Wakacje w wielkim mieścieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Projekt okładki i lustracje: Katarzyna Sadowska

Copyright © Marcin Pałasz

Copyright © Wydawnictwo BIS 2014

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując jej część, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo.

Więcej na www.legalnakultura.pl

Polska Izba Książki

ISBN 978-83-7551-397-4

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a

01-446 Warszawa

tel. (22) 877-27-05, 877-40-33; fax (22) 837-10-84

e-mail: bisbis@wydawnictwobis.com.pl

www.wydawnictwobis.com.pl


Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl

Wakacje w wielkim mieście

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

ROZDZIAŁ I

ROZDZIAŁ II

ROZDZIAŁ III

ROZDZIAŁ IV

EPILOG

Okładka tylna

ROZDZIAŁ I


Bąbel obudził się w skotłowanej pościeli, wytrzeszczając oczy z przerażenia. Miał wrażenie, że trwa właśnie koniec świata albo przynajmniej wojna z użyciem ciężkiej artylerii, taki bowiem okropny hałas dobiegał zza okna. Wyskoczył z łóżka, przy czym zaplątał się w kołdrę i z potężnym łomotem wpadł na krzesło, które wraz z nim przejechało przez pół pokoju i zatrzymało się dopiero na regale. Regał zatrzeszczał niepokojąco, kiwnął się i przechylił. Bąbel na szczęście zdążył go złapać i z ciężkim stęknięciem przywrócił do pionu. Poczuł przy tym boleśnie, jak na głowę spadają mu ołowiane żołnierzyki, które wcześniej ustawione były starannie na środkowej półce.

Zdjął sobie z czupryny ostatniego żołnierzyka, którym na domiar złego okazał się huzar należący do najcięższych okazów jego wspaniałej kolekcji. Spojrzał na niego z urazą i skrzywił się boleśnie, masując czubek głowy. Potem wreszcie podszedł do okna i z zaciekawieniem wyjrzał na zewnątrz. Straszne odgłosy dobiegały bowiem z niezmienioną siłą.

Wbrew oczekiwaniom z drugiego piętra nie dało się dostrzec ani artylerii, ani czołgów, ani nawet malutkiego wozu opancerzonego. Zresztą, źródło hałasu okazało się nie mniej imponujące. Bąbel ujrzał bowiem dwie potężne koparki, trzy spychacze oraz walec. Na środku ulicy widniała ogromnych rozmiarów dziura, na chodnikach ułożono zaś piramidę wielkich, betonowych rur, w których bez problemu zmieściłby się Kiciak, czyli pies rasy bernardyn należący do Bąblowej rodziny.

Przez długą chwilę Bąbel stał w niemym podziwie, przyglądając się aktowi destrukcji, jaki miał przed oczami. Z tego, co widział, nie zanosiło się, aby hałas miał ustać w ciągu najbliższych kilku godzin. W dodatku jeden z robotników podnosił właśnie z widocznym wysiłkiem jakieś niepokojąco wyglądające urządzenie, którym po chwili zaczął rozbijać w drobny mak płyty chodnikowe.

– Młot pneumatyczny? – wymamrotał Bąbel z lekkim osłupieniem. – Ale jak ja teraz wyjdę z domu? Przecież spóźnię się do szkoły...!


Własne słowa nieco go otrzeźwiły, uświadomił sobie bowiem, że po pierwsze, wczoraj zaczęły się wakacje i do żadnej szkoły nie musi chodzić przez najbliższe dwa miesiące, a po drugie, budynek ma przecież tylną bramę wychodzącą na ogródki i parę małych, starych domków, które uchowały się na tym przedmieściu.

Podrapał się po głowie i zachciało mu się pić.

Z kuchni dobiegały stuki i pobrzękiwania wymownie świadczące o tym, że mama już wstała. Zdziwiło go to nieco, bowiem jeszcze wczoraj, po wspólnym powrocie ze szkoły (mama uczyła w jego szkole biologii), zapowiedziała kategorycznie, że od tej pory zamierza leniuchować i spać co najmniej do dwunastej w południe, aby nadrobić zaległości z całego roku szkolnego.

