Elf i pierwsza gwiazdka

Tekst
Z serii: Elfomania #5
Z serii: To lubię
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa




Marcin Pałasz

Elf i pierwsza Gwiazdka


© by Marcin Pałasz

© by Wydawnictwo Literatura


Okładka i ilustracje:

Kasia Kołodziej


Korekta:

Lidia Kowalczyk, Joanna Pijewska



ebook przygotowany na podstawie wydania I w Wydawnictwie Literatura

ISBN 978-83-8208-896-0

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2016

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

handlowy@wyd-literatura.com.pl

tel. (42) 630-23-81

faks (42) 632-30-24

www.wyd-literatura.com.pl

Skład wersji elektronicznej na zlecenie Wydawnictwa Literatura

Monika Lipiec, Woblink


Spis treści


Niecodzienne obawy i mała poranna demolka

Złowroga zima i walka z Pełzającym Zakwasem

Miłość jest nieprzewidywalna

Wujkowe miliony i pierwsze starcie z Tarją

Hrabina, rasowa krowa i pierwsza katastrofa

Wigilia - moc psiej miłości oraz druga katastrofa

Śnieżny kangur, kłusownik i nagła ciemność, w której rozjaśnia się jedynie sytuacja

Przypisy


Niecodzienne obawy i mała poranna demolka

Dziś będzie krótko, bo mój niezawodny psi nos wyraźnie mówi mi, że COŚ się zbliża. Nie wiem, co to jest i kiedy nadejdzie, ale że niebawem – tego jestem pewien. Od jakiegoś czasu Duży i Młody – czyli moi ludzie, których wychowuję, od kiedy zabrali mnie ze schroniska – zrobili się dziwnie nerwowi. Obaj pachną trochę tak, jakby się czegoś obawiali, a trochę tak, jakby miało spotkać ich coś miłego. Duży bardziej pachnie obawą, a Młody – tym czymś dobrym.

Nasi znajomi, mijani na ulicach, wołają do nas: „Wesołych świąt!”. Co to znaczy? Co to są te „święta”?! Słyszałem, że ktoś ma do nas przyjść, do domu. I do innych domów też. Ma na imię Mikołaj, tak na niego mówią ludzie. Tak sobie myślę, że ten cały Święty Mikołaj to ktoś bardzo wyjątkowy i niezwykły. Chodzi o jego imię – znam dwóch Azorów i trzech Juniorów (a każdy Junior to owczarek niemiecki, wyobrażacie sobie?!), zaś Elf* – czyli ja – jest tylko jeden! A doskonale przecież wiem, że jestem psem absolutnie wyjątkowym, a przynajmniej tak twierdzi mój Duży. No i o żadnym innym Mikołaju też nie słyszałem, czyli ten Mikołaj to musi być ktoś nadzwyczajny, skoro nosi tak unikalne imię.

W dodatku Duży zrobił dziś rano coś bardzo dziwnego. Pewnie nie uwierzycie, że ktoś aż tak może kochać swojego psa, ale on właśnie taki jest! Posłuchajcie tylko: parę godzin temu przyniósł do domu DRZEWO! Myślałem, że oszaleję z radości! Który człowiek robi coś takiego dla swojego psa?!

Nie wiem tylko, dlaczego nie pozwolił mi go obsikać, jak to się normalnie robi. Ludzie czasem są dziwni. Ale… fajnie jest mieć w domu własne drzewo, no nie?

Na razie tyle wiem o tych całych świętach i Mikołaju. Staram się być czujny i uważny, by te święta i Mikołaj nie zaskoczyli nas znienacka, więc i mnie się udzieliła ta nerwowość.


No właśnie. Pół godziny temu Duży wyszedł do sklepu, a ja – sam nie wiedząc kiedy – zorientowałem się, że z tych całych nerwów chyba zrobiłem coś złego z moim drzewem. Tak sobie teraz na to patrzę i myślę, że Duży raczej nie będzie zadowolony. Sporo gałązek wcześniej było przyczepionych do pnia, a teraz leżą osobno. Hmmm.

Skoro już jednak zacząłem, to chyba skończę… Niedobrze jest przerywać pracę w połowie, prawda?


– Elficzek już nie jest wilkiem, tak? – Leżałem na boku na tapczanie w pokoju Młodego i patrzyłem w wierne, psie oczy. – Elficzek potrzebuje swojego człowieka, żeby mu nasypał karmy do miseczki, żeby nalał wody do drugiej miseczki…

Błogie westchnienie było jedną odpowiedzią. Drugą był mokry jęzor, który znienacka przejechał mi po nosie i prawym oku.

