Twardy. Zimny. MartwyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

TWARDY

I

II

III

IV

V

VI

ZIMNY

I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

MARTWY

I

II

III

TWARDY

I

Słuchawka w moim uchu lekko zatrzeszczała. Cisza radiowa miała zostać przerwana jedynie w razie najwyższej konieczności. Coś najwyraźniej zaczynało się pieprzyć. Nie uśmiechało mi się to ani trochę, bo znając życie, mój udział w akcji z dotychczas biernego zmieniał się właśnie w czynny.

– Uwaga wszyscy! – dowódca grupy zaszeptał z napięciem. – Obiekt odkrył, że jest śledzony.

Pięknie! Nie ma to jak profesjonalna konspiracja – sypie się po kwadransie od wejścia w życie. Ciekawe, który matoł pokpił sprawę?

– Brak sygnałów od Drugiego i Czwartego – szeptał dalej dowódca. – Prawdopodobieństwo eliminacji wysokie. Obiekt znacznie groźniejszy, niż wcześniej zakładano.

Gdyby nie konieczność zachowania ciszy, parsknąłbym śmiechem. Wzięcie do akcji nieopierzonych żółtodziobów, którzy dopiero co skończyli niedzielną szkółkę dla antyterrorystów, musiało tak się skończyć. Tych dwóch sam potrafiłbym załatwić. Zrobiłbym to gołymi rękoma w ciągu niecałej minuty i bez spocenia się, co wcale nie świadczy o tym, że jestem jakoś wyjątkowo groźny. Jeśli obiekt wyeliminowałby któregoś ze starych wyjadaczy – Piątego albo Szóstego – to co innego. Wtedy owszem, z pewnością zasługiwałby na miano niebezpiecznego. Słuchawka ponownie zatrzeszczała.

– Brak sygnału od Piątego i Szóstego.

Trochę zrzedła mi mina. Zdaje się, że nie w porę pomyślałem o dwóch kolegach i ich fachowości. Siły oddziału zostały właśnie zredukowane o połowę. Mimo moich początkowych wątpliwości obiekt rzeczywiście był groźny, a poza tym cholernie skuteczny w działaniu. Skończyło się babci sranie! – stwierdziłem w duchu.

Ostrożnie i po cichu wysiadłem z auta. Lubiłem być oddzielony od reszty świata kuloodpornymi szybami i pancerną karoserią. Dawały poczucie bezpieczeństwa, ale było ono nieco złudne. Każdy samochód w jednej chwili mógł zmienić się w śmiertelną pułapkę. Przykucnąłem na wysokości tylnego koła i znad bagażnika obserwowałem kamienicę naprzeciwko. Cichy trzask w słuchawce poprzedził kolejny raport o stratach.

– Trzeci odpadł.

PKP! Pięknie, kurwa, pięknie! Obiekt wali do nas jak do lizaków na strzelnicy i nie pudłuje. Z ósemki zostało nas raptem trzech. Lodowaty dreszcz przebiegł mi po plecach w dół wzdłuż kręgosłupa. Wewnątrz zaś cały zagotowałem się z wściekłości. Kiedy ten trep zorientuje się, że czas na odwrót? We trójkę na hybrydę? Jak powiedział kiedyś pewien erudyta: tu nie ma co kombinować, stąd trzeba spierdalać! I to w podskokach!

Dowódca, jakby czując moje myśli, znów przerwał radiową ciszę.

– Zmiana priorytetów! – oznajmił. – Nie przejmujemy. Śledzimy!

Tym ostatnim rozkazem Pierwszy mnie osłabił. Obiekt zorientował się, że wpadł w zasadzkę i jak dotąd skutecznie się z niej wyrywa. A my co – śledzimy? Bez wsparcia? Bez nawet jednego elektronicznego znacznika, który mógłby być monitorowany przez satelitę? Albo chociażby bez zwykłego radiolokalizatora? Przecież to jakieś kpiny! Amatorszczyzna rodem z bzdurnych powieści sensacyjnych, a nie oddział specjalny! Mając takiego dowódcę, byliśmy teraz mocno przetrzebionym oddziałem specjalnej troski. Tym razem to ja postanowiłem przerwać ciszę w eterze. W dupie miałem to, że od przełożonego różniły mnie dwa stopnie. Zamierzałem w dość ostrych słowach zasugerować mu, żeby skończył pieprzyć i przerwał akcję. Na zamierzeniach się jednak skończyło.

