały przyciąga naszą uwagę i wierz mi, kobiety na tych stronach zasługują na naszą uwagę. Zdecydowanie przyciągnęły moją.

Jako młoda kobieta żyłam w błędnym przekonaniu, że podążanie drogą świętości oznacza nudne życie wypełnione długimi okresami kontemplacji i ciszy. Tęskniłam za znalezieniem przykładów do naśladowania, które by odzwierciedlały moje podejście do życia – święte głośno się zaśmiewające, o ostrym języku często wpędzającym je w kłopoty, kobiety nielękające się bycia sobą i wyrażenia tego, co myślą, nawet jeśli to miałoby zburzyć porządek rzeczy.

Mówiąc krótko, tęskniłam za znalezieniem zuchwałych kobiet żyjących prawdziwą świętością. Kobiet, z którymi być może miałabym choć trochę wspólnego.

Jako dziewczyna kochałam emocje. Kochałam przygody. (Ciągle kocham). Te przygody zawsze wydawały się dobrym pomysłem – zbyt wiele razy ku przerażeniu mojej biednej matki, która prawdopodobnie miała duży zapas merkurochromu5. Oczywiście musiałam przeżyć zatrucie merkurochromem, aby osiągnąć dorosłość.

Poza przygodami w powietrzu nie było nic nadzwyczajnego w moim dzieciństwie. To był czas idylli. Żyliśmy w kamienicy z wieloma mieszkaniami. Znaliśmy wszystkich sąsiadów. Nasze mamy były w domu i zajmowały się nami. Nasi ojcowie chodzili do pracy, jedni rano do fabryk, a inni, jak mój ojciec, wczesnym wieczorem do pracy w restauracjach i klubach nocnych w centrum Atlanty.

Nie wiedziałam, że żyliśmy w gettcie imigrantów nagle zaludnionym przez napływ uchodźców z Kuby. Wiedziałam tylko, że moja wymowa była taka jak wszystkich, z wyjątkiem sąsiadki Elizabeth, która mówiła w nieco inny sposób. Błyskawicznie jednak nauczyłam się mówić jak ona i para innych dzieciaków na ulicy, ale nie miałam słowa na dwujęzyczność. Koncept dorastania w podwójnej kulturze był nieistniejącym pojęciem nawet w umysłach dorosłych.

Wiem, że byłam kochana, że miałam przyjaciół i że musiałam być w domu przed zapaleniem się świateł ulicznych. Dla mnie to było bajkowe dzieciństwo.

Niektóre z moich najwcześniejszych wspomnień to bycie szczęśliwą w małym barrio6 na Głębokim Południu, w samym sercu ruchu na rzecz praw obywatelskich. Ale to nie początek mojej opowieści.

Historia naszej rodziny zaczyna się, kiedy mój ojciec żarliwie zapragnął stworzyć nowe życie swoim bliskim, z dala od niebezpieczeństw komunistycznego reżimu. A jednak, jak mawiał Paul Harvey, reszta historii należy do mojej matki.

Moja zuchwała rodzina

Moja matka jest najbardziej zuchwałą kobietą, jaką znam. Podobno odziedziczyła to po swojej matce. Byłam nastolatką, kiedy zaczęłam doceniać, przez co te kobiety przeszły. Byłam żoną, a potem młodą matką, zanim zaczęłam pojmować, jakie wewnętrzne zasoby musiały posiadać, aby przetrwać.

Obie te niezwykłe kobiety, moja matka i babka, opuściły swoje rodziny, swoje domy, wszystko co znały, w poszukiwaniu wolności, po to abym któregoś dnia mogła samodzielnie dojrzeć do praktykowania mojej wiary i podążania za marzeniami. Chciały, abym żyła w wolności, której im odmówiono.

Moja matka nigdy nie mówiła o swoim poświęceniu. Była zajęta pracą w domu, robiąc to samo, co inne matki. Gotowała. Sprzątała. Szyła. Pielęgnowała mnie, mojego brata i siostrę.

Jak wiele innych dzieci, wygodnie uważałam to za rzecz oczywistą. Niczego mi nie brakowało, a zatem nie wiedziałam, że czasy musiały być trudne i pełne zmagań. W końcu przeprowadziliśmy się z miejskiej kamienicy do domu na przedmieściach – i nasi przyjaciele z wczesnych lat podążyli za nami. Żyliśmy amerykańskim snem, a ja chodziłam do szkoły, stając się nieznośną nastolatką.