– I dlatego Elficzek tak się cieszy, gdy wracamy do domku, tak? – spytałem, pieszczotliwie tarmosząc go za wielkie ucho.

Elf w rewanżu chwycił mnie delikatnie zębami za dłoń, łypiąc okiem to na mnie, to w kierunku przedpokoju. W pierwszej chwili myślałem, że chodzi mu o jedną z zabawek, które się tam poniewierały na podłodze, ale odgłos gmerania klucza w zamku wyprowadził mnie z błędu.

Młody wraca do domu? Już…?!

Wpadłem w lekką panikę, gdyż z tego, co wiedziałem, przez dobre dwie godziny powinien być jeszcze na swoim treningu wschodnich sztuk walki. Było mi to bardzo na rękę, gdyż czekałem na kuriera, który przed południem miał przywieźć prezent gwiazdkowy dla mojego syna. W ciągu ostatnich dwóch lat Młody bowiem na serio zainteresował się grą na gitarze, uzbierał na przyzwoitą gitarę akustyczną i w zdumiewającym tempie zaczął na tyle dobrze grać, że ostatnio zaczął przebąkiwać o instrumencie elektrycznym. Okazyjnie udało mu się kupić dobrej klasy wzmacniacz, ale nad gitarą grymasił: przeczytał chyba wszystkie poradniki napisane przez profesjonalistów i entuzjastów, a w miarę lektury jego wymagania rosły.

Nie mogłem zostawić tego ot tak sobie, tym bardziej że zbliżało się Boże Narodzenie, a ja zazwyczaj miałem spore problemy w utrafieniu w gusta najbliższych przy wyborze prezentów. Tym razem wyglądało na to, że sprawa będzie prosta: trzeba kupić gitarę! Od wiosny więc, w głębokiej tajemnicy, składałem nadwyżki na koncie oszczędnościowym, a na początku grudnia okazało się, że uzbierało się tego całkiem sporo. Przeczytałem, również ukradkiem, wszystkie owe poradniki, skonsultowałem się z kumplem, który grał w kapeli na gitarze prowadzącej, po czym stało się jasne, że wybór może być tylko jeden: Fender Stratocaster!

Był jednak problem: marka Fender to klasa światowa, zaś model Stratocaster to gitara-legenda, na której grali i grają najlepsi gitarzyści na świecie. Coś takiego musi kosztować…

Pierwszy przegląd ofert w sklepach internetowych sprawił, że niemal zasłabłem. Ceny zbiły mnie z nóg. Kumpel gitarzysta, który przy okazji wizyty u nas posłuchał, jak Młody gra, dał mi jednak wyraźnie do zrozumienia, że talent mój syn ma niejako wrodzony i szkoda byłoby to zaprzepaścić.

– Szukaj, przeglądaj oferty, a zobaczysz, że znajdziesz egzemplarz, na który będzie cię stać! A jeśli nawet Młodemu się to w końcu znudzi, to fendera sprzedasz bez najmniejszego problemu! – dodał zachęcająco na koniec. I to mnie ostatecznie przekonało.


W dodatku trzy dni temu na internetowej aukcji ujrzałem Stratocastera sprowadzonego ze Stanów, prawdopodobnie przez kogoś, kto nie sprawdził jego rzeczywistej wartości. Gitara była wykonana z jesionu, co ponoć bardzo dobrze o niej świadczyło. W dodatku w komplecie był oryginalny dowód zakupu sprzed szesnastu lat, wszystkie certyfikaty oraz… autograf Davida Gilmoura. Nie wiedziałem, czy autograf był oryginalny, czy nie, niemniej cena wyznaczona przez sprzedającego była na tyle atrakcyjna, że bez wahania dokonałem zakupu. Dopiero potem uświadomiłem sobie, że najpierw należało zadzwonić do kumpla gitarzysty i spytać go o opinię…

 

– Trafiło ci się jak ślepej kurze ziarno – odparł, gdy obejrzał aukcję, zdjęcia gitary i przeczytał informacje.

– Rany boskie, za takie śmieszne pieniądze…!

– A to na pewno nie jest chińska podróbka? – spytałem niespokojnie, pamiętając innego znajomego, który okazyjnie kupił kiedyś „stuprocentowo oryginalne” felgi do audi. Felgi rozleciały się po przejechaniu pięciuset kilometrów, jedna z nich zniszczyła nawet płot przy mijanym akurat domu.

– W żadnym wypadku – odparł kategorycznie kumpel. – Gram na takim samym, zdjęcia są w doskonałej rozdzielczości, a fachowiec zwraca uwagę na takie szczegóły, o których laik nie ma zielonego pojęcia. Tu wszystko jest, jak trzeba. Tyle że… hmm…

Groźba zawału serca powróciła.