Nocny spokój wąskiej uliczki przerwał brzęk tłuczonego szkła. Przez rozbite okno z drugiego piętra wypadł podłużny kształt. Lot Pierwszego był krótki i zakończył się solidnym łupnięciem. Z pękniętej głowy wylała się krew, lśniąca czarno w świetle pobliskiej latarni. Wokoło posypał się grad migotliwych odłamków wybitej ciałem szyby. Był dowódca, nie ma dowódcy. Spojrzałem w górę. Na parapecie strzaskanego okna kucała ciemna postać.

– Ósmy! – wrzeszczał mi do ucha ostatni ocalały członek oddziału. – Obiekt kieruje się w twoją stronę. Przejmij go!

– Widzę – zaszeptałem, zakrywając usta. – Kiedy dołączysz?

– Nie dołączę – odpowiedział Siódmy. – Mam połamane nogi. Działasz w pojedynkę.

Taa… Sam na sam z hybrydą… PKP! Nasunęła mi się pewna analogia do popularnego kiedyś teleturnieju – Jeden z Dziesięciu. Tam odpadający zachowywał przynajmniej życie. Tutaj je tracił, a jeżeli miał trochę szczęścia, mógł wykpić się kosztem połamanych kończyn. Nie miałem ochoty brać udziału w tej grze, z tym tylko, że nie pozostawiono mi wyboru. Obiekt na parapecie się podniósł. Może znudziło mu się czekanie, a może skurwielowi nóżki ścierpły. Było mi wszystko jedno, tym bardziej gdy zobaczyłem jego kolejny ruch. Zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nie zwariowałem albo czy z powodu silnego stresu nie doznaję jakichś halucynacji. To, co ujrzałem, wykraczało poza moje horyzonty, a zawsze uważałem, że mam je dość szerokie.

Obiekt zeskoczył z drugiego piętra. I nic! Na jego miejscu połowa skoczków zabiłaby się na spękanych płytach chodnika. Druga połamałaby się w kilku miejscach i leżałaby bez ruchu, wyjąc z bólu. Obiekt zaś podniósł się ze zgrabnego przysiadu i poprawił skórzaną kurtkę z gracją pedantycznego baletmistrza. Zorientowałem się, że na hybrydę patrzę z rozdziawioną gębą, a w wyciągniętej do przodu dłoni trzymam odbezpieczony pistolet. Wpojone wieloletnim szkoleniem odruchy zadziałały prawidłowo, więc raczej nie zwariowałem.

Nie wiem dokładnie co, ale to chyba szczęk bezpiecznika zdradził moją pozycję. Obiekt odwrócił się ku mnie, a w ciemnym owalu twarzy zajarzyły się czerwone oczy.

O nie, mój drogi! Nie ze mną te numery! Nie wystraszę się sztuczek rodem z tanich horrorów. Dołączyłem drugą dłoń do kolby i nacisnąłem spust. I nic! To znaczy – huknęło, ale hybryda nadal stała w tym samym co uprzednio miejscu. Z trzydziestu metrów nie chybiam, więc co to, do ciężkiej cholery, miało znaczyć? Przecież się gnojek nie uchylił, to niemożliwe! Takie rzeczy to tylko w Matriksie. Musiał mieć kuloodporną kamizelkę, a przy tym końską wytrzymałość na ból, skoro nawet nie zgiął się po trafieniu.

A co powiesz na to? – zapytałem hybrydę w myślach i strzeliłem między czerwone oczy. Tym razem uzyskałem efekt, choć prawdę mówiąc, był on daleki od oczekiwanego. Obiekt rzucił się w moją stronę, wyciągając w biegu ramiona. Cóż mi pozostało przy takim obrocie sprawy? Wywaliłem w nadbiegającego cały magazynek. Kule nie odbijały się od niego. Każda jedna z charakterystycznymi mlaśnięciami zagłębiała się w ciele. Zamiast jednak zwalić go z nóg, nie robiły na przeciwniku żadnego wrażenia. Co najwyżej nieznacznie spowolniły jego szarżę. Na przeładowanie nie miałem czasu. Rzuciłem pistoletem w stronę napastnika i przyjąłem pozycję do walki wręcz. Beretta trafiła w czoło, odbiła się i pokoziołkowała w ciemność, jakby była piłeczką z gąbki, a nie stalowym gnatem.

Chwilę później odbiłem się ja, tyle że z ziemi. Wyprowadzone z wyskoku kopnięcie kilkakrotnie w przeszłości pozbawiło paru stukilkukilogramowych byczków w dresach nie tylko chęci do walki, ale i przytomności. Tym razem okazało się nieskuteczne w obu tych kwestiach. Poczułem się tak, jakbym chciał wykopać dziurę w grubej na metr betonowej ścianie. Noga zabolała jak cholera, zwaliłem się na chodnik, obijając dodatkowo kolano i łokieć. Nie zdążyłem się podnieść. Tuż nade mną zapłonęły czerwone oczy. Hybryda pochyliła się, opierając jedną nogę na moich żebrach.

