Królewska Talia Tom 1

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Wstęp

Rozdział 1. Droga przez Słone Bory

Rozdział 2. Miasto na Skale

Rozdział 3. Pochodnia

Rozdział 4. Jałowiec

Rozdział 5. Taliot

Rozdział 6. Ugór

Rozdział 7. Mglaki

Rozdział 8. Stęchlizna

Rozdział 9. Ostaniec

Rozdział 10. Przytulisko

Rozdział 11. Szlak na północ

Rozdział 12. Skowyt

Rozdział 13. Gadające Bagna

Rozdział 14. Posępna Łuna

Rozdział 15. Wierzbowa Przystań

Rozdział 16. Powrót do Skowytu

Rozdział 17. Droga na Dymiące Wzgórza

Rozdział 18. Dymiące Wzgórza

Rozdział 19. Droga do Tangstevu

Rozdział 20. Obóz królewski nad Szczeliną

Rozdział 21. Brzeg Toporzyska

Rozdział 22. Powrót do Ugoru

Dodatek 1. Członkowie głównej linii rodu Hanstarów

Dodatek 2. Rody Mandylionu

Dodatek 3. Taliad przed przybyciem Mandyliończyków

O Autorze

Redaktor prowadzący: AGNIESZKA SOBICH, MONIKA KOCH

Redakcja: ANNA WŁODARKIEWICZ

Korekta: MACIEJ KORBASIŃSKI, TERESA ZIELIŃSKA, HALINA STYKOWSKA

Projekt okładki i ilustracje: PAWEŁ ZARĘBA

Projekt graficzny i DTP: BERNARD PTASZYŃSKI

© Copyright for text by Marcin Mortka, 2017

© Copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

Warszawa 2017

Wydanie I

Wszystkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-8073-508-8

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

Al. Jerozolimskie 94, piętro 12, 00-807 Warszawa

Tel. +48 22 379 85 50, Faks: +48 22 379 85 51

e-mail: wydawnictwo@zielonasowa.pl www.zielonasowa.pl

Konwersja: eLitera s.c.

.

Zobacz także inne książki Marie Lu:

REBELIANT

WYBRANIEC

PATRIOTA

Z całego serca dziękuję redaktorce tej książki, Pani Annie Włodarkiewicz, drugiej osobie, którą polubiła moją opowieść, a pierwszej, która zaprowadziła w niej porządek.

Autor



Pierwsi z nich pojawili się trzy lata temu.

Ich skrzydlate okręty kotwiczyły przy Svallebru i w innych portach dumnego Taliadu, a przybysze schodzili na ląd, dziękowali za gościnę i udawali się na krótki spoczynek, by skoro świt chwycić za lunetę i wypatrywać kolejnych okrętów, a na nich rodzin, przyjaciół, sojuszników, rodaków. Wielu z nich się doczekało – nie było dnia, by na poszarpanym horyzoncie nie pojawiły się nowe żagle. Ale chwile ulgi i radości nigdy nie trwały długo, każdy kolejny statek przywoził bowiem coraz gorsze wieści.

Ze współczuciem spoglądano na tych, którzy musieli umykać ze swej ojczyzny. Ze strachem słuchano opowieści o straszliwej Czerni, która im zagroziła, skwapliwie wskazywano miejsca w gospodach i pola, na których mogli wznieść namioty, szczodrze częstowano, tym bardziej że płacili chętnie. Mało komu z Taliadczyków przeszkadzało to, że przybysze na ogół traktowali ich z góry i mało który znał ich mowę. Nie zważano nawet na to, że przybywało ich z każdym dniem i wkrótce były ich tysiące, dziesiątki tysięcy. Ba, mówiono nawet, że król Taliadu, pochłonięty beznadziejną wojną domową z własnymi braćmi, przyjmie obcych pod swój znak i dzięki nim rychło zakończy zmagania.

