Serce umiera ostatnieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla

Marian Engel (1933–1985),

Angeli Carter (1940–1992)

i Judy Merril (1923–1997).

I dla Graeme’a, jak zawsze.

Pod jego dłutem piękność cudowna wstawała,

Której żadna kobieta jeszcze nie sprostała.

Zapala go miłością własne jego dzieło;

Mniema, że jakieś bóstwo czuciem je natchnęło.

Postać miała dziewicy. Myślałbyś, że żyje,

Że chce iść, ale nie śmie, bo nic ją nie kryje.

Rzeźba zwodzi rzeźbiarza. Patrzy na jej wdzięki,

Unosi się, zachwyca dziełem swojej ręki.

Czasem pragnąc się wywieść z lubych mu omamień,

Chwyta marmur, lecz nie śmie przyznać,

że to kamień.

Całuje posąg, mniema, że jest całowany;

Owidiusz, Przemiany, księga X „Pigmalion”, przeł. Brunon hrabia Kiciński

Kiedy już do czegoś dochodzi, te przedmioty nie dostarczają właściwych doznań. Są wykonane z gumowatego materiału, który w żadnej mierze nie przypomina jakiejkolwiek części ludzkiego ciała. Starają się [producenci] jakoś temu zaradzić, instruując, by najpierw zwilżyć je ciepłą wodą, a potem użyć ogromnych ilości lubrykantów...

Adam Frucci, Uprawiałem seks z meblem, Gizmodo, 17.10.2009

Miłość z obłędem

Ma wspólne podłoże

I wyobraźnię, która fantazjuje

Więcej, niż chłodny rozum pojąć może.

Szekspir, Sen nocy letniej, akt V, przeł. Konstanty Ildefons Gałczyński

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

CZĘŚĆ PIERWSZA


DOKĄD?

CIASNO

Jak się śpi w samochodzie, to jest ciasno. No, ale honda z trzeciej ręki nie jest pałacem, i od tego trzeba zacząć. W busiku byłoby luźniej, ale nie mogli sobie na niego pozwolić nawet wtedy, kiedy uważali, że mają pieniądze. Stan mówi, że całe szczęście, że w ogóle mają jakikolwiek samochód, co jest prawdą, ale przez to samochód nie staje się większy.

Charmaine uważa, że Stan powinien sypiać z tyłu, bo potrzebuje więcej miejsca – byłoby sprawiedliwie, jest wyższy – ale on musi być z przodu, na wypadek gdyby przyszło im uciekać w pośpiechu. Stan nie wierzy w to, że Charmaine jest zdolna do działania w takich okolicznościach, mówi, że byłaby zbyt zajęta krzyczeniem, żeby prowadzić. Więc Charmaine ma dla siebie przestronniejszy tył, chociaż i tak trzeba się tam zwijać jak ślimak, bo nie da rady porządnie wyciągnąć kości.

Okna trzymają przeważnie zamknięte z powodu komarów i gangów, i samotnych włóczęgów. Samotni zwykle nie mają pistoletów ani noży – jeśli pojawia się broń, to trzeba się wynosić trzy razy szybciej – ale jest bardziej prawdopodobne, że to pomyleńcy, a pomyleniec z kawałkiem metalu czy z kamieniem albo nawet z butem na obcasie może wyrządzić spore szkody. Wezmą cię za demona albo nieumarłego, albo wampirowatą dziwkę i żadne rozsądne działanie, które ma ich uspokoić, nie zmieni tego przekonania. Jeśli chodzi o wariatów, to – jak mawiała babcia Win – najlepiej robić jedno: trzymać się z dala od nich, a właściwie tylko to należy robić.

Przy zamkniętych oknach, kiedy zostaje tylko szparka na samej górze, powietrze staje się ciężkie i przesycone ich naturalnymi zapachami. Nie ma zbyt wielu miejsc, gdzie mogą wziąć prysznic albo uprać rzeczy, i przez to Stan jest rozdrażniony. Charmaine także jest rozdrażniona, ale stara się zdusić to uczucie i szukać jaśniejszych stron życia, bo co przyniosą narzekania?

Co przynosi cokolwiek?, myśli często. Co przynosi nawet samo myślenie: „Co przynosi”? Więc mówi: „Kochanie, rozchmurzmy się!”.

„Czemu? – odpowiada Stan. – Daj mi, kurwa, choć jeden pierdolony powód, żeby się, kurwa, rozchmurzyć”. Albo: „Kochanie, zamknij się”, naśladując jej lekki, pogodny ton, co jest złośliwością z jego strony. Czasem ucieka się do złośliwości, kiedy jest zirytowany, ale w gruncie rzeczy to dobry człowiek. Ludzie są w gruncie rzeczy dobrzy, jeśli tylko mają sposobność, by okazać dobroć – Charmaine jest zdecydowana ciągle w to wierzyć. Prysznic pomaga człowiekowi okazywać dobroć, bo jak mawiała babcia Win: „Od czystości do boskości, a od boskości do zacności”.

