Intruz

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Wszystkie wydarzenia, postacie i niektóre miejsca opisane w tej historii są fikcyjne.

1. Warszawa, wiosna 2018

– Proszę się trochę podsunąć do góry, znów mi pan uciekł…

Gabinet stomatologiczny tonął w blasku promieni słońca wpadających przez szeroki na całe pomieszczenie pas okien i stłumionych nieco półprzezroczystymi, zasuniętymi do połowy roletami. Fotel skierowany był nie w stronę okien, lecz na przeciwległą ścianę, na której wisiał pięćdziesięciocalowy plazmowy ekran. Może dlatego, że widok na zewnątrz nie był zbyt atrakcyjny. Dzięki temu, zamiast kominów mokotowskich kamienic, pacjenci oglądali widoki z najpiękniejszych miejsc świata, okraszone kojącą muzyką, która sączyła się z niewidocznych, ukrytych w podwieszanym suficie głośników.

Mężczyzna niemal leżał na fotelu, nad jego szeroko otwartymi ustami pochylał się stomatolog.

– Niech się pan mnie nie boi, robię, co mogę – zażartował, poprawiając maseczkę zsuwającą się z nosa.

Pacjent zmrużył oczy i wybełkotał niewyraźnie:

– Ja też robię, co mogę…

Roześmieli się obaj, wiedzieli, że to taki mały prezent dla pacjenta od dentysty: chwila oddechu i spadku napięcia. Moment na uspokojenie.

– Co się stało? Zabolało? – Dentysta zmarszczył nagle brwi.

– Nie, nie. – Pacjent machnął ręką. – Coś mi się tylko przypomniało…

Wciąż mówił niewyraźnie. Palce obleczone lateksem zniknęły co prawda z jego ust, ale gazik wypychał mu dolną wargę i krępował język.

– Coś nieprzyjemnego? – Stomatolog odłożył wiertło na asystor.

– Nie, nie o to chodzi. Kiedy pan się tak roześmiał, przypomniał mi się ktoś z dzieciństwa. Byliśmy razem na obozie młodzieżowym. Ten pana śmiech brzmi niemal identycznie.

– Może to byłem ja? Może już się kiedyś spotkaliśmy? Nawet na tym obozie, jesteśmy chyba w podobnym wieku? – Zmrużył oczy. – Gdzie on był?

– W Paprotnie, niedaleko…

– Rewala?

– Tak! To taka dziura, że aż strach. Nawet nie wiem, czy jeszcze istnieje. Skąd pan ją zna?

– Cóż… Sporo jeżdżę po kraju.

– Nawet jeśli się kiedyś spotkaliśmy, to na pewno nie wtedy. – Mężczyzna pokręcił głową i sięgnął do ust, wyjmując gazik, który wysunął mu się spod języka. – To była dziewczyna. Niech pan mi nie ma za złe, ale była bardzo podobna do pana. Wręcz łudząco. W dodatku strasznie dziwna, niepokojąco dziwna. Ale ten śmiech… Identyczny. Mam znakomitą pamięć dźwiękową, w końcu jestem muzykiem. A nie ma pan przypadkiem siostry?

– Spokojnie, ja wezmę. – Stomatolog nie odpowiedział, tylko wyjął zaśliniony wałeczek z palców pacjenta i wyrzucił do kosza na śmieci wyściełanego czerwonym, plastikowym workiem.

– To co? – zapytał, uśmiechając się. – Jedziemy dalej z tym koksem?

Pacjent przewrócił oczami i odchylił głowę, a dentysta włożył między dziąsło a policzek nowy gazik i wrócił do pracy. Skończył kilkanaście minut później. Zsunął maseczkę z nosa i ust na podbródek, a potem ściągnął z trzaskiem lateksowe rękawiczki, które wylądowały tam, gdzie wcześniej gazik.

– Gotowe. Proszę nie jeść przez godzinę. Gdyby bolało, kiedy znieczulenie puści, proszę dobrać coś przeciwbólowego. Obawiam się, że może trochę ćmić, kiedy minie znieczulenie.