O tym, że ufność i głupota tego samego ojca mają, przypomnieli sobie Taliadczycy dopiero w chwili, gdy najwytrwalsi spośród przybyszów odwrócili się już od morza i schowali lunety. Ich ojczyzna za wielką wodą przestała istnieć. Nadszedł czas na znalezienie sobie kolejnej, a w namiocie ich władcy, który cudem uszedł z życiem na jednym z ostatnich okrętów, oficjalnie zatwierdzono dość oczywisty plan.

Czekali tylko na pretekst, by wypowiedzieć Taliadowi wojnę, a ten pojawił się szybko.

Wkrótce Taliad przekonał się, że niewiele może się równać determinacji armii, która nie ma absolutnie nic do stracenia. Rozpoczęły się czasy Mandylionu.


– Idą!

„Idą” – powtórzył w myślach Tankred. Przełknął ślinę i zacisnął dłoń mocniej na mieczu. Odruchowo rozejrzał się po lesie, ale niskie, poskręcane sosny, wyrastające z nadmorskich mchów, zazdrośnie skrywały tajemnicę. Wysoko nad ich czubkami krzyczały zaniepokojone mewy.

– Idą! – raz jeszcze wykrzyknął Pieśniarz, stojący gdzieś na czele konwoju, zupełnie niepotrzebnie, bo nikt z żywych nigdy nie ośmieliłby się podważyć jego słów.

Konie parskały cicho i łyskały ślepiami, jakby i one wyczu­wały zagrożenie. Ludzie kryli się za burtami wozów, wyglądali zza kół, celowali spod plandek.

Gdzieś daleko, wśród pokracznych, przypominających odnóża korzeni sosen pojawiły się pasemka mgły, natychmiast roztrącone przez poruszający się błyskawicznie niewyraźny kształt. Tankred odruchowo zamknął oczy i odwrócił głowę.

„Przeklęte Widmo” – pomyślał z odrazą.

Ponad nadmorskim lasem przemknął wrzask dzikiej grozy, ale nic nie mogło powstrzymać przeznaczenia. Mgła niespodziewanie zgęstniała, posiwiała, a potem przeszyły ją pierwsze strzały. Przemykały nad głowami, rozdzierały płótno, z hukiem wbijały się w drewniane burty. Jeden z piechurów klęczących obok Tankreda złapał się za gardło, inny z wrzaskiem szarpał strzałę sterczącą mu z przedramienia. Nikt nawet na niego nie spojrzał. Uwaga wszystkich skupiona była na przygarbionych istotach wyłaniających się z mgły.

Obrońcy konwoju krzyczeli chrapliwie i szyli z łuków, ale Tankred nie słyszał ani słowa. Krew huczała mu w żyłach. Nadchodzili.

Mąciciele. Plugastwo. Durnie z sieczką w głowach.

Tankred spojrzał na Dagnaara Vlistuna, który czuwał nieopodal, zasłonięty owalną tarczą. W jego oczach wyczytał dokładnie to, czego się spodziewał.

– Naprzód! Za Mandylion! – ryknął i zeskoczył z wozu.

Dagnaar również się zerwał, a za nimi Tomas Toulghan, Alaine Puckhard i pozostali rycerze Stalowej Duszy. Biegli jak szaleni między drzewami. Sypki piach więził ich stopy, iglaste gałęzie smagały po twarzach, zewsząd śmigała ku nim śmierć zbrojna w stalowe groty, ale nic nie mogło ich powstrzymać.

Tankred, który pędził na przedzie, zapomniał osłonić twarz tarczą. Zrobił to w ostatniej chwili. Ułamek sekundy później przebił ją grot jednego z napastników, inny musnął jego naramiennik, który odbił się i wirując, poleciał w las. Jeden z młodych rycerzy – chyba Puckhard – ryknął z bólu, ale nie miało to znaczenia. Znaleźli się w zasadzce.

Tankred nie miał cienia wątpliwości, że przeciwnikowi dokładnie o to chodziło. Zwiadowcy z pewnością śledzili ich konwój od chwili, gdy opuścili Posępną Łunę, i donieśli, że czwartą część eskorty stanowią rycerze Stalowej Duszy, którzy nie potrafią trwać na stanowisku jak szkoleni łucznicy czy pikinierzy. Mąciciele wiedzieli, że bez trudu zdołają oderwać ich od wozów i zaciągnąć w las.