Mówiła też wiele innych rzeczy, na przykład: „Twoja matka wcale się nie zabiła, to tylko takie gadanie. Twój ojciec robił, co mógł, ale musiał sobie radzić z tyloma sprawami i to go przerosło. Powinnaś bardzo się starać, żeby zapomnieć o tamtych innych rzeczach, bo człowieka nie należy rozliczać za to, co robi, kiedy za dużo wypije”. I dodawała: „A może zrobimy popcorn?”.

I robiły popcorn, a babcia Win mówiła: „Nie wyglądaj przez okno, cukiereczku, nie chcesz patrzeć na to, co tam wyprawiają. To nic przyjemnego. Wrzeszczą, bo chcą. Tak wyrażają siebie. Usiądź przy mnie. Widzisz, wszystko ułożyło się najlepiej, jak mogło, bo jesteś tu ze mną i teraz jesteśmy szczęśliwe i bezpieczne”.

Jednak to nie trwało długo. Szczęście. Bezpieczeństwo. Teraz.

DOKĄD?

Stan wierci się na przednim siedzeniu, stara się ułożyć wygodniej. Żadnych na to pierdolonych szans. I co powinien zrobić? Dokąd mogą pojechać? Nie ma bezpiecznego miejsca, nie ma instrukcji. Jakby porwał go przenikliwy, bezrozumny wiatr, bez celu zataczający koło za kołem. Nie ma wyjścia.

Czuje się taki samotny, a to, że obok jest Charmaine, czasami sprawia, że czuje się jeszcze bardziej samotny. Zawiódł ją.

Ma brata, prawda, ale to byłaby ostateczność. On i Conor obrali inne drogi, łagodnie mówiąc. Zamroczone noce, bójki po pijaku, gęsto latały „chuj, palant i gówno zamiast mózgu” – tak można by wyrazić to mniej łagodnie, i tę wersję Conor wybrał podczas ich ostatniego spotkania. Żeby być ścisłym: Stan również wybrał tę wersję, choć nie zwykł używać tak paskudnego języka jak Con.

Zdaniem Stana – jego ówczesnym zdaniem – Conor prawie stał się przestępcą. A zdaniem Cona Stan był ogłupionym przez system dupowłazem, frajerem i tchórzem. Z jajami jak u żaby.

Gdzie wykolejony Conor jest teraz, czym się zajmuje? W każdym razie na pewno nie stracił pracy w wyniku rozkładającego przemysł ogromnego krachu finansowego, który zmienił tę część kraju w kupę złomu: trudno stracić pracę, jak się jej nie ma. W odróżnieniu od Stana nie został wyrzucony, wywalony, skazany na życie w gorączkowej tułaczce, z piekącymi oczami i swędzącymi pachami. Con zawsze żył, korzystając z tego, co mógł wycisnąć z innych albo zwędzić, już od dziecka. Stan nie zapomniał szwajcarskiego scyzoryka, na który tyle oszczędzał, transformersów, pistoletu na pianę – wszystko zniknęło jak zaczarowane, a Con tylko potrząsał głową. „No przecież to nie ja, no przecież, no skądże, nie ja, nie ja, nie ja, no skądże?”.

Stan budzi się nocą i przez moment myśli, że jest w łóżku, w domu, a przynajmniej w jakimkolwiek łóżku. Szuka ręką Charmaine, ale nie ma jej obok, a on leży w śmierdzącym samochodzie, chce mu się sikać, ale boi się otworzyć drzwi, bo na zewnątrz słychać zbliżające się pokrzykiwania i kroki na żwirze albo głuche stąpanie po asfalcie, może nawet pierwsze walnięcia w dach, a w oknie pojawia się przerażające oblicze, w uśmiechu odsłaniają się prawie bezzębne dziąsła. „No, co my tu mamy! Otwieraj, fiucie! Albo sami sobie otworzymy! Dajcie mi łom!”.

I wtedy słyszy przerażony szept Charmaine: „Stan! Stan! Musimy uciekać! Musimy uciekać, jak najszybciej!”. Sam już na to wpadł. Trzyma kluczyk w stacyjce, zawsze. Ryk silnika, pisk opon, wrzaski i drwiny, dudnienie serca, a potem co? Znów to samo, na innym parkingu lub na ulicy, w innym miejscu. Byłoby miło, gdyby miał karabin maszynowy: nic mniejszego nie wystarczy. Ale na razie jego jedyną bronią jest ucieczka.

