GamedecTekst

Z serii: s-f
Z serii: Gamedec #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Książkę tę dedykuję tym,

którzy poczuli już działanie

genu starzenia

Wybieram okruchy samotności

Spośród chaosu słów

Pochylam głowę

I łowię każdą cząstkę ciszy

Holonapis uwieczniony na lewym naramienniku zbroi typu Coremour podtypu „Archangel Core”, przypisywany Torkilowi Aymore’owi

Dlatego szczyt uformowania wojska polega na tym, aby nie miało ono widocznej formy. Kiedy jej nie ma, najsprytniejszy szpieg niczego nie wykryje i nawet mędrzec nie zdoła niczego przeciw tobie zaplanować. (24)

Sun Zi, Sztuka wojenna, rozdział VI Pustka i pełnia

Powieści z serii „Gamedec”:

Przed Imperium:

1. Gamedec. Granica rzeczywistości

2. Gamedec. Sprzedawcy lokomotyw

3. Gamedec. Zabaweczki

Młode Imperium:

4. Gamedec. Czas silnych istot

Wielkie Imperium:

5. Gamedec. Obrazki z Imperium

Torkil Aymore emigruje na Gaję wraz z Anną Sokolovsky, Pauline Eim, jej synem Kononem, Harrym Normanem, hakerem Rubenem Troyem i psychologiem Levim Chipem. Na Ziemi pozostaje Peter „Crash” Kytes wraz z drużyną Bezbolesnych i Steffi Alland – podwójna agentka Shadow Zombies. Podczas lotu gamedec wysnuwa podejrzenie, że narodziny Bestii nie były przypadkiem, lecz wynikiem skoordynowanej akcji Laurusa Wilehada podającego się za agenta Europejskiego Biura Ochrony Państwa oraz Sergia Lamy, naczelnego naukowca Shadow Zombies, rzekomego zbiega z laboratoriów Mobillenium. Gamedec sądzi, że obaj pochodzą z tej samej firmy: z Mobillenium.

Do systemu Sigma Draconis nie dociera statek emigracyjny Medusa, który startował wraz z Peregrynem, na którym znajdował się Torkil. Na pokładzie zaginionej jednostki podróżowała delegacja afrykańskiej firmy !LivE! z wiceprezesem Urielem Tamerlanem na czele. Torkil domyśla się, że zanim oczyszczono sieć z zagrożenia, Bestia zdołała uchwycić przyczółek w realium – gwineański koncern, którego nazwa czytana od tyłu brzmi !EviL!*

* Dokładne streszczenia tomów I i II oraz słownik neologizmów i postaci czytelnik znajdzie na końcu książki.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Prolog

Najpierw cisza…

Jestem pijany. W połyskliwej płaszczyźnie baru szklaneczki z drinkami wydają się nie odbijać, ale odciskać na kształt płaskorzeźb. Co ja miałem zamówić…? Odwracam się na metalowym stołku. Ręka ślizga się po krawędzi blatu. Dumm, dumm, dumm, muzyka pulsuje we wszystkich częściach ciała… a zwłaszcza w jednej. Nad tradycyjnym parkietem, gdzie w powodzi fioletowych i srebrnych snopów kręci się kilkadziesiąt par, unosi się antygrawitacyjny bąbel – raj dla miłośników wygibasów anty-g. Jego powierzchnia odbija rzeczywistość jak wypolerowana srebrna łyżeczka. We wnętrzu wśród dziesiątek połyskujących ciał pręży się Lilith. Pięęękna filigranowa dziewczyna w spodniach, które co chwila stają się przezierne. Majteczki koronkowe, opalona skóra, złota, jakby prześwietlona. Ależ wąska talia! Robię zoom na jej twarz. Zerka na mnie oczami o kolorze jeziora przed burzą. Jej lensy generują złote, płonące wrzeciona otaczające źrenicę, co dodaje spojrzeniu dzikości. Drobne, zgrabnie wykrojone, niezbyt pełne usta rozciągają się w uśmiechu. Zęby lśnią bielą wzmocnioną fosforyzującą, błękitną szminką, która doskonale kontrastuje z ciemną cerą. Oddalam obraz. Wygina wąską kibić. Dla mnie. Zasłaniam męskość.

Przypomniałem sobie. Zwracam maskowatą twarz do obsługującego.

– Dwa giny z oktopusem. – Staram się wymawiać słowa wyraźnie, w porządku liniowym, prawidłowo. Podobno mężczyźni są werbalnie nie… tego.