Szczęśliwie dla mnie wszyscy przeżyliśmy te burzliwe lata, a ja wyłoniłam się z nich lepsza. Wkrótce realizowałam swoje marzenia. Wyszłam za mąż zaraz po ukończeniu college’u i natychmiast zostałam przeniesiona na kilka lat do Niemiec, gdzie stacjonowała armia mojego męża. Całkiem możliwe, że moja matka mimochodem skomentowała, iż zataczam pełne koło, wracając do Europy, ale zignorowałam tę uwagę, ciągle niegotowa, by zrozumieć jej historię. Również moją historię.

A było tak, że moja babka i matka zbiegły przed europejskimi, opresyjnymi reżimami politycznymi. Moi dziadkowie Baskowie, uciekający przed opresyjnym rządem i bombardowaniem baskijskich wiosek, opuścili Hiszpanię w czasie II wojny światowej. Pamiętam, jak w 1970 roku wpatrywałam się w Guernicę Picassa w nowojorskim Muzeum Sztuki Nowoczesnej i myślałam: „To moja historia”. Rodzice mojej matki wyemigrowali na Kubę.

Wówczas, w roku 1962, zaledwie kilka miesięcy przed kryzysem kubańskim, mój ojciec podjął podróż do Ameryki, aby znaleźć pracę i dach nad głową, zostawiając na Kubie moją matkę w ciąży ze mną. Nigdy się nie spodziewał, że październikowy kryzys spowoduje wymuszoną separację trwającą latami. Moja matka nie połączy się ponownie z moim ojcem aż do roku 1966 – kiedy to wreszcie udało nam się dostać do Stanów Zjednoczonych i w końcu spotkałam mojego ojca.

Dziesiątki lat później, kiedy założyłam własną rodzinę, odkryłam pudełko z fotografiami i pamiątkami, które moi rodzice wkładali do albumów ze zdjęciami. Trzymałam w ręku i czytałam telegram informujący o moich narodzinach, który mój dziadek wysłał z Kuby do mojego ojca w Stanach Zjednoczonych. Potem czytałam odpowiedź mojego ojca, zaadresowaną do mnie, mówiącą, jak bardzo mnie kocha i tęskni, by mnie wkrótce zobaczyć.

Byłam rozbrojona tymi małymi skrawkami papieru, wylewając kolosalne, gorące łzy za matkę i ojca i za siebie. Jako młody rodzic, nie mogłam pojąć, jakby to było, gdybym była odłączona od mojego dziecka. Nie mogłam sobie wyobrazić, że tracę męża w wyniku politycznych zawirowań, nie wiedząc, czy kiedyś znowu będziemy razem. To było dla mnie za dużo; nawet teraz, dwadzieścia pięć lat, albo i więcej, od dnia tego odkrycia, pamięć intensywnego ciepła tych łez ciągle mnie szokuje.

W końcu uświadomiłam sobie, że przeszłość nie odchodzi: kładzie fundamenty przyszłości. Chociaż nigdy świadomie nie włożyłam wysiłku w pracę z imigrantami i nad marginalizacją, której wielu z nich doświadcza w społeczeństwie, to ostatnio zdałam sobie sprawę, że udaje mi się znaleźć sposoby na złagodzenie bólu tym, których spotykam na swojej drodze.

Jak odnalazłam cel swojego życia

Jedną z rzeczy, którą doceniam w średnim wieku, jest zdolność do refleksji. Często patrzę na swoje życie zadziwiona, zdolna z perspektywy czasu zobaczyć, gdzie ręka Boża napisała całe akapity w celu przygotowania mnie na wydarzenia przyszłości. To dar, za który jestem wdzięczna, ponieważ przynosi mi wiele pocieszenia.

Potrzebuję pocieszenia, ponieważ ciągle jestem tym opornym dzieckiem niezależnym duchem. Odlatuję z komody, skaczę z drzew i nie patrzę, gdzie lecę. Tak jak powiedziałam „nie” moim rodzicom, kiedy chcieli, bym się trzymała z daleka od drzew, tak wielokrotnie powiedziałam „nie” Duchowi Świętemu i Jego planom względem mnie. Czasami całkiem głośno. Doprowadziło to po drodze do obić i siniaków, ale też i przeżycia niezwykłych przygód.