Czuje, że ściga go pech, jak zdziczały pies, węszący za nim, czyhający za rogiem. Czai się wśród krzaków, wypatruje żółtymi, złymi ślepiami. Może potrzebny mu szaman, jakieś poważne czary wudu. I jeszcze kilka setek dolarów, żeby mogli spędzić noc w motelu, Charmaine obok niego, a nie daleko, na tylnym siedzeniu, gdzie nie może sięgnąć. To byłoby minimum; pragnąć czegoś więcej, to kusić los.

Wyrozumiała Charmaine jeszcze wszystko pogarsza. Tak bardzo się stara. „Nie jesteś nieudacznikiem – mówi. – Tylko dlatego że straciliśmy dom i nocujemy w samochodzie, a ciebie... – Nie chce powiedzieć: wylali. – Ale ty się nie poddałeś, przynajmniej szukasz pracy. Takie rzeczy, utrata domu i... i... To się zdarza wielu ludziom. Większości ludzi”.

„Ale nie każdemu – odpowiada Stan. – Nie każdemu pierdolonemu”.

Nie bogaczom.

A tak dobrze zaczynali. Oboje mieli wtedy pracę. Charmaine była zatrudniona w sieci Rubinowe Trzewiki, prowadzącej kliniki i domy opieki dla emerytów, zajmowała się organizowaniem rozrywek, miała wyjątkowe podejście do starszych ludzi, jak utrzymywali przełożeni, i pewnie by awansowała. Jemu też nieźle szło: młodszy inspektor kontroli jakości w fabryce robotów Dimple[1] Robotics, sprawdzał moduły empatii w zautomatyzowanych modelach obsługujących klientów. Ludzie nie oczekują jedynie pakowania towarów, wyjaśniał Charmaine, chcą doświadczyć wszystkiego, co jest związane z zakupami, a to obejmuje i uśmiech. Uśmiechy były trudne: łatwo mogły przekształcić się w grymas albo znaczący uśmieszek, ale jak się dobrze utrafi z uśmiechem, to klienci zapłacą więcej. Zadziwiające, jak człowiek teraz sobie przypomni, za co ludzie więcej płacili.

 

Mieli skromny ślub, tylko dla przyjaciół, bo ani jej, ani jemu nie zostało dużo rodziny, rodzice umarli w taki czy inny sposób. Charmaine powiedziała, że i tak by swoich nie zaprosiła, ale nie rozwodziła się nad tym zbytnio, bo nie lubiła o nich opowiadać, choć żałowała, że nie ma babci Win. Kto wie, gdzie był Conor? Stan go nie szukał, bo gdyby brat się pojawił, pewnie usiłowałby poderwać Charmaine albo zrobić jakiś inny numer, którym zwróciłby na siebie uwagę.

Potem spędzili miesiąc miodowy na plażach Georgii. Ale było wspaniale! Na zdjęciach są we dwójkę, złociści i uśmiechnięci, otoczeni słońcem niczym mgiełką, trzymają kieliszki – co to było?, jakiś tropikalny koktajl, mocny, na likierze z limonki – trzymają kieliszki, wznosząc toast za swoje nowe życie. Charmaine ma bluzkę w kwiaty, bez pleców, stylizowaną na retro, sarong zamiast spódnicy, za ucho wetknęła kwiat hibiskusa, jej blond włosy lśnią, rozwiewane wiatrem, on ma zieloną koszulę w pingwiny, wybraną przez Charmaine, i panamę, właściwie nie prawdziwą panamę, ale kapelusz w tym stylu. Wyglądają tak młodo, tak świeżo. Są tacy otwarci na przyszłość.

Stan wysłał Conorowi jedno z tych zdjęć, żeby mu pokazać, że w końcu znalazł dziewczynę, której Con mu nie ukradnie, a także dać przykład sukcesu, jaki Conor też mógłby odnieść, gdyby się ustatkował, osiadł gdzieś, przestał rozmieniać się na drobne, jeździć po bandzie. Nie chodzi o to, że Con nie był bystry: był właśnie zbyt bystry. Zawsze coś wykombinował.

Con odpisał: „Niezłe C i niezła D, starszy braciszku. Umie gotować? A te pingwiny durne”. Typowe: Con musiał szydzić, musiał lekceważyć. To było, zanim urwał kontakty, zmienił mail, odmówił podania adresu.

Kiedy wrócili na północ, dali zaliczkę na dom, na początek z dwiema sypialniami, gniazdko dla spragnionych miłości, ale z miejscem na powiększenie rodziny, jak powiedział pośrednik, puszczając oko. Wydawało się, że ich stać, ale z perspektywy czasu decyzja o kupnie okazała się błędem: konieczny był remont, naprawy, a to oznaczało większe obciążenie hipoteki. Mówili sobie, że dadzą radę: nie wydają za dużo, ciężko pracują. To dopiero zabójca: ciężka praca. Harował jak koń. Równie dobrze mógł olewać, biorąc pod uwagę, że został z chujem w garści. Rzygać mu się chce, kiedy wspomina, jak ciężko pracował.

