Podróże Tappiego po Szumiących Morzach

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

PODRÓŻE
TAPPIEGO
PO SZUMIĄCYCH MORZACH

Tekst: Marcin Mortka

Ilustracje: Marta Kurczewska

Redaktor prowadzący: Agnieszka Sobich

Korekta: Magdalena Adamska

Skład i łamanie: Bernard Ptaszyński

© Copyright for text by Marcin Mortka, 2012

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Warszawa 2013

All rights reserved

ISBN: 978-83-7895-410-1

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

00-807 Warszawa, Al. Jerozolimskie 96

www.zielonasowa.pl

wydawnictwo@zielonasowa.pl

Marcin Mortka

PODROŻE
TAPPIEGO
PO SZUMIĄCYCH MORZACH

Zilustrowała Marta Kurczewska

Mieszkańcy Szumiących Mórz


Opowieść pierwsza,
w której znów spotykamy się z Tappim i poznajemy jego wielkie marzenie

Daleko, daleko stąd, w przytulnej, ciepłej Chacie, gdzieś w Szepczącym Lesie mieszkał sobie wiking o imieniu Tappi. Być może znasz już go z poprzednich opowieści i pamiętasz, że to olbrzym ponad olbrzymy, być może nawet wyższy od twojego Tatusia! Tappi nosi długą brodę, ma też ogromne brzuszysko, wielki nochal, ale mimo to nikt się go nie boi. Wystarczy bowiem spojrzeć w jego roześmiane oczy, by dowiedzieć się, że jego serce jest równie wielkie jak brzuch, a uśmiech jest tak ciepły, że ma moc topienia lodu. Z tego właśnie powodu Tappi ma w Szepczącym Lesie wielu przyjaciół. Wśród nich największymi przyjaciółmi są oczywiście wesolutki, choć nieco tchórzliwy renifer Chichotek oraz gadatliwy kruk Paplak. Ale są też inni: niedźwiedź Brzuchacz, wiewiórka Śmigaczka, bóbr Chrobotek i wiele, wiele innych zwierząt.

Oczywiście Tappi przyjaźni się również z ludźmi, ale za największych swoich przyjaciół uważa dzieci. Dlaczego? Jeśli znasz jego poprzednie przygody, to pewnie doskonale pamiętasz. Otóż dzieci nie potrafią się długo martwić, wspaniale się bawią, głośno śmieją, a do tego uwielbiają słodycze, dzięki czemu Tappi znakomicie się z nimi dogaduje.

Nie możemy również zapomnieć o tym, że Tappi jest wikingiem! Czy Mamusia lub Tatuś mówili Ci może, kim byli wikingowie? Otóż w dawnych czasach na dalekiej Północy żyli odważni, wojowniczy ludzie, którzy wiosną zsuwali na wodę wielkie statki i płynęli na dalekie wyprawy. Odkrywali nowe lądy, zakładali królestwa, handlowali, walczyli i zdobywali skarby, a na jesień wracali do rodzin, by opowiedzieć o swych przygodach. Było wśród nich wielu złych ludzi o czarnych sercach, ale Tappi wcale do nich nie należał. Z innymi wikingami łączyła go tylko miłość do morza i tęsknota za przygodami.

Jednego z pierwszych dni wiosny, niedługo po ślubie olbrzyma Głabrzycha z wiedźmą Skrzypichą, Tappi wraz z nieodłącznym Chichotkiem przyszli nad brzeg Lodowej Zatoki. Słońce złociło się na niebie, dzikie wichry spały za dalekimi górami, a wokół zielenił się rozbudzony po zimie las. Dzień był tak piękny i tak ciepły, że Lodowa Zatoka aż zaczęła wstydzić się swojej nazwy. Tappi postanowił z nią o tym porozmawiać i dodać jej otuchy, kiedy nagle usłyszał stukanie młotków.


- Hej, to Sigurd i Haste! - zawołał radośnie. - Zabrali się za budowę statku!

Nie mylił się - myśliwy Haste i kowal Sigurd, których Tappi poznał podczas rozprawy ze złym jarlem Surkolem, ułożyli na brzegu stosy desek i raźno stukali młoteczkami, aż się echo niosło.

– Witaj, Tappi! – zakrzyknęli radośnie. – Czekamy na ciebie całe rano! Gdzieś ty bywał?

– W domu! – zawołał Chichotek. – Myślicie, że tak łatwo jest zjeść śniadanie z dwunastu jaj i dziesięciu kiełbasek?