– Biegać mogę?

– Biegać?

– Tak, biegać. Planowałem dziś wieczorem truchtanie na Agrykoli. Nie ma przeszkód?

Dentysta spojrzał w okno.

– Żadnych – odparł obojętnie. – W końcu sport to zdrowie…

Mężczyzna zsunął się z fotela, otarł usta papierową chusteczką i odruchowo się jej przyjrzał. Jeszcze raz popatrzył na stomatologa i pokręcił głową.

– Jak ja nie lubię, kiedy nie mogę sobie czegoś przypomnieć – powiedział z namysłem.

– A czego pan zapomniał? – Dentysta znów zmarszczył brwi: były tak rzadkie, że prawie niewidoczne.

– Skąd pana kojarzę.

Lekarz machnął ręką.

– Ach, to… Niech pan sobie tym nie zaprząta głowy – poradził. – A jeśli mowa o zapominaniu, to proszę jednak nie zapomnieć: następna wizyta za dwa tygodnie, wtorek, siedemnasta. Gdyby coś się zmieniło, musiałbym pilnie wyjechać czy coś takiego, sekretarka przyśle mail albo zadzwoni. Do zobaczenia.

* * *

Biała skoda zatrzymała się przy Myśliwieckiej, na parkingu przy kortach Legii. Drzwi kierowcy otworzyły się. Z samochodu wysiadł mężczyzna ubrany w obcisłe spodnie do biegania i ciemny softshell. Zamknął drzwi, porozciągał się trochę, raczej dla zasady niż z potrzeby, bo planował tylko krótką przebieżkę. Potem pochylił się i poprawił sznurówki. Ruszając truchtem przed siebie, odruchowo sprawdził językiem zrobiony trzy godziny wcześniej ząb. Nie bolał, ale na wszelki wypadek łyknął dwa panadole, żeby nic nie zaskoczyło go wieczorem podczas koncertu. Przebiegł przez ulicę i aleją Radiowej Trójki, już szybszym tempem skierował się w stronę Agrykoli. Było późne popołudnie, pora powrotów z pracy, więc w parku nie było dużo ludzi. Kilka minut później, gdy biegł asfaltową aleją w stronę Ogrodu Botanicznego, ujrzał kogoś zbliżającego się z naprzeciwka. Szczupły facet w czapce z daszkiem biegł z pochyloną głową, więc kiedy zbliżali się do siebie, lekko zboczył w prawo, żeby ustąpić mu miejsca. Nie był typem pieniacza, zresztą rozumiał, jak można zapomnieć o wszystkim, kiedy już wpadnie się w swój rytm biegu i człowieka pochłoną własne myśli. Tamten widocznie zauważył go w ostatniej chwili, i choć miał dość miejsca, by się minęli, odskoczył dziwnie skurczony w pół kroku. Mimo to potrącili się dość mocno biodrami. Mężczyzna poczuł ból wysoko w udzie, po wewnętrznej stronie. Syknął, ale tamten pobiegł dalej, wciąż z pochyloną głową. Kiedy się za nim obejrzał, żeby posłać mu kilka słów na do widzenia, zobaczył, jak tamten, kołysząc biodrami w miarowym tempie, w milczeniu podnosi rękę w geście przeprosin. Dał więc sobie spokój i lekko utykając, potruchtał dalej, masując bolące miejsce.