I potem wszystko szlag trafił. Prawie z dnia na dzień. Nie tylko w życiu osobistym: cały ten domek z kart, cały system rozpadł się na kawałki, tryliony dolarów wyparowały z bilansów firm jak mgła z szyby. W telewizji pojawiały się hordy tanich ekspertów, udających, że potrafią wyjaśnić, czemu tak się stało: demografia, utrata zaufania, gigantyczne piramidy finansowe, ale to wszystko były gówniane zgadywanki. Ktoś skłamał, ktoś oszukał, ktoś zdusił rynek, ktoś rozdął bańkę inflacyjną. Brak miejsc pracy, za dużo chętnych. Albo brak miejsc pracy dla przeciętnych ludzi, takich jak Stan i Charmaine. Północny Wschód, a tam właśnie byli, został najciężej dotknięty.

Sieć Rubinowych Trzewików, gdzie pracowała Charmaine, wpadła w kłopoty: była z wyższej półki, więc wiele rodzin już dłużej nie mogło sobie pozwolić, by odstawiać tam swoich staruszków. Pokoje opustoszały, cięto koszty. Charmaine poprosiła o przeniesienie – na Zachodnim Wybrzeżu ośrodki jeszcze dobrze funkcjonowały – ale go nie dostała i okazało się, że jest zbyteczna. Potem Dimple Robotics spakowało manatki i przeniosło się na Zachód, a Stan wyleciał, bez spadochronu.

Siedzieli w nowo kupionym domu na nowo kupionej sofie z kwiecistymi poduszkami, które Charmaine tak starannie dobierała, i tulili się do siebie, i powtarzali, jak się kochają, Charmaine płakała, a Stan poklepywał ją po plecach i czuł, że do niczego się nie nadaje.

Charmaine dostała tymczasową pracę jako kelnerka, a kiedy lokal splajtował, znalazła inną. Potem kolejną, w barze, nic ekskluzywnego, te lepsze dogorywały, bo wszyscy, których było stać na wyszukane jedzenie, obżerali się gdzieś bardziej na Zachodzie albo w egzotycznych krajach, nieznających określenia „płaca minimalna”.

Stan nie miał tyle szczęścia: „zbyt wysokie kwalifikacje”, jak mu oświadczano przy różnych stanowiskach w biurze pośrednictwa pracy. Mówił, że nie jest wybredny – może zamiatać podłogi, strzyc trawniki – a tamci uśmiechali się drwiąco (Jakie podłogi? Jakie trawniki?) i zapewniali, że będą o nim pamiętać. Ale potem zamknięto nawet biuro pośrednictwa pracy, bo po co je utrzymywać, skoro nie ma pracy?

Trzymali się jakoś w swoim małym domku, jedli w fast foodach, wyprzedawali meble, oszczędzali na prądzie i przesiadywali po ciemku, mając nadzieję, że los się odwróci. W końcu wystawili dom na sprzedaż, ale wtedy na rynku nie było już kupujących. Sąsiednie domy już stały puste, splądrowane, złodzieje wyrwali wszystko, co można było spieniężyć. Pewnego dnia skończyły się pieniądze z hipoteki, a karty kredytowe im zablokowano. Woleli wyjść z domu, zanim zostaną wyrzuceni, i odjechali, żeby wierzyciele nie położyli łapy na samochodzie.

Na szczęście Charmaine zaoszczędziła pewną sumkę. To i jej niewielka pensja z baru plus napiwki starczały na benzynę i skrytkę pocztową, żeby mogli udawać, że mają adres, gdyby pojawiło się coś dla Stana, i na pralkomat, kiedy już nie mogli znieść brudnych ubrań.

Stan dwa razy sprzedał krew, ale dużo za to nie dostał. „Nie uwierzysz – powiedziała kobieta, która po drugim pobraniu wręczyła mu papierowy kubek z podróbką soku – ale niektórzy pytali, czy chcemy kupić krew ich dzieci, możesz to sobie wyobrazić?”.

„Ni cholery – odparł Stan. – Czemu? Dzieci nie mają aż tyle krwi”.

„Bo jest cenniejsza” – brzmiała jej odpowiedź. Wyjaśniła, że pojawiły się pogłoski, jakoby pełna wymiana krwi, zastąpienie młodą krwią krwi starej, powstrzymywała demencję i cofała zegar biologiczny o dwadzieścia, trzydzieści lat. „Testowano to tylko na myszach – dodała. – Myszy to nie ludzie! Ale niektórzy chwytają się wszystkiego. Odrzuciliśmy przynajmniej kilkanaście ofert dziecięcej krwi. Mówimy im, że nie możemy tego zaakceptować”.

