Drugie życieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marcin Wolski
Drugie życie


Zysk i S-ka Wydawnictwo

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

I
Wysłaniec losu

Szpital miejski w Rychłowie stał dokładnie w połowie drogi między żłobkiem a cmentarzem. Egzystencjalnej symboliki tego miejsca dopełniał znajdujący się naprzeciwko sklep ogólnobranżowy, z rozwiniętym działem winno-spirytusowym. Obiekt ów sąsiadował ze zrujnowaną wiatą przystanku PKS. Ale ani w sklepie, ani na przystanku nie uświadczyłbyś tego popołudnia żywej duszy. Dzień był parny i tak duszny, że w powietrzu dałoby się zawiesić nie tylko siekierę, ale cały asortyment sprzętów gospodarstwa domowego. Od zachodu nadciągała wprawdzie czarna chmura, ulewą brzemienna, ale nadciągała jakoś nieskoro, niczym załadowany do granic możliwości wóz z węglem, który nijak nie może wtarabanić się pod górę. Usnęły także wszelkie dźwięki, albowiem nawet ptaki skryły się w cieniu, a żadnemu z miejscowych kundli nie chciało się wybiec i obszczekać czarnej limuzyny, która wytoczyła się spoza lasu i zahamowała na wyasfaltowanym placyku pod szpitalem.

Wysiadł z niej chudy mężczyzna w czarnym garniturze, co, zważywszy na panującą temperaturę, już wyglądało groteskowo, co więcej, ów mężczyzna był również czarny, jak przystało na Murzyna. W dodatku Murzyna stuprocentowo negroidalnego, bez żadnych anglosaskich domieszek — ot, po prostu ekstrakt murzyństwa, rodem z samego jądra ciemności, opisanego przez Conrada i Alfreda Szklarskiego.

— Diabeł przybył! — Siostra Aurelia, próbująca się ochłodzić, siedząc na parapecie pokoju pielęgniarek, przeżegnała się zabobonnie. Kierowało nią raczej przeczucie niż rasistowskie uprzedzenia. Do kolorowych współobywateli pielęgniarka, nazywana przez resztę personelu Barbapapą, zdołała przywyknąć. Czarnoskóry zawodnik grał w wojewódzkiej drużynie koszykówki, na bazarku koło dworca handlowali skośnoocy Wietnamczycy, a pracownikiem magistratu był Hindus, jednak ten ciemnoskóry przybysz wniósł paradoksalnie w to bardzo upalne popołudnie niepokojący powiew chłodu, przypominający nagły cug z otwartych drzwi klimatyzowanego gabinetu dyrektora czy szpitalnej kostnicy.

Kobieta przeżegnała się powtórnie, widząc, jak posiadacz czarnego garnituru po przejściu izby przyjęć wkroczył na podwórko, kierując się w stronę jej pawilonu. Przed oczami stanęły jej wszystkie babcine opowieści na temat nagłej i niespodziewanej śmierci, przypomniał się jej film Bergmana Siódma pieczęć. Natychmiast dokonała błyskawicznego przeglądu pacjentów, zastanawiając się, po którego z nich mógł przybyć niezapowiedziany gość.

Przebiegła myślą po oddziałach, jednak nie mogła przypomnieć sobie nikogo, kto aktualnie wybierałby się na tamten świat, może poza małolatą przywiezioną wczoraj z wypadku. Taka młoda, ładna… I wcale nie musiała wracać z pijanymi kolegami z tej dyskoteki. „Zachciało się Zosi jagódek, to teraz ma”. Łza potoczyła się po przypominającym tamburyn policzku Aurelii Bąk. W końcu ona sama też była młoda — jakieś piętnaście lat i pięćdziesiąt kilogramów temu… Choć nigdy na dyskoteki nie chadzała, a jeśli sporadycznie chadzała, to nie dawała się byle komu obmacywać, a nawet jak ten i ów ją obmacał, to nie żeby od razu nakładać prezerwatywę i ciągnąć ją w krzaki.