Następnego dnia rano ból się zwiększył. Mężczyzna czuł się źle, nie miał apetytu, na widok jajecznicy, którą zrobiła mu żona, dostał mdłości. Zaczął go boleć również brzuch. Sugestię, że to atak wyrostka, zbył machnięciem ręki, w końcu bolało go po lewej stronie. Wziął kolejną dawkę paracetamolu i ibuprofen. Wieczorem podczas koncertu noga i brzuch zaczęły mu dokuczać jeszcze bardziej. Mężczyzna zaczął się pocić. Ból przeszkadzał mu w grze, smyczek sunął momentami po strunach wiolonczeli zupełnie nie tak, jak go prowadził. W czasie przerwy zwymiotował w łazience. Na salę koncertową już nie wrócił; zamówił taksówkę i pojechał do domu; wziął nospę i położył się do łóżka. W nocy żona wezwała karetkę. Udo w okolicach pachwiny wyglądało, jakby zaczęło gnić, węzły chłonne wypchnęły skórę, a gorączka niemal paliła go żywcem. Mężczyzna majaczył i rzęził z bólu. W szpitalu zaczęto go diagnozować, ale zanim ktokolwiek zdał sobie sprawę, jak poważny jest jego stan, kolejne narządy wewnętrzne przestawały funkcjonować. Krwawienie z jelita cienkiego, a następnie mocznica i odwodnienie spowodowały zapaść.

Mężczyzna zmarł kilkanaście godzin później, nie odzyskawszy przytomności.

* * *

Warszawa, październik 2018

Marius starannie układał narzędzia w odpowiednich przegródkach. Metodycznie i skrupulatnie. Jego uwielbienie porządku graniczyło z obsesją i wiedział o tym, ale uważał, że właśnie dzięki temu osiągnął w życiu tyle, ile osiągnął. A przede wszystkim dzięki temu był bezpieczny.

Sprzątał swój gabinet sam. Sąsiednie gabinety należące do jego kolegów po fachu obsługiwały Ukrainki z firmy porządkowej wynajętej przez klinikę, ale on odmówił tej usługi. Nie ze względów finansowych, o finanse akurat nie musiał się martwić. I również nie dlatego, że miał tu rzeczy, których nie powinno być w gabinecie stomatologicznym, tylko dla zasady. O własne śmieci dba się samemu. Spryskał blat octeniseptem i wytarł starannie szmatką. Właśnie zabierał się do opróżniania czerwonego worka z odpadami, kiedy zadzwonił jeden z jego dwóch telefonów. Ten ważniejszy. Spojrzał na zegarek: była dokładnie dziewiętnasta. O takiej, wyłącznie takiej, porze mógł dzwonić tylko ktoś, kto wiedział, że on odbierze go tylko o tej godzinie. Wziął telefon z blatu i odebrał.

– Tak? – rzucił krótko.

– Dobry wieczór. – Człowiek po drugiej stronie mówił po angielsku z obcym akcentem, ale on nie potrafił ocenić z jakim. – Czy rozmawiam z Mariusem?

– Tak.

– Chciałbym się umówić na wizytę. Pilną.

– Rozumiem. Gdzie pan jest?

– Godzinę temu przyleciałem do Warszawy. Jestem jeszcze na lotnisku.

– Dwudziesta, „Alhambra”, Aleje Jerozolimskie trzydzieści dwa.

– Jak się rozpoznamy?

– Ma pan rękawiczki?

– Mam. – W głosie dało się słyszeć lekkie zdziwienie.

– Proszę położyć jedną na stoliku. Do zobaczenia. – Rozłączył się.

Nie było potrzeby kontynuowania rozmowy przez telefon i tamten również to wiedział. Za godzinę pozna szczegóły. Dokończył sprzątanie gabinetu, potem przebrał się i wyszedł. Włączył alarm i zamknął drzwi na klucz. Skierował się na wewnętrzny parking i wsiadł do samochodu. Miał trzydzieści osiem minut, ale chciał być przed czasem. Ryzyko, że się spóźni z powodów niezależnych od niego, istniało zawsze, po to właśnie była rękawiczka; na wszelki wypadek.

Na szczęście zdążył. Na miejscu był za piętnaście ósma, znalazł wolne miejsce na chodniku i zaparkował. Siedział w samochodzie i obserwował wejście do kawiarni.