Wchodząc do kuchni, Bąbel kichnął. Mama wrzasnęła i podskoczyła tak, że stuknęła głową w żyrandol, wypuszczając przy tym z rąk czajnik. Na szczęście czajnik wpadł prosto do zlewozmywaka. Kiciak, który swoim zwyczajem leżał jak nieżywy w kącie pomiędzy lodówką a szafką kuchenną, poderwał się na równe łapy, wytrzeszczył oczy, zawył i z przerażenia wpadł pod stół.

Bąbel, widząc nerwowość mamy, poczuł lekkie zaniepokojenie i nieco większe wyrzuty sumienia.

– Widzę, że jesteś zdenerwowana – powiedział skruszony, przestępując z nogi na nogę. – Ja naprawdę cię przepraszam za to świadectwo. Ale chyba najważniejsze, że zdałem do następnej klasy, prawda?

– Świadectwo? – wzdrygnęła się mama, wciąż lekko drżąc. – Jakie znowu świadectwo, o czym ty mówisz? Trzeba ojcu powiedzieć, żeby umocował tę lampę trochę wyżej. Następnym razem pewnie trafię prosto w żarówkę.

– A musisz skakać? – ostrożnie spytał Bąbel, ucieszony, że mama (zwykle bardzo surowa i wymagająca) nie zamierza poruszać mrocznego tematu jego świadectwa szkolnego. – A w ogóle, to przecież miałaś spać do dwunastej!


Mama spojrzała na niego wzrokiem pełnym rozżalenia.

– Spać?! – spytała gniewnie. – Czy w tym domu da się spać, jak uważasz? Ten kataklizm za oknem jest zdolny poderwać na równe nogi mumię Tutenchamona...!

Bąbel wiedział, że Tutenchamon to ktoś, kto zapewne od dość dawna nie żyje; miał niejasne wrażenie, że nawet widział go kiedyś na zdjęciu w postaci mumii. Skojarzyło mu się to z koparkami przed domem i przez moment żałował, że nie mieszka w Egipcie. Może podczas takich prac budowlanych udałoby się przypadkowo wykopać coś równie egzotycznego, jak te starożytne zwłoki...? Westchnął głęboko, uświadomiwszy sobie, że w Polsce można wykopać co najwyżej niewypał, który – choć sam w sobie interesujący – z pewnością nie byłby powodem do chwały dla odkrywcy.


– Przestraszyłaś Kiciaka – rzekł z wyrzutem Bąbel. Schylił się i zajrzał pod stół, który dygotał wraz z olbrzymim bernardynem. – No, uspokój się, pies, co ty wyprawiasz najlepszego?

– Przynajmniej wiemy, że żyje – mruknęła mama, nalewając ponownie wodę do czajnika. – Ten pies też najczęściej wygląda niczym Tutenchamon. W ogóle się nie rusza.


– Czasem je...

– To fakt. Wczoraj zeżarł kiełbasę krakowską, którą kupiłam na kolację.

– Ukradł? – zainteresował się Bąbel.

– Nie, sama mu dałam – westchnęła mama ze smutkiem. – Tak na mnie patrzył i patrzył...

Bąbel pomyślał, że koniecznie musi podpatrzyć to błagalne spojrzenie Kiciaka. Czasem mogłoby się okazać bardzo pożyteczne, na przykład w przyszłym roku, kiedy znowu dostanie świadectwo...

Do huku młota pneumatycznego dołączył się nowy dźwięk, który Bąbel po chwili zidentyfikował jako odgłos spychacza przemieszczającego potężną górę piachu.

– Ja tego nie wytrzymam – oznajmiła mama dość beznadziejnie, wsypując do szklanki piątą łyżeczkę cukru i mieszając herbatę. – Albo osiwieję, albo oszaleję...

– Albo wyłysiejesz – wyrwało się Bąblowi.

Mama przyjrzała mu się z pewnym niesmakiem.

– Nie sądzę, abyś chciał mieć łysą matkę. Wystarczy, że twój ojciec ma już zakola. Choć, podobno, to świadczy o wybitnej inteligencji. Szkoda jedynie, że nie odziedziczyłeś po nim pracowitości...

Bąbel w tej chwili postanowił, że zaraz jutro wyprodukuje sobie imponujące zakola. Nie był jedynie pewien, czy wystarczą do tego celu nożyczki, czy też będzie musiał skorzystać z maszynki do golenia taty. Skoro coś takiego mogło poprawić jego wizerunek w oczach mamy, w dodatku po tej okropnej wpadce ze świadectwem...