– Tyle że co? – spytałem nerwowo. – Mów, zanim schowam się w szafie i zmienię nazwisko!


– Po co? – zdziwił się. – Nie, tak myślę, że ten autograf to trzeba jednak sprawdzić. Na tym się nie znam, choć Gilmoura raz w życiu na żywo widziałem. Ale to było podczas koncertu. I na niczym mi się nie podpisał…

– Grałeś z Pink Floyd?!

– Nie, byłem na ich koncercie w Londynie! – roześmiał się. – Autograf musisz sprawdzić u kogoś innego. Są tacy ludzie. Znasz jakiegoś grafo… no, grafomana?

Znałem nawet kilku grafomanów, ale rozumiałem doskonale, że chodzi mu raczej o grafologa. Autograf, co sprawdziłem dzień później, wyglądał na autentyczny.

Taki oto prezent wiózł mi właśnie kurier i zrozumiałe chyba było, że niespodziewanie wczesny powrót syna do domu stanowił pewien problem. Nie chciałem, by zobaczył gitarę przed Wigilią, miał ją znaleźć pod choinką!

Już podnosiłem się z tapczanu, ale Elf, widząc mój ruch, niespodziewanie wlazł mi na brzuch i zapalczywie zaczął lizać mi uszy. Zostałem unieruchomiony.

– Elfie – wykrztusiłem, lekko przyduszony i zdumiony. – Co ty wyrabiasz najlepszego?!

– Dlaczego leżycie u mnie? – spytał w tej samej chwili Młody, stając w drzwiach pokoju.

– Byłem w sklepie, przed chwilą wróciłem, a wtedy on od razu mnie tu zaciągnął – wyjaśniłem, starając się wężowym ruchem wyślizgnąć spod dwudziestu pięciu kilogramów psiej miłości. – Też tego nie rozumiem.

– Prawie rozdeptałem zakupy – rzekł z urazą. – Rozrzuciłeś je po przedpokoju.

– Same się rozrzuciły, gdy Elf mnie ciągnął na tapczan…

– I czuję, że choinka jest? – Młody pociągnął nosem. – Pachnie pięknie! Tak jakoś… lasem, żywicą. Świeża?

– Świeża i piękna – zapewniłem go solennie, powoli wypełzając spod Elfa, co mu się najwyraźniej bardzo nie spodobało.

Zeskoczył ze mnie, popędził do przedpokoju i wrócił z gumowym kółkiem, najwyraźniej zachęcając mnie do zabawy. Co to miało znaczyć?! Zawsze wolał bawić się w dużym pokoju, gdzie mieliśmy do dyspozycji zdecydowanie więcej miejsca…

Młody zniknął mi z oczu, coś tam zaszurało i raptem usłyszałem jego stłumiony okrzyk.

– Co się stało? – spytałem, wstając z kanapy i robiąc krok w stronę drzwi.

Elf, widząc to, złapał znienacka zębami za nogawkę moich spodni i pociągnął mnie z powrotem. To już zdumiało mnie zupełnie: znałem jego chęć do zabawy, ale takie zachowanie było dla niego nietypowe. Szedłem więc dalej, ciągnąc za sobą Elfa uczepionego moich spodni. Nie było to zbyt trudne, jako że jego łapy wspaniale ślizgały się po panelach.

Nie doczekawszy się odpowiedzi Młodego, zatrzymałem się w końcu obok niego w progu dużego pokoju, spojrzałem przed siebie i straciłem mowę, wytrzeszczając oczy.

– Chyba nie skończyłeś składać tej choinki – rzekł w końcu mój syn, kiwając głową z zadumą i chichocząc pod nosem. – W dodatku wygląda na naturalną, ale wnioskuję, że jest sztuczna, bo sporo kawałków leży luzem…

Jęknąłem i ze zgrozą spojrzałem na tego upiornego psa, który w międzyczasie zdążył puścić moją nogawkę i pospiesznie umknął pod biurko. Ułożył się tam wygodnie i patrzył gdzieś w przestrzeń, starannie unikając mojego wzroku.

Choinka była kompletnie ogołocona z gałęzi do wysokości mniej więcej pół metra. Wyżej wyglądała normalnie, ale i tak całość sprawiała teraz dość dziwne wrażenie.

– Za to naprawdę ładnie pachnie! – pocieszył mnie Młody, schylając się i zaczynając zbierać odgryzione gałęzie. – Żywicą chyba, no nie?

– Elfie – rzekłem gorzko, wciąż osłupiały. – Potworze żarłoczny…! Jak ty to zrobiłeś?! Nie było mnie w domu góra dwadzieścia minut!