„Alhambra” była gejowskim lokalem. Półoficjalnym w latach osiemdziesiątych, później, kiedy nie trzeba było się już aż tak ukrywać, zrobiła się jeszcze bardziej popularna. Kiedyś dawali tu świetną czekoladę pitną, lepszą niż u Wedla, lokal miał klimat i zapewniał dyskrecję, na czym Mariusowi zależało najbardziej.

 

Za dwie dwudziesta na ulicy tuż obok jego samochodu zatrzymała się taksówka. Nie miała oznaczeń korporacji, a wyłącznie numer boczny i koguta z napisem TAXI. Bezpiecznie schowany za przyciemnianymi szybami swojego sportowego audi Marius patrzył, jak wysiada z niej mężczyzna w staromodnym kapeluszu na głowie. Kiedy cień ronda zszedł na chwilę z jego twarzy, z zaskoczeniem zobaczył twarz Azjaty. Chińczyk zatrzasnął drzwi taksówki, wszedł na chodnik i pewnym krokiem podążył w kierunku wejścia do „Alhambry”. Po chwili zniknął w środku. Marius odczekał chwilę, a potem zrobił to samo.

Kiedy wszedł do lokalu, Chińczyk, już bez płaszcza i kapelusza, kładł właśnie rękawiczkę na stoliku. Podszedł i usiadł obok, zdejmując ją z blatu i podając właścicielowi.

– Marius – powiedział cicho, nie licząc nawet, że tamten również się przedstawi.

Nie pomylił się. Przyglądał mu się przez chwilę, dokonując w myślach szybkiej oceny. Na oko pięćdziesiąt pięć, sześćdziesiąt lat, ale Marius nie był pewien. Ubrany po europejsku, ale krój płaszcza i ten śmieszny kapelusz mogły świadczyć o tym, że przebywał w Europie Zachodniej od dawna i przyzwyczajony do mody z dawnych lat nie zamierzał podporządkowywać się jej nowym trendom.

– Taksówkarze mają u was złodziejskie stawki – poskarżył się Chińczyk.

– Trzeba brać taksówki z korporacji – odpowiedział. – Słucham pana.

Chińczyk również przyglądał mu się dłuższą chwilę.

– Wygląda pan bardzo niepozornie – wypalił.

Marius pomyślał, że jest bardzo bezpośredni. Nie przejął się tym; i bez niego wiedział, jak wygląda. Potraktował to jako wskazówkę.

– Wygląd nie ma znaczenia – odparł. – Pan również wygląda niepozornie.

– Oczywiście. – Tamten lekko przekrzywił głowę i Marius stwierdził, że ta uwaga mogła być elementem testu.

Podszedł kelner i wręczył im karty. Kiedy wzięli je do ręki, natychmiast dyskretnie się oddalił. Marius odłożył kartę na przykryty karminowym obrusem stół, przybysz zaś swoją otworzył i zaczął przeglądać.

– Jest pan podobno bardzo skuteczny? – ni to zapytał, ni stwierdził Chińczyk, wpatrzony w zdjęcia koktajli, kaw i deserów.

– Owszem.

– I dość drogi?

– Proszę zatrudnić Rosjanina albo Czeczena, jeśli pana na mnie nie stać. Są tańsi.

Cień uśmiechu przemknął po twarzy Chińczyka. Przeniósł wzrok na Mariusa, zamknął kartę i odłożył ją na blat.

– Nie będzie takiej potrzeby. Mam pan rewelacyjne referencje. W tej branży są bardzo cenne. Można wierzyć im bez zastrzeżeń; to nie entuzjastyczne opinie użytkowników mediów społecznościowych, tylko poparte twardymi dowodami realne polecenia.

Marius uśmiechnął się ze skromnością.

– Tak się składa, że bardzo dbam o to, żeby tych dowodów było jak najmniej – wyjaśnił, a Chińczyk roześmiał się cicho i wykonał ruch przypominający grożenie palcem.

Chciał coś powiedzieć, ale w tej samej chwili do stolika podszedł kelner.

– Czy panowie już się zdecydowali?

Chińczyk zamówił gorącą czekoladę z chili i cynamonem, Marius poprzestał na kawie. Dziś czekolada była tu taka sama jak wszędzie indziej.