 

– Najlepiej, gdybyś nie szalała i nie łysiała – powiedział z pewnym roztargnieniem. – Chociaż i tak kochałbym cię dalej, nawet gdybyś była całkiem szalona, łysa i siwa. Wezmę psa i pójdę się przejść, dobrze? Przy okazji przyjrzę się tym dziwnym rzeczom pod oknami.

– Tylko nie wpadnij do dołu! – zaniepokoiła się mama.

– Nie wpadnę – obiecał Bąbel. – A w razie czego Kiciak mnie wyciągnie.


– I spytaj, kiedy skończą to robić – poprosiła mama gorąco. – Myślisz, że jeszcze dziś sobie pójdą?

Bąbel miał co do tego poważne wątpliwości, ale na wszelki wypadek nie wyraził ich głośno. Stanął na czworakach i zaszczekał. Niestety, tylko w ten sposób można było zmusić Kiciaka do wyjścia na spacer.

Ten pies jest równie szurnięty, jak cała rodzina – pomyślał chłopak ponuro, idąc na czworakach do przedpokoju. – Ale może, jeśli ja schodzę na psy, to ten pies w końcu nieco się uczłowieczy...?


Bąbel stanął przy siatce osłaniającej jedną z wykopanych dziur i smętnym wzrokiem patrzył, jak kolejna maszyna jeździ we wszystkie strony po nietkniętym jeszcze kawałku ulicy, zrywając z niej asfalt. Kiciak skorzystał z okazji i z westchnieniem ulgi rozłożył się na ziemi, wystawił język i dyszał w coraz bardziej gorącym powietrzu. Kawałek dalej zatrzymał się jeden z robotników w pomarańczowym, plastikowym kasku i wytrzeszczonymi oczami zapatrzył się w psa.

– Ej, ty – mruknął wreszcie i machnął papierosem mniej więcej w kierunku Bąbla. – To pies?

– Nie – odparł kategorycznie Bąbel, postanawiając się obrazić w imieniu Kiciaka. – Krokodyl.

Robotnik pokręcił głową.

– Nie bądź taki do przodu, bo ci z tyłu zabraknie – warknął. – Ja tu grzecznie do ciebie, a ty...


– Ja też grzecznie – zwrócił uwagę Bąbel. – A ten krokodyl NA RAZIE też jest grzeczny. Długo tu będzie tak rozkopane?

– A bo co?

– A bo ja tu mieszkam – wyjaśnił Bąbel, usiłując podnieść Kiciaka na równe łapy, z mizernym zresztą skutkiem. – A moja mama właśnie dostaje rozstroju nerwowego i jak tak dalej pójdzie, to oszaleje, wyłysieje i osiwieje.

– Jeśli wyłysieje, to już nie osiwieje – zauważył robotnik nadspodziewanie rozsądnie. – Tak się nie da, wiem coś o tym. Sam jestem łysy i choćbym zaczął chodzić na rzęsach, to już nie uda mi się osiwieć. A my tu będziemy co najmniej do końca lipca, więc niech mama lepiej zmyka na urlop...

– Ponad miesiąc?! – przeraził się Bąbel i odwrócił się, by po raz kolejny spróbować podnieść psa. Z tak straszliwą wieścią od razu trzeba było wracać do domu, nie wolno zostawiać biednej mamy w nieświadomości...!

W tym momencie ujrzał jednak niecodzienny widok. Tuż przed blokiem, niemal na trawniku ocalałym z pogromu urządzanego przez robotników i ich potworne maszyny, stał nieduży bus, z którego kilka osób wyładowywało obwiązane sznurkami paki, kartony i worki.

– Na które to nosić? – spytał gromko jeden z mężczyzn, zwracając się do ładnej pani w czerwonej bluzce.

– Na siódme! – odwrzasnęła pani, starając się przekrzyczeć młot pneumatyczny i maszynę do zrywania asfaltu. – Pod dwudziesty trzeci!

Dwudziesty trzeci! – pomyślał Bąbel ze zdumieniem. – W takim razie to są nowi lokatorzy do tego pustego mieszkania!

– Mamo, a moje meble? – dał się słyszeć pełen oburzenia, wysoki głosik, a sekundę potem zza busa wyłoniła się jego właścicielka. – Moje meble miały być tu wcześniej!