 

Na tym jednakże kończyła się ich umiejętność przewidywania wypadków. Jeśli spodziewali się, że zdołają w ten sposób wybić przeciwnika, mylili się, i to bardzo. Przypuszczalnie nie zdawali sobie sprawy, kim rycerze Stalowej Duszy naprawdę byli, i nie wiedzieli, czego mogą się po nich spodziewać.

Najbliższy z napastników zamierzał przebić Tankreda strza­łą wypuszczoną z niewielkiej odległości. Rycerz nawet nie próbował uniknąć grotu, który ześlizgnął się po jego pysz­nym napierśniku, nie czyniąc mu szkody. Sekundę później miecz Tankreda opadł niczym atakujący jastrząb i wgryzł się w ciało przeciwnika. Rycerz nie zwlekał – błyskawicznie wyrwał ostrze z rany i zwrócił się ku kolejnym napastnikom. Korę poskręcanej sosny zbryzgała krew. Następny z atakujących natarł z trzymanym oburącz toporem, ale zamachnął się za mocnoi stracił równowagę. Rycerz ciął go od niechcenia przez plecy, odepchnął jego ciało tarczą, zawirował, odbił atakującą znikąd włócznię i zmiażdżył głownią twarz napastnika.

Mąciciele. Wszawe plemię. Opętani żądzą zemsty ludzie pokonanego już króla Taliadu.

Przeciwników wciąż przybywało, ale rycerze Stalowej Duszy, choć nieliczni, zdawali się być w kilku miejscach naraz. Tankred miał wrażenie, że Puckhard osunął się na ziemię bez życia, ale nie miał czasu tego sprawdzić. Ciął i rąbał, zamieniony przez furię w stalowy wir. Nie liczył wrogów posyłanych na mech ani uderzeń przyjmowanych na powyginaną tarczę. Walczył i uśmiechał się.

Szczury. Tępe gady. Cierń w boku Mandylionu.

Gdzieś w oddali krzyczał Pieśniarz, wył wiatr, złowieszczo skrzypiały pnie drzew. Toulghan wrzeszczał, przybity włócznią do pnia sosny. Nie miał kto mu przyjść z pomocą. Tankred rąbał, pchał i parował. Po czole wędrowała mu samotna kropla potu, pierwsza z wielu.

Zetknął się plecami z Dagnaarem.

– Nieźle jak na skrybę – parsknął tamten, zdyszany.

– Nieźle jak na zielarza – wycedził Tankred. – Myślałem, że pijawki, które...

– Uważaj!

Tankred spóźnił się o ułamek sekundy. Mąciciel, uzbrojony w długą włócznię, którą władał zaskakująco sprawnie, wykonał przebiegłe pchnięcie. Młody rycerz uskoczył i w tej samej chwili zauważył, że z boku naciera kolejny napastnik. Zawahał się – nowo przybyły miał wydatne kości policzkowe, duże zielonoszare oczy i ostro zakończone uszy. Przez jego twarz biegły pionowe pomarańczowe pasy. Miecz w jego ręku wydawał się lekki niczym piórko.

„Elf? – pomyślał zaskoczony Tankred. – Elf wśród Mącicieli?”

Krótka chwila wahania okazała się zbyt długa. Niespodziewanie świat przed oczami rycerza przesłonił czerwony ból, gdy ostrze wrogiej włóczni wbiło się w jego ciało tuż pod napierśnikiem.

– Aaargh! – ryknął.

Odruchowo złapał drzewce i zatrzymał je nadludzkim wysiłkiem. Kątem oka zauważył, że Mąciciel napiera na włócznię. Elf u jego boku, z jakiegoś powodu poruszony, uniósł miecz. Omdlewający z bólu Tankred nadal powstrzymywał drzewce. Świat rozmywał się, paraliżowany bólem. Rycerz osunął się na kolana.