Zapewne Mamusia lub Tatuś mówili ci już, że śniadanie to najważniejszy posiłek dnia. Nasz wiking mocno w tę zasadę wierzył, ale bywało, że jedzenie zajmowało go tak bardzo, że zapominał o całym świecie. Tak było i tym razem, więc nieco zawstydzony zakasał rękawy i podbiegł, by pomóc Sigurdowi i Hastemu.

– Jakoś się zasiedziałem! – powiedział przepraszającym tonem. – Ale zjadłem tyle, że mam teraz mnóstwo siły do pracy! Od czego zaczynamy?

– Przywieźliśmy deski od kupca Pasibrzucha – oznajmił Sigurd. – Trzeba je teraz porządnie oheblować, a potem zaczniemy zbijać. Będziesz miał najwspanialszy statek na świecie!

– Tappi… – bąknął Chichotek. – Czy my naprawdę musimy budować akurat statek? Nie mogłaby to być na przykład… Na przykład stajenka dla reniferów?

Wszyscy przerwali pracę i spojrzeli na renifera, któremu na widok desek, młotków i pracujących przyjaciół mocno zrzedła mina.

– Jak to? – zdziwił się Haste. – Zawsze sądziłem, że renifery lubią podróże.

– Owszem, ale na własnych nóżkach – odparł Chichotek. – I to najlepiej po spokojnych krainach. Z Tappim to jednak niemożliwie! Nie dość, że zawsze wędrujemy aż po horyzont, to jeszcze natrafiamy na smoki, olbrzymy, trolle, wodniki i inne licha, pływamy, skaczemy, fruwamy, turlamy się… Zwariować można! Renifery takich rzeczy nie robią!

Cała trójka śmiała się tak głośno, że nawet Echo się zdziwiło.

– Owszem, Chichotku, zwykłe renifery tego nie robią – oznajmił Sigurd. – Ale ty jesteś niezwykły!

– Poza tym bez twoich świetnych pomysłów Tappi nie dałby sobie rady! – dodał Haste. – Musi mieć kogoś, kto będzie go wspierał.

– Nie zapomnij też, że szybko wrócimy – stwierdził Tappi. – Lato nad Lodową Zatoką jest zbyt piękne, by je ominąć.

Pocieszony nieco Chichotek westchnął ciężko.

– No dobra – powiedział. – To w czym mogę pomóc?

Podczas pracy tak skomplikowanej, jaką jest budowa statku, znajdzie się zadanie nawet dla małego renifera. Przez jakąś godzinę Chichotek nakłuwał więc różkami deski w miejscach, gdzie należało wbić gwoździe, a potem znudzony zajął się brykaniem wzdłuż brzegów. W jego miejsce pojawili się inni, gotowi do pomocy. Niedźwiedź Brzuchacz, najsilniejszy w całym Szepczącym Lesie, podawał największe fragmenty, bóbr Chrobotek, niezrównany stolarz, odpowiednio przycinał des ki, a malutka wiewiórka Śmigaczka zalepiała dziury i szczeliny. Kruk Paplak siedział na drzewie i z mądrą miną udzielał rad pracującym. Po południu pojawił się olbrzym Głabrzych, który przytaszczył nowy zapas drewna, a potem przyleciała na miotle wiedźma Skrzypicha i ugotowała przepyszną polewkę. Przy był nawet kupiec Pasibrzuch, który co prawda sam do pracy się nie garnął, ale za to podarował pracującym znakomite gwoździe, liny i materiał na żagiel. Nic więc dziwnego, że pod koniec dnia statek zakołysał się na falach Lodowej Zatoki.


Tappi ujął się pod boki i przyjrzał mu z dumą. Stateczek był piękny, zgrabny i wiking nie miał wątpliwości, że świetnie da sobie radę na Szumiących Morzach.

– Wspaniała robota! – zawołał. – Będzie trochę ciasno, ale jakoś się pomieścimy.

– To nie wszystko – odezwał się Sigurd i pokazał Tappiemu rzeźbę z drewna. – Sam dobrze wiesz, że okręt prawdziwego wikinga musi mieć smoczy łeb na dziobie. Masz wielkie serce i mnóstwo odwagi, Tappi, ale na żeglowaniu się nie znasz. Zrobiłem więc dla ciebie taki łeb, który zawsze wskaże ci drogę i doradzi, gdy będziesz miał problem.

Trzymana przez Sigurda rzeźba w istocie przypominała smoczy łeb, który nagle żartobliwie do Tappiego mrugnął.

– Ode mnie zaś dostaniesz łuk, z którego zawsze trafisz do celu – powiedział Haste. – Wiem, że nigdy myśliwym nie zostaniesz, ale podczas długich morskich podróży może ci się bardzo przydać.

Tappi przyjął oba podarunki i podziękował przyjaciołom, ale wtedy ogarnęły go złe przeczucia.