Perlisty płyn tryska w kryształowe półkule wielkości dłoni. Rżnięty w bioszkle wizerunek kochającej się pary mieni się błyskami purpury i pozaprzestrzennego cienia. Smukłe, żylaste ręce barmana wrzucają do ginu Gaya Bay wijące się dodatki. Tak bez szczypczyków?! Kilka drobniutkich kropel ląduje na grzbiecie mojej ręki. Drżą. Wyglądają jak kryształki zapomnienia… Na szklanych hemisferach lądują półkuliste, przezierne pokrywki, takie same jak podstawki, tylko bez kochanków. Krawędzie zrastają się. Spółkująca para ożywa. Będą tak się kochać po wsze czasy… Podnoszę drinki.

– Dzięki. – Puszczam oko.

Garson robi profesjonalną minę i ściąga z mojego obicoina opłatę. Przed oczami miga trójwymiarowa cena. Jestem pewien, że jej powidok będzie przez chwilę przysłaniał wizję, ale tak się nie dzieje, bo obicoin nie generuje powidoków. Dwa razy taniej niż na Ziemi! Kocham Gaję! Chwytam mocniej kielichy (kryształowe pary, wyczuwając zmianę temperatury, wpadają w spazmatyczny trans) i mentalnie uruchamiam menu pomieszczenia. Dookoła mnie pojawia się półkulisty miraż okien poznaczony dziesiątkami przycisków, miniaturowych obrazów, a na jego tle połyskuje ruchliwy celownik sterowany moim wzrokiem, usytuowany jakby kilka centymetrów nad eteryczną płaszczyzną. Kursor „lepi się” do różnych miejsc, gdy bezwiednie poruszam oczami. Zwracam wzrok w górę i w lewo (w geście przypomnienia), a posłuszny celownik wędruje za moim spojrzeniem. Zaraz, jak to trzeba było pomyśleć… Drapię się w głowę, przekrzywiając hef. Gówniane urządzenie. Niby tylko kawałek opaski z jakimś dynksem we włosach, ale zawsze mężczyźnie jakoś nie przystoi… Na Gai każdy nosi hef. Head Firewall. Żeby żadna szuja nie zahipnotyzowała falami elektromagnetycznymi, grawitacyjnymi, czymkolwiek. Lilith w swoim wygląda cudnie. Jakby diadem czy coś… Wracam wzrokiem do ikon i napisów przysłaniających wnętrze (które dudni, drga, mieni się świetlnymi eksplozjami). Jest: obracający się w przestrzeni napis Antigrav Bubble Transport. Celuję w niego, kursor przykleja się… wydaję rozkaz, jak mówiła Lilith, „miękką myślą”, wskaźnik zaczyna migać na czerwono i… porywa mnie niewidzialna siła: wznoszę się w powietrze (odczuwam krótki zawrót głowy, staram się nie upuścić pucharków), zbliżam się do antygrawitacyjnej ściany, przeciskam przez napięcie powierzchniowe kuli (w miejscu, gdzie wnikam, powierzchnia odkształca się, a odbicia wydłużają groteskowo), obijam się o jakiegoś wiszącego głową w dół roztańczonego krzykacza i wyszukuję wzrokiem słodką figurę… Wyciągam ręce w jej stronę. Antygrawitacyjne silniczki, umocowane cienką uprzężą na kostkach, kolanach, biodrach, ramionach, łokciach i nadgarstkach (dostałem je przy wejściu), interpretują ten gest jako chęć przemieszczenia się. Taniec anty-g polega na opanowaniu ruchów, które są przekształcane przez generatory w akrobatyczne sekwencje. Zbliżam się do niej.

– No co ty. – Lilith patrzy w powietrze. Rozmawia. Pewnie jak zwykle z szefem. Perłowe włosy przysłaniają opalony, płaski policzek i równą, zgrabną żuchwę. Zerka na mnie przelotnie – merci – szepcze, wyciągając do szkła smukłą rękę. Przez ułamek cetni widzę dwie subtelne żyłki na grzbiecie jej dłoni.

Kryształowa para, wyczuwszy inną temperaturę ciała, a może odmienny nacisk na szkło, zmienia pozycję z jeźdźca na klasyczną odwróconą. Świetlny refleks tańczy na pupie kochanki. Lilith przeciąga ręką po piersi odsłoniętej w głębokim dekolcie i schodzi nią do pionowego, zagłębionego pępka, także widocznego pod krótką bluzeczką. Ruch dłoni zgrywa się z rytmem muzyki. Jej biodra nieustannie falują w przód i w tył. Gdy to robi, mięśnie proste i skośne jej brzucha zmieniają konfigurację i w każdej cetni układają się w idealny wzór.