Dostrzegł jeszcze, jak elfie ostrze zatrzymuje się na mieczu Dagnaara, a potem wszystko wokół spowiły ciemności.


Płomień pochodni zatkniętej na murze zatrzepotał nagle. Tankred odwrócił się gwałtownie, przerażony, że Czerń wkradła się już do ojcowskiego zamczyska zwanego Skaliną, ale ciemny korytarz był pusty. Chłopiec przełknął ślinę, lecz­ ulga była chwilowa. Na powrót przyłożył ucho do ciężkich dębowych drzwi, zza których dobiegały odgłosy kłótni. Jej uczestnicy nie szczędzili gardeł – wściekłe głosy nakładały się na siebie i odbijały echem od ścian. Czasami udawało mu się usłyszeć starszego brata Crustina, który wybijał każde zdanie pięścią na stole, czasami przez gwar przebijał się wuj Mustaig, rycząc niczym piętnowany żelazem bawół, o spokój wołał Olve, ale wszystkich uciszyć potrafił jedynie ojciec.

Tak, Tankred niekiedy odnosił wrażenie, że ojciec mógłby samym tylko spojrzeniem zawrócić burzę. Gdy się odzywał, wszyscy milkli.

„Szkoda tylko, że mówi tak cicho” – pomyślał chłopiec i przycisnął ucho do drzwi, wstrzymując oddech.

Niewiele usłyszał, ale to, co dotarło do jego uszu, zamieniło krew w jego żyłach w lód.

– ...nie możemy porzucić naszego króla w potrzebie... Pojedziemy pod królewski znak, ja i Crustin, oraz ci z was...

– I ja! – ryknął Mustaig, aż echo poszło.

– Nie, bracie. Ty... wszystkie zbiory... kobiety oraz dzieci... Ty i Olve... Tankreda i Vilienę... Póki zostały jeszcze jakieś okręty...

– A Talia? – spytał ktoś.

– To nie nasza sprawa – odrzekł stanowczo ojciec. – My musimy zatroszczyć się o ród.

W zaległej nagle ciszy rozległo się czyjeś pytanie, chyba starego wuja Asthana, jak na złość zadane mocnym, wyraźnym głosem:

– Pojadę z tobą, Vildurfie, jeśli mi każesz, ale... Ale wiesz, że tej bitwy nie wygramy, prawda?

– Do zadań – rzucił w odpowiedzi ojciec. – I niech nas Pieśni wspomną.

Zebrani wymruczeli formułę pożegnalną, zaszurały odsuwane krzes­ła, szczęknął oręż, zazgrzytały otwierane drzwi. Tankred w ostatniej chwili uskoczył w kąt. Serce biło mu szybko. Był przekonany, że ktoś go zauważył i zaraz zostanie zbesztany za podsłuchiwanie narad doros­łych, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi. Wtulony w ciemny zakamarek patrzył na mijających go mężczyzn. Widział wuja Olvego, zazwyczaj pogodnego i rubasznego, teraz szarpiącego z furią wąsiska, widział Crustina, który kręcił głową, jakby nie dowierzał temu, co się dzieje, widział przygryzającego wargę Mustaiga, a nade wszystko ojca, poważnego, wyniosłego, pobladłego, jakby już był duchem.

Patrzył na nich i ich nie poznawał.

Wsunął się głębiej w kąt, ale ojciec, którego czasami posądzał o magiczne umiejętności, zdołał go wypatrzyć. Niespodziewanie jego surowe oblicze rozjaśnił uśmiech. Podszedł do Tankreda i wyciągnął dłoń, by zmierzwić mu włosy.

– Znowu podsłuchujesz? – spytał pozornie beztroskim, lekkim głosem.

– Nie, ja tylko...

– Pewnie, że podsłuchuje – rzucił Olve, który zawrócił w pół drogi.

Klepnął chłopaka po ramieniu, nieco za mocno, przez co ten podniósł głowę. W porę, by przechwycić spojrzenie, którym wuj obdarzył ojca.

Spojrzenie pełne rozpaczy.