Ktoś jednak to akceptuje, pomyślał Stan. Można by się założyć, że tak. Jeśli da się na tym zarobić.

Gdyby tylko obydwoje mogli znaleźć miejsce, gdzie perspektywy byłyby lepsze. Podobno rozkręci się coś w Oregonie, coś napędzanego odkryciem jakichś rzadkich złóż, Chińczycy dużo tego kupują – ale jak mają tam dojechać? Kiedy nie będą im kapały dochody Charmaine, zabraknie na benzynę. Mogliby olać wóz i spróbować autostopu, ale Charmaine przeraża sama ta myśl. Samochód jest dla nich jedyną ochroną przed zbiorowym gwałtem, i to nie tylko na niej, dodaje, mając na myśli tych, co to błąkają się po nocy bez spodni. I ma rację, coś w tym jest.

Co powinien zrobić, żeby ich wydobyć z tej czarnej dupy? Zrobi wszystko. Kiedyś było dużo pracy w korporacjach, jeśli tylko ktoś był gotów całować tyłki, ale te tyłki są już poza zasięgiem. Banki wyniosły się z okolicy, fabryki też. Firmy geniuszy informatycznych także przerzuciły się na obfitsze pastwiska w innych, zamożniejszych miastach i krajach. Ostatnią deskę ratunku stanowił zwykle sektor usług, ale i w nim zaczyna brakować pracy, przynajmniej tu, w pobliżu. Jeden z wujów Stana, już nieżyjący, był szefem kuchni, kiedy jeszcze prowadzenie restauracji było niezłą fuchą, bo wyższe warstwy nadal mieszkały na wybrzeżu i najelegantsze restauracje ciągle kwitły. Ale już nie dzisiaj, kiedy klienci tego typu pływają wokół na bezcłowych platformach morskich rozmieszczonych tuż za granicą wód terytorialnych. Tacy bogacze zabierają ze sobą własnych szefów kuchni.

Kolejna noc, kolejny parking. Dzisiaj już trzeci, z poprzednich dwóch musieli uciekać. Teraz są tak wykończeni, że nie mogą zasnąć.

– Może powinniśmy spróbować szczęścia na automatach? – pyta Charmaine.

Kiedyś spróbowali i wyszli dziesięć dolarów do przodu. Niby niedużo, ale przynajmniej nie przegrali wszystkiego.

– Nie ma mowy – odpowiada Stan. – Nie możemy ryzykować, potrzebujemy pieniędzy na benzynę.

– Chcesz gumę, kochanie? – pyta Charmaine. – Odpręż się trochę. Zaśnij. Twój mózg za dużo pracuje.

– Jaki pierdolony mózg? – pyta Stan.

Zapada bolesna cisza: nie powinien się na niej wyładowywać. Dupku, mówi sobie. To nie jej wina.

Jutro schowa dumę do kieszeni. Wytropi Conora, pomoże mu w każdym chłamie, jakim tamten się zajmuje, dołączy do kryminalnych dołów. Ma pomysł, gdzie zacząć szukać. A może po prostu przydusi go o pożyczkę. Zakłada, że Con ma szmal. Zamienią się rolami – kiedy byli młodsi, to Conor wyciągał od niego pieniądze, a już wcześniej wymyślił, jak ograć system – ale będzie musiał uważać, żeby nie wypominać Conorowi ich dawnych układów.

A może właśnie powinien mu przypomnieć. Con jest mu coś dłużny. Może powiedzieć: „Czas na rewanż” albo coś w tym stylu. Nie żeby miał jakiegoś haka. Ale jednak. Con jest jego bratem. I on jest bratem Cona. A to musi coś znaczyć.

[1] Dimple (ang.) – dołeczek w policzku (wszystkie przypisy pochodzą od redakcji).

CZĘŚĆ DRUGA


SIŁA PERSWAZJI

BROWAR

To nie była dobra noc. Charmaine starała się powiedzieć coś pocieszającego. „Myślmy o tym, co mamy – rzuciła w zawilgłą, śmierdzącą ciemność wozu. – Mamy siebie”. Sięgnęła z tylnego siedzenia na przednie, żeby dotknąć Stana, dodać mu otuchy, ale zastanowiła się. Stan mógłby to źle odebrać, jeszcze zechce przejść do tyłu, żeby się z nią kochać, będzie tak niewygodnie, kiedy zaczną się obściskiwać, głową utknie przy drzwiczkach, ześlizgnie się z siedzenia, a Stan będzie ją obrabiał, jakby to było zadanie, z którym musi się jak najszybciej uporać, i to bum, bum, bum głową... To nie wyglądało zachęcająco.