– Pozwoli pan, że na początek zadam kilka pytań – zaczął po chwili.

Chińczyk uprzejmie skłonił głowę.

– Proszę bardzo.

– Jak mam się do pana zwracać? Chodzi o wygodę. Wyłącznie.

– Może mnie pan nazywać Czangiem.

– Kogo pan reprezentuje?

Czang cmoknął z lekkim niesmakiem.

– To nie są pytania, które zadaje się w takiej sytuacji. Jest pan zawodowcem. To ja daję panu zlecenie, a reszta pana nie powinna interesować.

– Owszem. Ale zabezpieczanie się przed ryzykiem jest moim priorytetem. Jak wspomniałem przed chwilą, dbam o to wyjątkowo, niemal obsesyjnie. To dlatego działam na rynku tych usług tak długo.

– Ja to rozumiem. Tylko że… Wie pan, że mogę powiedzieć panu cokolwiek?

– Wiem. Ale liczę na szczerość i uchylenie przynajmniej rąbka tajemnicy.

– Dobrze. Myślę, że i tak wiele zdradził panu mój wygląd, tego przecież nie da się ukryć, choć zawsze mógłbym twierdzić, że to przypadek. Ale to nie przypadek. Reprezentuję dużą, ale bardzo dyskretną grupę wpływów działającą głównie w Chinach kontynentalnych i na Tajwanie. Grupę biznesmenów kilku poważnych i rozwojowych branż. Jesteśmy czymś w rodzaju konsorcjum. Interesy robimy jednak na całym świecie. I nie, nie jest to żadna z triad. Można nawet powiedzieć, że nasze stosunki z władzami są… dość poprawne.

– Z którymi władzami?

– Wie pan: pieniądze nie mają poglądów politycznych. – Czang upił łyk czekolady. – Tak więc żyjemy dobrze z obiema. Ma pan z tym jakiś problem, Marius?

– Żadnego. Ja też nie mam poglądów politycznych.

Podszedł kelner z tacą i dwiema filiżankami brzęczącymi cicho na spodkach. To Marius zawsze tu lubił: szybką i profesjonalną obsługę.

Czang pokiwał ze zrozumieniem głową, wziął łyżeczkę i zanurzył ją w gęstej czekoladzie. Marius obserwował, jak delikatnie rozrywa lekki kożuch, który uformował się na powierzchni stygnącego napoju. Czang rozejrzał się po kawiarni.

– To jakaś pedalska knajpa? – zapytał, oblizując i odkładając łyżeczkę na spodek.

W oczach Mariusa pojawił się błysk. Na ułamek sekundy jego powieki uniosły się niemal niedostrzegalnie, ale Czang to zauważył.

– Uraziłem pana? – Rzadkie, czarne brwi powędrowały w górę.

– Nie. – Marius wzruszył ramionami. – Te kwestie również nie mają dla mnie znaczenia. Absolutnie żadnego. Jestem neutralny pod każdym względem. Każdym, panie Czang.

– Rozumiem. I szanuję to. Wracając do zlecenia i do tego, dlaczego chcemy współpracować akurat z panem; interesował nas ktoś, który zna miejscowe realia, i choćby z tego względu Rosjanie i Czeczeni są wykluczeni. – Czang się roześmiał. – Nasi wspólni znajomi zaproponowali nam właśnie pana. Rozumiem, że zna pan miejscowe zwyczaje i bez problemu porusza się w polskich realiach?

– Skąd te wątpliwości?

– Pański samochód ma holenderskie tablice. Pan z kolei ma holenderskie obywatelstwo, to akurat wiem na pewno od ludzi, których obaj znamy. Żywię pewne obawy związane z sytuacją, że powrócił pan do swojego kraju po wielu latach i nie do końca jest zorientowany, jakie zmiany w nim zaszły. To byłoby niedopuszczalne…

– O to proszę się nie obawiać. Wróciłem do Polski wiele lat temu. To wystarczający okres, żeby się znów zaadaptować.