– Nie rzucaj się! – rozległ się szorstki, nieprzyjemny głos.

Posłuchałem. Nie byłem w pozycji, która umożliwiałby jakiekolwiek sensowne sprzeciwy. Pod ciężkim butem czułem się jak w imadle, w plecy wbijały się wszelkie nierówności spękanego chodnika, a palące z bólu żebra mogły złamać się w każdej chwili.

– Czego chcieliście?

 

– Mieliśmy cię złapać – wychrypiałem zgodnie z prawdą.

– Po co? – Głowę bym dał, że czerwień oczu zwiększyła swą intensywność.

Prawą ręką, która po niefortunnym upadku podwinęła mi się pod bok, wymacałem paralizator. Hybryda co prawda kulom się nie kłaniała, ale może potraktowana prądem zmięknie choć trochę?

– Nie wiem – wystękałem. – Jesteśmy… Byliśmy technicznym zabezpieczeniem akcji. W tej robocie wiele się nie mówi, a na tych, którzy pytają, źle się patrzy. – Kłamałem w żywe oczy, mając nadzieję, że przeciwnik nie potrafi czytać w myślach.

– Wiesz, dlaczego żyjesz? – Jarzące się oczy jeszcze bardziej zbliżyły się do mojej twarzy.

– Nie – odparłem, uzmysławiając sobie, że rzeczywiście powinienem właśnie pukać do bram nieba. Rywal górował nade mną praktycznie we wszystkim. Byłem skazany na jego łaskę, a biorąc pod uwagę, jak potraktował pozostałą część oddziału, logika podpowiadała mi, że w zasadzie byłem żywym trupem.

– Bo jesteś twardy! – usłyszałem w odpowiedzi.

Zdębiałem. Nie nazywam się Arnold Szajsenegger i nie mam zapędów, by w pojedynkę i bez draśnięcia zlikwidować cztery bataliony wrogiej piechoty. Tylko się broniłem, i to, jak widać, kiepsko. Odpowiedziałem jednak ostrożnie, że rozumiem, o co chodzi. Tak naprawdę nie rozumiałem niczego.

– Potrzebujemy takich jak ty – wyszkolonych, znających różne sposoby walki, niebojących się nacisnąć spust. Przyłącz się do nas!

Czułem, że to propozycja nie do odrzucenia. W oddali zawyły policyjne syreny. Najwyraźniej ktoś zareagował na strzelaninę sprzed chwili. Nadjeżdżała kawaleria – jak zwykle po fakcie. Nie zostało mi dużo czasu na podjęcie decyzji, ale prawdę mówiąc, nie potrzebowałem go ani trochę. Wyszarpnąłem rękę spod siebie i zanim hybryda zdążyła zareagować, przywaliłem jej prądem. Paralizator to niezła zabawka. Małe to to, a kopa daje takiego, że włosy stoją dęba przez godzinę. Nawet te kręcone, przy jednej dziesiątej mocy. Tym razem się nie szczypałem. Przełącznik ustawiony był na maksymalnym poziomie. Aż zaskwierczała przypalona skóra, a ja dziękowałem w duchu ślepemu losowi za to, że uciskający moją klatkę piersiową but miał nieprzewodzącą napięcia podeszwę.

Hybryda zwaliła się na bok, wstrząsana drgawkami. Z ust pociekła jej strużka śliny, znikła czerwień oczu.

– No i co, cwaniaczku? – wycedziłem przez zaciśnięte zęby, wykręcając ręce przeciwnika na plecy i zapinając kajdanki. – Nie doceniłaś mnie, hybrydo!

Mając świeżo w pamięci możliwości unieruchomionego dopiero co obiektu, popędziłem do ciała dowódcy. Kałuża krwi wokół rozbitej głowy Pierwszego była ogromna. Starając się w nią nie wdepnąć, przekręciłem zwłoki na brzuch. Z zaczepów pasa uwolniłem kolejną parę kajdanek, a z kieszeni na boku wyjąłem paralizator. Tak na wszelki wypadek. Coraz bliższe wycie syren zagłuszyło szczęk metalowych obręczy. Z jednej pary potrafiłem sam się uwolnić – co prawda nie siłą, a sposobem; hybryda miała zaś aż nadto siły. Z dwiema, przełożonymi w dodatku przez siebie, tak łatwo już nie było. Chyba na wyrost zastosowałem te środki ostrożności. Pojmany nie przejawiał ochoty do ucieczki. Nie trząsł się już jak galareta, ale nadal leżał na brzuchu nieprzytomny.