Twarz Dagnaara, w pierwszej chwili rozmyta i niewyraźna, nabierała powoli ostrości. Tankred zacisnął powieki i w tej samej chwili ze wszystkich stron zbiegły się wspomnienia zaciekłej walki wśród suchych sosen. Z trudem otworzył oczy i dostrzegł poważną minę towarzysza.

– Co... – wykrztusił. – Co ze mną?

Pamiętał włócznię wbijającą się w jego ciało, tymczasem nie było ani śladu bólu. Po jego ciele rozlewało się natomiast nieprzyjemne, paraliżujące zimno. W umyśle rycerza natychmiast pojawił się niepokojący domysł, z każdą chwilą coraz bardziej przerażający.

– Czy ja... – zachrypiał, ale Dagnaar machnął lekceważąco dłonią.

– Nie, nie jesteś sparaliżowany. Podałem ci tylko wywar z mleczorogu.

– Co takiego?

– Środek na takich szaleńców jak ty. Odbiera władzę w rękach i nogach, by tacy jak ja, znaczy się mądrzy i roztropni, mogli zająć się ich ranami.

W oczach Dagnaara błysnęła iskierka rozbawienia. Tankred z trudem opanował ulgę.

– Nie potrzebuję tych twoich magicznych eliksirów – burk­nął, udając irytację.

– Ależ potrzebujesz. Zapomniałem dodać, że to najlepszy środek uśmierzający ból, jaki znam. Tobie zaś wbito włócznię w bok, skrybo.

Tankred przymknął na moment oczy. Rejestrował coraz więcej odgłosów – ktoś wył z bólu, przeraźliwie piszczała piasta, jeden z woźniców ostro zacinał z bicza opieszałe konie. Czubki sosen wolno przesuwały się na tle szarego nieba.

„Odparliśmy atak” – pomyślał i znów pogrążył się w mroku.


Port, z którego mieli wypłynąć, zwał się Pogromcą. Tankred chciał wypytać wuja Olvego zarówno o tę nazwę, jak i o wiele innych rzeczy. Chciał wiedzieć, kto wzniósł tak masywne wieże, wyrastające z morskiej toni na wysokości skalistej wyspy. Chciał się dowiedzieć, skąd się tu wzięło tylu ludzi o ciemnych oczach i dlaczego mówili inaczej. Ciekawiły go rogi porykujące rytmicznie na miejskich basztach i dziwaczne ryby sprzedawane na mijanych straganach. Chciał mówić i chciał, by do niego mówiono. Zrobiłby wszystko, aby w jakiś sposób stłumić wszechogarniające go napięcie, ale Olve, poważny jak nigdy, mocno zaciskał dłoń na ramieniu chłopaka i popędzał go bez litości.

Posłaniec na spienionym, wyczerpanym koniu dogonił ich, gdy skręcili już w stronę portu i ujrzeli cumujące przy kamiennym nabrzeżu okręty. Był blady i wyczerpany, a prawą rękę obwiązał brudnym bandażem. Zsunął się z siodła i stanął przy wierzchowcu, wspierając się ranną ręką o kulbakę. Patrzył z powagą na Olvego.

Ten westchnął ciężko, bardzo ciężko, niczym człowiek, który zaraz ma usłyszeć złowróżbną ocenę medyka.

– Idź. – Pchnął lekko Tankreda. – Wejdź na okręt. Ten, na którym czeka Brisse. Z pierwszym odpływem opuścisz Mandylion.

– A Viliena? – spytał chłopak, zdezorientowany. – Gdzie moja siostra?

– Na innym statku.

– Czemu? Czemu nie możemy...

Zasypywał wuja pytaniami, bo z jakiegoś powodu nie chciał, aby ten podszedł do posłańca. Nie chciał, aby przybysz zatruł go złymi wieściami, ale Olve pchnął go raz jeszcze, tym razem mocniej, i Tankred ruszył przed siebie, ociągając się. Widział, jak wuj słucha, potakuje z ponurą miną, a potem odwraca głowę i z trudem łapie powietrze. Kilka chwil później sam wszedł na pokład i ochrypłym głosem wydał polecenie rzucenia cum.