Kto jeszcze wchodził w grę wśród kandydatów do nieskończoności? Pijak Sierpuch, który zatruł się jakąś podejrzaną namiastką wódki i leżał bez ducha pod kroplówką?… Przeżyje! Pijacy zawsze mają szczęście! Normalny człowiek przy sześciu promilach byłby sztywny, a mąż starej Jakubowskiej, alkoholik dyplomowany, kiedy zleciał z wieży kościelnej, miał siedem i przeżył, bo spadł na plandekę stara, który zaparkował w nieprawidłowym miejscu opodal kruchty. Po chwili namysłu Aurelia skreśliła z listy „probabili” również panią Cichocką. Staruszka miała już osiemdziesiątkę i umierała rokrocznie od kilkunastu lat, co dziwnie zbiegało się z porą, w której jej dzieci wybierały się na wakacje.

Tymczasem „czarny” nie zatrzymany przez nikogo przeszedł przez dziedziniec i zniknął w drzwiach jej skrzydła. Niedobrze!

Otarła policzek i ruszyła na spotkanie przeznaczenia, gotowa zmierzyć się z nim niezależnie od konsekwencji. Murzyn wszedł na drugie piętro i nawet się nie spocił. Nie spociła się również czarna aktówka, którą trzymał pod pachą. Przeciwnie — wyglądała elegancko i świeżo niczym Naomi Campbell na wybiegu i to podczas pierwszego przemarszu.

„Osobom postronnym wstęp wzbroniony” — chciała zawołać Aurelia, tylko przez chwilę zastanawiała się, w jakim ma to zrobić języku . Przybysz ubiegł ją.

— Szukam pana Antoniego Jurkowskiego — powiedział koślawą polszczyzną. Z bliska jego twarz wydawała się mniej przerażająca i gdyby była odrobinę jaśniejsza, gość mógłby uchodzić za brata bliźniaka Baracka Obamy. — Która to może być sala?

Powtórnie przeniknął ją lodowaty chłód i poczuła ssanie w dołku. Naraz zdała sobie sprawę, że po raz pierwszy ktoś wymawia nazwisko tego pacjenta razem z imieniem. Personel mówił o nim wyłącznie po nazwisku, i to chyba z małej litery, tak jak ktoś wypisał na wiszącej przy łóżku karcie choroby. Miała nawet ochotę skłamać, powiedzieć, że Jurkowskiego nie ma w pokoju, że zabrano go na badania albo wypuszczono na spacer, co, zważywszy na jego stan, było bardzo mało prawdopodobne…

— Do końca korytarza i w lewo — usłyszała głos siostry oddziałowej, która nagle wychynęła ze swego pokoju. Renata Rozbicka stanowiła pod każdym względem przeciwieństwo Aurelii — chuda, wysoka brunetka, wiecznie niezadowolona i niesympatyczna, nawet wtedy, gdy dostawała od pacjentów w łapę. — Zaprowadzę pana. A ty, Aurelio, nie będziesz potrzebna.

Czarny mężczyzna razem z oddziałową skręcili w korytarz, a Barbapapa bezsilnie opadła na parapet, który ugiął się pod 125 kilogramami żywej masy.

— Nie ma sprawiedliwości na tym świecie — wymamrotała. — Zawsze na biednych trafia. — Myślała w tym momencie o Jurkowskim i o sobie. I w obu wypadkach miała rację. Może jednak nie do końca, albowiem dziwne i niesamowite rzeczy działy się tej jesieni w kraju i w szerokim świecie.

W Ameryce wybrano na prezydenta Murzyna, a tego samego dnia u starej Kokoszyńskiej, sąsiadki Aurelii, zdechł wielki czarny kogut. Nie byłoby w tym nic dziwnego, nie każdy kogut musi kończyć życie pod ciosem toporka, ewentualnie biegać jeszcze przez chwilę po podwórku. Jednak o Belzebubie, a tak zwał się ten potwór, wszyscy mówili, że służył pani Kokoszyńskiej do praktyk magicznych. I to dość skutecznie. Od chwili przejścia na emeryturę Kokoszyńska, wcześniej kadrowa w Rychłowskich Zakładach Tekstylnych, znakomicie odnalazła się jako czarownica (eufemistycznie określająca się jako wróżka). Była na tej niwie równie skuteczna, jak wcześniej w szeregach Ligi Kobiet czy w PRON-ie. Najlepszym przykładem był los listonosza, którego publicznie przeklęła za nieterminowe dostarczenie renty. I już następnego dnia pogryzła go wściekła wiewiórka tak dotkliwie, że wpadł ze swoim rowerem prosto pod białoruskiego tira i został wprasowany w asfalt. Jakubowskiej przepowiedziała wygraną w totka. I jeśli emerytka nie wygrała, to jedynie dlatego, że jej mąż alkoholik zapomniał oddać kupon, bo faktycznie na obstawiane od lat numery padła szóstka. Jednak czy ta wiedźma była nieomylna? Nie dalej jak tydzień temu przepowiedziała Aurelii miłość i wielkie pieniądze, co nawet Barbapapa uznała za zwyczajne bredzenie. I jedno, i drugie było nie tylko poza zasięgiem jej możliwości, a co więcej, również marzeń.