– Dwadzieścia? – prychnął Młody. – Dziwię się więc, że nie załatwił całej. A w ogóle ciesz się, że jej nie obsikał. Nie co dzień trafia mu się w domu prawdziwe drzewo, ha!

W tym momencie rozległ się sygnał domofonu i nerwowo drgnąłem.

– Kurier… – usłyszałem w słuchawce.

Jęknąłem w panice.

– Kto to? – zainteresował się mój syn z głębi mieszkania.

– Kartofle sprzedają – odparłem bez namysłu, nie zastanawiając się zbytnio nad tym, co mówię.

– O tej porze roku…?!

– Jakieś specjalne – bąknąłem, biorąc do ręki portfel i pospiesznie wkładając buty. – Chyba… chyba z Afryki Południowej. Tam teraz rosną młode. Może akurat będą smaczne?

– Zwariowałeś? – spytał Młody z niebotycznym zdumieniem, wychylając się przez drzwi i patrząc na mnie dziwnym wzrokiem. – Idziesz kupić południowoafrykańskie kartofle?

– Dodają bombki gratis…! – wypaliłem z rozpaczą i pognałem po schodach, nie oglądając się za siebie.

Wróciłem do domu kwadrans później, mając za sobą wizytę u zaskoczonego sąsiada i złożenie u niego ogromnej paki z fenderem. Potem zaliczyłem galop do warzywniaka i zakup dwóch kilogramów pozornie niepotrzebnych ziemniaków. Po drodze zahaczyłem jeszcze o świąteczny stragan przed marketem i nabyłem pierwsze z brzegu bombki, po czym, okropnie zdyszany, wpadłem do domu.

– Co tak długo? – spytał Młody podejrzliwie, upychając ostatnie gałęzie w gigantycznym foliowym worze na śmieci.

– Za duży wybór mieli – odparłem, zdejmując buty. – Nie mogłem się zdecydować, które wziąć.

– Ziemniaki…?

– Bombki – mruknąłem, wyciągając z torby przeklęte bombki oraz okropnego, plastikowego aniołka dzierżącego w dłoniach gwiazdę. – A aniołek pójdzie na czubek choinki.

– Po moim trupie! – Młodego aż zatchnęło na widok białego koszmarka. Odebrał mi go stanowczo, zaniósł do kuchni i wyrzucił do kosza. – Na czubek pójdzie gwiazdka od babci Halinki, ta, którą zakładamy co roku… Po co wziąłeś tego aniołka?!


– Dodali gratisowo do bombek. – Akurat to było prawdą.

Spojrzał na mnie dziwnie, popukał się wymownie w czoło, po czym – burcząc coś o moim braku gustu i staczaniu się na dno drabiny społecznej – stanął w drzwiach pokoju i machnął ręką.

– Naprawiłem choinkę – sapnął, najwyraźniej niezwykle z siebie zadowolony. – No, popatrz w końcu…!

Jak się okazało, ostatni kwadrans dla niego też był pracowity. Choinka została skrócona o obgryziony kawałek pnia i teraz – o pół metra niższa – całkiem ładnie wyglądała, włożona z powrotem do specjalnego stojaka z wodą. Pokiwałem głową z uznaniem.

– Choinka bonzai – zawyrokowałem, zacierając dłonie. – To co, ubierzemy ją?

– Ja to zrobię – rzekł pospiesznie, patrząc na mnie podejrzliwie. – Ty jesteś dziś jakiś dziwny i boję się, że ubierzesz ją… sam nie wiem jak. W dres, szlafrok albo w ogóle założysz jej bieliznę. Idź piec chleb, obiecałeś, że upieczesz, tak?

Ogłuszony nieco wizją choinki w biustonoszu lub bokserkach, posłusznie poszedłem do kuchni. Za mną podreptał Elf, z lubością wyciągając nochal w kierunku stołu. Na ten widok złapałem się za głowę.

– Śledzie! – jęknąłem boleśnie. – Zapomniałem o nich, chyba wymoczyły się na śmierć…!

– Jeśli moczyłeś w occie żywe śledzie, to ja już nie mam słów – dobiegło z pokoju. – Postaw nad nimi swojego pięknego aniołka, będzie jak znalazł…


Złowroga zima i walka z Pełzającym Zakwasem

Dziś sporo się nauczyłem. Po pierwsze, że choinka to rodzaj drzewa, którego nie należy obgryzać. Zanim Duży wrócił, podejrzewałem, że moja działalność przy drzewku mu się nie spodoba… i miałem rację. Wyraźnie czułem, że gdy patrzy na udoskonaloną przeze mnie choinkę, jest sfrustrowany. Młody zaś pachniał uciechą, ale on często reaguje na moje dokonania pozytywnie, podczas gdy Duży łapie się za głowę.