Kiedy bezpardonowo odmówiłam zostania nauczycielem pomimo wielu namów ze strony znakomitego pedagoga, który dostrzegł we mnie potencjał, zostałam „korporacyjnym szkoleniowcem nauczającym umiejętności potrzebnych do znalezienia zatrudnienia” dla kubańskich i haitańskich imigrantów w Little Havana w Miami.

To fantazyjny tytuł dla nauczyciela, nieprawdaż?

Dla młodej mężatki żyjącej w Europie, podczas gdy jej mąż służył w armii, jedynym dostępnym zatrudnieniem była praca nauczyciela zastępczego. Dyrektor tak mnie lubił, że uczynił mnie stałym pracownikiem zastępczym w przedszkolu. Myślałam, że się załamię nerwowo, więc złożyłam podanie o pracę w charakterze osoby opracowującej fachowe teksty.

Chciałam być pisarzem. Dostałam pracę. Co robiłam cały dzień? Tworzyłam prezentacje PowerPoint dla zarządu Departamentu Obrony. Krótko mówiąc, pisałam programy nauczania.

Mój mąż skończył służbę i wróciliśmy do Miami, gdzie robił karierę jako informatyk, a ja dostałam z powrotem moją pracę szkoleniowca. Tak było do czasu, kiedy zaszłam w ciążę i potrzebowałam ubezpieczenia zdrowotnego. Co mnie uratowało? Premia i pakiet świadczeń… z mojej pracy jako nauczyciel angielskiego w tej samej szkole średniej, którą ukończyłam.

W ramach programu naprawczego uczyłam języka angielskiego nieokrzesany tłum gangsterów, grupę dzieciaków, które uważały, że wszyscy w systemie machnęli na nie ręką. Przeżywałam własne odcinki Welcome Back, Kotter (sitcom z lat siedemdziesiątych, w którym dawny student powraca jako nauczyciel do śródmiejskiej szkoły).

W ciągu kilku lat przed moim mężem otworzyły się nowe możliwości w Georgii i przenieśliśmy się tam całą rodziną. Porzuciłam szkolenie i powróciłam do opracowywania fachowych tekstów – to był najszczęśliwszy dzień całego mojego dorosłego życia zawodowego. Stałam się dwujęzycznym wolnym tłumaczem i w ciągu kilku miesięcy tłumaczyłam materiały dla lokalnych szkół. Jakiś czas później okręgowa poradnia zdrowia psychicznego zatrudniła mnie, bym uczyła kobiety przechodzące terapię pisania i prowadzenia dziennika. To był pierwszy raz, kiedy mogłam wyraźnie zobaczyć działanie Boga: wszystkie dotychczasowe doświadczenia przygotowywały mnie do tego, by nie tylko instruować, jak komponować tekst, lecz także do okazania współczucia i empatii potrzebnej tym kobietom, by mogły napisać historie ukryte w ich sercach.

 

Każdy ma opowieść. Niektórzy są nią załamani, a inni nie wiedzą, jak pisać nowe i lepsze rozdziały. Inni znowu podchodzą do tego z namaszczeniem. Od czasu kiedy uczyłam w tej grupie, pociągają mnie historie ludzkiego życia.

Święte obrazki, święte kobiety, jasna cholera!

Strony tej książki są wypełnione życiowymi historiami niektórych z niezwykłych kobiet – kobiet, które walczyły przeciwko żywiołom, przeciwko nieprzyjaciołom, tak obcym, jak i bliskim, walczyły przeciwko społeczeństwu. Niesprawiedliwości. Nierówności. Wbrew marnym szansom na sukces.

Niektóre z tych kobiet są święte. Inne stają się świętymi. A jeszcze inne ciągle czekają, by nazwać je świętymi. Wspólnym ich mianownikiem jest niesamowity sposób, w jaki wyłoniły się ze zwyczajnych okoliczności, aby dokonać zuchwałych czynów: odważnych, śmiałych, dzielnych, nieustraszonych aktów.

Niektóre z tych kobiet znałam ze świętych obrazków czy kościelnych broszurek, ale na ogół były one jednowymiarowe. Ich nieposkromnione dusze były zredukowane do trzech albo czterech punktów dyskusji na marginesie oraz, w przypadku świętych kanonizowanych, czasem była jeszcze krótka lista odnosząca się do tego, czyimi są patronkami. Kim one rzeczywiście były? I dlaczego miałabym chcieć je naśladować?