Usiadłem na krawężniku obok z paralizatorem dowódcy w dłoni. Jeśli zaistniałaby potrzeba ponownego użycia prądu, nie zawahałbym się. Przełącznik ustawiłem na maksimum. W blasku szybko migających świateł nadjechała policja. Notoryczni spóźnialscy.

– Siódmy, słyszysz mnie? – uaktywniłem łącze radiowe.

– Tak.

– Dorwałem drania!

***

Pierwszy raz o hybrydach usłyszałem w szkole średniej. Nauczycielka biologii wczuwała się w temat i żywo gestykulując, opowiadała o połączeniu dwóch organizmów w jeden. Czary mary – wówczas takie właśnie odniosłem wrażenie. Podobne skojarzenie nasunęło mi się dużo później, gdy jako młody oficer realizowałem pierwsze samodzielne zadanie. Śledziłem pewnego przedsiębiorczego studenta, który zamiast bawić się jak jego koledzy, zaliczać chętne koleżanki z roku, popalać lub rozprowadzać trawkę, robił coś innego – zamieszczał w internecie dziecięcą pornografię.

Podążając krętymi ścieżkami dochodzenia – żeby nie powiedzieć: dość przypadkowo – trafiłem na wykład poświęcony możliwościom inżynierii biomedycznej. Starszy wiekiem i, w przeciwieństwie do mojej dawnej nauczycielki, wyraźnie znudzony wykładowca opowiadał o teflonowych powłokach nakostnych, które uniemożliwiały ich złamanie, o polimerowych replikach ścięgien i noktowizyjnych soczewkach kontaktowych zasilanych ciepłem ciała. Dzięki nim człowiek stawał się niezniszczalny – taka uboższa wersja Supermana albo Ironmana przeniesiona ze stron komiksów do rzeczywistości.

A potem trzask-prask i wszystkie te czary zaistniały jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Media głośno i z zachwytem piały o nadejściu nowej ery biowspomagania organizmu człowieka. W życie zaczęły wchodzić coraz to ciekawsze nowinki biotechnologiczne. Opory etyczne dotyczące ich wykorzystywania nie były wielkie. Po ziemi zaczęli chodzić ludzie z serwomechanizmami w stawach, widzący w nocy albo słyszący infradźwięki.

Biję się w piersi i przyznaję, że był to czas, kiedy nie potrafiłem określić swojego stosunku do tych przemian. Uważałem, że biowspomaganie jest potrzebne i ma sens. Ma również granice. Początkowo wychodziłem z założenia, że jeżeli wykorzystywane było w celach leczniczych, na przykład po to, aby uruchomić ludzi przykutych do inwalidzkich wózków, z pewnością zasługiwało na miano przełomowego osiągnięcia medycyny. Natomiast jeżeli ktoś wyposażał swój organizm w dodatki, bo tak chciał, bo takie było jego widzimisię – takiej postawy nie akceptowałem.

A potem zorientowałem się, że jestem hipokrytą. Każdy miał prawo do tego, aby robić ze swoim ciałem takie rzeczy, jakie chciał. Czym bowiem różniło się biowspomaganie od noszonego w łuku brwiowym kolczyka albo od tatuażu na ramieniu? Pomijając techniki wykonania i koszty zabiegów modyfikacji – niczym. Sam miałem tatuaż, w innym co prawda niż ramię miejscu, ale miałem. Kiedy zorientowałem się w braku konsekwencji własnego rozumowania, postanowiłem zaakceptować wszystkie modyfikacje bez względu na ich charakter. Trochę mnie to kosztowało wysiłku, ale po jakimś czasie nauczyłem się traktować osoby z biowspomaganiem zwyczajnie. Gdzieś w środku głos rozsądku krzyczał, że to nie jest do końca normalny człowiek, ale ignorowałem te podpowiedzi tak długo, aż wreszcie ucichły.

Ledwo doszedłem do ładu i składu z problemem biowspomagania ludzkiego ciała, kiedy jak grom z jasnego nieba gruchnęła kolejna sensacyjna wiadomość. Spełniały się sny fantastów, scenariusze szalonych filmów SF wchodziły w życie. Na moich wręcz oczach narodziły się twory o właściwościach, które trudno było w jakiś logiczny sposób skatalogować czy w ogóle ograniczyć.