Równie dobrze biedaczyna Jurkowski mógłby zostać senatorem. Przynajmniej miałby okazały pogrzeb na koszt państwa.

A tak…

„Jest człowiek, jest, a potem go nie ma” — westchnęła filozoficznie i aby oderwać się od złowróżbnych przeczuć, wzięła się do porządkowania szafek z medykamentami. Nie lubiła tej czynności. Nawet nie podnosząc specjalnie oczu, widziała w lusterku wewnątrz szafki odbicie swojej spoconej twarzy, a właściwie nadmuchanego ponad miarę balonu, w którym nawet jej samej trudno było dopatrzeć się dawnej wiotkiej, roześmianej dziewczyny z małego domku na przedmieściu Rychłowa.

„Żywe srebro” — mówiła o niej babcia. I nie przesadzała. Kiedy miała szesnaście, siedemnaście, a nawet osiemnaście lat rozsadzała ją energia i żywiołowy optymizm. Wiele wskazywało, że daleko zajdzie. Może nie intelektualnie — uzyskanie pozycji wzorowej uczennicy kosztowało ją sporo wysiłku, w dodatku nie przepadała za historią czy polskim — ale w sporcie nie miała sobie równych. Jeździła konno, ćwiczyła szermierkę, a przede wszystkim pływała. W wieku siedemnastu lat została mistrzynią województwa. Nie narzekała też na brak adoratorów, kochał się w niej nawet syn dyrektora szpitala.

Wszystko skończyło się jednego dnia. A właściwie jednej nocy. Dokładnie na zakręcie pozbawionej pobocza drogi krajowej, nawet nie bardzo ostrym, zaraz za mostkiem na Rychłówce. Czy kierowca autobusu wiozącego zakładową wycieczkę zasnął, czy jedynie dla wygody ścinał łuk, w każdym razie polonez rodziców panny Bąkówny znalazł się o złej porze w złym punkcie.

Zginęli na miejscu.

Nigdy więcej nie wybrała się na trening ani do dyskoteki. Nie miała czasu nawet na rozpacz. W domu, nagle przeraźliwie bezpańskim, pozostało czworo młodszego rodzeństwa, niespłacony kredyt i bezradna babcia staruszka. Na miłosierdzie gminy nie było co liczyć, na dalszą rodzinę też nie. Aurelia poszła do pracy jako salowa, później skończyła zaocznie szkołę pielęgniarską. Nie użalała się nad sobą, robiła to, co uważała, że do niej należy. Nie liczyła na podziw ani wdzięczność. Jej bracia i siostry ledwie dorośli, rozjechali się po świecie i dobrze, jeśli raz do roku przysyłali kartkę na Boże Narodzenie.

 

A ona sama?…

Pierwszym efektem rezygnacji z treningów były gwałtownie przybywające kilogramy. Zrazu nie zauważała zmian w swej budowie, nie miała na to czasu. Później jednak, kiedy przestała się mieścić w ubraniach, a kilogramy poczęły dramatycznie przybywać, wpadła w panikę. Próbowała walczyć. Ćwiczyć! Przeważnie jednak, kiedy wracała z pracy, była zbyt zmęczona na ćwiczenia, zwłaszcza że czekało na nią jeszcze gotowanie, przepierki, sprawdzanie, czy szczeniaki odrobiły lekcje, ziółka dla babci. Naturalnie testowała najrozmaitsze diety, tylko jak utrzymać dietę, kiedy gotuje się dla sześciu osób i choćby z kucharskiej odpowiedzialności wszystkiego trzeba spróbować?…

O kawalerach też musiała zapomnieć. Syn dyrektora wyjechał na studia. Kiedy wrócił, przywiózł ze sobą żonę i pyzate bliźniaki. Pojawiali się inni zalotnicy, ale nic poważnego. Zresztą nie miała czasu na randki. Zajęć jej nie brakowało. Rodzeństwo kończyło szkoły, zdawało na studia, szykowało się do zagranicznych wyjazdów… A kiedy ostatnie pisklę wyfrunęło z gniazda, a babcia dołączyła do rodziców w lastrykowym futerale, Aurelia zdała sobie sprawę, że jest stara, gruba i nikomu niepotrzebna. Ot, Barbapapa!