Krótka odpowiedź to ta, że chciałabym się otoczyć niezwykłymi kobietami. Był czas, kiedy wystarczały mi bohaterki powieści czy superbohaterowie komiksów. Mała dziewczynka zeskakująca z komód byłaby zachwycona przyjaźnią z Wonder Woman i przygodami z członkami Ligii Sprawiedliwości. Zwracałam uwagę na nadzwyczajnie śmiałe wyczyny, by uciec od mordęgi codzienności, nie dostrzegając znaczenia tych małych codziennych zadań.

Lata życia w oddaleniu od szerszej rodziny pozbawiły mnie mocnych wzorców do naśladowania, ale uratowała mnie, choć nie zdawałam sobie z tego sprawy, obecność przyjaciółek mojej matki, kobiet, które tworzyły we wspólnocie silną więź duchową. Podobnie jak wyimaginowani bohaterowie i prawdziwy krąg przyjaciółek mojej matki, niezwykłe kobiety na stronach tej książki osiągnęły niesamowite rzeczy, ponieważ robiły to, co należało zrobić.

Teraz, w połowie mojego życia, łapię się na tym, że sięgam po święte obrazki i patrzę poza nudne podobizny i fakty, by zobaczyć rzeczywiste kobiety, które są moimi duchowymi przewodniczkami. Ich święte żywoty inspirują mnie do życia wypełniającego obietnice mojego chrztu… ale też kocham fakt, że te kobiety są tremenda, nieco zuchwałe.

Wiele z tych świętych znałam z podręcznika do szkoły podstawowej: św. Teresa z Ávili, św. Joanna d’Arc i św. Katarzyna ze Sieny. Inne święte były dla mnie nowe – nawet jeśli kojarzyłam ich imiona, to z pewnością nie znałam ich wyjątkowych historii życia. Kilka z nich, jak św. Gianna Beretta Molla oraz św. Rita z Cascii, szybko stały się moimi „podręcznymi” świętymi.

Zajmuję się tymi świętymi, aby móc je naśladować i dojrzewać w ich cnotach, ale też bym mogła odwołać się do nich w modlitwie. Mam nadzieję, że i was zainspirują kobiety na stronach tej książki. Stały się one częścią szerszej rodziny, moimi siostrami w Chrystusie. I jako dobre siostry, wszystkie one wskazują na nasz najwyższy wzór duchowy: Najświętszą Maryję Pannę.

Jak korzystać z tej książki

Na końcu każdego rozdziału Zuchwałych opowieści o świętych znajdują się pytania do rozważenia, a na końcu książki materiał do dyskusji grupowej pomyślany jako sześciotygodniowy kurs.

Pytania do rozważenia

1 Rozważ tytuł książki. Czy to cię szokuje, czy część ciebie się podśmiewa i zastanawia nad zawartością książki? Jak w twojej opinii ta książka wypada w porównaniu z innymi pozycjami o świętych, które już przeczytałeś (przeczytałaś)?

2 Co autorka mówi o swoim wyborze słowa zuchwała?

3 Autorka używa hiszpańskiego słowa tremenda. Zdefiniuj je. Czy ty jesteś tremenda?

Rozdział pierwszy

Śmiałe siostry, które działały w nieustraszony sposób

Siostra Blandyna Segale i św. Teresa z Ávili

Otwórz się na akty zuchwałości.

Dr Curtis Johnson, nauczyciel

Kilka lat temu weszłam do biura mojej przyjaciółki w momencie, gdy zawieszała nowy kalendarz. Zdjęcia w kalendarzu pokazywały zakonnice robiące zwyczajne rzeczy jak normalni ludzie. Ponieważ, rozumiesz, zakonnice to zwyczajne śmiertelniczki, tyle że ubierają się inaczej.