Naukowcy najpierw opracowali teoretyczne podstawy, a następnie stworzyli klony jednokomórkowych organizmów wywodzących się od pierwotniaków. Wprowadzone do organizmu, łączyły się z nosicielem i modyfikowały funkcje jego ciała. Robiły to w znaczącym stopniu, żeby nie powiedzieć, że całkowicie.

Niewidoczne gołym okiem małe żyjątka opłaszczały na przykład włókna nerwowe. Z jednej strony korzystały z produkowanej przez komórkę energii, z drugiej dziesięciokrotnie przyspieszały przewodnictwo elektryczne w obrębie jej wypustek. Inny rodzaj jednokomórkowców działał w tkance mięśniowej. Kosztem niewielkich ilości białka stawał się swego rodzaju magazynem związków energetycznych. Wspomagane w ten sposób mięśnie niewiele się męczyły nawet przy znacznych obciążeniach czy długotrwałym wysiłku. Dzięki jeszcze innemu szczepowi pseudopierwotniaków modyfikowana była struktura ścięgien i więzadeł stawowych. Szanse na skręcenie kostki albo wybicie barku malały w ten sposób prawie do zera.

Ten rodzaj biowspomagania okazał się tańszy i łatwiejszy do zastosowania. Kilka iniekcji w różnie długich odstępach czasu zastąpiło wielogodzinne operacje powlekania teflonem czy wszczepiania serwomechanizmów. Proceder zaistniał w zasadzie z dnia na dzień. Niedawne sny i marzenia miłośników fantastyki naukowej stały się powszechnie oferowaną, komercyjną usługą medyczną. Pojawił się nowy rodzaj ludzi z nową formą biowspomagania, a ja próbowałem zaakceptować ich obecność tak, jak poprzednim razem. Prawie mi się to udało. Potem jednak okazało się, że nie potrafię.

U podnóża mojej antypatii do hybryd legło kilka wydarzeń z ich udziałem w roli głównej. Nowy rodzaj biowspomagania stał się niezwykle modny w świecie przestępczym. Dzięki niemu można było łatwiej kraść, szybciej uciekać, celniej strzelać czy mocniej bić. Nad tym do porządku dziennego przejść nie mogłem. Byłem wówczas młodym policjantem pełnym szczytnych ideałów, żeby nie powiedzieć: naiwnym. Marząc o szybkiej karierze, na ochotnika zgłosiłem się do nowo powstałej sekcji policji do zwalczania przestępczości z udziałem hybryd. Pracowałem tam pięć lat, nie tracąc zapału i wiary w sens tego, co robiłem, choć sukcesów na koncie jednostki było tyle, co kot napłakał. Zwykły policjant kontra superman – wynik konfrontacji był łatwy do przewidzenia. Pewnego dnia coś jednak pękło, i to tak, że za żadną cholerę nie dało się już skleić.

Stało się tak za sprawą pewnej hybrydy, którą udało się aresztować. Gnojek miał raptem szesnaście lat. Włamał się do sklepu z alkoholem i wypił wiadro wódki. Podobno chciał się przekonać, czy jego podrasowana pseudopierwotniakami wątroba poradzi sobie z nietypowym zadaniem. Wątroba spisała się nie najgorzej, chociaż nie w takim tempie, jakie zakładał właściciel. W walce z dużą ilością wódki poddał się natomiast mózg.

Chłopak zatrzymany został w stanie kompletnego upojenia i do chwili wytrzeźwienia nie sprawiał większych kłopotów. Najpierw podał personalia, całkowicie zresztą prawdziwe. Potem ze szczegółami opisał sposób, w jaki włamał się do sklepu, oraz wymienił, co i w jakiej kolejności wypił. Nie wyraził skruchy, ale też nie zachowywał się w jakiś wyzywający czy podejrzany sposób. Po rutynowym przesłuchaniu postawiono mu zarzuty. Przyznał się bez żadnych ceregieli. Szkodliwość społeczna czynu była niewielka i wcześniejsza czysta kartoteka rokowały dla szczyla korzystnie – wyrok krótki i w zawieszeniu był pewny praktycznie na sto procent. Nigdy jednak nie zapadł, a stało się tak za sprawą pewnej fatalnej w skutkach rozmowy.

Do celi, w której siedziała hybryda, weszła psycholog. Magister Iwona Czarnecka zbierała materiały do rozprawy doktorskiej. Skrupulatnie wypełniała tasiemcowe ankiety i kwestionariusze osobowościowe w ramach projektu oceniającego zmianę postrzegania sensomotorycznego własnego ciała osób po zabiegach biowspomagania. Z jednostką zwalczającą przestępczość z udziałem hybryd współpracowała rzadko, bo liczba zatrzymanych osób wahała się w przedziale od kilku do kilkunastu na rok. Kiedy jednak dowiedziała się o zatrzymaniu specyficznego włamywacza, postanowiła przyjść na posterunek mimo zaawansowanej ciąży.