– Będę trzeźwa, przecież wiesz – przekomarza się z pryncypałem. – No dobrze. – Znów przelotne spojrzenie prosto w oczy. Jej wzrok zanurza się we mnie jak czarne włócznie ozdobione turkusowymi piórami. Dreszcz przechodzi od piersi do stóp. Ta dziewczyna działa na mnie niczym halucynogenne grzybki na szamana błąkającego się w porannej mazurskiej mgle. Jakieś marne dziewiętnaście lat świetlnych stąd.

– Do jutra – kończy.

Jej usta ledwie widocznie drgają, gdy wydaje mentalny rozkaz zerwania połączenia. Domyślam się, że usuwa menu sprzed oczu. Robi to szybko, łatwo, z gracją. Źrenice patrzą jeszcze przez chwilę w niewidzialne dla mnie okna. Pomyśleć, że taki konserwatysta jak ja, zwolennik operatywy opuszkowej, ewentualnie głosowej, przeszedł na mentalizm, ledwie o tym wspomniała. Nowe ubranie, hef, imidż. Wszystko w ciągu dwóch gajańskich dni. Co może zmienić naturę mężczyzny? Banalne pytanie.

Przytulam się do niej. Nie wiem, dlaczego mi na to pozwala, nie rozumiem, skąd się wzięła bliskość między nami, powinna mnie odepchnąć, nie pozwolić na taką nachalność.

– Szefunio? – pytam cicho, prawie mrucząc.

Kolejne omnikowe ułatwienie: na dyskotece nie musisz się drzeć (swoją drogą, skąd się wzięło słowo „dyskoteka”?), o ile znasz numer rozmówcy. Lilith macha lekceważąco dłonią. Oplata mnie rękami. Oplata nogami. Rozglądam się za zazdrosnym dyrektorem. Sprężyste piersi na moim torsie odbierają mi dech. Wyraźnie wyczuwam taśmy mięśni prostych jej brzucha prężące się, napinające, rozluźniające jak sploty węża. Nie dziwię się bossowi. Na policzku jej usta, gorące jak lawa. Między nimi język. Zaczynamy wirować, obracamy się do góry nogami. Zawrót głowy, tracę orientację. Przez ułamek sekundy mam wrażenie, że pośród setek głów widzę zawistny wzrok dyrektora. Niemożliwe. Lilith jest zbyt dyskretna. Zapewne pryncypał przebywa na innym poziomie Gaia Disc, w towarzystwie dziesiątek organicznych i rebotowych hostess. Rebot to niedawno powstały neologizm. Realium bot. Bot w realium, czyli program przybrany w ciało przypominające ludzkie. Wdycham zapach jej włosów. Łąki pełne rumianku i lawendy. Na nich ja i ona, schowani wśród dwumetrowego kwiecia… Myśli wracają przekornie do dyrektora. Mimo całej kobiecej obstawy (na pewno bardzo drogiej) jest o nią zazdrosny. Przez chwilę mam ochotę krzyczeć, czując jej elastyczne ciało tulące się do mojego, drżące, pełznące, jakby szlochające. Równocześnie sięgamy do rurek wystających z kryształowych drinkówek. Bąble alkoholu, pozałamywane wrzecionami niestrudzenie kochających się par, odbijają gigantyczną salę taneczną, setki gości, mnemoprojekcje, iluzje, pulsujące roje świateł. Purpura, fiolet i srebro. Nie wiadomo, gdzie góra, gdzie dół. Zdaje się, że właśnie celujemy nogami w sufit. Muzyka, szaleństwo, pijaństwo, koniec świata. Spijamy płyn, od którego miłość wypełnia nas karmazynową falą. Patrzę na nią i nie wiem już: jest człowiekiem czy tygrysicą, która wije się w moich ramionach, udając ataki, odskoki i ukąszenia, a wszystko to w harmonii erotycznych ruchów? Każde zetknięcie brzuchów, lędźwi i skrzyżowanie rąk krzyczy nową frazą. Przesuwam ręką po jej łopatce, głębiej, do szyi (jest nieprawdopodobnie miękka, jakby oddychająca, zupełnie jak morska trawa), obracam ją… Te plecy… wygięcie talii jak najpiękniejszy akord. Pupa przywodząca chłopięce wyobrażenia raju nagle przylega do mojego podbrzusza. Sprężystość na sprężystości. Lilith wzmaga nacisk. Dotyk jak krzyk radości, jak przedchwila poznania. Zamykam oczy i wiruję w samym centrum wszechświata. To taniec czy seks przez ubranie? A jest różnica? Śmieję się do myśli.