– Twoje meble omyłkowo pojechały do Gorzowa Wielkopolskiego – odparła ponuro ładna pani, która najwyraźniej była matką dziewczynki. – Ale nie desperuj, proszę, mają tu dojechać już jutro rano...

Bąbel nie słyszał nic więcej. Zapomniał o psie. Zignorował robotnika, który najwyraźniej zadawał mu jakieś pytania. Miał w nosie wszystkie maszyny świata i cały hałas przez nie wytwarzany. Zrobił machinalnie kilka kroków przed siebie, przystanął i zapatrzył się w to, co miał przed oczami. W ten najcudowniejszy, najpiękniejszy, najbardziej romantyczny i w ogóle nadziemski widok...


Dziewczynka była może w jego wieku, a może o rok młodsza. Miała długie, czarne włosy spięte w koński ogon, równie czarne oczy otoczone długimi rzęsami, leciutko zadarty nosek przyozdobiony kilkoma złotymi piegami oraz bardzo białe zęby, którymi akurat ze złości przygryzała usta.

Bąbel zobaczył to wszystko niezwykle dokładnie, choć stał może dziesięć metrów dalej. W tej jednak chwili jego wzrok posiadał właściwości wręcz nadnaturalne, pracując niczym astronomiczny teleskop wielkiej mocy. Czując dziwny zamęt w głowie, Bąbel zrobił jeszcze dwa kroki w stronę trawnika, który wydał mu się otoczony jaśniejącą poświatą, koncentrującą się najwyraźniej jak na bóstwie na owej drobnej osóbce. Którą, należy dodać, ujrzał przecież po raz pierwszy w życiu.

Bóstwo rozejrzało się dookoła i zatrzymało wzrok na Bąblu. Przyjrzało mu się naprzód niechętnie, a potem z rosnącym zainteresowaniem.

– Hej! – krzyknęła wreszcie dziewczynka i uniosła lekko dłoń. – Czy ty też tu mieszkasz?


Do otępiałego umysłu chłopca dotarło, że bóstwo czegoś od niego chce. Zmobilizował ocalałe z pogromu siły psychiczne i zrozumiał, że chyba zadano mu jakieś pytanie.

– Yyyyyy – odpowiedział niezbyt inteligentnie, ale za to donośnie. – Ja...! To znaczy...?

– Pytam, czy tu mieszkasz – powiedziała dziewczynka, podchodząc nieco bliżej, jednak jakby z rosnącą niepewnością. Przyjrzała mu się podejrzliwie. – Czy ty się źle czujesz?

– Tak! – przyświadczył Bąbel radośnie, nie wnikając w sens swojej odpowiedzi. – Oczywiście!

– I to cię cieszy?! – zdumiała się dziewczynka.

– Kaju?! – dał się słyszeć głos ładnej pani, przekrzykującej tym razem grzmot kamieni wsypywanych na ciężarówkę. – Z kim ty rozmawiasz?

Kaja...! – pomyślał Bąbel w osłupieniu, które powoli zaczynało nabierać cech stanu stabilnego i trwałego. – Jakie przepiękne imię!

– Nie wiem! – odkrzyknęła dziewczynka. – Wygląda jak normalny chłopiec, ale wydaje mi się, że to raczej manekin! Z wbudowanym magnetofonem, który chyba się zepsuł!

– Aha! – krzyknęła ładna pani, odwracając się w stronę kolejnego tragarza z pakunkiem. – Proszę uważać, tu jest porcelana! To rozmawiaj, Kaju, nie przeszkadzaj sobie! Co pan z tym wyrabia, przecież to serwis po prababci...!

– Na pewno nie po mojej! – odwrzasnął tragarz, żonglując pakunkiem i wbiegając po schodkach do budynku.

– Impertynent! – jęknęła pani, siadając na kolejnym pakunku stojącym na trawniku. Karton zatrzeszczał i pani z krzykiem wpadła do środka.

– Moja świnka morska! – krzyknęła Kaja z okropnym wzburzeniem i popędziła w stronę furgonetki. – Zamordowałaś ją!


– Ugryzła mnie w tyłek! – wrzeszczała ładna pani, biegając dookoła samochodu. – Ratunku! Na pewno dostanę wścieklizny!...