Moja przyjaciółka i ja wesoło chichotałyśmy, podziwiając zabawne ujęcia i przeglądając wszystkie miesiące w kalendarzu: zakonnice grające na promenadzie na automatach, zakonnice na rowerach, zakonnice grające w kręgle. I wtedy zobaczyłyśmy zuchwałe siostry: zakonnice z bronią w ręku, jak zawodowcy. Nikt nie przeszedłby obok nich, nie zauważając wystawionych luf pistoletów. Śmiałyśmy się i śmiałyśmy z tego dzikiego wizerunku. Może jednak nie było to aż takie niezwykłe. Misjonarki i zakonnice podróżowały w różne odosobnione rejony. Może były dobrymi myśliwymi.

Akurat.

Zapomniałam o tym kalendarzu aż do momentu, kiedy ostatnio zobaczyłam nagłówek w „The Huffington Post” nazywający siostrę Blandynę Segale ze wspólnoty Sióstr Miłosierdzia z Cincinnati „Najszybszą zakonnicą na Zachodzie”. Nagłówek nie tylko chwycił mnie za serce, ale też przyciągnął ze względu na moją miłość do gry słów i dobrego kalamburu. Najszybsza zakonnica? O co chodzi? Musiałam więcej przeczytać. Artykuł mówił o otwarciu jej przewodu kanonizacyjnego, jednak moją uwagę zwróciły podlinkowane sceny rozgrywek na głównej ulicy w centrum opuszczonego miasta. Byłam blisko prawdy.

Nieustraszona pionierka

Podobnie jak wiele innych sióstr zakonnych osiedlających się w Stanach Zjednoczonych w XIX i na początku XX wieku, siostra Blandyna zaczęła od powołania do służby Bogu, nigdy nie wyobrażając sobie, że zaprowadzi ją to na Dziki Zachód.

Początek historii Marii Rosy Segale nie jest nadzwyczajny. Urodziła się we Włoszech w 1850 roku i wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych, osiedlając się z rodziną w Ohio. Jako młoda dziewczyna powiedziała swojej rodzinie, że chce dołączyć do Sióstr Miłosierdzia i kiedy skończyła szesnaście lat, wstąpiła do nowicjatu, przyjmując imię Blandyna (Blandina). Uczyła w regionach Cincinnati i Dayton.

Życie pisało dla niej jednak zupełnie inny scenariusz. Pewnego dnia siostra Blandyna usłyszała, że zostanie przeniesiona do Trynidadu. Myślała, że to Trynidad w Indiach Zachodnich i była podekscytowana tą nową przygodą (za co nie mogę jej winić). Niestety, wkrótce się okazało, że nie będzie podróżować do Indii Zachodnich, tylko na amerykański zachód… do Trinidadu w Kolorado.

Trinidad w Kolorado nie był karaibskim rajem. Kiedy siostra Blandyna przybyła na miejsce, zastała miasto pełne przemocy, nędzy i bezprawia. Mieszkańcy często brali sprawy w swoje ręce, zbierał się tłum i dokonywał samosądu, radząc sobie w ten sposób z niebezpiecznymi banitami. Nikt by nie pomyślał, że dwudziestodwuletnia siostra zakonna mogłaby mieć jakikolwiek wpływ na takie środowisko. A jednak Blandyna zdołała zrobić coś nie do pomyślenia, jak to zostało upamiętnione w serialu CBS Death Valley Days: rozpędziła jedno z tych zgromadzeń, doprowadzając oskarżonego do łóżka umierającego człowieka, którego zranił. Umierający mężczyzna, za wstawiennictwem siostry Blandyny, przebaczył swojemu napastnikowi. W rezultacie oskarżony został osądzony przez sąd, a nie przez tłum.

Jestem tym zachwycona! Cóż mogło zainspirować młodą kobietę do zmierzenia się ze zgrają, zamierzającą powiesić człowieka? Oparła się na sile swoich przekonań. Wiedziała, że gwałtowna reakcja na przemoc generalnie prowadzi do większej przemocy. Niezależnie od tego, czy oskarżony został uznany za winnego w procesie sądowym czy nie, siostra Blandyna dokonała wielkiej rzeczy: powstrzymała gniewny tłum przed mściwym zachowaniem, udaremniając realizację niehumanitarnego pragnienia odpłacenia jednym ohydnym czynem za drugi. Pomogła ciężko zranionemu człowiekowi stawić czoła własnej śmierci i osądowi, przez to, że przebaczył człowiekowi, który go ugodził. Zachęcając oskarżonego do stanięcia przed swoją ofiarą i szukania u niej przebaczenia, być może również i w jego sercu coś poruszyła.