No i nigdy nie mogła się skupić, bo co, jak ktoś się podkradnie? Przyłapie Stana z gołym tyłkiem, Stan zacznie się przeciskać na przednie siedzenie i uruchamiać silnik, a banda oprychów będzie walić w szyby, starając się ją dorwać. Chociaż może nie ją, nie najpierw i nie najbardziej. Naprawdę będą chcieli tego, co wartościowe: samochodu. Ona pójdzie na dokładkę, jak już załatwią Stana.

Wielu właścicieli aut wywleczono z samochodów na żwir, właśnie w tej okolicy; zadźgani, rozwalone czaszki, wykrwawili się na śmierć. Nikt już nie zawraca sobie głowy tymi wypadkami, szukaniem sprawców, bo to wymagałoby czasu, tylko bogacze mogą sobie pozwolić na wzywanie policji. Tylu rzeczy nie doceniamy, dopóki nam ich nie zabraknie, jak mawiała babcia Win, pomyślała Charmaine z żalem.

Babcia Win nie zgodziła się iść do szpitala, kiedy naprawdę się rozchorowała. Powiedziała, że to będzie za dużo kosztowało, i tak by było. Więc po prostu zmarła w domu, a Charmaine zajmowała się nią do samego końca. „Sprzedaj dom, cukiereczku – powiedziała babcia Win, kiedy jeszcze kojarzyła. – Idź do college’u, dokonaj tego wszystkiego, na co cię stać. Potrafisz to zrobić”.

I Charmaine dokonała tego wszystkiego, na co było ją stać. Zrobiła dyplom z gerontologii i terapii zabawowej, dlatego że babcia Win powiedziała, iż dzięki temu będzie zabezpieczona z każdej strony, bo ma empatię i dar pomagania ludziom. Uzyskała tytuł.

Tylko że teraz to bez różnicy.

Jeśli cokolwiek się wydarzy, jesteśmy zdani na siebie, Stan powtarza jej to zbyt często. To nie jest pocieszające. Nic dziwnego, że tak mu się śpieszy, kiedy już uda mu się na nią wejść. Cały czas musi być czujny.

Więc zamiast dotknąć Stana wczoraj w nocy, wyszeptała: „Śpij dobrze. Kocham cię”.

Stan coś wymamrotał, może: „Też cię kocham”, choć przypominało to raczej pomruk przerwany chrapnięciem. Prawdopodobnie biedaczek już zasypiał. Naprawdę ją kocha, powiedział, że zawsze będzie ją kochał. Czuła taką wdzięczność, kiedy go znalazła, a raczej kiedy to on znalazł ją. Kiedy się odnaleźli. Był taki solidny i godny zaufania. Też chciałaby być taka, solidna i godna zaufania, ale wątpiła, czy kiedykolwiek jej się to uda, bo tak łatwo ją przestraszyć. Ale musi być twardsza. Musi pokazać charakter. Nie chce być obciążeniem.

Oboje budzą się wcześnie – lato, światło wpada przez szyby samochodu, jest zbyt jasno. Charmaine myśli, że może powinna zrobić jakieś zasłonki. Mogliby wtedy dłużej pospać i nie byliby tacy naburmuszeni.

 

Jadą po wczorajsze pączki do najbliższego centrum handlowego, z podwójną polewą czekoladową, i w aucie robią kawę rozpuszczalną, używając samochodowego podgrzewacza, co wychodzi dużo taniej niż kupowanie kawy tam, gdzie są pączki.

– To jak piknik – mówi pogodnie Charmaine, chociaż to nie bardzo jak piknik: jeść nieświeże pączki w samochodzie, kiedy lekko mży.

W telefonie na kartę Stan przegląda strony z ofertami pracy, ale to go przygnębia, powtarza: „Nic, kurwa, nic, kurwa, nic”, więc Charmaine proponuje, żeby poszli pobiegać. Uprawiali jogging, kiedy mieli dom: wstać wcześnie, pobiegać przed śniadaniem, potem prysznic. To pozwalało czuć się przepełnionym taką energią, tak czystym. Ale Stan patrzy na nią, jakby zwariowała, i sama widzi, że to byłoby głupie, tak zostawić samochód bez opieki, ze wszystkim, z ubraniami, w dodatku narażać się na ryzyko, bo kto wie, co może kryć się w krzakach. Poza tym, dokąd by pobiegli? Wzdłuż zabitych deskami domów? Parki są zbyt niebezpieczne, pełno tam ćpunów, wszyscy wiedzą.

– Jogging, kurwa. – Stan mówi tylko tyle.

Jest nieogolony i opryskliwy, przydałby mu się fryzjer. Może uda się jej przemycić go do baru, w którym pracuje, jakoś później, wzięłaby ręcznik i maszynkę do golenia, umyłby się i ogolił w łazience dla mężczyzn. Niezbyt luksusowe warunki, ale przynajmniej z kranu wciąż leci woda. Rdzawa, ale leci.