Trzeba nad tym moim Dużym jeszcze popracować – to pewne!

Tak czy inaczej, choinka teraz jest nieco mniejsza, zaś ci moi zwariowani ludzie poprzyczepiali do niej różne takie okrągłe rzeczy. Z początku okropnie się ucieszyłem, bo byłem pewien, że to są piłeczki! No wiecie – takie, które się rzuca na spacerze i które można gryźć. Ale te piłeczki są zupełnie inne: raz przypadkiem Duży nadepnął na jedną, a ta piłeczka (oni mówią na nie „bombki”) od razu rozleciała się w drobny mak. Pff…! Co to za satysfakcja…? Każdy zdrowy na umyśle wie, że największą radość sprawia takie wgryzanie się w piłeczkę, by – po sporym wysiłku – odgryźć kawałeczek. A ta rozpadła się od razu.

Niech sobie mają te swoje bombki. Ja już więcej nie zamierzam się nimi interesować.

Potem byliśmy na spacerze. Spacery są ostatnio trochę inne, bo jeszcze nie tak dawno wciąż świeciło słońce i było ciepło, a od jakiegoś czasu często pada deszcz i zrobiło się zdecydowanie chłodniej.

– Aleś ty naiwny, Elfie! – rzekł pobłażliwie Fermi, którego spotkaliśmy na dworze, bo akurat też wyszedł z Kubą, swoim człowiekiem. – Przecież nadchodzi zima!

Fermi jest mniejszy ode mnie, czarny, a ogonek ma dość krótki, niemniej często nim merda, podobnie jak ja. Co najważniejsze, jest ode mnie trochę starszy i wie mnóstwo rzeczy, których ja jeszcze nie wiem. Dlatego bardzo lubię z nim rozmawiać.

– Zima? – spytałem zdezorientowany. – A co to jest ta cała zima? I dlaczego ona ma przyjść? I jak często przychodzi? Jest groźna? Może… może trzeba przed nią bronić ludzi?!

– Zwariowałeś?! – spytał trzeźwo. – Zima to zima. To taki czas, gdy robi się chłodno, a czasem nawet bardzo zimno. No i zaczyna w końcu padać śnieg!

To mi się już kompletnie przestało podobać. Nie dość, że ciągle rozglądam się za tym jakimś Mikołajem, który też ma przyjść, to w dodatku niebawem nadejdzie zima, a do tego jeszcze ten cały śnieg.

Wyjaśnienia Fermiego odnośnie śniegu były jednak dziwnie mętne. Deszcz znam i rozumiem – po prostu z nieba czasem leci woda. Duży ma taki deszcz u nas w domu, w łazience, w takiej budce, na którą mówi „prysznic”. Wielkie mi co! Ale żeby z nieba miało lecieć coś białego, co przykrywa całą ziemię? W to już ciężko mi było uwierzyć.

Wróciliśmy do domu. Trochę uspokoiłem się po tych wszystkich nowych dla mnie wiadomościach, a wtedy – niczym grom z jasnego nieba – spadło na nas coś takiego, że prawie byśmy wszyscy zginęli, gdyby nie ja…! Okropny potwór pojawił się w kuchni, pełzał i wydawał z siebie dziwne odgłosy, i było go coraz więcej i więcej! Szczekałem i warczałem, najgroźniej jak potrafiłem, i nawet raz go ugryzłem, no i w końcu się uspokoił. Oklapł, skurczył się i chyba zdechł, bo już się nie ruszał i nie wydawał z siebie odgłosów.


W pierwszej chwili pomyślałem, że tajemniczy stwór to może ów legendarny Mikołaj, o którego nadejściu ostatnio mówią wszyscy ludzie. Okazało się w końcu, że chyba nie, bo Duży nazywał potwora „chlebem”, gdy sprzątał potem jego zwłoki. Myślę jednak, że Dużemu coś się pomyliło, bo jak wygląda i smakuje chleb, to ja dobrze wiem. Paćkowaty, nieżywy potwór na pewno nie był chlebem.

 

I co wy na to? Po raz kolejny uratowałem moim ludziom życie. Sami powiedzcie: co oni by beze mnie zrobili…?!


Przed wyjściem z Elfem na spacer podejrzliwie przyjrzałem się zakwasowi na chleb. Wyglądał dziwnie niemrawo i, moim zdaniem, wymagał pewnej zachęty.

– Co to? – spytał nieufnie Młody, wchodząc do kuchni i pociągając nosem. – To właśnie to coś tak dziwnie pachnie?

