Twardy. Zimny. Martwy

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tamtego dnia wyszedłem z pracy po siedemnastej. Ze względu na nie najwcześniejszą porę nie opłacało mi się zbytnio robienie zakupów i pichcenie czegoś naprędce w domu, więc Chochoł wydał mi się dobrym pomysłem. Później okazało się, że ów pomysł zasłużył na miano genialnego. Przy stoliku pod oknem siedziało dwóch gości. Na pierwszy rzut oka mieli po około trzydzieści lat, może o dwa mniej lub więcej. Walili czystą wódę po prawie pół szklanki, bełkocząc coś do siebie i rechocząc jak półgłówki. Ich zachowanie cechowały typowa dla mocno podpitych osób wylewność i trudności w koordynacji ruchów. W pewnym momencie jeden z mężczyzn chciał klepnąć towarzysza w ramię. Zamaszysty ruch ręką strącił ze stołu opróżnioną do połowy butelkę absoluta. Flaszka powinna trzasnąć o podłogę i rozsypać się w szklany mak. Będąc w stanie tak dużego upojenia alkoholowego, żaden z obserwowanych przeze mnie gości nie miał prawa jej złapać. Mimo to złapali butelkę, i to jednocześnie. Ruchy ich ramion były tak szybkie, że przed oczami mignęły mi tylko rozmazane plamy. Ostatecznie jedna ręka chwyciła za szyjkę, druga zacisnęła się na szkle w połowie jego długości. Nikt normalny nie potrafiłby dokonać czegoś takiego. Przy stoliku pod oknem siedziały i piły wódkę dwa przykłady biowspomagania.

Pamiętam, że straciłem wówczas cały apetyt. Ukradkiem sfotografowałem obu facetów komórką, zapłaciłem za niedokończony posiłek i pospiesznie opuściłem knajpę. W takich właśnie okolicznościach zupełnie przypadkowo natknąłem się na braci Janiaków, właścicieli podupadającej hurtowni przędzy dziewiarskiej. Kiedyś trzepali szmal na bawełnianych niciach i lycrze. Potem rynek zapchała przędza litewska i turecka i Janiakowie zaczęli klepać biedę. W czasach prosperity zainwestowali w biowspomaganie, traktując nowe możliwości swoich ciał jako gwarancję dobrej przyszłości. Stali się hybrydami, aby w razie krachu prowadzonego biznesu być zdolnymi do bezkarnego dorobienia się szmalu w inny sposób. Z popełnieniem w tym celu przestępstw włącznie. Tego wszystkiego dowiedziałem się jednak dużo później.

Małe, prywatne dochodzenie zacząłem od identyfikacji i wybiórczego śledzenia dwóch na pozór zwykłych obywateli próbujących jakoś związać koniec z końcem. W tym, że bracia planują wycięcie lewego numeru, zorientowałem się dość szybko. Zbyt często najpierw jeden, potem drugi odwiedzali filię pewnego banku. Muszę przyznać, że z pewnym podziwem obserwowałem sposób, w jaki dokonali skoku. Włamu nie powstydziliby się starzy wyjadacze, a Janiakowie byli przecież w złodziejskiej branży zwykłymi amatorami. Dzięki wcześniejszemu śledztwu mogłem się w ciemno założyć, dokąd udadzą się hybrydowi bracia, aby podzielić łup. Mój podrasowany golf był dużo szybszy od starego passata, którym jeździli. Zaczekałem na nich w pustym magazynie, gdzie po przędzy dziewiarskiej nie została nawet pęknięta szpulka. Obaj dostali porządnie paralizatorem.

W czasie gdy pozbawieni przytomności leżeli bezwładnie na betonowej podłodze, skułem im ręce i przygotowałem się do przesłuchania. Kiedy tylko zaczęli dawać pierwsze oznaki powrotu do realu, zaaplikowałem im serum prawdy. Wyśpiewali wszystko. Na koniec wykonałem po jeszcze jednej iniekcji. Tym razem do żył braci popłynął roztwór heroiny – wysoko stężony i w dużej ilości. Janiakowie mieli odlot, z którego żaden już nie wrócił. Noc spędzona w magazynie zaowocowała po pierwsze śmiercią dwóch osób z biowspomaganiem. Nie miałem litości dla hybryd ani przez moment. Po drugie dowiedziałem się, gdzie bracia dokonali implantacji. Miejsce starego zastąpił nowy, obiecujący trop. Po trzecie zaś zgarnąłem pieniądze skradzione w banku. Wiedziałem, jak je spożytkować, bo o oddaniu ich nie mogło być mowy. Zyskałem fundusze na prowadzenie małej, prywatnej wojny. Stratą banku nie przejmowałem się ani trochę. Tego typu instytucje zawsze są dobrze ubezpieczone. Co najwyżej w ramach rekompensaty wzrośnie miesięczna opłata za prowadzenie konta. I tak nie zamierzałem go zakładać, więc wisiało mi to i powiewało.