– Hej, zaraz! – Otworzył szeroko oczy ze zdziwieniem. – Czy to oznacza, że wy dwaj nie wybieracie się ze mną?

– Tak – westchnął Sigurd. – Chciałbym z tobą popłynąć, Tappi, ale przecież mam swoją kuźnię!

– A ja muszę wracać do mojej rodzinnej Dębinki – stwierdził Haste. – Kto będzie zaopatrywał moich przyjaciół w prowiant? Kto ochroni ich przez niebezpieczeństwami?

– Rozumiem. – Tappi pokiwał głową ze smutkiem. – Ale zobaczymy się jeszcze, prawda?

– Na pewno! Obiecujemy! – Sigurd i Haste uśmiechnęli się.

– To może zaśpiewamy sobie na pożegnanie? – zaproponował Tappi, całkiem już udobruchany.

– Nie, nie, tylko nie to! – zaprotestował gwałtownie Sigurd, któremu Paplak zdążył już opowiedzieć o absolutnym braku talentu muzycznego u Tappiego. – Nie chcemy przecież, by z gór zeszła lawina i zwierzęta pouciekały z lasów.

– Może lepiej rozpalmy ognisko na polance przy Chacie i urządzimy sobie pożegnalną ucztę? – zaproponował Haste.

Słowo „jedzenie” miało dla Tappiego ogromne znaczenie, tak więc zgodził się natychmiast. Tego wieczoru drzewa w Szepczącym Lesie przyglądały się wysokim płomieniom przy Chacie i słuchały historii o dalekich krajach, opowiadanych przez Hastego, Sigurda i Paplaka. Tappi zaś siedział zadumany i słuchał. W głębi swojego wielkiego serca czuł, że będzie tęsknić za Chatą i Szepczącym Lasem, ale z drugiej strony wiedział, że jego ochota na przygody rośnie z każdą chwilą i w końcu musi jej ulec.

 

„Dalekie podróże bywają niebezpieczne – pomyślał, kładąc się do swojego łóżka i nakrywając się kocem. – Ale skoro mam tak wspaniały okręt i takiego przyjaciela jak Chichotek, czy coś złego może mi się przytrafić?”.

Pokrzepiony tą myślą, zapadł w głęboki sen, a następnego dnia rano zjadł potężne śniadanie – a jakże by inaczej! – pożegnał się z przyjaciółmi, ukłonił się Szepczącemu Lasowi, wziął Chichotka pod pachę i odpłynęli na Szumiące Morza.

A ty, jeśli chcesz się dowiedzieć, co się wydarzyło dalej, opatul się cieplej kołdrą i poproś Mamusię lub Tatusia o przewrócenie kartki…



Opowieść druga,
w której Tappi daje nauczkę olbrzymowi i uspokaja całe morze

Morze było wspaniałe. Fale unosiły się z szumem i opadały majestatycznie, a każda z nich zerkała z zaciekawieniem na zgrabny okręt ze smoczym łbem i żaglem w czerwone i białe pasy, płynący odważnie ku odległym krainom. Przyglądały się również rozmarzonemu olbrzymowi z brodą, który trzymał ster i wystraszonemu reniferowi, skulonemu na dziobie i mknęły dalej przed siebie, by opowiedzieć o wszystkim innym falom.

- Taaappi! Taaappi! - darły się mewy nad ich głowami, a morskie wiatry świstały żartobliwie. Wiking machnął im wesoło, a potem sięgał do wielkich worków z jedzeniem, podarowanym im przez Pasibrzucha i rzucał ciasteczka. Mewy łapały je w powietrzu i zajadały ze smakiem, machając w podzięce skrzydłami.

– Tappi, a wygasiłeś ogień w palenisku? – spytał niespodziewanie Chichotek, a w jego oczkach błysnęła nadzieja.

– Tak – odparł wiking.

– Jesteś pewien?

– Tak. Zalałem je wiadrem wody.

– Aha – zmarkotniał reniferek, ale po chwili aż podskoczył.

– A zdjąłeś pranie ze sznura?

– Pranie? – Tappi zmarszczył krzaczaste brwi. – Hm, nie pamiętam.


– Powinniśmy zawrócić! – Chichotek podskakiwał energicznie, mało okrętu nie wywrócił. – Co będzie, jak znów pojawi się dziki Wicher i wszystko podrze na strzępy? Albo wywieje daleko w góry? Zawracaj, natychmiast zawracaj!


- Iii tam! - Wiking machnął dłonią. - Jeśli pranie nadal wisi, Sigurd czy Haste na pewno to zauważą i wniosą je do Chaty.

- A jeśli nie? Tappi, nie ryzykujmy, musimy zawrócić.