Jednak nie narzekała. Wracając do pustego domu, włączała swój mały telewizor i oglądała telenowele, co pewien czas połykając ulubione ptasie mleczko. Wiele jej nie trzeba było, czekolada rozpływała się i zaraz miała niebo w gębie, a kiedy jeszcze popiła ptasie mleczko wiśniówką, cała szarzyzna zewnętrznego świata znikała, a ona sama czuła się zupełnie tak, jakby w tropikalnym kasku na grzbiecie dwugarbnego wielbłąda pomykała środkiem Sahary ku swemu przeznaczeniu. Którym powinien być (a przynajmniej bardzo sobie tego życzyła) szpakowaty dżentelmen z wąsikiem i dołkiem w brodzie.

Taki, jakiego od lat przepowiadała jej Kokoszyńska.

*

Jedną z niewielu ludzkich cech, która pozostała jeszcze Renacie Rozbickiej, była ciekawość. Reszta, jeśli nawet kiedyś była, ulotniła się (łącznie z wszystkimi oszczędnościami) jak mąż pędziwiatr, uroda i zdrowie. Od lat nękały ją złośliwe migreny i bolesne miesiączki, trwające niekiedy dwa tygodnie. Nie mogła się nawet nikomu wyżalić, bo zdając sobie sprawę, że jest powszechnie znienawidzona, nie chciała dostarczyć personelowi satysfakcji.

Dziś jednak wszelkie dolegliwości minęły jak ręką odjął. Drepcąc obok Murzyna, zachodziła w głowę: „Czego elegancko (i drogo!) ubrany Amerykanin mógł chcieć od tego łachudry? Może dotyczyło to walki z terrorem, a może mafii? Bez powodu nie wysłano by za ocean kogoś takiego, w dodatku mówiącego po polsku…”

Tylko jaką tajemnicę mógł chować pacjent zdechlak? Rozbicka żałowała, że wcześniej nie poprosiła swego ostatniego konkubenta-policjanta, aby dowiedział się czegoś więcej o tym dziadzie.

Tyle że czego ciekawego można się było dowiedzieć o samotnym księgowym, który przepracował sporo lat w Rychłowskich Zakładach Tekstylnych, a gdy te z początkiem lat dziewięćdziesiątych zbankrutowały, poszedł na zasiłek. Rozbickiej obiło się o uszy, że kiedyś miał żonę, ale ta puściła go w trąbę. Chyba nie mieli nawet rozwodu. Może w tej sprawie przysłano tego Afroamerykanina?…

Usiłowała zagadnąć, aby wywnioskować, o co może chodzić? Ale Murzyn, wbrew obiegowym opiniom o jego rasie, nie należał do rozmownych. A może — zaniepokoiła się — ktoś złożył skargę?

W końcu trzymali Jurkowskiego w warunkach dalekich od jakichkolwiek standardów. Inna sprawa, że powinni go dawno wypisać, ale ponieważ starzec kurczowo trzymał się szpitala, stanęło na kompromisie. Kompromis ten przybrał kształt ciasnej kanciapy na końcu korytarza, którą trudno byłoby nazwać pokojem.