Powyższą historię przypomniałem sobie, otwierając stojącą w przedpokoju szafę. W zabezpieczonej cyfrowym zamkiem skrzyni na dnie leżało coś, w co zamierzałem ubrać się dzisiejszej nocy. Wykorzystując część środków finansowych odebranych hybrydowym braciom, zaopatrzyłem się w specyficzny zestaw do pracy w terenie. Jego podstawę stanowił czarny kombinezon. W wielu jego miejscach w zdublowany materiał wszyte były kevlarowe płytki. Z jednej strony były lekkie i na tyle małe, że nie ograniczały swobody ruchów. Z drugiej zaś cechowały się wyjątkową twardością i wytrzymałością. Tym samym skutecznie zabezpieczały najbardziej czułe i wrażliwe obszary ciała. Materiał kombinezonu był niepalny, miał wysoką oporność na rozdarcie. Bezpośrednio na niego założyłem wyszukaną uprząż. Podpinało się do niej kabury na broń krótką i noże, były zaczepy na dodatkowe magazynki, kajdanki, kastet i kilka innych drobiazgów przydatnych w bezpośredniej walce. Całość wzorowana była na stroju i wyposażeniu antyterrorystów, wprowadziłem jednak własne modyfikacje i udoskonalenia. Kiedy skończyłem się ubierać, szczęknął zamek, otworzyły się drzwi i w progu stanęła Mała.

– O kurwa! – powiedziała. – Batman!

Spiorunowałem ją wzrokiem. Chciałem coś powiedzieć na temat braku wychowania współczesnej młodzieży, ale nie zdążyłem. Zadzwoniła komórka. Spojrzałem na wyświetlacz i rzuciłem telefon Ewie.

– Nie ma mnie. Wyszedłem, komórki zapomniałem wziąć.

– Halo? – Dziewczyna odebrała połączenie, po czym dała popis aktorsko pierwszorzędnego, wręcz oskarowego kłamstwa. – Nie, nie ma… Jestem kuzynką… Nie wiem, dokąd poszedł… Nic nie mówił… Zapomniał wziąć. – Na koniec zaś była kwintesencja niewinności i dobrych chęci: – Czy mam coś przekazać, jak wróci?… Dobrze, oczywiście. Do widzenia!

Mała rozłączyła się i oddała mi telefon.

– Toszko to twój szef? – zapytała.

– Tak – potwierdziłem, uśmiechając się w duchu szeroko.

Kupczyński podjął właściwą decyzję. Komendant wiedział już o moich planach na dzisiejszą noc, choć nie zdawał sobie sprawy z faktu, że zna ich fałszywą wersję. Poszukiwania mojej osoby zakończą się fiaskiem, rozpocznie się pospieszna organizacja nalotu na mafijną willę.

– Musisz stąd szybko zmykać – powiedziała Ewa.

– Jeżeli szef groził mi powyrywaniem nóg z dupy, to się nie przejmuj! – uspokoiłem ją. – Już kilka razy mi to obiecywał, ale zawsze okazywało się to tylko czczą przechwałką.

– Mam wrażenie, że jednak mi nie uwierzył. – Mała miała niewyraźną minę. – Słyszałam jak przez zasłonięty ręką głośnik wydawał komuś polecenia. Może będzie chciał cię sprawdzić?

– Dzięki za ostrzeżenie! – rzuciłem szybko i zgarnąłem kluczyki do auta. – Zamknij za mną drzwi i nikomu nie otwieraj. Wiesz, jak wygląda policyjna odznaka. W razie czego każ się wylegitymować. Jak nie będą mieli – niech spierdalają. Drzwi są pancerne, więc raczej nie będą ich forsować.

Mała poważnie skinęła głową.

– Nie wiem, co zamierzasz robić i raczej nie chcę tego wiedzieć, ale… – Zawahała się na moment, a ja zatrzymałem się w progu. – Wróć, Czarny!

– Spokojna głowa! – Zmusiłem się do uśmiechu. – Zamawiam na rano jajecznicę z kiełbasą i pomidorami. I zimny browar! – dodałem już z klatki, zbiegając po schodach po trzy stopnie.