 

Trwaj chwilo, bądź wiecznością, modlę się. Lilith chichocze. Półświadomie przesłałem to pragnienie w formie tekstowej. Nie mogę uwierzyć, że poznaliśmy się zaledwie dwie dukile temu, dzień po tym, jak wylądowałem na Gai…

Księga 1

…potem zobaczysz błyski…

Brakuje ci chemii w związku? Weź do ręki L-pill, potrzymaj go, aż zapali się zielony znacznik, i podaj partnerowi! Efekt już po 10 monach! Stan zakochania utrzymuje się do 3 pendeków. L-pill! Koniec z niepokojem! Podobam ci się? Chcesz mnie kochać? Weź L-pill i ciesz się prawdziwą miłością! Tylko od Neuro Labs! Przed zażyciem podłącz opakowanie do omnika i zapoznaj się z ulotką.

Taka właśnie reklama barwiąca holobim wielkości boiska uraczyła nas, gdy stanęliśmy na górnym, dachowym poziomie portu. Stało się to po tym, gdy, jeszcze we wnętrzu budowli, wraz z około setką współpasażerów zostaliśmy wydzieleni z rzeki imigrantów płynącej z włazów Peregryna i pokierowani przez latającego droida nawigacyjnego na wyższy poziom, gdzie część z nas odebrała bagaże (niektórzy, tacy jak ja, wysłali paki bezpośrednio do swoich apartamentów, więc nie musieli się o nie martwić), a potem, po ponownym podzieleniu na dwie pięćdziesięcioosobowe grupy, wsiedliśmy do dużych wind i wjechaliśmy na górę. Wtedy właśnie po raz pierwszy zobaczyliśmy na własne oczy przepastne, złote niebo Gai (Alsafi chyliło się ku zachodowi) i tę właśnie reklamę. Gdy ekran odpłynął, by częstować rewelacjami podróżnych z innych megastatków, których liczne grupy gromadziły się w kwadratowych sektorach podobnych do naszego, mogliśmy w pełni docenić ogrom gajańskiego portu: był to rozciągający się od widnokręgu po widnokrąg kompleks budowli, drżący przyziemiającymi podwoziami pojazdów, sapiący dyszami startujących molochów, połyskujący tysiącem iglic, zroszony setkami stanowisk obserwacyjnych, o wiele większy i ładniejszy od Bajkonuru (trudno się dziwić. Stanowił serce Gai – czy może raczej jej łożysko). Od razu go pokochałem, a sądząc po okrzykach zachwytu towarzyszących nam osób, nie byłem w tym odosobniony. Poszły w ruch dryfujące minikamery, ludzie zaczęli robić hotki. Pierwsze pamiątki z nowej planety. Za szczytami baszt obserwacyjnych, na północ od portu, majaczyła wieża megamiasta, zamazana i wyblakła z powodu odległości. Była to konstrukcja wsparta na siedmiu filarach wygiętych w delikatny łuk, niebotyczna budowla na tle zmierzchającego różowego nieba, bardziej ognistego i głębszego od ziemskiego.

Genea.

Stolica planety.

Co za czasy. Teraz nie państwa mają swoje stolice, ale całe globy. Rozejrzałem się, patrząc ponad zabudowaniami portu. Ciemnozielone lasy, miedziana wstęga rzeki, błękitne wzgórza… Wszystko było jakby dalej i głębiej, widnokrąg również. Gaja była półtora raza większa od kolebki ludzkości. Nareszcie można było naprawdę patrzeć w dal! Na tle brzoskwiniowego nieba rozciągającego się na południe od nas wiły się trzy cienkie trąby powietrzne. Co za przypadek. To na naszą cześć? Gdzieś dalej musi być ocean.

– To normalne. – Roześmiał się, podążając za moim wzrokiem wysoki, szczupły brunet, który właśnie zbliżył się do naszej grupy na lewitującym białym dysku. Zawisł nad naszymi głowami. Jego twarz, o ile mogłem dobrze ocenić, patrząc z dołu, była prostokątna, usta wąskie, policzki lekko zapadnięte, a spojrzenie niebieskich oczu prawie przenikliwe. Był to „rezydent”, jeśli wierzyć dużemu, zielonemu trójwymiarowemu napisowi, który unosił się nad jego głową na tle pomarańczowego nieba. Gdzie znajdował się generator tej iluzji, nie dostrzegłem. Może pod klapami błękitnej marynarki, po której płynęły białe obłoki? Albo w pasku, który mężczyźni od dawna noszą wyłącznie dla ozdoby? A może w dysku, na którym stał? Czym realium różni się od światów, jeśli może w nim bytować organik (na pewno organik?) z podskakującą nad głową eteryczną etykietą?