– Zgadza się. Uspokoił mnie pan. Czyli trafiliśmy dobrze.

– Oczywiście. O co chodzi?

Czang upił dwa łyki czekolady. Oblizał wąskie usta i odstawił filiżankę. Marius przypatrywał mu się bez skrępowania.

Wyglądali jak dwaj przypadkowi ludzie, którzy spotkali się w przypadkowym miejscu i toczyli niezobowiązującą pogawędkę na luźne tematy. Ktoś, kto spojrzałby na nich z boku, na przykład kelner zerkający zza kotary, mógłby nawet wziąć ich za gejów, którzy spotkali się najpierw w sieci, a teraz tutaj, i siedząc obok siebie na kanapie dyskretnej loży, badają się wzajemnie, sprawdzając, czy mogą i chcą pójść krok dalej.

Marius zawsze się starał, by tak właśnie wyglądały te pierwsze spotkania.

Niewinnie.

Czang położył ręce na stole i splótł palce. Miał niewielkie dłonie z zadbanymi, lekko kwadratowymi paznokciami.

– Poszukujemy człowieka, który ma coś bardzo dla nas cennego. To twarde dyski z danymi dotyczącymi pewnego projektu badawczego. Nie musi pan znać żadnych szczegółów w tym zakresie. Chodzi wyłącznie o odnalezienie człowieka i urządzeń. Zlecenie obejmuje obie te rzeczy. Ekstrakcja, że użyję bliskiej panu nomenklatury, jest możliwa dopiero PO odzyskaniu dysków, lub przynajmniej jednego z nich. Jeden to ostateczność, bo choć na obu jest ta sama zawartość, to my nie jesteśmy zainteresowani tym, żeby te dane trafiły do kogoś prócz nas. Powtarzam: ekstrakcja następuje nie po uzyskaniu informacji, gdzie są dyski, tylko po tym, jak będzie pan miał je w ręku.

– Skąd będę miał pewność, że to te, o które wam chodzi? Prawdopodobnie będą zaszyfrowane, a przynajmniej zabezpieczone przed nieautoryzowanym dostępem.

– Dostanie pan ich numery seryjne. Dopiero po potwierdzeniu autentyczności dysków może pan zlikwidować człowieka, który je miał. Czy to jasne?

– Oczywiście.

– Cieszę się.

– Kim jest nasz cel?

Czang wyciągnął z kieszeni niewielki pudełko. Otworzył je, wyjął z niego pendrive i pokazał go Mariusowi.

– Tu ma pan jego podstawowe dane. A także pozostałe istotne informacje. Człowiek ten jest obecnie poszukiwany przez polskie służby specjalne. I tak się składa, że jest również funkcjonariuszem tych służb…

Marius siedział przez chwilę w bezruchu. Czang spojrzał na niego i zapytał z lekkim zaskoczeniem w głosie:

– Czy to dla pana problem?

– To trochę zmienia postać rzeczy… – odparł ostrożnie.

– Jak bardzo?

– Będzie to nieco trudniejsze, niż myślałem. Ale oczywiście jest do zrobienia.

Czang pokiwał głową, lekko wydymając usta okolone delikatnym i rzadkim zarostem.

– To oczywiste, że poziom komplikacji rośnie – powiedział. – Jeśli mogę coś zasugerować: w zasadzie rzecz sprowadza się do tego, żeby iść śladem tych, którzy pójdą śladem naszego celu. Myślę, że tak będzie najprościej. Problem w tym, że jeśli służby znajdą go przed panem, będzie pan musiał go jakoś przejąć. Razem z dyskami, oczywiście, choć wątpię, żeby nosił je przy sobie. Nie znam pana możliwości, ale oczywiście jeśli uzna pan, że jest w stanie odszukać go sam, to nie ma sprawy. Ma pan wolną rękę.

– Myślę, że zacznę tak, jak pan proponuje. Jak mam namierzyć ludzi poszukujących naszego człowieka?