— W związku z remontem musieliśmy czasowo umieścić pacjenta w tym pomieszczeniu! — Pielęgniarka wskazała duszną klitkę pod schodami prowadzącymi na dach. — Ale jest czysto i naturalnie całodobowa opieka. W każdym razie pacjent nigdy się nie skarżył…

Jurkowski nie spał, leżał raczej pogrążony w letargu, a może przyglądał się sufitowi, dzięki licznym zaciekom i spękaniom przypominającemu mapę centralnej Afryki. Wyglądał dokładnie tak, jak wyglądają wędrowcy u kresu ziemskiej wędrówki. Blady, o niezdrowej pergaminowej cerze. Ot, klasyczny przykład nieszczęśnika, którego los nie omieszka kopnąć przy byle okazji. Pod tym względem ludzie niewiele różnią się od ratlerków, które ma się ochotę wziąć pod fleki nie tylko ze względu na nikczemny wzrost, ale złośliwe ujadanie. Wprawdzie Jurkowski nigdy na nikogo nie ujadał, a mimo to musiał obrywać przy każdej okazji. Miał niespełna siedemdziesiątkę, ale wyglądał o dziesięć lat starzej i już to wskazywało, że życie się z nim nie patyczkowało.

— Ma pan gościa, panie Jurkowski! — powiedziała od progu Rozbicka, usiłując nadać swemu ostremu jak brzytwa głosowi przyjazną barwę.

Na twarzy chorego pojawiło się zdumienie, jednak nie dane jej było obserwować dalszych reakcji. Elegancki Murzyn podziękował oddziałowej za wskazanie drogi, ale kiedy próbowała wejść za nim, delikatnie zamknął jej drzwi przed nosem.

Bardzo jej się to nie spodobało. Jednak tuż obok, za cienkim przepierzeniem znajdował się magazyn na szczotki, a za pomocą szklanki przytkniętej do ściany mogła łowić praktycznie każde słowo.

Podsłuchiwanie jest wprawdzie grzechem, ale to, co usłyszała, warte było nawet dłuższego pobytu w czyśćcu o zaostrzonym rygorze…

*

Grzmot rozległ się nad lasem i zwielokrotniany echem stoczył się po wzniesieniu. Burza wreszcie zdecydowała się i sunęła teraz jak wielka armia wprost na mieścinę. Nagle wiatr szarpnął drzewami i otwartym skrzydłem okna. To przywróciło zatopioną w myślach Aurelię do rzeczywistości. Tym bardziej że dostrzegła idącą korytarzem Rozbicką. Jej policzki płonęły. Czyżby Murzyn, nigdzie nie było go widać, złożył jej seksualną propozycję?

— Świetnie, że tu jesteś, złociutka — zawołała oddziałowa. Aurelia, do której nigdy dotąd nie zawracała się równie pieszczotliwie, z wrażenia upuściła trzymane fiolki, które potoczyły się po podłodze. Padła na kolana, ale jej szefowa była szybsza.

— Pomogę ci — powiedziała miękko. A po chwili dodała: — Lubicie się z tym… panem Antonim? Prawda?

Nie wiedziała, co odpowiedzieć, ale Rozbicka ciągnęła dalej.

— Bardzo słusznie, trzeba mieć indywidualne podejście do pacjenta. A ty to potrafisz jak nikt.

To akurat było szczerą prawdą. W całym szpitalu jedynie ona miała jakiś kontakt tym nieprzystępnym, oschłym, chorobliwie skąpym pacjentem, do którego nawet salowe nie chciały się zbliżyć, a lekarze omijali szerokim łukiem. Może kierowało nią współczucie, a może pewne podobieństwo… Ona również była przegrana i samotna. Chociaż w porównaniu z Jurkowskim mogła uchodzić za duszę towarzystwa. Miała rodzinę, siostrzeńców, szwagrów, wprawdzie rozsianych po świecie i sporadycznie utrzymujących kontakty, ale jednak… Natomiast stary mężczyzna wydawał się najbardziej samotnym człowiekiem, jakiego znała. Przez cały czas pobytu w szpitalu nie odwiedził go pies z kulawą nogą. Nikt do niego nie zadzwonił, nikt nie dowiadywał się o jego zdrowie. Podobno, gdyby sam nie zatelefonował chwilę przed tym, nim udar pozbawił go przytomności, jego zwłoki mogłyby leżeć w mieszkaniu aż do ostatecznego rozkładu. Dlaczego tak się działo? To prawda, Jurkowski odznaczał się mnóstwem przykrych cech, w stosunku do ludzi zachowywał pewną wyniosłość, wyrastającą zapewne z niezwykłego poplątania kompleksu niższości z poczuciem wyższości, był nad wyraz oszczędny, a często wobec biźnich, których nie lubił, złośliwy. Z drugiej jednak strony, jeśli ktoś przypadkiem chciał go wysłuchać, tak jak Aurelia, umiał się otworzyć i naraz z paskudnej łupiny wynurzał się ktoś zupełnie inny. Mój Boże, jak ten człowiek potrafił barwnie opowiadać o puszczach, o kanionach, dzikich zwierzętach i wielkich odkrywcach, zupełnie jakby sam objechał cały świat. A przecież, jak wspomniał, tylko raz był na wycieczce w Bułgarii. Co najciekawsze, w tych opowieściach wspartych plastyczną gestykulacją nie przeszkadzało częściowe porażenie połowy twarzy i niedowład kończyn. Zresztą objawy te z wolna ustępowały…