Dogoniło mnie najpierw ciche stuknięcie drzwi, a potem szczęk zamykanych zamków. Grzeczna dziewczynka! – pomyślałem, dopadając auta. Spod bloku odjechałem z piskiem opon. W drodze do wskazanego przez mafijnego adwokata miejsca zrobiłem jeden krótki postój. W ruch poszedł telefon na kartę – miałem kilka takich jednorazówek na wszelki wypadek. Mała niewiele mijała się z prawdą – właściwą komórkę rzeczywiście zostawiłem w domu. Oczywiście zrobiłem to po fakcie i celowo, a nie – jak sugerowała – w wyniku przejściowych problemów z pamięcią. Zadzwoniłem do Łopińskiego. Uprzedziłem go, że dziś w nocy szykują się dwie porządne zadymy. Obiecał, że będzie miał się na baczności. Wymogłem na nim, że nakłoni czuwającego przed drzwiami strażnika do zmiany miejsca odbywanej służby na wnętrze sali chorych. Funkcjonariusz miał wraz z dwójką ochranianych osób zamknąć się od środka i nikogo nie wpuszczać. Może byłem przesadnie ostrożny, ale fakt, że gdzieś w pobliżu Rafała i jego dziewczyny mógł się kręcić adwokat Czartoryskiego lub nawet sam Gała, nie dawał mi spokoju.

Na miejsce dotarłem krótko przed północą. Zaparkowałem samochód tak, żeby nie był widoczny, i zająłem się bierną obserwacją posesji. Lada moment w innym miejscu miasta, na Górnej, na małym osiedlu willowym, rozpocząć się miała rozpierducha. Pozostało mi już tylko uzbroić się w cierpliwość i poczekać na efekty, które przyniesie akcja komendanta i jego ludzi. Blady sierp księżyca zakryła niespiesznie sunąca po niebie chmura. Było mi to bardzo na rękę.

***

Minęła pierwsza w nocy i nic się nie działo. Powoli zaczynałem oswajać się z myślą, że nie udało się wywabić przestępców z drugiej kryjówki. Pierwsza z dużym prawdopodobieństwem była właśnie oblężona przez oddziały policji. Kiedy już prawie straciłem nadzieję na jakiekolwiek ułatwienie, w czarnej ścianie magazynu pojawił się jasny prostokąt. Na plac przed halą wybiegło kilka osób. Piknął rozbrojony samochodowy alarm, trzasnęły pospiesznie zamykane drzwi, w ciemnościach nocy głucho zawarczał silnik. Terenowa toyota z piskiem opon wypadła na asfalt i po chwili zniknęła mi z oczu, ciągle przyspieszając. Obserwowałem całe zamieszanie przez lornetkę z noktowizyjną nakładką, skupiając uwagę zwłaszcza na twarzach. Nie rozpoznałem żadnej z odjeżdżających osób, gęba faceta zamykającego teraz bramę również była mi obca. Wysiadłem z auta, do lufy pistoletu przykręciłem tłumik.

No, dobra! – pomyślałem. Imprezę czas zacząć!

Podbiegłem pod ogrodzenie. W ruch poszły nożyce do cięcia drutu, siatka stawiła tylko symboliczny opór. Po chwili byłem już na terenie posesji. Prowadzące do magazynu drzwi otwierały się do wewnątrz, co było niezgodne z przepisami BHP. Po pierwsze jednak nie miałem niczego wspólnego z instytucją kontrolującą ich przestrzeganie, po drugie było mi to bardzo na rękę. Wkopałem je do środka. Moje wtargnięcie wywołało reakcję, choć dużo mniejszą i słabszą, niż się spodziewałem. Likwidacja raptem trzech przeciwników nie zajęła mi nawet minuty. Ani się nie spociłem, ani nie zdyszałem.

 

Obszedłem magazyn, przyglądając się różnorodnemu wyposażeniu. Byłem policjantem, a nie biologiem, nikt jednak nie musiał mi tłumaczyć, jak wyglądają baseny z pożywką. Obsługiwać mikroskop też potrafiłem. Przez tubus jednego nawet zerknąłem. W polu widzenia poruszało się coś małego, obłego i półprzezroczystego. Mogłem tylko się domyślać, co to jest, bo tu jednak moja biologiczna wiedza się kończyła. Stwór mógł być gotowym do implantacji do ludzkiego ciała pseudopierwotniakiem równie dobrze jak bakterią czy grzybem. Chociaż tym ostatnim chyba nie. Z tego, co wiedziałem, matka natura nie obdarzyła grzybów zdolnością ruchu. Magazyn pełnił funkcję laboratorium. Należał do mafii, co w świetle ostatnich dowodów na współpracę z hybrydami pozwalało na szybkie wyciągnięcie wniosków. Ktoś tutaj trudnił się nielegalnym biowspomaganiem. Jak by to powiedział komendant Toszko – mój policyjny nos nie mylił się w tej sprawie.