– Ona nie ma wścieklizny! – jęczała Kaja, pełzając wśród szczątków kartonu. – Ona pewnie już nie żyje, została zmiażdżona przez moją własną matkę, o mój Boże...!

W tej właśnie chwili spomiędzy kartonowych strzępów wyprysnęło coś niedużego, kudłatego i łaciatego, co popędziło przez trawnik.

– Zuzia, stój! – wrzasnęła Kaja i popełzła przez trawnik ze zwiększoną prędkością. – Nie uciekaj, ty szalona morska świnio! Niech ktoś ją złapie, przecież sama nie dam rady!

Bąbel zdumiony przyglądał się temu pandemonium, które w ciągu zaledwie kilku sekund rozpętało się na spokojnym zazwyczaj trawniku. Otępienie jakby powoli zaczynało przechodzić. Zrozumiał, że stało się coś złego i już chciał zaproponować pomoc, wykorzystując tę cudowną okazję, kiedy bóstwo akurat pomocy potrzebowało...

Nie zdążył.


Poczuł nagle jakieś potężne szarpnięcie, coś podcięło mu nogi, poderwało w górę, a Bąbel osłupiały z przerażenia zrozumiał, że w pozycji poziomej leci w powietrzu, ciągnięty na smyczy przez własnego psa rasy bernardyn, który z dzikim błyskiem w oku pędzi w stronę furgonetki i niedużego zwierzaczka baraszkującego w trawie.

Na swojej drodze ujrzał jeszcze latarnię, którą Kiciak zręcznie wyminął. On jednak nie miał tyle szczęścia. Zdążył tylko wrzasnąć z przerażeniem, po czym...

...ŁUP!!!

Gdy otworzył oczy, natychmiast musiał je zamknąć, tak silnego doznał wstrząsu. Po chwili odważył się otworzyć je ponownie... i ujrzał to, co poprzednio. Nad nim pochylało się bóstwo, przypatrując mu się z dużym zaniepokojeniem. Zza twarzy Kai wychylało się niespokojne oblicze jej mamy.


– Żyje – oznajmiła z ulgą Kaja. – Ale być może ma jakieś uszkodzenia wewnętrzne. Nie znam się na manekinach. Może trzeba zawieźć go do jakiegoś zakładu naprawczego?

– Ależ, Kaju...! – zgorszyła się jej mama. – Ty się jak zwykle wygłupiasz, a to przecież bardzo poważna sprawa. Ten pies prawie go zamordował za pomocą latarni!

„Ten pies” wybrał sobie dokładnie tę chwilę, aby wychylić się skądś i szerokim machnięciem jęzora oblizać Bąblową twarz od góry do dołu.

– Tfu! – skrzywił się Bąbel, spróbował usiąść i wtedy właśnie poczuł, że bardzo boli go głowa. Potem zrozumiał, że znajduje się na trawniku obok latarni. A jeszcze później ostrożnie wypróbował wszystkie kończyny, poruszając nimi lekko. Na szczęście wszystko działało jak należy. Ostrożnie pomacał się po głowie i stwierdził, że na czole ma potężną wypukłość, niewątpliwie będącą guzem-gigantem.

– Wszystkie śrubki masz na swoich miejscach? – spytała Kaja z umiarkowanym zaciekawieniem. – A może przy okazji wstrząsu naprawił ci się ten zepsuty magnetofon? Czy też dalej będziesz mówił „yyyyyy”?

Bąbel spojrzał na nią z tak bolesnym wyrzutem, że dziewczynka najwyraźniej trochę się speszyła.

– A świnka? – spytał niespodziewanie dla samego siebie. – Złapałaś ją?

– Zuzia? – zaśmiała się Kaja, odsłaniając węszący pyszczek, który wystawał jej zza pazuchy. – Złapałam. Gdy zobaczyła ten buldożer na czterech łapach, który pędził w jej stronę, sama wskoczyła mi na kolana...