Z plikiem formularzy usiadła na pryczy obok aresztowanego. Nie zdążyła ich nawet rozłożyć. Hybryda rzuciła się na nią i dosłownie rozdarła ją na strzępy. Zrobiła to w takim tempie, że na ratunek nie było najmniejszych szans. Potem zaś, w olbrzymim zamieszaniu, skurwysyn zabił jeszcze dwóch próbujących interweniować policjantów i zwiał. W takich okolicznościach w jednej chwili z żonatego i prawie dzieciatego faceta stałem się bezdzietnym wdowcem.

Do rzeczywistości powróciłem jakieś pół roku później. Nieco ponad sześć miesięcy wyrwanych z życiorysu pozostawiło po sobie mgliste wspomnienia pogrzebu, mnóstwa środków przeciwdepresyjnych popijanych litrami wódki i rozmytych, pełnych współczucia twarzy bliskich i znajomych. Rozpacz minęła, wyschły łzy, ale ból nie ustąpił. Tkwił gdzieś głęboko w moim umyśle niczym zadra. Jako tako nauczyłem się jednak z nim żyć. Nie było to łatwe, ale w niektórych sytuacjach cierpienie stawało się źródłem mojej siły. Skłamałbym, twierdząc, że potrafiłem to kontrolować. Jedyne, co umiałem, to uwolnić niezmierzone pokłady czystej furii. Na co dzień niewidoczne, w pewnych okolicznościach przejmowały nade mną władzę, a wówczas siałem śmierć i zniszczenie. To były momenty niepohamowanego szału, dzikiej, bezdennej wściekłości. Dzięki nim jednak liczba osób zatrzymanych przez moją jednostkę znacząco wzrosła. Liczba hybryd zabitych podczas prób aresztowania przewyższała ją wielokrotnie. Nienawidziłem skurwysynów jak psów i tępiłem ich przy każdej możliwej okazji. Robiłem to bez żadnych wyrzutów sumienia, bo dla mnie to już nie byli ludzie.

Od tragicznych dla mnie wydarzeń mięło już pięć lat. Nie miało to jednak żadnego znaczenia. Śmierć Iwony i dziecka odcisnęła nieusuwalne piętno, ukierunkowała mnie na zabijanie. Taki, kurwa, byłem i już! Witold „Czarny” Czarnecki – pogromca hybryd.

 

A tego gnoja, który zabił mi żonę, dorwałem jako pierwszego. Mozolnie poszukiwałem jakiegokolwiek śladu, który pomógłby mi go namierzyć. Z potępieńczo wyjącą duszą, w nieziemskim cierpieniu do znudzenia oglądałem zapis zajścia z celi z tamtego dnia. Sekunda po sekundzie, klatka po klatce. Moje wysiłki długo pozostawały bezowocne, w końcu jednak dostrzegłem pewien szczegół. Na jednym z ujęć w rozcięciu koszuli hybrydy zauważyłem ciemną plamę. Po wykadrowaniu i obróbce technicznej okazało się, że był to fragment tatuażu. Motyw coś mi przypominał. Trzy dni trwało, zanim zorientowałem się co. W stopklatce widziałem fragment ptasiego szponu. Szpon zawieszony na srebrnym łańcuszku był wśród drobiazgów odebranych zatrzymanemu. Moim zdaniem ozdoba była co najwyżej średniej urody, żeby nie powiedzieć, że tandetna. Porównałem wisiorek ze zdjęciem. Pasowały jak w mordę strzelił. Od tego się zaczęło. Kiedy już zwęszyłem trop, nie zamierzałem go zgubić.

Odwiedziłem wszystkie salony tatuażu w mieście. Po dobroci lub krzykiem, machając policyjną odznaką na zmianę z pistoletem, wypytywałem o szesnastoletniego bandytę z biowspomaganiem. W kilku miejscach nie udało mi się nawiązać dialogu. Cóż… liczba salonów ozdabiających ciało zmniejszyła się w mieście łącznie o dziesięć. Niektóre kompletnie zdemolowano przy użyciu łomu. Do jednego wjechała rozpędzona ciężarówka, dziwnym trafem bez kierowcy za kierownicą, za to z pustakiem na pedale gazu. Inny spalił się doszczętnie na skutek zaprószenia ognia. Przypadkowego zaprószenia, z przypadkowo upuszczonej zapalniczki w przypadkowo rozlaną tu i ówdzie benzynę. Właściciele pechowych lokali w wyniku nieszczęśliwych wypadków cierpieli w mniejszym lub większym stopniu także fizycznie. Ostatecznie wszyscy wyśpiewali to, co wiedzieli o gościach, którzy za ich pośrednictwem ozdobili ciało ptasim szponem.