Zgarnąłem trochę walających się na jednym z biurek papierów, z drugiego wziąłem laptopa. Nie zawadzi przejrzeć trochę danych w poszukiwaniu ewentualnych nowych tropów. Może gdzieś wśród zadrukowanych kartek lub w jednym z plików natknę się na nazwisko lekarza, który zajmował się implantacją pseudopierwotniaków w ciałach kandydatów chętnych do bycia hybrydą. To byłoby nawet interesujące odbyć małą pogawędkę z takim łapiduchem. Oczywiście w miłej i przyjacielskiej atmosferze, przy wykorzystaniu sprawdzonych niedawno na pewnym mecenasie środków perswazji. Innych środków miałem na podorędziu także mnóstwo.

Kiedy odjeżdżałem spod magazynu, pierwsze płomienie widać już było przez zakratowane okna. Mogłem wszystko zdemolować przy użyciu łomu, ale nie chciało mi się. Za duża powierzchnia, zbyt wiele sprzętów. Zmachałbym się strasznie, a pewnie i tak zeszłoby mi do świtu. Kanister z benzyną był co prawda cięższy od łomu, ale nie musiałem wywijać nim na prawo i lewo. Zresztą efekt działania ognia, oczywiście zaprószonego całkowicie przypadkowo, był chyba bardziej widowiskowy, choć tak samo ostateczny. Niszcząc laboratorium, zdobyłem w wojnie z hybrydami kolejny punkt. Niewątpliwie ważny, ale były ważniejsze od niego.

Odjechałem kilka przecznic dalej i aby nie pchać się w oczy straży pożarnej, mogącej lada moment nadjechać, zaparkowałem wóz w słabo oświetlonej uliczce. W bagażniku miałem zwykłe ciuchy, więc przebrałem się bez chwili zwłoki. Strój roboczy złożyłem i ciasno upchnąłem w miejscu koła zapasowego. Tego ostatniego nie używałem, odkąd zaopatrzyłem golfa w opony o podwyższonej wytrzymałości. Szkło czy gwoździe nie były mi już straszne. Oczywiście nawet najlepsze opony nie mogłyby sprostać wybuchowi miny, ale takich rzeczy na polskich drogach raczej się nie spotykało. Zresztą nawet gdyby udałoby mi się przeżyć taki wybuch, pewnie nie zawracałbym sobie głowy zmianą koła. Nie byłoby już co zmieniać. Wywaliłem więc zapas, uzyskując niepozorną, ale za to całkiem przydatną skrytkę. W cywilnych ciuchach znów wyglądałem jak zwykły człowiek, a nie, cytując Ewę, jak Batman. Pozostał mi powrót do domu.

Mała była przekonana, że Toszko będzie mnie sprawdzał. Jego ludzie wzięli udział w szturmie na mafijną willę, więc nie spodziewałem się ujrzeć pod domem nikogo znajomego. Z drugiej strony wiedziałem, że stary ma dużo kumpli w innych wydziałach, z drogówką na czele. Prawdopodobieństwo, ze przed moim blokiem tkwił jakiś utajniony patrol, było całkiem spore. Do człowieka-pająka, który bez zabezpieczenia potrafił wleźć na dach drapacza chmur, było mi raczej daleko. Wolałem bez naprawdę ważnej potrzeby nie ryzykować wspinaczki po balkonach na piąte piętro. Pozostało więc konwencjonalne wejście klatką schodową. Przeciętny facet wracający do domu o trzeciej nad ranem bywa zazwyczaj mocno zawiany, dlatego tez postanowiłem dostosować się do statystycznych norm społeczeństwa. Łódź, choć ma aspiracje do bycia miastem europejskim, zasługuje jedynie na miano zwykłej dziury. Na szczęście nawet w takiej dziurze łatwo znaleźć czynne całą dobę stacje benzynowe.

Podjechałem na Shella i zaopatrzyłem się w pół litra żołądkowej gorzkiej. Samochód zaparkowałem kilka bloków dalej. Zrobiłem kilka łyków wódki, aby charakterystyczny zapach rozchodził mi się z paszczy, po czym sporą część alkoholu użyłem jako specyficznych perfum. Po lekkim przetarciu twarzy, skropieniu koszuli i kurtki oraz po dołączeniu chwiejnego kroku stałem się dowodem skuteczności wyrobów Polmosu. Skoro impreza trwała do trzeciej nad ranem, musiała być udana. Nie wypadało więc wracać do domu w kiepskim nastroju. Piosenka nasunęła mi się sama. Nie za głośno, aby nie podpaść pod zakłócanie ciszy nocnej, zacząłem bełkotliwie śpiewać szlagier Wilków:

– „Nigdy nie powiem ci, nie powiem ci, jak to jest, kiedy nocą włóczę się”.