– Chciałem ci tylko pomóc – powiedział Bąbel żałośnie, zaczynając rozumieć tragizm swojej sytuacji. No proszę, jak zwykle miał pecha! Oto objawiło się przed nim bóstwo w ludzkiej postaci, w brzuchu na ten widok wirowało mu stado zdziczałych motylków, serce wykonywało jakieś skomplikowane ewolucje, a on...? On najpierw stracił język w gębie, zesztywniał i zdrętwiał, podejrzewano go o manekinizm, a potem w dodatku ten zdradziecki pies usiłował zeżreć ulubione zwierzątko bóstwa, rzucając swoim panem po okolicznych latarniach. Czy to można nazwać obiecującym początkiem nowej znajomości? Wątpliwe. Nawet bardzo wątpliwe...

Bąbel zapragnął nagle znaleźć się jak najdalej stąd. Na przykład w Australii lub zgoła na Antarktydzie. Albo też cofnąć czas o... No właśnie, o ile?

– Grzmotnąłeś o tę latarnię nie dalej niż minutę temu – poinformowała go Kaja życzliwie. – Mama chciała dzwonić po karetkę, ale ty nie wyglądasz mi na takiego, któremu dałaby radę byle latarnia. Mam rację?

Bąbel postanowił potraktować tę dziwną nieco wypowiedź jako komplement. Były jeszcze inne ewentualności, ale zbyt ponure, aby mógł je znieść w obecnym stanie...


Potem pozwolił się podprowadzić do ławki pod małą jabłonką, która jakimś cudem ocalała, gdy dwa lata temu budowano ten wielki blok mieszkalny.

 

– Bąbel? – zdumiała się Kaja, gdy wreszcie jej się przedstawił, przypomniawszy sobie poniewczasie pewne zasady dobrego wychowania. – A skąd ci się to wzięło? Przecież nie masz tak naprawdę na imię?


– Naprawdę na imię mam Bartek – wyznał Bąbel. – Ale nikt tak na mnie nie mówi.

– To może na nazwisko masz na przykład Bąbelkiewicz? – spytała Kaja domyślnie. – I stąd to...?

– Nie, nazywam się Kowalik – mruknął Bąbel, zastanawiając się, w jaki sposób odwrócić uwagę dziewczynki od tego przeklętego przezwiska. Przecież nie powie jej, skąd to się wzięło, bo zaraz potem musiałby ze wstydu popełnić honorowe samobójstwo...! W dodatku nie był pewien, czym różni się seppuku od harakiri i nie wiedział, które jest mniej bolesne. Na myśl przyszli mu jeszcze kamikaze, ale to już zupełnie odpadało, no chyba że ukradłby jakiś stary odrzutowiec z Muzeum Wojska Polskiego...

– A zatem? – Czarne oczy Kai wpatrywały się w niego tak... tak... no, TAK, że Bąbel zamknął oczy i przyznał się do wszystkiego, przysięgając sobie zarazem w duchu, że natychmiast po powrocie do domu przeczyta wszystkie informacje na temat harakiri, jakie tylko znajdzie w Internecie.

– Jak byłem bardzo mały, to zjadłem mydło – powiedział grobowym tonem, starając się patrzeć w ziemię.

– Mydło? – spytała Kaja z lekkim osłupieniem. – Moja świnka zjadła kiedyś połowę tuszu do rzęs mojej matki, ale mydło...?

– I potem puszczałem bąbelki – dokończył Bąbel głosem absolutnie tragicznym.

– Czym?!

– Buzią – odparł z pewnym niesmakiem. – A czym miałem puszczać?

– Jakie bąbelki?

– Nie wiem. Nie pamiętam. Miałem wtedy półtora roku...

– A nie zaszkodziło ci?

– Chyba nie – rzekł Bąbel trochę niepewnie. – Chociaż, być może, teraz na przykład byłbym inny, gdybym nie zjadł tego mydła. Tego już nigdy się nie dowiem. To było mydło o zapachu jabłkowym, mama mi powiedziała.

– Nawet pasuje – zaśmiała się Kaja. – Bo siedzimy, zdaje się, pod jabłonią... Da się jeść te jabłka, gdy dojrzeją?


– Pewnie, że się da! – ożywił się nieco Bąbel i przestał wyglądać tak, jakby już dawno popełnił to harakiri. – Bardzo lubię jabłka!

– Ja też – uśmiechnęła się Kaja. – Poprzednio mieszkaliśmy w Szczecinie i tam przy domu mieliśmy ogród z jabłoniami. – Westchnęła lekko. – To dobrze, że tutaj choć jedna jabłonka rośnie...