Bar nazywa się Pikselowy Pył. Otworzyli go, kiedy w okolicy nastąpił miniboom informatyczny, pojawiły się interaktywne start-upy i zjechali twórcy aplikacji, miał przyciągać dzieciaki-maniaki, lubiące zabawki i gry, takie jak piłkarzyki, bilard i komputerowe wyścigi samochodowe. Wiszą tam wielkie płaskie ekrany, na których lecą filmy bez dźwięku, wygląda to jak niezła tapeta, choć jeden jest zepsuty, a pozostałe pokazują zwykłe programy telewizyjne, na każdym ekranie inny. Są zakamarki i zaciszne kąciki, pomyślane jako miejsca do mądrych rozmów, jedną część nazwano „Miejsce do Myślenia”. Wywieszki wciąż tam są, choć ktoś przekreślił i napisał: „Miejsce do Pierdolenia”, bo prawie stale urzędują tam dwie tutejsze kurewki. Kiedy miniboom się skończył, jakieś cwaniaczki zniszczyły część ledowego neonu ze słowem „Pikselowy” i teraz pozostał tylko „Pył”.

Z nazwy i natury rzeczy, myśli Charmaine, bo wszystko stale pokrywa warstewka brudu. Powietrze cuchnie zjełczałym tłuszczem z mieszczącej się obok smażalni skrzydełek kurczaka. Klienci przynoszą je w papierowych torbach, częstują. Te skrzydełka są dość odrażające, ale Charmaine nigdy nie odmawia, kiedy proponują.

Lokal już dawno by zamknięto, gdyby nie to, że jest – jak przypuszcza, a właściwie wie – punktem kontaktowym lokalnych handlarzy narkotyków. Tu spotykają się z dostawcami i z klientami. Nie muszą się bać, że zostaną przyłapani: nie tutaj, już nie. Mają kilku stałych klientów plus dwie kurewki, pogodne dziewczyny, mniej więcej dziewiętnastoletnie. Obie są bardzo ładne: jedna jest blondynką, druga ma długie ciemne włosy. Sandi i Veronica, wystrojone w koszulki z cekinami i naprawdę bardzo króciutkie krótkie spodenki. Chodziły do college’u, zanim wszyscy dookoła stracili pieniądze, tak same mówią.

Według Charmaine – nie przetrwają. Albo ktoś je pobije i odejdą. Albo poddadzą się i zaczną zażywać narkotyki, co jest innym sposobem odejścia. Albo zacznie je skubać alfons. Albo pewnego dnia po prostu wypadną przez dziurę w kosmosie i nikt nie będzie chciał ich wspominać, bo będą martwe. To cud, że jeszcze nic podobnego nie nastąpiło. Charmaine chce im poradzić, żeby się stąd wynosiły, ale dokąd by miały się wynieść, a poza tym to nie jej sprawa.

Kiedy nie są zajęte w Miejscu do Pierdolenia, siedzą przy ladzie, sączą dietetyczne napoje i gawędzą z Charmaine. Sandi powiedziała jej, że puszczają się tylko tymczasowo, zanim znajdą prawdziwą pracę, a Veronica dodała: „Urabiam sobie tyłek”, i obie wybuchnęły śmiechem. Sandi chciałaby zostać trenerem osobistym, Veronica wybrałaby pielęgniarstwo. Mówią tak, jakby to rzeczywiście mogło się kiedyś wydarzyć. Charmaine nie zaprzecza, bo babcia Win powtarzała, że cuda się zdarzają, przecież Charmaine z nią zamieszkała, to dopiero cud!

Więc, kto wie? Sandi i Veronica kilkakrotnie były akurat w barze, kiedy Stan odbierał ją po pracy, i nie miała wyjścia, musiała ich sobie przedstawić. Kiedy siedzieli w samochodzie, Stan powiedział: „Nie powinnaś tak się spoufalać z tymi kurewkami”, a Charmaine odparła, że wcale się z nimi tak nie spoufala, ale że naprawdę są bardzo miłe, a on dodał: „Akurat, miłe jak cholera!”, co jej zdaniem nie było uprzejme. Ale nie powiedziała tego głośno.

Co jakiś czas wpadają przyjezdni, młodzi faceci, przeważnie turyści z bogatszych krajów czy miast, szukający spelunek i tanich rozrywek – wtedy musi być czujna. Stałych klientów zna, zostawiają ją w spokoju – wiedzą, że nie jest taka jak Sandi czy Veronica, że ma męża – i tylko ktoś nowy może pomyśleć, że dałaby się poderwać.