Moja cierpliwość i systematyczność w poszukiwaniach została wreszcie nagrodzona, dotarłem bowiem do faceta, który znał młodocianego zabójcę. Niechętnie przekazywał informacje o nim. Tak przynajmniej było na początku naszej krótkiej znajomości. Nieco później, po złamaniu czterech czy pięciu palców i wybiciu porównywalnej liczby zębów, wręcz entuzjastycznie podzielił się ze mną skrywaną tajemnicą. Gnój, który uczynił mnie wdowcem, odwiedził jego lokal trzykrotnie. Był fanem ptasich motywów i zamierzał ozdobić klatkę piersiową i część ramienia wizerunkiem pikującego ogromnego orła. Tego dnia wieczorem miała się odbyć czwarta, kończąca dzieło sesja.

Przypadek? Zrządzenie losu? Uśmiech fortuny? W zasadzie było mi wszystko jedno, jak nazwać taki zbieg okoliczności. Prawie wszystko jedno – nie zgadzałem się na to, aby moje pojawienie się w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze określić mianem palca bożego. Bóg nie maczał w tym palca ani niczego innego z prostego powodu – nie było go. Jeśliby był, nie pozwoliłby na to, co stało się z moją żoną.

Zaczekałem do wieczora na specyficznego klienta. Aby zabić czymś nudę, sam poddałem się zabiegowi zdobnictwa. Tatuażysta mało nie zsikał się ze strachu, kiedy zażądałem, aby na ramieniu wydziergał mi najdoskonalszego drapieżnika, jaki mi wówczas przyszedł do głowy. Próbował się tłumaczyć, że z połamanymi palcami nie sprosta zadaniu. Gówno mnie to obchodziło. Pod groźbą kontynuacji uszczuplania uzębienia, trzęsącymi się rękoma i z wolno skapującą z rozbitego nosa krwią zabrał się do pracy. Trzy godziny później z barku na ramię spełzał mi ksenomorf – kosmita z serii filmów Obcy który był doskonałą maszynką do zabijania. Zamierzałem dorównać mu w rzeczywistości, polując na hybrydy. Bez wyjątków. Bez litości. Zgodnie z prawem lub przekraczając jego granice. I wszystko jedno, jakimi metodami, byle skutecznie. Najlepiej śmiertelnie skutecznie.

Gnój przyszedł punktualnie. Zatrzymał się w progu i widząc małą demolkę wewnątrz lokalu, zamierzał się wycofać. Wiedziałem, do czego był zdolny z całym tym swoim biowspomaganiem. Byłem przygotowany do szybkiego działania. Nagromadzona we mnie wściekłość znalazła wreszcie ujście. Nie pamiętam dokładnie wszystkich wydarzeń tamtego wieczora. Wpadłem po prostu w amok. Dopiero potem, ładnych kilka dni później, błądzące gdzieś w moim umyśle obrazy poukładały się jako tako w całość. Prawie całość – kilku puzzli w tej specyficznej układance wciąż brakowało. Hybryda zarobiła dwie kulki – po jednej w każde kolano. Może i była niesamowicie szybka, na przestrzelonych nogach nikt jednak biegać nie potrafi. I z całym, powiedzmy, szacunkiem do biowspomagania, jak na razie nikt jeszcze nie wymyślił takiego rodzaju pseudopierwotniaków, które uleczyłyby rozpieprzone kolano w ciągu kilkunastu sekund. Być może zabrałoby im to jakąś godzinę, ale nie zamierzałem podarować przeciwnikowi aż tyle czasu. Dopadłem skurwiela i najzwyczajniej w świecie zatłukłem. Gołymi pięściami, waląc długo, bez cienia litości. Jak drapieżnik, który dopadł wreszcie swą ofiarę. Próbującego interweniować tatuażystę również zabiłem. Między innymi właśnie to niezbyt dobrze pamiętam.