Przed moim blokiem stało zaparkowane auto. Nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że nie było puste. Dwaj policjanci nie wyszli nawet z niego, żeby mnie skontrolować. Najwyraźniej prostym sikiem lali na robotę, która zmuszała ich do zarwania nocy. A może to ja udawałem znakomicie. Pogmerałem przy zamku odpowiednio długo, aby zbyt szybkie otworzenie drzwi nie wydało się zbyt podejrzane. Wciąż chwiejąc się na nogach, choć już bez śpiewu na ustach, wszedłem na klatkę schodową i przywołałem windę. Po chwili byłem w mieszkaniu. Dopiero tu naprawdę się napiłem. Do rana zostało mi jeszcze trochę czasu, a w końcu w pracy musiałem mieć przekonywającego kaca.

Przykro mi – pomyślałem pod adresem wątroby. Taki lajf!

***

Do pracy przyjechałem taksówką, spóźniając się trochę na odprawę. Nie było to zamierzone, ale w sumie dobrze wyszło. Wymamrotałem niewyraźne przeprosiny i usiadłem z boku, w najciemniejszym kącie sali, rozglądając się za ewentualną butelką wody mineralnej. Na próżno. Musiałem walczyć z kacem o suchym pysku.

Obok Toszki siedział łysy facet około czterdziestki z wydatną, wysuniętą ku przodowi żuchwą. Typ był antypatyczny. Nawet gdy siedział i nic nie mówił, biła od niego arogancja. Zastępca komendanta wydziału do spraw walki z przestępczością zorganizowaną nazywał się Maciej Pawliczak i był wyjątkowo wrednym dupkiem. Znaliśmy się z kilku międzywydziałowych imprez policyjnych. Facet od samego początku działał mi na nerwy, a na ostatnim spotkaniu kilka lat temu ślinił się do mojej żony jak pies na widok szynki. Niby przypadkiem zrzuciłem go wówczas ze schodów. Na salę odpraw wszedłem właśnie w momencie, gdy buc miał zacząć przemawiać.

– Może byś się tak uprzejmie przywitał, skoro mamy gościa? – Toszko spojrzał na mnie znacząco.

– Ja go nie zapraszałem – odparłem, zanim zdążyłem ugryźć się w język. Co też kac może uczynić z człowiekiem!

Buc spurpurowiał do spółki z szefem.

– Nie życzę sobie, żeby mnie tak traktowano! – wybuchnął.

Wzruszyłem ramionami. Skoro zacząłem, nie wypadało nie skończyć.

– To nie jest koncert życzeń. Telewizja jest w Warszawie, na Woronicza.

Szef ukrył twarz w dłoniach, po sali przebiegł z trudem powstrzymywany śmiech.

– Do rzeczy, Pawliczak! – uciąłem w zarzewiu rodzącą się pyskówkę. – Zamierzałeś coś nawijać, kiedy wszedłem, więc nawijaj. Nie widzę powodu, aby moja skromna osoba burzyła porządek dzisiejszego spotkania. Jeżeli chcesz, to możemy pogadać po wszystkim. Mogę cię odprowadzić. I sprowadzić po schodach.

Tym razem na sali było cicho, a roześmiał się komendant. Toszko też był na pamiętnej imprezie. Pawliczak zmełł przekleństwo, zgromił mnie wzrokiem i wciąż czerwony na twarzy, zaczął mówić. Ogólnie lał wodę na temat sukcesu nocnej akcji. Nie od dziś w końcu wiadomo, że ojców sukcesu zazwyczaj bywa wielu. Łysa menda podpięła się pod akcję Toszki, bo – jak się okazało – w ręce policji wpadło kilku groźnych gangsterów. Ponoć dwóch z nich poszukiwano już od ponad czterech lat, i to międzynarodowymi listami gończymi. Swoją drogą ciekawe musiały być te metody poszukiwawcze, skoro tyle czasu ich rezultaty były równe zeru. Nie chwaląc się – z wiadomych powodów – ja szybko uzyskałem potrzebny adres i gdyby zależało mi na złapaniu jakichś mafiosów, zrobiłbym nalot na willę trzy dni wcześniej. Od informacji do aresztowania u mnie upłynęłaby góra doba. Tak sprawy miały się u mnie. U Pawliczaka cztery lata w plecy, aresztowań zero.

Cyniczna część mojej natury nalegała, abym wstał i ostentacyjnie bijąc brawo, pogratulował łysemu bucowi skuteczności pracy wywiadowczej jego wydziału. Powstrzymałem się jednak. I tak czekał mnie dywanik u szefa. Nie zapowiadał się miło i sympatycznie, nie zamierzałem więc jeszcze bardziej zaogniać i tak już napiętej atmosfery. Tatuaż na ramieniu zaswędział mnie mocno i niespodziewanie.