– Ale skąd! Jedna? – poderwał się Bąbel i lekko się skrzywił, bo trochę był jednak obolały. – Za domem są ogródki, tam jest pełno jabłoni, wiśni, jeżyn i w ogóle czego tylko sobie zażyczysz! Potem cię tam zaprowadzę, chcesz?

– Pewnie, że chcę! – ucieszyła się Kaja. – Ale najpierw będę jednak musiała pomóc mamie w układaniu tych wszystkich gratów w domu. Sam wiesz, jak to jest przy przeprowadzkach...

Bąbel wiedział. Do tej pory bolały go nogi na samo wspomnienie schodów, po których wtedy biegał, nosząc kolejne paczki z ciężarówki...

Tak, to lekkie nieszczęście mieć matkę, która jest biologiem, a ojca historyka. Te ich wszystkie książki ważyły naprawdę bardzo dużo...

Gdy Bąbel po powrocie do domu usiłował schować buty do szafki z narzędziami stojącej w przedpokoju, wychodząca akurat z łazienki mama spojrzała na niego podejrzliwie, ale nic nie powiedziała. Milczała również, gdy Bąbel posolił sobie herbatę, a potem ją wypił bez zmrużenia oka. Gdy jednak szklankę po herbacie zamiast do zmywarki włożył do zamrażarki, nie wytrzymała.

– Bąbelku – zaczęła ostrożnie, używając dawnego określenia pochodzącego ze znacznie wcześniejszych lat. – Czy ty się na pewno dobrze czujesz? A może coś złego stało się na spacerze?

Odruchowo spojrzała na Kiciaka, ale ten leżał nieruchomo w swoim kącie, z pyskiem w misce z żarciem. Prawdopodobnie zasnął podczas jedzenia, co w wypadku tego psa nie było akurat niczym niezwykłym.


– Kiciak nie zjadł niczego dziwnego? – spytała niespokojnie. Wszyscy bowiem pamiętali okres, gdy ten oryginalny pies wprost zajadał się pokrzywami, starannie wybierając młode i soczyście zielone. – Zaraz, zaraz... co ty masz na głowie? Bąbelku, czy ty się uderzyłeś?!

Dopiero teraz dostrzegła na głowie syna potężnego guza, lekko przykrytego opadającymi włosami.

Bąbel, na domiar złego, od dłuższej chwili siedział nieruchomo, z idiotycznie błogim wyrazem twarzy wpatrując się w obrzydliwą cukiernicę, którą otrzymali od ciotki Kasi z okazji wprowadzenia się do tego mieszkania. Mamie nie wydawało się normalne, że ktoś tak namiętnie może wpatrywać się w to niegustowne naczynie.

– Bąbel!!! – wrzasnęła w końcu mama, zaniepokojona nie na żarty. Odruchowo sięgnęła po telefon i drżącą dłonią zaczęła wystukiwać numer zaprzyjaźnionego lekarza.

– Tak, mamo? – ocknął się chłopiec i zwrócił na nią lekko nieprzytomne spojrzenie. Na twarzy wciąż miał przylepiony ten niepokojący uśmiech. Mama przerwała wybieranie numeru i spojrzała na syna z rozpaczą.


– Czemu jesteś taki dziwny?!

– Ja jestem dziwny? – zaprotestował Bąbel, z dużym wysiłkiem usuwając sprzed oczu widok pewnej dziewczęcej buzi okolonej czarnymi włosami. No proszę, on przeżywa wzniosłe uczucia, zamierza gruntownie zmienić swoje życie, a tu żadnego zrozumienia ze strony rodziny...!

Kompletnie pominął w tych rozmyślaniach fakt, że owa rodzina na razie nie ma najmniejszego pojęcia o dramatycznych wydarzeniach, które go dziś spotkały.

– Skąd masz tego guza?

– Uderzyłem się o latarnię – po krótkim namyśle odparł zgodnie z prawdą. Postanowił, że za żadne skarby nie przyzna się do swoich odczuć fizjologicznych w postaci motylków w brzuchu, które wzmagały trzepotanie na samą myśl o czarnookiej Kai.

– Biegłeś...?

– Nie – mruknął. – Leciałem.

– Jak to, leciałeś? – zdumiała się mama. – Spadłeś skądś, nie daj Boże?!