– Wszystkiego dowie się pan w ciągu kilku dni. Operacja polskich służb jest obecnie w fazie przygotowania. Wszelkie informacje o poszukiwaniach prowadzonych przez Polaków będą aktualizowane na bieżąco.

– Jakim cudem?

Czang uśmiechnął się lekko i zmrużył powieki, tak że czarne oczy niemal za nimi zniknęły.

– Nie musi pan tego wiedzieć.

– Muszę. Muszę mieć pewność, że to sprawdzone informacje.

– Są sprawdzone. Pochodzą z bardzo dobrego źródła. Naprawdę świetnego, proszę mi wierzyć. Praktycznie trudno wyobrazić sobie lepsze.

– To dlaczego wciąż nie znaleźliście człowieka, którego szukacie?

– Zawsze są pewne ograniczenia, Marius. Zawsze. Ale proszę mi wierzyć, dzięki owemu źródłu te ograniczenia łatwiej pokonać. I po to też właśnie chcemy wynająć pana. Żeby pozbyć się tych ograniczeń.

Marius westchnął i wyciągnął z kieszeni mały pakuneczek. Położył go na stole przed Czangiem.

– Moja cena to dwieście tysięcy euro. Zaliczka pięćdziesiąt tysięcy pięcioma przelewami po dziesięć tysięcy na różne konta w De Nederlandsche Bank do jutra, numery kont w środku. Jest tam również telefon, z którego o każdej porze może pan do mnie zadzwonić, gdyby zaszła taka potrzeba. Proszę go mieć zawsze przy sobie, ja też mogę zadzwonić w razie sytuacji awaryjnej lub po informacje. Proszę więcej nie dzwonić pod numer, którego pan użył do nawiązania kontaktu. W telefonie, który pan dostaje, proszę niczego nie ustawiać ani nie zmieniać. Jeśli stwierdzę, że ktoś się nim bawił, zrywam kontrakt i znikam, a zaliczka przepada.

– Jak pan to stwierdzi?

Marius nie odpowiedział.

– Dlaczego upiera się pan przy telefonie? – zapytał Chińczyk. – Wolałbym kontakty przez komunikator albo maile. Nawet przez sieć TOR. To znacznie wygodniejsze i bezpieczniejsze.

– Co weszło w internet, zostaje w nim na zawsze. Sieć TOR też ma swoje słabe punkty, panie Czang. Dlatego. Ślady w sieci zostają zawsze, mniej lub bardziej widoczne, ale jednak są i przy odpowiednim zaangażowaniu można je odkryć. Oczywiście kontakty nasze ograniczamy do minimum, podczas rozmów będziemy również unikać sformułowań mogących zainteresować na przykład analityków z Echelonu.

Czang patrzył na niego z lekkim rozbawieniem.

– Pan naprawdę jest stomatologiem? – zapytał Mariusa. – Tak twierdził jeden z naszych wspólnych znajomych.

– Naprawdę. Pana to bawi?

– Absolutnie nie. To trochę… Dziwne, dla mnie dziwne, po prostu.

– Lubię swoją pracę. – Wzruszył ramionami.

– A tę drugą?

– Też…

– Trudno będzie panu zniknąć, tak nagle zamknąć praktykę, zostawić pacjentów… – Czang dopił czekoladę, odchylając lekko głowę do tyłu i czekając, aż jej resztka spłynie mu na język.

– Takie są moje zasady współpracy, albo je akceptujecie, albo nie. Kwota zaliczki nie jest astronomiczna, więc nie wydaje mi się, żebyście mnie szukali, aby odzyskać jakieś nędzne grosze. A jeśli chodzi o znikanie… Nie będzie mi żal, panie Czang. Żyję w taki sposób, że w każdej chwili mogę zniknąć bez śladu, rozumie pan? Nic mnie nigdzie nie trzyma…

 

Chińczyk patrzył przez chwilę na Mariusa w zamyśleniu.