– A potem wspaniale smakuje – odparłem krótko, lekko mieszając w misce drewnianą łyżką. – To zakwas, mówiłem ci już. Chcę, żebyśmy mieli na święta dobry, domowy chleb. Ale nie wiem, czy…

– Zakwasy to ja mam po gorszych treningach – mruknął Młody, przerywając mi dość bezceremonialnie i wyjmując z lodówki jogurt naturalny. – Rozumiem jednak, że to coś to jest jakiś inny zakwas.

Chwilę zajęło mi wytłumaczenie, co oznacza zakwas na chleb sporządzony z żytniej mąki, drożdży i wody.

– Tyle że on powinien urosnąć – rzekłem zatroskany, patrząc na nieruchawy i niechętny do współpracy zakwas mojej produkcji. – Poczekaj chwilę, muszę to sprawdzić.

W internecie znalazłem kilka porad. Dosypałem do zakwasu jeszcze trochę drożdży i mąki, dolałem letniej wody, po czym – po dłuższym namyśle – umieściłem dużą miskę z zakwasem na naszej kuchence, na najmniejszym palniku elektrycznym ustawionym na absolutne minimum.

– Jest zima, w domu też jest chłodniej – mruknąłem niepewnie, regulując palnik. – A zakwas musi mieć ciepło.

– To nastaw na maksa, i tyle! – rzekł Młody zachęcająco, zakładając Elfowi szelki. – I pospiesz się, bo pies mówi, że już chce iść.

– Na maksa nie wolno, bo zamordujemy zakwas! – przeraziłem się, odruchowo cofając dłoń od pokrętła. – Z zakwasem trzeba delikatnie, to kapryśne stworzenie.

– Przynieś mu kwiaty i bombonierkę…

– Tak, śmiej się, śmiej – prychnąłem. – A kto potem smaruje mój własnoręcznie upieczony chlebek masłem i mówi, że niebo w gębie, hę?

– No, dobry jest – przyznał Młody, oblizując się ze smakiem i przytrzymując Elfa za szelki. – A kiedy będzie gotowy?

– Ten chleb pieczemy na święta – odparłem z naciskiem. – To jest prawdziwy chleb, długo będzie świeży i dobry. Jutro upiekę cztery bochenki i zabierzemy je do Biestrzykowa. Zdajesz sobie sprawę, że Wigilia jest już za trzy dni?

Te święta postanowiliśmy jak zwykle spędzić z rodziną – u mojej cioci Ewy, w jej dużym domu w Biestrzykowie pod Wrocławiem. Tam w każde święta spotykaliśmy się niemal wszyscy – i Ewa, i jej mąż Bogdan, zawsze była też moja ukochana babcia Halinka, która wychowała mnie niemal od urodzenia…

Nie byłem tylko pewien, czy w tym roku będą na Wigilii Michał i Krzysiek, synowie Ewy, wraz ze swoimi rodzinami. Może jednak upiec sześć bochenków?!

Myśl o babci przypomniała mi o czymś.

– No i babcia będzie – westchnąłem ciężko. – Muszę jakoś namówić Elfa, by był dla niej szczególnie miły…

– Dasz radę – rzekł Młody stanowczo. – On każdego potrafi do siebie przekonać!

Znowu westchnąłem, bo akurat ten przypadek mógł być dość ciężki.

Babcia Halinka lubiła zwierzęta – ale nie w domu. Każde święta czy inna wizyta u Ewy sprawiała, że babcia narzekała niemal bezustannie: a to włażą do kuchni, a to sierść fruwa, a to szczekają, a to jeszcze coś innego…

Gdy kilka miesięcy temu oznajmiłem jej, że wraz z Młodym przygarniamy psa ze schroniska, babcia umilkła na długą chwilę, po czym zaczęła mi wyliczać wszystkie negatywne skutki takiej decyzji. Ja jednak byłem twardy, ciągle powtarzałem, że ten pies to po prostu unikalny skarb, inny od wszystkich i niewiarygodnie mądry, co na babci – niestety – nie zrobiło najmniejszego wrażenia. Gdy niedługo potem Ewa przygarnęła siostrę Elfa, Erkę, babcia nieomal się obraziła.


Te święta będą swego rodzaju testem. Babcia miała poznać i Elfa, i jego siostrę.

– Sześć psów w domu! – jęknęła ze zgrozą nie dalej jak wczoraj, gdy rozmawiałem z nią przez telefon. – I cztery koty…! Ja zwariuję.

– Nie zwariujesz tak od razu – rzekłem niepewnie. – To ponoć zajmuje trochę czasu…

– Zrobię to w trybie przyspieszonym – odparła stanowczo i złowrogo. – I to wy będziecie mieli mnie na sumieniu!