- Jeśli nie, to pogadam z Wichrem i zagrożę, że wtłoczę go do beczki, jeśli mi natychmiast nie odda ubrań. Nie przejmuj się, Chichotku. Ciesz się chwilą!

I Tappi znów rozejrzał się z zachwytem dookoła. Fale pluskały wesoło, mewy pokrzykiwały nad ich głowami, a jakiś nieśmiały, niegroźny Morski Wiaterek pogwizdywał na linach.

- A niby czym tu się cieszyć? - Chichotek spojrzał na morze i aż wzdrygnął się. - Tappi! - zawołał, ożywiony nową myślą. - A zamknąłeś Chatę?

- Tak - westchnął wiking, już nieco zniecierpliwiony, co przecież nie zdarzało się często.

– Jesteś pewien? Absolutnie pewien? A co będzie jak Gburek wlezie do środka i zje twoje skarpetki? Albo ukradnie ci Poduszkę-Mruczuszkę?

Pomysł ten wydał się Tappiemu bardzo niepokojący i zmarszczył groźnie brwi. Nie miał pewności, czy zamknął na klucz drzwi Chaty i zastanawiał się, czy w istocie nie będzie lepiej, jeśli zawróci. Przez moment jego morska wyprawa stała pod znakiem zapytania, lecz wtedy niespodziewanie odezwał się Smoczy Łeb.

– Uwaga! – zagrzmiał. – Wielka Fala nadchodzi!

Tappi natychmiast podniósł się i wytężył wzrok. Rzeczywiście – na horyzoncie pojawiła się Wielka Fala, która nadciągała z dzikim wrzaskiem.

– Haha! Jestem Wielka Fala, co statki rozwala! Wielkie Falisko, co zatopi wszystko! A co zrymuje, to zepsuje!

Tappi natychmiast zapomniał o trollu i mocniej chwycił za ster.

– Chichotku, trzymaj się! – zawołał.

– Łatwo ci mówić! Ty masz wielkie łapska, a ja małe kopytka! Jak ja mam się czegokolwiek chwycić?

Wiking zrozumiał, że reniferek ma rację. Poderwał się, złapał go, uniósł i sprawnie przywiązał Chichotka do masztu.

– Teraz nie wypadniesz! – oznajmił i znów chwycił za ster. – Smoczy Łbie, pędźmy prosto na Wielką Falę! Pokażemy jej, że na Szumiących Morzach trzeba się dobrze zachowywać!

– Całkiem zwariowałeś, Tappi! – krzyczał Chichotek i wymachiwał nóżkami. – Ja chcę na ląd! Ja się do tego nie nadaję!

Tappi i Smoczy Łeb nie słuchali jednakże rozpaczliwych próśb zwierzątka i pędzili prosto na Wielką Falę. Ta w ostatniej chwili zorientowała się, że ktoś chce ją nauczyć rozumu, ale tylko zmierzwiła się, spieniła, zabulgotała i jeszcze przyspieszyła.

– Utopię Tappiego jak zbója ostatniego! – zaszumiała.

– Akurat! – huknął Tappi, a potem okręt uderzył w Wielką Falę dziobem. Rozległ się ogłuszający plusk, zewsząd buchnęła woda, ale okręt dzielnie przebił się na drugą stronę.

– Hoho! – wołał Tappi. – Daliśmy szkołę tej niedobrej Fali!

– Hoho! – powtórzył Smoczy Łeb, również uradowany.

– A mi się wcale, a wcale nie podobało… – mamrotał Chichotek, przemoczony do suchej nitki. – Dobrze, że to już koniec!

– Wcale nie – oznajmił Smoczy Łeb. – Oto kolejna Wielka Fala pędzi w naszym kierunku!

– O nie…

Rozbili i tę falę bez trudu, a po niej kolejną i jeszcze jedną, i następną... Tymczasem fale nadal nadciągały, a każda wydawała się większa i potężniejsza od poprzedniej. Pokrzykiwały groźnie, nacierając na mały okręcik, aż rozkołysały całe morze, dotychczas ciche i spokojne.


– Tak być nie może! – zawołał Tappi, również mokry od stóp do głów. W jego brodę zaplątały się wodorosty, a na czubku głowy trzepotała nieco zdziwiona rybka. – Przecież te fale zrobiły bałagan na całym morzu! Jeszcze rzeczywiście kogoś zatopią! Trzeba je zatrzymać! Smoczy Łbie, czy widzisz, skąd one napływają?

– Widzę! – odkrzyknął Smoczy Łeb, również mokry i zagniewany. – Już niedługo tam będziemy!