– Wie pan, Marius, w tym fachu trudno spotkać człowieka kulturalnego albo chociaż o elementarnej kulturze osobistej. Zwykle są to byli żołnierze sił specjalnych albo ludzie służb. Lub zwykli bandyci pozbawieni skrupułów. W każdym z tych przypadków takich ludzi nie interesuje nic więcej poza pieniędzmi, które zarobią za wykonanie zlecenia, i przyjemnościami, które za nie kupią.

– Nie ma pan pojęcia, na co przeznaczę pieniądze za to zlecenie.

– To prawda. Ale coś mi mówi, że nie jest pan jednym z tych, którzy przepuszczają forsę na narkotyki, alkohol, dziwki i hazard. Może to nie jest istotne z ogólnego punktu widzenia, ale dla mnie jednak to ma znaczenie, Marius. I dlatego bardzo się cieszę na naszą współpracę. Naprawdę. Mam nadzieję, że będzie owocna. – Czang odsunął rękaw koszuli, zerknął na zegarek i lekko klepnął się w uda. – No dobrze, wszystko jasne. Mamy umowę i nie zamierzam postępować wbrew jej zasadom. Liczy się nasz cel; od tej pory nasz wspólny cel. Pozwoli pan, że zapłacę rachunek?

Marius skinął głową. Czang podniósł rękę i przywołał kelnera czającego się w półmroku przy kontuarze. Zerknął na paragon i wyjął portfel, z którego wyciągnął sześćdziesiąt złotych. Dał je kelnerowi, a kiedy ten odpłynął miękkim krokiem w swój półmrok przy barze, podał Mariusowi rękę.

– Powodzenia, Marius. Życzę tego nam obu…

Wstał, wziął z wieszaka swój płaszcz i włożył.

– Zamówić panu taksówkę? – zapytał Marius.

Czang odmówił.

– Przejdę się – odparł i pomachał mu na pożegnanie, a potem wyszedł na zewnątrz.

Marius odczekał pół minuty, a potem nieśpiesznie ubrał się w kurtkę i również wyszedł, zostawiając zimną, nietkniętą kawę. Wsiadł do samochodu i uruchomił silnik.

Czang popełnił mały błąd, a właściwie okazał się odrobinę nieostrożny. Kiedy płacił rachunek, w portfelu ukazał się mały, wąski fragment jakiejś plastikowej karty. Marius nie miał pojęcia, do czego służyła, ale to było nieistotne. Istotne było to, że nosiła ślady zużycia: była wytarta od częstego wyciągania i wsuwania w otwór automatu. I jeszcze coś. Zauważył w jej rogu wspiętego niedźwiadka. Był czarny, a tarczę, w której tkwił, wieńczyła złota korona. Drugą rzeczą było przyznanie się, że widział go siedzącego w samochodzie przed kawiarnią. Oraz to, że jego auto miało holenderskie tablice. Marius przecież widział, jak Czang przechodził od taksówki do lokalu: szybko i nie rozglądając się na boki. Jakim cudem zauważył tyle rzeczy? Jego, ukrytego za ciemnymi szybami, i żółte tablice, w dodatku wiedział, że są holenderskie. Na tej podstawie oraz na podstawie uwagi o jego wyglądzie z początku rozmowy Marius wysnuł pewien wniosek. Nie mógł mieć stuprocentowej pewności, ale jego podejrzenie mogło z nią graniczyć.

Grupa wpływów, o jakiej wspomniał Chińczyk na początku spotkania, była bardzo dobrym określeniem, ale nie do końca oddawała istotę rzeczy. Czang zapewne był szpiegiem, i to z dużym doświadczeniem, najprawdopodobniej rezydował na stałe w Berlinie i na pewno od dawna przebywał w Europie. Nie była to informacja, która cokolwiek zmieniała i z którą Marius wiązał jakieś wielkie oczekiwania, ale mogła mu się przydać.

Zerknął w lusterko, wrzucił bieg i ruszył w stronę Marszałkowskiej.