Wobec takiego dictum zamilkłem, ale postanowiłem zrobić, co tylko się da, by ulżyć ukochanej babci w trudnych warunkach. Bo przecież babcia Halinka była przecudowną, pełną ciepła i miłości kobietą, a – moim zdaniem – Elfa nie dało się nie kochać…

Zakwas został w swojej wielkiej misce na kuchence, ja zaś wzruszyłem bezradnie ramionami, włożyłem kurtkę i poszliśmy w końcu na spacer. Po drodze spotkaliśmy Kubę z Fermim. Psiaki wybiegały się na starym boisku, a i mnie zrobiło się jakoś lepiej na duszy.

Na koniec złożyliśmy sobie z Kubą serdeczne życzenia świąteczne, zaś Elf, jak to on, niezmiernie oburzył się na uścisk, jaki wymieniłem z przyjacielem.

– No, chodź tu do nas – roześmiałem się w końcu, przygarniając i jego, gdyż obskakiwał nas niemiłosiernie. – Ty też złóż Kubie życzenia, a co…!

Do życzeń przyłączył się Fermi i tak skończyliśmy zasadniczą część spaceru na boiskowej murawie, wśród sześciu rąk, ośmiu psich łap i dwóch różowych jęzorów. Ech, dla takich chwil warto żyć!

– Ale z babcią faktycznie może być problem – mruknął Młody, gdy szliśmy wzdłuż bloku do naszej bramy. – W sumie to niemal postawiła ci ultimatum: albo pies, albo ona…

– Mam nadzieję, że to przemyślała – rzekłem z troską. – Wiesz, jaka uparta potrafi być. Ale jakoś… jakoś… – zabrakło mi słów.

– Jakoś to będzie – dokończył cicho, schylił się i pieszczotliwie potarmosił Elfa za uszy. – Ja już ci mówiłem, że ten pies zrobi coś, co przekona do niego babcię. Na bank coś wymyśli!

– Obyś miał rację – westchnąłem. – Obyś miał rację, Młody.

Jak się miało okazać już następnego dnia, Młody miał rację. Choć nikt z nas nie wpadłby na to, CO zrobi nasz pies…

Po wejściu do mieszkania uderzył mnie nietypowy, dość intensywny aromat. Nie potrafiłem go zidentyfikować i odruchowo rozejrzałem się po przedpokoju.

– Coś pachnie – rzekł Młody w tej samej chwili, odpinając smycz od szelek Elfa.

Pies popędził do kuchni, jak zwykle po spacerze chcąc napić się wody ze swojej miski… i w tym momencie rozpętało się piekło.

Elf zaniósł się w kuchni takim wściekłym szczekaniem, że aż wbiło mnie na moment w podłogę. Wyskoczył tyłem z kuchni, ze zjeżoną sierścią na grzbiecie, a potem z głuchym warkotem na powrót ruszył do boju.

– Co tam jest?! – jęknął Młody, porzucając zdejmowanie butów i ruszając za psem.

Wystartowałem akurat w tym samym momencie, co spowodowało, że łupnęliśmy się głowami, aż mi gwiazdy przed oczami stanęły. Lekko ogłuszony, podtrzymałem Młodego, zrobiliśmy kilka kroków, spojrzeliśmy na kuchnię i głos nam obu odjęło.

Kuchenną podłogę w dużej części pokrywała burobrązowa masa, wypływająca z miski zostawionej na kuchence. Masa leniwie bulgotała, robiło się jej coraz więcej, zaś nasz pies bezlitośnie atakował niespodziewanego, nieznanego wroga.

– Elfie, zostaw! – krzyknąłem rozpaczliwie, rzucając się do przodu i starając się złapać psa, skaczącego na szalejący zakwas. – To jest… to jest chleb! Zostaw chleb! Nie wolno!

Elf zastygł na moment i spojrzał na mnie wzrokiem wyrażającym absolutną dezaprobatę. Przez króciutki moment miałem wrażenie, że gdyby mógł, to popukałby się łapą w czoło na znak mojej nieznajomości tematu wrogów atakujących nasz dom. Potem ponownie rzucił się do walki: warczał, szczekał, sierść wzdłuż grzbietu sterczała mu sztywno, aż w końcu zdobył się na czyn ostateczny: UGRYZŁ WROGA.

Po czym zamarł, oblizał nos z burej masy, z zastanowieniem spojrzał na nią raz jeszcze i pacnął łapą w jeden z bąbli, akurat tworzących się na powierzchni niesfornego zakwasu.