– A nie wydaje wam się, że te Wielkie Fale po prostu chcą nas namówić do powrotu? – bąknął Chichotek, ale nikt go nie usłyszał.

Smoczy Łeb się nie pomylił. Po rozbiciu trzech szczególnie wrednych Wielkich Fal Tappi ujrzał stojącego po kolana w wodzie olbrzyma z wielką torbą przewieszoną przez ramię. Olbrzymisko co chwila nachylało się i podrywało z dna morskiego ogromny głaz, po czym wznosiło go wysoko nad głowę i z całej siły rzucało w wodę. Morze burzyło się i natychmiast wyskakiwała kolejna Wielka Fala, gotowa topić, niszczyć i rymować.

Zapewne pamiętasz, że Tappi wpadał w prawdziwą złość tylko wtedy, gdy widział, jak ktoś wyrządza komuś innemu krzywdę. Choć olbrzym był od niego kilkanaście razy większy, Tappi bez wahania zacisnął pięści i zawołał co sił w płucach:

– Ejże, olbrzymie! Cóż ci znowu do tego pustego łba strzeliło?

– Hę? – spytał olbrzym mało inteligentnie, co oznaczało, że Tappi się nie pomylił i morskie wichry w istocie wywiały z olbrzymiej głowy wszystkie mądre myśli.

– Dlaczego rzucasz tymi głazami i wywołujesz Wielkie Fale? Popatrz tylko, całe morze wzburzyłeś! Chcesz, by się komuś stała krzywda? Chcesz, by się jakiś okręt przewrócił?

– Eee… – Olbrzym zamrugał oczami i rozejrzał się dookoła, jakby dopiero teraz zauważył, co takiego narobił. – Ale… Ale to nie ja! To Kraken!

– Głupot nie wygaduj! – Tappi nasrożył brwi. – Przecież widzę, jak rzucasz skałami!

– Bo próbuję Krakena przepłoszyć! – poskarżył się olbrzym. – Już od paru dni za kostkę mnie trzyma i puścić nie chce!

Zapewne nigdy nie słyszałeś o Krakenach i całe szczęście, bo tych istot w naszym świecie nie ma i nie było. Pojawiają się natomiast w bajkach i nigdy nic dobrego z tego nie wynika, bo to potwory złośliwe i niegodziwe. Przypominają kształtem ogromne ośmiornice i uwielbiają się czaić w morskich głębinach, by porywać statki lub nieostrożnych wędrowców. Tappi zafrasował się nieco.

– A czemuż to cię Kraken złapał? – spytał ze zdziwieniem. – Przecież nawet Kraken nie zje kogoś tak ogromnego jak ty!

– Chodzi o mój worek! – Olbrzym wskazał swoją sakwę i w tej samej chwili, jakby na potwierdzenie tych słów, coś szarpnęło jedną z jego nóg z taką siłą, że mało się nie przewrócił. – Jestem Wielgłaz, kuzyn Głabrzycha! Słyszałem, że kuzynek żenić się chce i dary weselne mu niosę! Marcepan, miód, ciasta, kołacze, hoho, czego tam nie ma! I wszystko byłoby dobrze, gdyby Kraken tych smakołyków nie zwąchał. Złapał mnie i od paru dni torbę chce mi odebrać! Jak tak dalej pójdzie, to spóźnię się na weselisko!

– Już się spóźniłeś! – zawołał Chichotek i natychmiast tego pożałował, bo na obliczu olbrzyma pojawiła się wielka złość.

– Co takiego?! – ryknął, aż chmury uciekły w popłochu. – Spóźniłem się na ślub kuzynka? To twoja wina, ty przeklęty Krakenie! A masz za swoje!

Wielgłaz uniósł wyżej skałę i Tappi zrozumiał, że ta fala będzie największa ze wszystkich. Musiał ją jakoś powstrzymać!

– Poczekaj! – huknął jeszcze głośniej od olbrzyma. – Nic straconego!

– Co? – Wielgłaz się zawahał.

– Przecież nadal możesz udać się do Szepczącego Lasu, złożyć kuzynowi życzenia i wręczyć mu prezent – wyjaśnił wiking. – Ucieszy się tym bardziej!

– Ale jak to zrobić, skoro Kraken nadal mnie trzyma? Muszę mu skałą przywalić!

– Poczekaj! – zawołał Tappi, którego wzrok padł na worki od Pasibrzucha. – Jest inny sposób.

Kraken, który trzymał kostkę Wielgłaza, należał do wyjątkowo żarłocznych. Puścił kostkę olbrzyma dopiero po tym, jak Tappi wyrzucił za burtę wszystkie trzy worki ze smakołykami otrzymanymi od kupca. Pozbawił się tym samym całego zapasu, ale nie dość, że uwolnił olbrzyma, to jeszcze przyniósł ulgę całemu morzu, które miało już dosyć Wielkich Fal. Kraken pomachał jedną macką – pozostałe trzymały podarowane worki – i znikł w głębinach.