Kiedy amok przeminął, stałem rozebrany do pasa, ociekając krwią. Część była moja – ze świeżo wykonanej dziary niemrawo sączyło się kilka cienkich strużek. Ale większość czerwonej, lepkiej mazi pochodziła z dwóch ciał, które leżały nieruchomo u mych stóp. Oba były zmasakrowane. Nie ulegało wątpliwości, że jakakolwiek akcja reanimacyjna z góry skazana byłaby na porażkę. Zresztą nie było nikogo, kto by się jej podjął. Z pewnością nie zrobiłbym tego ja. Nie po to zabijałem, żeby przywracać do życia. Gnojek, który pozbawił mnie rodziny, dostał za swoje, ale to nie było wyrównanie rachunków. Jego śmierć usatysfakcjonowała mnie tylko częściowo. To był dopiero pierwszy, malutki krok. Takie zaledwie otwarcie rachunku, który miałem do wyrównania z hybrydami. Tamtego dnia narodził się drapieżnik. Witold Czarnecki. Czarny. Ja.

***

Siódmy był poobijany, sinofioletowy i zagipsowany od pasa w dół. Unieruchomione na wyciągu nogi wystawały spod prześcieradła, całości dopełniał bujny włos na klatce piersiowej, który wyrywał się na wolność spod rozpiętej piżamy.

– Przyniosłeś? – zapytał, trąc dłonią szorstki zarost na wydatnej szczęce.

– Tak – odpowiedziałem i podałem mu reklamówkę.

W środku obijały się przybory do golenia i do mycia zębów, ładowarka, odtwarzacz MP3 oraz zafoliowany trójpak nowiuteńkich bokserek. W kontekście tych ostatnich spojrzałem na linki, które przyczepione były do poręczy nad szpitalnym łóżkiem. Drugie ich końce łączyły się z wystającymi z gipsu śrubami.

– Nie da rady, stary. – Pokręciłem głową, siląc się na zachowanie powagi. – Pomijając niechęć do gmerania w twoich okolicach intymnych, założenie ci gaci jest technicznie niemożliwe.

Rafał Łopiński, Siódmy, miał nietęgą minę.

– Szlag by to… – Westchnął, nie kończąc przekleństwa. – Prześcieradło ledwo skrywa mi klejnoty rodowe, a na obchodzie wszystkie pielęgniarki ustawiają się w nogach łóżka. Poszturchują się łokciami i patrzą znacząco jedna na drugą. Mówię ci, Witek, to uwłacza mojej godności!

W skardze Siódmego nie było jednak smutnych tonów i prawdziwego żalu. Wręcz przeciwnie – wydawał się raczej rozbawiony całą sytuacją.

– Nie przejmuj się tym, chłopie! – poradziłem mu kpiącym tonem. – Poleżysz tak sobie ze trzy tygodnie, to widoczek im spowszednieje. Poza tym męska połowa posterunku chciałaby, aby te znaczące spojrzenia dotyczyły ich, a nie ciebie.

Łopiński w odpowiedzi pokręcił zdegustowany głową.

– Mogę mieć do ciebie dwie prośby?

– Wal śmiało!

– Ogolisz mnie?

– Chyba cię pogięło! – Parsknąłem śmiechem i udając obrazę, odsunąłem się od jego łóżka. – Masz połamane nogi, a nie ręce. Poza tym na korytarzu błąkają się znudzone pielęgniarki chętne ogolić cię wręcz całego, a ty chcesz, żebym to ja oskrobał ci gębę? Nie uderzyłeś się czasem podczas akcji w głowę?

Widząc przeczący ruch wspomnianej przed momentem części ciała, dodałem:

– Skoro nie, to pewnie podczas transportu do szpitala spadłeś z noszy. Przynajmniej dwa razy.

– Dobra, dobra! – obruszył się Siódmy. Błąkający się gdzieś w kącikach jego ust nikły uśmieszek wyraźnie sugerował, że pierwsza prośba była zamierzonym żartem. Znałem zresztą faceta wystarczająco długo, aby nie dać się na to złapać.

– Do rzeczy! – Przyparłem kumpla do muru, widząc, że jakoś nie potrafi się zebrać i naprawdę o coś poprosić.

– Chodzi o Monikę – burknął pod nosem, spuścił wzrok i zaczerwienił się po czubki uszu.

– Tak? – udałem zaciekawienie, konfundując go jeszcze bardziej.

Tajemnicą poliszynela było to, że aspirantka Tokarczyk wpadła Rafałowi w oko. Zdaje się, że on jej również. Na razie jednak zabierali się do siebie jak pies do jeża.

– Nie chcę, żeby widziała mnie w takim stanie.

Głowę bym dał, że Siódmy zaczerwienił się jeszcze bardziej niż przed momentem.

– Rozumiem, że mam na wszelkie możliwe sposoby trzymać Monikę z daleka od ciebie?