– Chyba jednak nie trzeba było włączać tego palnika – rzekł Młody niepewnie, gdzieś z tyłu. – Szkoda, że nie mamy ogrzewania podłogowego, jak w Biestrzykowie…

– Co takiego? – zdumiałem się, odrywając wzrok od psa. – Po co ci ogrzewanie podłogowe?

– Ustawilibyśmy na maksa i mielibyśmy za dwie godziny upieczony naprawdę duży chleb…

– Bardzo śmieszne – rzekłem zgryźliwie, wyłączając kuchenkę i ostrożnie wstawiając miskę z kipiącym zakwasem do zlewu. Wymagało to skupienia, gdyż pokrywał on naprawdę sporą część podłogi i trzeba było bardzo uważać, by weń nie wdepnąć. – I co ja teraz zrobię…?! Chleb miał być, a jest paćka wszędzie dookoła!

– Ale czemu tak się stało? – spytał Młody ostrożnie. – Coś źle zrobiłeś?

– Tak się kończy, gdy człowiek bezkrytycznie stosuje się do porad znalezionych w necie – mruknąłem, po czym trochę się opamiętałem i sprawiedliwie dodałem: – Ale to moim pomysłem było włączenie palnika pod miską. Możliwe, że w założeniu miało to wyglądać odrobinę inaczej…

Mój syn nagle zaczął chichotać, coraz głośniej i intensywniej, aż w końcu nie wytrzymał i usiadł – przezornie w korytarzu – opierając się o ścianę.

– I co takiego śmiesznego tu widzisz? – spytałem bezradnie, zastanawiając się zarazem, jak posprzątać z podłogi ten upiorny bałagan. – Podziel się, popraw mi humor…

– Wiele już stworów atakowało Elfa – sapnął Młody, ocierając łzy. – Pamiętasz przecież wszystkie te jego Śmiertelnie Groźne Rzeczy, których tak się bał na początku: Przyczajony Plecak, Złowrogie Nunchaku, Obłąkana Wirująca Pralka… a teraz Pełzający Zakwas Chlebowy…!


– Obłąkaną Pralkę załatwił bezbłędnie – zauważyłem odruchowo, po czym dotarł do mnie absurd całej sytuacji. Kwiknąłem krótko, potem dłużej, a potem zacząłem śmiać się na całego, siadając tam, gdzie stałem.

Elf patrzył na mnie podejrzliwie, przechylając swoim zwyczajem głowę to w jedną, to w drugą stronę.

– Usiadłeś na wrogu…! – pisnął Młody, trzymając się za brzuch. – A wróg nie protestuje! Wygrałeś!

Faktycznie, siedziałem w wielkiej kałuży zakwasu.


– Włączymy nową Obłąkaną Pralkę i zrobi z tym porządek – sapnąłem, odklejając się od podłogi i oddychając głęboko, by uspokoić przeponę, mocno nadwyrężoną nagłym atakiem wesołości. – A chleb się zrobi z tego, co zostało w misce. Starczy i na dziesięć bochenków…


– Jakie piękne! – westchnął Młody z lubością następnego wieczora, gdy wyciągałem z piekarnika kolejny bochenek dopiero co upieczonego chleba. – I jak pachną…!

Z dumą spojrzałem na piąty chleb, który właśnie wyjąłem z formy i ustawiłem obok poprzednio upieczonych. Prezentował się naprawdę fantastycznie: wyrośnięty aż miło, skórka przypieczona, a w środku z pewnością krył się przepyszny chlebowy miąższ.

Podchwyciłem wzrok Młodego i pospiesznie przykryłem bochenek wilgotną szmatką.

– Ten chleb zostaje na święta – oznajmiłem kategorycznie. – Pamiętaj! Żadnego obgryzania skórek i odkrawania piętek. Ciasta zostało jeszcze na dwa… Zawieziemy do Biestrzykowa siedem prima sort bochenków!

– Nie przejemy tego – gderał pod nosem, z lubością wąchając szmatki, nad którymi unosił się przecudowny aromat świeżo pieczonego, domowego chleba. – Zostanie i się zmarnuje, a teraz można by wykorzystać jeden…

– Wigilia lada dzień! – zganiłem go surowo. – Pomyśl o rodzinie!

– Oj tam, Ewa na pewno kupiła sporo chleba, znasz ją…

– Tym razem powiedziałem jej, że o pieczywo zatroszczymy się my – oznajmiłem z dumą. – Głowę daję, że niczego nie kupiła.

W tej samej chwili zadzwonił mój telefon.

– Marcin? – w słuchawce usłyszałem dziwnie zdławiony głos Ewy. – Masz chwilę…?

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?