– Och, jestem ci bardzo, bardzo wdzięczny, Tappi! – zawołał radośnie Wielgłaz, masując kostkę, którą trzymała silna macka Krakena. – Jak ci się mogę odwdzięczyć?

– Wystarczy, byś następnym razem pomyślał o innych, nim zaczniesz działać – odkrzyknął Tappi. – Aha, jeszcze jedno! Czy mógłbyś wskazać mi jakieś miejsce, w którym zdobędę nowe smakołyki?

– Płyńcie na zachód! – poradził Wielgłaz. – Niebawem ujrzycie brzegi wyspy Miodunii, a tam głodu nie zaznacie! Bywajcie!

- Bywaj i ty, Wielgłazie!

I tak olbrzym powędrował przez fale w stronę Lodowej Zatoki i Szepczącego Lasu, a Tappi, zadowolony ze swojej pierwszej przygody, odczepił Chichotka od masztu i wziął kurs na wyspę Miodunię.


Opowieść trzecia,
w której Tappi popełnia wielki błąd, ale za to zyskuje nowego przyjaciela

Po tym, jak nasz dzielny wiking bez wahania oddał Krakenowi trzy worki smakołyków od Pasibrzucha, jego okręt stał się lekki jak piórko. Dobre Morskie Wiatry wypełniły czerwony żagiel i statek chyżo śmigał po spokojnych wreszcie wodach Szumiących Mórz. Tappi zaś rozsiadł się wygodnie i spojrzał na Chichotka:

 

- No, to pierwszą przygodę mamy już za sobą. Czy teraz wreszcie zgodzisz się ze mną, że żeglowanie to przyjemna sprawa?

- Ciekawe, jak długo będziesz tak myślał! - bąknął Chichotek, wciąż nieco obrażony i wskazał kopytkiem miejsce, gdzie wcześniej znajdowały się worki z jedzeniem. Tappi spojrzał w tym samym kierunku i natychmiast posmutniał.

– Cóż – westchnął. – Nie mamy co jeść. Źle się składa, bo z pustym brzuchem kiepsko się żegluje. Ba, z pustym brzuchem wszystko jest o wiele trudniejsze. Miejmy nadzieję, że do owej wyspy Miodunii wcale nie jest daleko. Hej, Smoczy Łbie! Daleko do Miodunii jeszcze?

Odpowiedziało mu chrapanie. Smoczy Łeb, utrudzony pojedynkiem z Wielkimi Falami, drzemał spokojnie, wisząc tuż nad falami.

– Zapewne blisko. – Tappi pocieszył sam siebie. – Hej, Chichotku! Wiesz, o czym zapomnieliśmy?

– O zamknięciu drzwi Chaty na klucz? – ucieszył się reniferek.

– Och, tym, drogi Chichotku, nie musisz się już przejmować – stwierdził Tappi z mądrą miną. – Wielkie Fale były tak zimne, że od razu sobie wszystko przypomniałem. Zamknąłem Chatę na klucz, a klucz oddałem na przechowanie niedźwiedziowi Brzuchaczowi! Chodzi mi o coś innego. Wiesz, Chichotku, że w dawnych opowieściach okręty miały różne nazwy? Nasz jak dotąd własnej się nie doczekał. Musimy mu więc coś wymyślić.

Chichotek nie miał jednak ochoty dzielić się pomysłami, a Tappi, który dawno nie jadł niczego porządnego, również stracił zapał do zabawy, tym bardziej, że nic nie przychodziło mu do głowy. Płynęli więc w ciszy, przerywanej jedynie pluskiem fal i chrapaniem Smoczego Łba. Czas dłużył się niemiłosiernie, aż niespodziewanie nad okrętem zawisła szara chmura, która z zaciekawieniem przyjrzała się obu podróżnikom.

– Witaj, Chmuro! – przywitał się Tappi, grzeczny jak zawsze. – Czy znasz może drogę do wyspy Miodunii?

– Znam! – stwierdziła Chmura.

– O, to wspaniale! – ucieszył się wiking. – Czy to daleko?

– Nie, bliziutko! – Chmura się uśmiechnęła. – Ale musicie skrę cić na wschód i to natychmiast!

– Znakomicie! – zawołał Tappi i naparł na ster. – Zabłądzilibyśmy, gdyby nie ty! Dziękuję!