– Państwo pozwolą, że się przedstawię – powiedział niby normalnym głosem, ale tak przedziwnie wzmocnionym, że z pewnością słyszała go cała pięćdziesiątka pasażerów. – Nazywam się Reginald Orondo, jestem rezydentem pierwszej klasy Głównego Portu Kosmicznego Gai. Do moich obowiązków należy dostarczanie imigrantom podstawowych informacji o naszej planecie i okazanie niezbędnej pomocy podczas pierwszego lotu do miejsca przeznaczenia. W waszym przypadku jest to Genea. Za chwilę wejdziemy na pokład promu, który przetransportuje nas do miasta, tymczasem powiem kilka słów na temat globu, na którym wylądowaliście, i odpowiem na najbardziej palące pytania. Chętnie przyziemiłbym pośród was, ale wtedy przestałbym wszystkich widzieć, a do czasu przylotu do Genei odpowiedzialność za waszą grupę spoczywa właśnie na mnie, dlatego, mimo osobistej niechęci do tego pomysłu, będę przez jakiś czas nad wami polatywał, chyba nie weźmiecie mi tego za złe?

Lekko oszołomieni pokręciliśmy głowami.

– Doskonale…

W tym momencie do naszej grupki podleciał dziennikarski droid składający się z kamery i modułu holograficznego. Urządzenie wyświetliło postać czarnowłosej, smagłej reporterki. Iluzja była tak mało przezroczysta, że gdyby nie to, iż widziałem, jak obraz jest generowany, dałbym się nabrać, że to prawdziwa kobieta, tyle że wisząca pół metra nad ziemią. Dziennikarka (czy może tylko dziennikarski program) zwróciła się do kobiety w średnim wieku stojącej na obrzeżu zgromadzenia:

– Dzień dobry, „Gajan Enquirer”, jak się państwo czują jako ocaleńcy? Co państwo sądzą o zniknięciu Medusy?

Zagadnięta cofnęła się o pół kroku.

– Ja… nie wiem, mówiono, że zaraz się znajdzie…

Tłum zafalował. Nagle wszyscy jakby się ocknęli z szoku i przypomnieli sobie, że megastatek z pięćdziesięcioma tysiącami pasażerów na pokładzie nie wychynął na orbicie Gai. A powinien.

– Jak dotąd Medusa nie pojawiła się na orbicie Ziemi. Możliwe, że doszło do katastrofy. Co państwo czują?

– To straszne – wyrwało się mężczyźnie towarzyszącemu kobiecie. – Jesteśmy wstrząśnięci…

W momencie, gdy grupę zaczynała ogarniać swoista histeria, rezydent podpłynął do maszyny i wykonując nieznaczny gest, wyłączył projekcję dziennikarki.

– Ta grupa – wycedził zimnym tonem – podlega mojej opiece i nie życzy sobie indagowania. Nikt nie będzie wszczynał paniki, zwłaszcza zaledwie kilkadziesiąt mon po zajściu.

Jak on powiedział? „Mon”? To samo słowo, zdaje się, padło w tej reklamie… Dziennikarski droid jakby przez chwilę zmagał się z wygenerowanym przez mężczyznę programem, w końcu dał za wygraną, obrócił się i lecąc płaskim łukiem, podążył do grupy znajdującej się pięćdziesiąt metrów od nas. Jego odległy cień sunął wraz z nim po złotych ścianach najbliższych zabudowań. Zauważyłem, że od strony Genei nadciąga cała chmara podobnych automatów. Połyskiwały w promieniach chylącej się ku zachodowi Sigma Draconis niczym rój szerszeni. No tak. Jest sensacja. I to prawdziwa.

Odprawienie urządzenia nie uspokoiło dyskusji w naszej grupie. Raptem pasażerowie uświadomili sobie, że byli świadkami historycznego zdarzenia, i każdy poczuł się niemal bohaterem. Gwar narastał.

– Proszę państwa – Reginald rozpostarł ręce w uspokajającym geście – doprawdy, na razie nie ma jeszcze o czym mówić. Prawdopodobnie Medusa lada chwila wynurzy się z podprzestrzeni. Jak państwo zapewne wiedzą, w czwartym wymiarze czas jest czymś zupełnie innym niż w naszej rzeczywistości i rzadko, ale jednak, zdarzają się pewne odstępstwa temporalne. Takie przypadki już były…

Czyżby? Jakoś nie słyszałem…

– Jestem przekonany, że za chwilę usłyszymy komunikat, że wszystko dobrze się skończyło… Proszę tylko o trochę cierpliwości. Zgoda? – Uśmiechnął się szeroko. – Widzę, że tak. Bardzo państwu dziękuję za obywatelski spokój. – Westchnął, jakby zbierał siły do jakiegoś wykładu. – Skoro tak, pozwolę sobie powrócić do kwestii, która wyniknęła, gdy niektórzy z państwa dostrzegli tornada. To rzeczywiście zjawisko bardzo częste…

Otworzyłem szerzej oczy. Nie tylko ja. Niektórzy pasażerowie rozchylali usta, by zaprotestować…

– Jak to? – odezwała się Pauline. – Nie dość mieliśmy kataklizmów na Ziemi? Kilka razy w miesiącu jakieś huragany, powodzie…

– Tsunami… – weszła jej w słowo atrakcyjna blondynka o pełnych ustach, których połyskliwa powierzchnia płynnie zmieniała barwę od szkarłatu do różu i z powrotem.