Gdyby to zależało wyłącznie od Rozbickiej, dawno by go wypisano ze szpitala. Tylko dzięki zabiegom Aurelii, która sprzyjała jego desperackiemu uporowi, pobyt w lecznicy przedłużał się w nieskończoność. Dla Jurkowskiego była to sprawa życia i śmierci. W domu nie miałby się kto nim zająć, a sądząc na podstawie urzędowych pism, komornik po prostu palił się z zajęciem jego mieszkania ze względu na kolosalne zaległości w opłatach. Tym bardziej teraz zaniepokoił Aurelię troskliwy ton przełożonej. Rozbicka nigdy nie była równie przyjazna wobec żywych.

— Czy coś się stało panu Antoniemu? — wyszeptała pielęgniarka.

— Nie sądzę. Rozmowa z gościem trochę go… poruszyła, ale dostał na uspokojenie i zasnął jak dziecko. A tak przy okazji. Czy on ma jakąś rodzinę? — dopytywała. — Jest rozwodnikiem, wdowcem? Słyszałam, że był żonaty? Wiesz coś na ten temat…

— Chyba są w separacji, w każdym razie nie utrzymuje z żoną kontaktu. Ale w rejestracji powinni mieć jej adres na wypadek … — urwała. Mogła naturalnie przyznać się Rozbickiej, że w mikroskopijnym mieszkanku, do którego Jurkowski dał jej klucz, prosząc o jakieś drobiazgi potrzebne w szpitalu, w tym sfatygowane karty do pasjansa, znalazła zdjęcie pacjenta młodszego o dobre 30 lat w towarzystwie pulchnej blondynki z naburmuszoną miną. Chyba już w dniu ślubu panna młoda żałowała swego kroku. Samo mieszkanie dało jej też sporo do myślenia, poza kurzem nie zauważyła typowego starokawalerskiego bałaganu. Było biedne, ale czyste, z mnóstwem książek, przeważnie o tematyce podróżniczej, choć większość z nich niewątpliwie została kupiona jeszcze za komuny. Szczególnie dorodnie prezentowała się seria Na około Świata — przeszło sto tomów, ongiś w białych, obecnie bardzo pociemniałych obwolutach. Z nowszych zwracały uwagę reportaże Oskara Kolędowskiego i sporo pozycji z zakresu najnowszej historii Polski. Poza tym znalazła szkicownik z mnóstwem sprawnie narysowanych portretów, a także kilka pisemek pornograficznych ze śladami wielokrotnego przeglądania. Komputera w mieszkaniu nie było. Podobnie kwiatów czy złotych rybek. Z sąsiadami Jurkowski też najwyraźniej nie utrzymywał bliższego kontaktu, bo choć przez szpary w drzwiach śledzili pilnie tęgawą pielęgniarkę, kiedy tylko pojawiała się na klatce, nikt do niej nie zagadał ani nie zapytał się o zdrowie lokatora spod siódemki.

— Dziękuję ci. — Rozbicka uśmiechnęła się. — A przy okazji. Czy to nie przesada, że Lewicka zajmuje jedynkę? W dwójce jest mnóstwo miejsca. Jak się pan Antoni obudzi, musimy go tam przenieść. I powiedz Machowskiemu, żeby wymienił telewizor, w magazynie powinni mieć jeszcze jedną plazmę.

To powiedziawszy, wyszła, pozostawiając Aurelię w stanie najwyższego zdumienia.

Czyimkolwiek posłańcem miał okazać się tajemniczy Murzyn, to niewątpliwie już dokonał prawdziwego cudu.