Ma popołudniową zmianę, kiedy jest raczej spokojnie. Wieczory są lepsze, jeśli chodzi o napiwki, ale Stan mówi, że nie chce, żeby wtedy pracowała, bo kręci się zbyt wielu pijanych zbereźników, choć może będzie musiał się ugiąć, jeśli zaproponują jej taką zmianę, bo pieniądze szybko topnieją. Popołudniami pracuje tylko ona i Deirdre, która została po lepszych czasach Pikselowego Pyłu; kiedyś była programistką, ma na ręku wytatuowaną wstęgę Möbiusa i ciągle wiąże ciemne włosy w kucyki, niczym mała dziewczynka, i wygląda jak dziwaczna filmowa Harriet szpieg. Jest jeszcze Brad, który kiedy trzeba, przywołuje do porządku rozochoconych klientów.

Charmaine ogląda telewizję na płaskich ekranach, stare, podnoszące na duchu filmy z Elvisem Presleyem z lat sześćdziesiątych albo serial komediowy, chociaż wcale nie jest taki śmieszny, a w ogóle komedie są tak zimne i bezlitosne, wykpiwają ludzkie zmartwienia. Woli pełne dramatyzmu programy, gdzie wszyscy są porywani, gwałceni, zamykani w ciemnościach i nikt nie oczekuje, że widz będzie się z tego śmiał. Wszyscy oczekują, że widz będzie tak zdenerwowany, jak by był, gdyby to zdarzyło się właśnie jemu. Zdenerwowanie to cieplejsze, bliższe jej uczucie, nie takie przejmująco dalekie jak wyśmiewanie ludzi.

Zwykle oglądała program, który nie był serialem komediowym. To był reality show W obronie własnej z Lucindą Quant. Lucinda była kiedyś słynną dziennikarką, ale się zestarzała, więc W obronie pokazywano tylko w lokalnych kablówkach. Lucinda chodziła po okolicy i robiła wywiady z ludźmi, których usuwano z domów; trzeba było widzieć te stosy rzeczy zgromadzonych na trawnikach, ich sofy, łóżka i telewizory, co było naprawdę smutne, ale i interesujące, czego to nakupowali, a Lucinda wypytywała, co się wydarzyło w ich życiu, a oni mówili, jak ciężko pracowali, ale fabrykę zamknięto albo przeniesiono, albo jeszcze coś innego. Widzowie mieli przysyłać pieniądze, żeby im pomóc, i czasem przysyłali, co pokazywało, że w ludziach tkwi dobro.

Charmaine uznała, że W obronie dodaje jej otuchy, bo to, co stało się z nią i ze Stanem, może przydarzyć się każdemu. Ale potem Lucinda Quant dostała raka, wyłysiała i zaczęła wrzucać do sieci filmy o tym, jak choruje, kręcone w szpitalnym pokoju, a to z kolei Charmaine uznała za przygnębiające, więc przestała oglądać Lucindę. Jednak życzyła jej dobrze i miała nadzieję, że dziennikarce się poprawi.

Czasem rozmawia z Deirdre. Opowiadają sobie o życiu, Deirdre miała gorzej niż Charmaine, spotkała mniej miłych dorosłych, takich jak babcia Win, za to przeżyła więcej zmartwień, co obejmowało też aborcję, a Charmaine nigdy nie posunęłaby się do tego. Teraz bierze pigułki, dostaje je tanio od Deirdre, ale zawsze chciała mieć dziecko, choć nie wie, jak sobie poradzi, jeśli przypadkiem zajdzie w ciążę teraz, kiedy mieszkają ze Stanem w samochodzie, no nie ma pojęcia. Inne kobiety – kobiety z dawnych czasów, twardsze kobiety – radziły sobie w ograniczonej przestrzeni, na statku płynącym przez ocean czy w wozie osadników. Ale chyba nie w samochodzie. Ciężko pozbyć się zapachów z tapicerki, więc trzeba by bardziej uważać, jakby dziecku się ulewało i tak dalej.

Około jedenastej ona i Stan zjadają kolejnego pączka. Potem robią pełen nadziei przystanek przy śmietniku za jadłodajnią, ale nie mają szczęścia, wszystko już zabrane. Przed południem Stan zawozi ją do pralkomatu w jednym z centrów handlowych – korzystali z niego już wcześniej, dwa z automatów nadal są sprawne – i pilnuje samochodu, kiedy ona ładuje pralkę i płaci telefonem. Jakiś czas temu pozbyła się białych rzeczy – nawet bawełnianych koszul nocnych – i zamieniła je na ciemniejsze. Zbyt trudno utrzymać białe w czystości, a ona nienawidzi niechlujnego wyglądu. Potem zjadają na lunch kilka plasterków sera i resztki bajgla i wypijają jeszcze trochę kawy rozpuszczalnej. Wieczorem zjedzą coś lepszego, bo Charmaine dostaje wypłatę.