Oj, tak! – westchnąłem głęboko w duchu. Przydałoby się sklepać bucowi michę!

Przez moment przyglądałem się własnym lekko drżącym dłoniom. Potem przeniosłem wzrok na czubki butów. Ani w jednym, ani w drugim miejscu nie znalazłem niczego, co nadawałoby się do dłuższej kontemplacji. Powoli rozejrzałem się po sali odpraw. Z wyjątkiem jednej osoby wszyscy słuchali pompatycznego przemówienia bądź udawali, że to robią. Tym wyjątkiem była Anna Rożek. Patrzyła na mnie, a na jej twarzy gościła mieszanina dezaprobaty i rozbawienia.

Cholera! – pomyślałem. Siostra Łopińskiego ma całkiem ładną buzię. Puściłem do niej podkrążone oko. W rewanżu pokazała mi język. I to by było na tyle w kwestii finezyjnego podrywu. Suche jak wiór gardło i kołkowaty język coraz bardziej natarczywie domagały się jakiegoś płynu. Dookoła była jednak Sahara.

***

Po tym jak zastępca komendanta wydziału do spraw zwalczania przestępczości zorganizowanej skończył lać wodę, głos zabrał Toszko. Wbił się w odświętny garnitur i prezentował się naprawdę nieźle. Niestety pieprzył od rzeczy tak samo jak przedmówca. Nie tylko nie zdementował bredni Pawliczaka, ale uparcie brnął w rozwijanie kwestii bliskiej współpracy między wydziałami. Współpracy, której nigdy nie było, a która – jak się właśnie dowiadywałem – kwitła w pełni od dawna. To właśnie dzięki niej z listy groźnych przestępców można było dziś rano wykreślić kilka nazwisk. Brawo! Toszko na prezydenta!

Oczywiście cieszył mnie fakt zapuszkowania kilku gangsterów. W końcu byłem policjantem. Może nietypowym, ale jednak! Z drugiej strony wkurzało mnie to, że w nocy ani w jednym, ani w drugim miejscu nie było pewnej hybrydy. Jakiejkolwiek zresztą hybrydy, choć przyznaję, że na Czartoryskim zależało mi najbardziej. Jak już zdążyłem się zorientować, wśród zatrzymanych nie było także jego adwokata. To mi się naprawdę nie podobało.

Kiedy tak słuchałem płynącego z ust szefa słowotoku, zadzwonił telefon. W sali odpraw zabrzmiała melodia, która powoli zaczynała mnie prześladować. Wilk Gawliński znów nie chciał powiedzieć, jak to jest, kiedy włóczy się po nocach. Wszyscy jak na zawołanie spojrzeli na mnie.

O kurwa! – dopiero po chwili skapowałem, o co chodzi. Dzwonił mój telefon. Najwyraźniej wczoraj, a w zasadzie dziś w nocy, majstrowałem po pijaku przy melodyjkach. Efekty zabawy było właśnie słychać. Nie ta konkluzja była jednak najważniejsza. Dopuściłem się bowiem dwóch rzeczy. Po pierwsze wniosłem komórkę na odprawę, a tego zabraniał wewnętrzny regulamin. Po drugie pomieszczenie było ekranowane i teoretycznie aparat nie powinien łapać żadnego, najmniejszego nawet sygnału. O takim, który umożliwiłby rozmowę, nawet nie wspominając. No trudno, wydało się, że dysponuję telefonem, który technicznie przewyższał sprzęt zabezpieczający komisariat. Cóż mogłem zrobić wobec tych faktów? Nic. No, prawie nic. Odebrałem jedynie połączenie, a wówczas w słuchawce rozległ się krzyk:

– Czarny, kurwa! – Łopiński był nielicho zdenerwowany. – Rzucaj wszystko w pizdu i przyjeżdżaj do szpitala!

Następnie rozległo się najbardziej złowieszcze „bip, bip, bip”, jakie w życiu słyszałem. Zrywając się z krzesła, przewróciłem je z rumorem. Dopadłem do drzwi w trzech susach i zatrzymałem się w progu.

– Brawo, panowie! – krzyknąłem do szefa i jego łysego gościa. – A teraz buzi-buzi i jazda do roboty!