Chmura nic nie odpowiedziała i oddaliła się pospiesznie, udając, że goni ją niesforny wiatr. Niestety nie była to bowiem zwykła chmura, a złośliwa Chmura Kłamczucha, która uwielbiała wprowadzać morskich wędrowców w błąd. Zapewne sam dobrze wiesz, że nie ma gorszych rzeczy niż kłamstwo, ale Chmura Kłamczucha wcale nie była grzecznym dzieckiem i nie miała o tym pojęcia. I tak oto Tappi oraz Chichotek płynęli tam, gdzie wcale znaleźć się nie chcieli, a wyspa, która się wkrótce ukazała ich oczom, nie nazywała się Miodunia, ale Paskuda i bynajmniej nie miała nic dobrego do zaoferowania.

Najpierw ich oczom ukazały się czarne, posępne góry, a fale, roztrzaskujące się u ich stóp, mruczały złowrogo. Nad szczytami krążyły mewy, które zamiast pokrzykiwać wesoło wolały chrapliwie skrzeczeć, a szare, grubaśne chmury nad wyspą miały gorzkie miny.

– Może i mało się znam na podróżowaniu – odezwał się Chichotek. – Ale ta wyspa jakoś na Miodunię nie wygląda.

– Przestać marudzić! – Tappi napomniał towarzysza surowo. – Oczywiście, że to Miodunia i zaraz sobie porządnie podjemy. A tam czeka na nas zatoczka! Hoho, jeszcze chwila!

Ostatnie słowa skierowane były do brzuszyska Tappiego, które na słowo "podjemy" zareagowało głośnym burczeniem, tak głośnym, że niespodziewanie przebudził się Smoczy Łeb. Parsknął, zupełnie jakby był końskim łbem, a nie smoczym, a potem ziewnął i rozejrzał się.

- Chyba mi się przysnęło - oznajmił. - Gdzie jesteśmy?

- To wyspa Miodunia - stwierdził Tappi.

- Aha. To znaczy, że mi się porządnie przysnęło. Miodunia leży przecież dwa dni żeglugi od miejsca, w którym spotkaliśmy olbrzyma Wielgłaza!

- Kolejna maruda! - westchnął Tappi, a jego brzuszysko potwierdziło przeciągłym burknięciem. - Płyńmy w stronę tej malutkiej zatoczki!

Wiking nie chciał się przyznać przed przyjaciółmi, że nigdy jeszcze nie był tak głodny jak teraz. W takich sytuacjach jego rozum nie działał najlepiej. Dlatego więc, przekonany o swojej racji, sterował prosto w stronę brzegu. Wkrótce okręt zarył dziobem w piasku, a ucieszony Tappi wyskoczył na piasek.

– Hop, hop! – zawołał. – Jest tu kto? Czy jest tu ktoś, kto miałby ochotę poczęstować głodnego wikinga? Hop, hop!

Zapewne Mamusia i Tatuś mówili ci, że nie wolno głośno wrzeszczeć. Tappi na ogół pamiętał o tej zasadzie, ale tym razem uznał, że tak bardzo potrzebuje pomocy, iż warto ją złamać. Krzyczał więc bez opamiętania, coraz głośniej i głośniej, aż przebudził Torbula, czarownika mieszkającego na szczycie najwyższej góry Paskudy.

– Cóż to znów takiego, psiakostka? – mruknął do siebie. – Kto tak hałasuje na mojej wyspie, do stu grzmotów? Czyż to moja dzielna drużyna?

Jak zapewne już sam wiesz, czarownik był bardzo źle wychowany i pokazywał to na każdym kroku. Kopnął w kąt swoje ciepłe pantofle, które trzymał tylko po to, by pokazywać, że ich nie potrzebuje, wytarł nos w rękaw, pomarudził chwilę i podszedł do okna.

- Burczek! - mruknął. - Podaj no mi lunetę!


Burczek, malutki, włochaty troll z wielką, potarganą grzywą, wyskoczył z kąta i podbiegł do czarodzieja, wlekąc po podłodze instrument, który Torbul odebrał kiedyś jakiemuś kupcowi.

- Uważaj, bo zepsujesz! - Torbul warknął i wyszarpnął lunetę z rąk trolla-pomocnika, aż ten się zatoczył i pacnął na siedzenie. Czarodziej zaś przyjrzał się uważnie brzegowi zatoczki i ujrzał Tappiego, a za nim okręt i małego renifera na dziobie.

- No, no... - mruknął zadowolony i znów wytarł nochal. - I co my tu mamy! Zacny stateczek, w sam raz dla mojej dzielnej drużyny, a do tego smakowitego renifera i wielkiego osiłka, który mógłby mnie nosić na plecach. Bo ostatnio jakoś mi się nie chce chodzić. Ejże, moja dziel na drużyno! – wrzasnął przez okno. – Wstawać! Wyruszamy na brzeg! Prezenty przypłynęły!