– Nie. Leciałem na smyczy za psem. Pobiegł za świnką, a ja odfrunąłem i miałem bliski kontakt z tą przeklętą latarnią.

– Próbujesz mi wmówić, że ten pies BIEGŁ...?! – spytała lekko wstrząśnięta mama, odruchowo znowu spoglądając na Kiciaka, który wyglądał na jeszcze bardziej pozbawionego życia niż pięć minut temu. – I za jaką świnką? Tylko nie mów mi, że ktoś tu na domiar złego zaczął hodować prosiaki! Tego już nie zniosę...


Jakby w odpowiedzi, przez otwarte okno kuchenne dobiegło przeraźliwe gdakanie kury. Kura była stałym elementem sąsiedztwa, a hodował ją ktoś mieszkający w jednym z tych małych domków stojących na tyłach bloku, za ogródkami.

– Morska – odparł Bąbel lakonicznie..

– Co morska? Odzywaj się do mnie bardziej zrozumiale! Czy ja jestem wojskowym, żebym umiała odczytywać jakieś szyfry?!

– Świnka – uzupełnił posłusznie Bąbel. – Uciekła. Jednej dziewczynce. I ugryzła jej mamę w tyłek. To znaczy, za przeproszeniem, mogę powiedzieć „w pupę”, jeśli wolisz...

Mama powoli przestawała rozumieć cokolwiek, a jej dłoń jakby sama ponownie sięgnęła po telefon. Po tym uderzeniu w latarnię jej syn wykazywał coraz bardziej niepokojące objawy.

– Dziecko drogie – zaczęła z troską. – Żadna świnka morska nie jest tak duża, aby kogoś ugryźć w... no, w pupę. Ani nie skacze tak wysoko, o ile mi wiadomo. A w ogóle, to one są roślinożerne.

– Nasz pies też bywa roślinożerny – zwrócił uwagę Bąbel, zresztą bardzo rozsądnie. – A gdyby ktoś spróbował na niego usiąść, to pewnie też by ugryzł. Nie wiem, w co, i wolę się nie domyślać. On bywa pomysłowy.

– Raczej coś by odgryzł – wzdrygnęła się mama. – Wolę o tym nie myśleć. I nie pozwalaj nikomu na niego siadać. A kto usiadł na świnkę?

– Jej mama. Niechcący.

– Czyja mama? – spytała mama cierpliwie, widząc, że inną drogą nie dojdzie do prawdy.

– Kai. Tej dziewczynki, która właśnie wprowadziła się do tego pustego mieszkania na siódmym piętrze. Już nie jest puste. Oni tam mieszkają. I mają świnkę morską. A meble pojechały do Gorzowa Wielkopolskiego przez pomyłkę.

Mama siedziała, nieco ogłuszona niespodziewanym zalewem informacji, ale poczuła, że nareszcie zaczyna coś rozumieć. Tylko czemu ten Bąbel zachowuje się tak dziwnie...?

– To przykre, że muszą mieszkać bez mebli – powiedziała odruchowo i z dużym zrozumieniem, bowiem podczas ich własnej przeprowadzki jedna z szaf trafiła do Radzynia Podlaskiego i stracili bardzo dużo czasu, aby ją odzyskać. – Sympatyczni są chociaż?

– Sympatyczni? – Bąbel spojrzał na nią wzrokiem, w którym widniały nieomal płomienie, a na jego twarzy malowała się wręcz ekstaza. – Mamo! Ona... oni... oni są wspaniali!!!


Mama z uczuciem potężnej ulgi poczuła, że teraz to już chyba na pewno wszystko rozumie. Sama kiedyś miała dwanaście lat i bywało, że przeżywała równie płomienne uczucia. Na przykład wtedy, gdy do jej klasy doszedł ten mały, nieśmiały chłopiec imieniem Tomek, który wiele lat później został tatą Bąbla...

Postanowiła, że przy najbliższej okazji musi koniecznie zobaczyć tę tajemniczą Kaję. Była bardzo ciekawa, jaki syn ma gust.

Po czym gwałtownie wzdrygnęła się, gdy kura głośnym gdakaniem oznajmiła, że prawdopodobnie właśnie zniosła kolejne jajko.

– Jutro zrobię rosół na obiad – oznajmiła dość beznadziejnie, myśląc zarazem, że najlepiej byłoby zrobić rosół z TEJ kury...

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?