Towarzyszył jej wysoki szatyn ubrany w biomateriał udający len. Jego dużą głowę osłaniało imponujące kremowe borsalino.

– Gdyby nie bariery grawitacyjne – wsparł ją dudniącym basem – dawno byłoby po nas! A tu to samo? Nie było tego w reklamach.

Rezydent roześmiał się.

– Proszę pań, proszę pana, proszę państwa – wskazał palcem trzy wrzeciona – spójrzcie wszyscy, żeby nie było nieporozumień.

Tłum obrócił się we wskazanym kierunku. Facet miał talent do panowania nad grupą. Dyskusje o megastatku się skończyły. Wszyscy jak zahipnotyzowani patrzyli na odległe tornada.

– To są zabawki – ciągnął – kurzowe krotochwile. Niegroźne. Ziemskie trąby powietrzne biorą się z wysokiej temperatury oceanów. Ich siła jest dwudziesto-, trzydziestokrotnie większa od tych tancerek. Tam, dalej, jest co prawda Morze Westchnień…

– Ładna nazwa – szepnęła Pauline.

Przez ułamek sekundy patrzyłem na jej zęby o kolorze kości słoniowej, które odsłoniła w zamyśleniu. Jeszcze nigdy nie wydawała się taka ładna. Jej orzechowe oczy wyglądały, jakby przez kieliszek z koniakiem ktoś przepuścił strugę światła, która załamawszy się na kryształkach lodu, rozplotła się w bursztynową mozaikę. Wiem, że nikt do koniaku nie wrzuca lodu, ale tak to właśnie wyglądało. Jej lekko zapadnięte policzki połyskiwały zdrową cerą, a długa szyja nie nosiła śladu zmarszczek…

– …ale jego ciepłota – ciągnął Reginald – uniemożliwia powstanie naprawdę groźnych tornad. Czy uspokoiłem państwa?

Latynoska ściągnęła brwi i mruknęła coś pod nosem. Miałem wrażenie, że chce coś powiedzieć o tornadach rodzących się na równinach, ale zrezygnowała. Rezydent zaprosił nas gestem w pobliże prostokątnego placyku otoczonego niebieskimi światłami. Ruszyliśmy.

– Za chwilę podleci aurokar – wyjaśnił. – Państwa z bagażami proszę o ustawienie się w obrębie podsektora oznaczonego literą „L”, o tam. Gdy dotrzecie do swoich apartamentów i rozładujecie platformy, wystarczy, że wciśniecie sensor „powrót”, i już nie musicie się o nie martwić: wózki same odnajdą drogę do transportowców bądź doków. Tymczasem jeszcze słowo o trąbach. Gaja ma większą średnicę niż Ziemia i podobną prędkość kątową, a to oznacza znaczniejszą siłę Coriolisa.

– Słucham? – wyrwało się Harry’emu.

On, podobnie do olbrzyma w borsalino, także przystroił się w kapelusz, ale nie w kowbojskiego giganta, tylko stonowaną słomkową panamę. Ledwie go było widać zza wielkich podróżnych skrzyń, które pchał na antygrawitacyjnym wózku.

 

– Proszę się przesunąć, wszyscy musimy się znaleźć w sektorze. Pan w… zbroi także.

Pauline zerknęła na Konona.

– Podejdź tu, synku, daj wujkowi Harry’emu przejść dalej.

Połyskliwy Oscar posłusznie przesunął się w pobliże świateł sygnalizacyjnych grzmocąc pancernymi stopami w podłoże. Zerknąłem na rezydenta. Nie udało mu się opanować wyrazu zdziwienia na twarzy, gdy usłyszał, jak przystojna i młoda pani Eim nazywa pancernika „synkiem”.

– E… – potrzebował chwili, by powrócić do przerwanej myśli. – Siła Coriolisa to w istocie pozorna siła obecna na rotujących globach. Powoduje, że poruszające się ciała odchylają swój tor: na półkuli północnej w prawo, na południowej w lewo. No i obiekty spadające lecą jakby na skos – machnął ręką, naśladując tor meteorytu – w stronę zachodnią. Wznoszące się także skręcają w tym kierunku. – Powtórzył ruch ręką w odwrotną stronę.