W dupie miałem to, czy tym razem przesadziłem, czy nie. Nagana z wpisem do akt czy nawet dyscyplinarne wydalenie ze służby za znieważenie przełożonego były gówno warte wobec zagrożenia życia kolegi. Kogokolwiek zresztą, ale Rafała Łopińskiego w szczególności. Facet wielokrotnie odgrażał się, że mnie zabije. Fakty były natomiast takie, że dwukrotnie uratował mi skórę i gdyby nie on, wąchałbym teraz kwiatki od spodu. Zrewanżowałem się mu z nawiązką. Cztery razy nie pozwoliłem, aby typy spod ciemnej gwiazdy odstrzeliły mu tyłek. On twierdził, że przynajmniej pięć. Zawsze gdy nasze rozmowy schodziły na ten temat, machałem ręką. Nie zamierzałem się licytować na liczbę uratowanych wzajemnie żyć. To nie była pieprzona gra komputerowa.

 

Gnając w dół po schodach, miałem wrażenie déjà vu. Przecież całkiem niedawno ścigałem uciekających z komisariatu Gałę i jego adwokata. Tym razem na szczęście nie było słychać strzałów, a na podłodze nie leżały trupy.

Wypadłem na parking z tyłu budynku. Zanim zdążyłem włożyć kluczyk do stacyjki i uruchomić silnik, drzwi po stronie pasażera uchyliły się na moment i do środka wpakowała się aspirantka Rożek.

No, no! – pomyślałem z podziwem, ruszając z piskiem opon. Z sali odpraw wybiegłem sam. Do auta dopadłem najszybciej, jak potrafiłem, a jednak dziewczyna dogoniła mnie na parkingu. Albo biegała na setkę szybciej od rekordzistki świata, albo mój kac był potężniejszy, niż do tej pory sądziłem. Musiałem przyznać, że dziewczyna miała jaja, jakkolwiek dziwnie by to zabrzmiało. Błyskawicznie zerwała się z krasomówczej akademii dla ociężałych umysłowo i włączyła się do akcji. Spojrzała na mnie z niemym pytaniem w oczach. Nie wiem, w jaki sposób, ale domyśliła się, że sprawa związana była z jej ciotecznym bratem. W grę mogła wchodzić kobieca intuicja albo coś równie enigmatycznego w tym stylu. Skinąłem głową.

– Zdążymy! – pocieszyłem ją, klnąc przy okazji w duchu na czołgowatą octavię, którą jak dotąd bezskutecznie próbowałem wyprzedzić. – Zdążymy, choćbym miał rozjechać pół miasta!

Spojrzałem na nią z boku. Blada jak ściana kurczowo zaciskała ręce na brzegu fotela, a jej oczy były szeroko otwarte. Być może dlatego, że z prędkością zbliżającą się do stu kilometrów na godzinę jechałem chodnikiem i trąbiłem jak wariat. Cóż, miałem pilną potrzebę jazdy dodatkowym pasem ruchu, wiec go sobie stworzyłem.

Trzymaj się, Rafał! – wrzeszczałem w myślach. Już jadę!

***

Do szpitala wpadliśmy, jakby się paliło. Biegłem korytarzem z pistoletem w dłoni, wrzeszcząc na przemian: „Z drogi!”, gdy przeszkadzała mi kobieta, lub: „Spierdalaj!”, gdy pod nogi napatoczył się facet. Byłem źródłem paniki wśród pacjentów i personelu, ale na szczęście kilka kroków w tyle biegła Anna. Wymachiwała policyjną odznaką i zdecydowanie ciszej ode mnie krzyczała: „Policja! Proszę pozostać na miejscach! Wszystko pod kontrolą!”. Tak, jasne… pod kontrolą… Ciekawe tylko czyją, bo jak na razie z pewnością nie moją.

Schody na drugie piętro pokonałem w kilku skokach. Na korytarzu nie było przydzielonego do ochrony policjanta. Szlag! Z odbezpieczoną berettą wpadłem do sali chorych, gdzie leżeli Łopiński i jego dziewczyna. A raczej: gdzie powinni leżeć, bo sala świeciła pustkami. Znikły nawet łóżka. Zdębiałem, ale na szczęście tylko na moment. Rafał miał obie nogi w gipsie podwieszone na wyciągu. Monika Tokarczyk po operacji rany postrzałowej uda również była skazana na leżenie w łóżku. Wobec powyższych faktów oczywiste było, że nie poszli nigdzie sami. Opcja uprowadzenia również wydawała się mało prawdopodobna. Zresztą mafia i współpracujące z nią hybrydy nie bawiliby się raczej w porwanie. Uciekając z posterunku, Czartoryski wyraźnie dał do zrozumienia, że zdecydowanie bardziej preferuje ostateczne rozwiązania. Nasuwało się tylko jedno wyjaśnienie: chorzy zostali przeniesieni do innej sali. Po chwili pędziłem wraz z Anną w stronę dyżurki pielęgniarek. Tatuaż na ramieniu swędział jak cholera. Oj, wielkimi krokami zbliżała się rozpierducha!