Dzielna drużyna czarodzieja Torbula składała się z trzech trolli, którym wyrosły tak gęste czupryny, że w głowach zabrakło już miejsca na mózgi. Nie były w związku z tym w stanie wymyślić żadnej mądrej zabawy poza waleniem się pałkami po łbach, co z kolei sprawiało, że głupiały jeszcze bardziej. Minęła więc dłuższa chwila, nim Gorbulgul – najmądrzejszy z całej trójki – zrozumiał, że wołanie skierowane jest do nich.

– Chłopaki! – zahuczał. – Nakładać hełmy! Brać tarcze i pałki! Idziemy na brzeg!

– Na brzeg! – zadudnił drugi o imieniu Bulgul, który potrafił powtórzyć jedynie dwa ostatnie słowa Gorbulgula. Trzeci, którego nazywali Bul, nie umiał nawet tego. Zabełkotał więc pokazowo i pomachał pięścią w pierwszym lepszym kierunku. Towarzysze nasadzili mu na głowę hełm, który kiedyś za lepszych czasów odgrywał rolę kotła na zupę, a potem wszyscy pochwycili za pały i, szczerząc zębiska, zaczekali na czarodzieja.

Torbul, smarkając i kichając, zjechał na dół na posapującym z wysiłku Burczku.

– Posłuchajcie mnie, moja dzielna drużyno! – oznajmił. – Na brzegu naszej ukochanej wyspy Paskudy wylądował straszliwy wiking wraz ze smakowitym reniferkiem i całkiem udanym stateczkiem! Wikinga związać, statek zabrać, a renifera…

Przerwał i zastanowił się przy tych słowach. Piwnice miał pełne mięsa, kiełbas i ciast, które swego czasu również ukradł pewnemu kupcowi i od dłuższego czasu obawiał się, że jego dzielna drużyna kiedyś odnajdzie tam drogę i wszystko mu pożre. Dzielić się swoimi smakołykami, jak na złośliwego czarodzieja przystało, Torbul nie miał najmniejszego zamiaru. Przyszło mu więc do głowy wspaniałe rozwiązanie.


– A renifera możecie sobie zjeść!

Ucieszona dzielna drużyna podskoczyła trzykrotnie, aż się zamczysko Torbula zatrzęsło, a potem pogalopowała w stronę brzegu. Czarodziej zaś wysmarkał się porządnie w koszulę Burczka, usiadł mu na głowie i kazał mu się wnieść na najwyższe piętro wieży. Tam, chichocząc złośliwie, złapał lunetę i zaczął się przyglądać wydarzeniom na brzegu.

Nie wiedział, że oprócz Gorbulgula, Bulgula i Bula jego niecny plan usłyszał jeszcze ktoś, kto na szczęście Tappiego dobrze znał i – podobnie jak i Ty! – bardzo go lubił. Był to kruk Paplak, który przelatywał sobie nad wyspą Paskudą i przycupnął na dachu wieży, zaciekawiony wrzaskami trolli. Usłyszawszy słowa czarodzieja, rozpostarł skrzydła i pomknął w stronę brzegu zatoczki. Wylądował na piasku tuż obok Tappiego, który powoli tracił nadzieję, a wraz z nią siły.

– Tappi! – wrzasnął kruk. – Zły czarodziej Torbul chce cię złapać w niewolę! Wysłał po ciebie swoich zbójów! Idą tu, idą!

– A nie mają czegoś do jedzenia? – spytał Tappi z nadzieją, ale Chichotek nie dał mu dojść do głosu:

– Słyszałeś, co mówi Paplak? To nie żadna Miodunia, Tappi! To pułapka! Trolle! Czarodziej! Uciekajmy stąd!

– A właśnie, że to Miodunia… – bronił się słabo Tappi, ale w tej samej chwili spomiędzy drzew wypadł Gorbulgul i machnął pałą. Za nim pojawiła się reszta dzielnej drużyny.

– O, o nich właśnie mówiłem – oznajmił Paplak i zerwał się do lotu, gubiąc pióra. – Papa! Do zobaczenia! Mam pilną sprawę na głowie!

Magiczne kruki z Szepczącego Lasu były ptakami ciekawskimi, ale do odważnych nie należały i nikt się nie dziwił temu, że nie mają ochoty na bójkę. A zapowiadało się na całkiem srogą bijatykę, gdyż trolle były tak straszne, że aż drzewa pobladły.


– Złapać wikinga! Zabrać statek! Pożreć renifera! – Gorbulgul ryknął z taką siłą, że aż mu garnek pękł na głowie.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?