Niby proste, a jednak się pogubiłem, jak zwykle podczas omawiania tej siły. Będę musiał to sobie rozrysować.

– Wszystko tu chętniej wiruje – ciągnął rezydent, patrząc w przestrzeń lekko nieprzytomnym wzrokiem. Musiał coś sprawdzać na niewidzialnych dla nas ekranach. – Nawet woda spuszczana z wanny.

– Mimo wszystko… Nie boicie się, że te tornada wpadną tu i coś popsują? – rzuciła Anna, patrząc na dalekie wrzeciona.

Co ciekawe, widok żeńskiego motomba nie wywoływał w rezydencie żadnych zahamowań. Ba, Anna miała na sobie Pershella, a nie przestarzałego Oscara. Kto nie lubi patrzeć na dzieło sztuki?

– Mamy AWB – odparł.

– Chyba ABB? – sprostował Konon. Na naramienniku jego zbroi odbijało się złoto nieba.

– Anti Weather Barier – wyjaśnił z uśmiechem rezydent. – My nie mamy groźnych stworzeń. Tylko troszeczkę specyficzną pogodę.

Zerknąłem w stronę Harry’ego, który zdążył już ustawić się ze swoją platformą we wskazanym miejscu. Obok niego gramolił się Ruben Troy, a Levi Chip głaskał się po łysinie. Swoją drogą, kto i kiedy odkrył, że w otoczeniu grzywaczy to właśnie gładź na głowie będzie atrakcyjna, bo wyjątkowa? Norman już otwierał usta, prawdopodobnie po to, żeby rzucić coś w rodzaju „troszeczkę specyficzną pogodę mieliśmy na Ziemi”, ale go uprzedziłem:

– O ile pamiętam, w reklamach nie było słowa o żadnych barierach.

Mężczyzna nie stracił rezonu.

– Mówiono, że nie ma ABB. Zresztą pomysł na stworzenie AWB powstał niedawno. Wszystko dla wygody mieszkańców. O! Leci nasz pojazd! – Wskazał w górę.

Podlatywał do nas przeszklony, cygarowaty prom. Gdy przyziemiał, generatory anty-g wznieciły ledwie dostrzegalny obłoczek pyłu.

Potok wspomnień przerywa głos Lilith.

– Proszę pana! Proszę pana! – Zagląda mi w oczy i przekrzywia główkę w dziewczęcy sposób. – Proszę nie spać! Tu ludzie się bawią!

Prawda. Przed chwilą wychynęliśmy z bąbla i usiedliśmy przy barze. Dziewczyna odwraca się na stołku, obdarzając mnie najpierw widokiem płaskiego brzucha i krągłej pupy, a potem niezwykle wąskiej talii i smukłych, półnagich pleców. Zsuwa się jakby w zwolnionym tempie i odchodzi w głąb sali. Jej ciało jest wysportowane i piękne, jakby wykrojone z doskonałych krzywych. Podziwiam je niczym dzieło sztuki. Kto dał jej taki wykrój figury? Bóg? Szatan? Coś pomiędzy? Pod ścianą stoi wysoka skrzynia, źródło złotych i srebrnych świetlistych kling tnących powietrze gigantycznymi wachlarzami. BrainFix. Maszyna sprzedająca neurodrinki – programy czasowo implementujące się w mózgu, dające złudzenie oszołomienia, euforii, rozbawienia, efekty zbliżone do normalnego upojenia, ale bez przykrych następstw. Nigdy nie próbowałem. Zbliżam się do niej zaciekawiony. Czy jestem dinozaurem swojej epoki? Przez ostatnich dwadzieścia godzin, znaczy hekt, dowiedziałem się więcej o najnowszych trendach rozrywkowych i komunikacyjnych niż w ciągu poprzedniego roku.

– Centrum i dwadzieścia procent pow.

Co ona robi? Patrzy w dal. Pewnie zrobiła hotki i teraz je kadruje. Dotyka mojej szyi. Nagle widzę interfejs jej obicoina i moje trójwymiarowe zdjęcie zrobione, gdy płynąłem do niej z dwiema szklanymi kulami. Musiała je zrobić… rozmawiając z dyrektorem!

– Pow dziesięć proc. – Jej głos. Zapewne mówi nie dlatego, że musi, ale by utrzymać ze mną kontakt. W zasadzie metakontakt.

Fotografia się przybliża.

– Sejw kat pryw pryw pryw.