Łopiński i Tokarczyk rzeczywiście zostali przeniesieni do innej sali. Z bardzo prozaicznego powodu – w poprzedniej nastąpiła awaria kranu i chwilowo odcięty został dopływ wody. W sumie pierdoła, ale podniosła mi ciśnienie. Annie chyba też, bo uprzednia bladość jej twarzy zastąpiona została rumieńcami, a jej oddech z pewnością nie należał do wolnych. Dopadliśmy do wskazanych przez pielęgniarkę drzwi. Były zamknięte. Strażnika, który miał ich pilnować, także i tu nie można było uświadczyć. Zamierzałem wtargnąć do środka siłą, ale w chwili kiedy podnosiłem nogę do kopnięcia, padło krótkie pytanie:

– Kto tam?

Ktoś jednak zareagował na szarpanie klamką, które dopiero co uskuteczniłem.

– Policja! – krzyknąłem. – Otwierać!

– Nazwiska!

– Czarnecki, Rożek!

Szczęknął zamek, drzwi się otworzyły. Wewnątrz wszystko wyglądało normalnie.

– Kurwa, Łopiński! – westchnąłem, siadając z ulgą na podłodze pod ścianą i zabezpieczając broń. – O co tyle hałasu? Przez ciebie o mało sobie pięt nie poobsrywałem w biegu, a ty leżysz tu i się byczysz! – Oparłem potylicę o przyjemnie chłodną ścianę w nadziei na choć chwilowe zmniejszenie bólu głowy. – Monika! Lepiej mów ty! – powiedziałem, patrząc na dziewczynę. – Jak on się odezwie, to go chyba zdzielę przez łeb.

Tokarczyk uśmiechnęła się, ale widać było, że kosztowało ją to sporo wysiłku.

– Rafał nie wezwał cię bez powodu, Czarny. Wczoraj po południu Anna przyniosła nam zdjęcia Czartoryskiego i jego adwokata. Znam ich obu, ale Rafał nie widział wcześniej mecenasa. Strażnik zaś nie widział ani jednego, ani drugiego.

Skinąłem głową. To był dobry ruch. Sam powinienem na to wpaść. Aspirantka Rożek oprócz tego, że była ładna, potrafiła też myśleć. To dość rzadka kombinacja w przypadku kobiet.

– Po dzisiejszej zmianie strażników pokazaliśmy zdjęcia też nowemu. – Dziewczyna skinęła głową w stronę stojącego w kącie sali funkcjonariusza. – Rozpoznał jednego z widniejących na zdjęciach mężczyzn.

– Jeśli byłby to adwokat, nie zawracałbym ci głowy – do rozmowy wtrącił się Łopiński. – Chodzi jednak o Czartoryskiego.

Moje serce znów zaczęło szybciej bić. Gdzieś w okolicy pałętał się Gała. Ból głowy znikł w jednej chwili, perspektywa spotkania hybrydy wpompowała mi do układu krążenia nową porcję adrenaliny.

– Czy szpital ma system wewnętrznego monitoringu? – zapytałem milczącego dotąd policjanta.

– Tak – odparł.

– Gdzie jest sterownia?

– W sąsiednim skrzydle w podziemiach.

– Dobra! – Podniosłem się z podłogi. – Idę poszukać czerwonookiego przyjemniaczka. Zabarykadujcie się z bronią gotową do strzału. W razie kontaktu celujcie w głowę – poradziłem, przypominając sobie niedawną akcję z ulicy Sienkiewicza. Kule, które wpakowałem w tułów hybrydy, nie zrobiły na nim większego wrażenia. Sukinsyn miał naprawdę dobre biowspomaganie. Ruszyłem do drzwi. Anna również. Pokręciłem przecząco głową. – Z całym szacunkiem, ale nie dasz rady – osadziłem ją na miejscu. – Zapytaj brata, jak mi nie wierzysz.

Zrobiła kwaśną minę, ale ostatecznie została.

Wyszedłem na korytarz i pobiegłem do najbliższej klatki schodowej. Zamierzałem dostać się na sam dół do wspomnianych przez strażnika szpitalnych podziemi. Pierwsze półpiętro pokonałem w iście wariackim tempie. Było to konsekwencją tego, że wypadając zza rogu, zostałem prawie równocześnie podcięty i zdzielony w tył głowy przez przyczajonego mężczyznę. Zwaliłem się w dół, ale na szczęście, mimo oszołomienia, zadziałały odruchy. Udało mi się jako tako zamortyzować upadek. Niczego sobie nie złamałem, ale ból z poobijanych łokci i kolan i tak pozbawił mnie na moment tchu.