Zasejwuje do katalogu prywatnego\prywatnego\prywatnego – tłumaczę na zrozumiały język. Narzędzia do obróbki zdjęć rozwiewają się w powietrzu. W ich miejsce wskakuje interfejs BrainFixu. Lilith bezgłośnie wybiera z listy funplex o nazwie „Euphory no. VII (disco and other public places)”. Rozumiem, że „Euphory no. II (bedroom when you’re ready)” mógłby wywołać skandal. Zanim mogę się zorientować, płaci za dwie porcje i wgrywa mi jedną do mózgu!

– Ale przecież… – Głos więźnie mi w gardle. Moja kochana, jedyna, wspaniała Lilith!

Czy on nie wyłączy tego napisu? Odwróciłem od niego wzrok i spojrzałem na młody las pod szklaną podłogą transportowca. Przyspieszony wzrost nie zdążył jeszcze przekształcić jesionów, buków i świerków w starodrzew. Mimo to drzewa wyglądały na co najmniej pięćdziesięcioletnie. Człowiek to potwór. Rozejrzałem się po aurokarze. To był nowy pojazd, prosto z formy. Przeszklona była nie tylko podłoga, ale także burty i sufit. Tylko rufowa część, gdzie mieściły się bagaże i generatory, nie posiadała szyb. Jasnożółte modułowe fotele pasażerów umożliwiały ustawienie ich pod dowolnym kątem, więc nasza grupa utworzyła nieregularne koło. Wszyscy żywo dyskutowali, tylko ja jakoś nie miałem ochoty. Spojrzałem w przód, ponad głowami Pauline i Konona. Prom leciał całkiem żwawo, lecz odległość i ogrom miasta powodowały, że tempo zdawało się żółwie. Wieża Babel. Babel silnia powinienem raczej powiedzieć. Stolica Gai była z pewnością większa od Nowego Tokio i Miami razem wziętych. Że też ludzi nie przerażają własne marzenia i ich realizacje. Taka budowla nie powinna istnieć. Większa niż góra… Ile to ma wysokości? Dziesięć kilometrów? Niby Warsaw City jako całość było dużo większe, mimo to moje miasto było, można powiedzieć, płaskowyżem składającym się z tysięcy budowli. Dopiero wyeksponowanie pojedynczej struktury, takiej jak Genea, wywoływało dreszcz. Pułapka… Zwłaszcza dla ludzi z najwyższych pięter. Spojrzałem przez ażurowy dach pojazdu na szczyt wieży. Ginął za powietrzną, różową perspektywą. Jak tam oddychają? Muszą istnieć ekrany grawitacyjne utrzymujące ciśnienie atmosferyczne w całej strukturze. Pionowe i poziome. W sumie żadna nowina. Takie same istniały od lat w Warsaw City i każdej megapolii. Ale co z pneumobilami? Przecież muszą jakieś mieć. Inaczej w razie katastrofy, jedyne, co mogliby zrobić, to skakać i długo krzyczeć. No, chyba że mają podręczne generatory anty-g… Zerknąłem na rozgadanego Reginalda, który stał z przodu pojazdu. Jego dysk warował w pozycji pionowej tuż za nim. Paranoja. Na łbie błyszczący hef (chyba hef, w sumie nie byłem pewien), nad łbem zielone literki, w tyłku pewnie jakiś inny aparacik w razie niechcianej potrzeby, kto wie, może rzeczywiście anty-g przy pasku? Pasy ratowników i strażaków wczepiają się grawitacyjnie w miednicę. To nie najgorsze miejsce na zaczep… Kątem oka zauważyłem błysk między dźwigarami miasta. Wyostrzyłem wzrok. Są jakby pneumobile…

Z zamyślenia wyrwał mnie o ton mocniejszy głos Reginalda:

– Zanim przyziemimy, a raczej – zaśmiał się – przygaimy…

Czekał chwilę na odzew pasażerów. Kilkanaście osób uprzejmie się roześmiało. Anna była jedną z nich. Zrobiła to kierowana przez syntonię czy rzeczywiście rozbawił ją żart? Podejrzewałem to pierwsze, bo układ jej twarzy nie zdradzał prawdziwej wesołości. Widziałem ją jako organiczną kobietę, ubraną oczywiście wyłącznie w bikini (chociaż mogłem ją widzieć w kilkunastu innych ubiorach, wiedziała, że ten strój odpowiada mi najbardziej), mimo to byłem ciekaw, jak w tym momencie wygląda jej pershellowe oblicze. Programy generujące jej „ludzki” wygląd mogły coś przekłamać. I tak to jest z tymi diginetami. Obserwacja mowy ciała nie daje nigdy do końca wiarygodnych danych.

– …zainstaluję – ciągnął rezydent – za państwa pozwoleniem, nowy układ czasowy.

– Pardon? – Harry potrząsnął blond grzywą.