– Wujku! – Tankred podkradł się do niego niepewnie. – Te wieże przy skałach... – zagadnął, jakby nic złego się nie działo. – Kto je zbudował?

Twarz Olvego była nieporuszona niczym granitowy sarkofag.

– To już nie ma znaczenia – odparł. – Najmniejszego.


Gdy Tankred ponownie otworzył oczy, zapadał już zmrok. Przez ściany namiotu, w którym leżał, przenikał blask płomieni pobliskich ognisk. Na próbę poruszył ręką i z ulgą odkrył, że paraliżujące zimno powoli ustępuje. Z trudem dotknął bandaży, którymi owinięto jego bok, i skrzywił się, gdy pośród chłodu spowijającego dolną część ciała obudził się ból.

Opadł na zaimprowizowane posłanie. Nawet ten oszczęd­ny ruch wystarczył, żeby jego czoło pokryło się potem. Leżał i ciężko oddychał.

Na zewnątrz słychać było rozmowę. Dopiero po chwili Tankred wyróżnił głosy Pieśniarza Alisanna oraz Dagnaara Vlistuna. Rozmawiali o drodze i o stanie rannych. Głos Alisanna aż drżał z utajonej wściekłości, a Dagnaar mówił cicho, z pokorą, jak zawsze w obecności Pieśniarza. Ten bez ostrzeżenia przerwał rozmowę.

Kilka uderzeń serca później ktoś gwałtownie odrzucił płachtę zasłaniającą wejście do namiotu. Do środka wtargnął rześki powiew wieczornego powietrza oraz ciężki dym z ognisk, a potem wszystko przesłoniła twarz Alisanna.

Tankred, choć wciąż odrętwiały po lekach przyjaciela, drgnął raptownie. Przedstawiciel najbardziej tajemniczej ze wszystkich grup, jakie służyły królowi Mandylionu Duncanowi III, budził lęk samą obecnością i tylko najodważniejsi z rycerzy Zakonu Stalowej Duszy potrafili podczas rozmowy spojrzeć mu w oczy, a nawet oni szybko uciekali spojrzeniem. Niełatwo bowiem przychodził kontakt z człowiekiem, który wydawał polecenia Widmom, tym bardziej że słynął z gwałtownego temperamentu i zamiłowania do sadyzmu.

– Jak się czujesz? – warknął, siadając. Owinął się przy tym wielobarwną szatą pozszywaną z rozmaitych skrawków, co miało symbolizować wiedzę Pieśniarzy, pochodzącą z rozlicznych Pieśni.

– D-d-dobrze – bąknął Tankred, zaskoczony pytaniem.

– To źle. – Pieśniarz zmrużył oczy. Od jego łysej czaszki pokrytej grubymi żyłami odbijał się blask płomieni. – Wielka szkoda, że młody Vlistun podał ci wywar z mleczorogu. Wielka. Powinieneś wić się z bólu, smarkaczu.

 

Młody rycerz wpatrywał się z przerażeniem w Alisanna.

– Ale... Ale...

– Znam Regułę twego Zakonu – cedził Pieśniarz jadowitym głosem. – Doskonale wiem, że zabrania ona wam się chować i nakazuje stawać twarzą w twarz z nieprzyjacielem. Wiem też, że nie kto inny jak sam król rozkazał wam we­pchnąć sobie tę Regułę w dupę, przynajmniej dopóty, dopóki na tych przeklętych ziemiach nie zapanuje pokój. A ty, jak ostatni dureń, pozwalasz sobie na szarżę w głąb lasu!

Drobinki śliny wściekłego Pieśniarza lądowały na twarzy zmartwiałego Tankreda. Chłopak otworzył usta, ale natychmiast je zamknął, niezdolny wyrzec choćby jednego słowa w swej obronie.

– Puckharda pochlastali tak, że cud będzie, jak chłopak wstanie za miesiąc z łóżka, Toulghan też oberwał, a ty sam jeszcze długo będziesz potrzebował pomocy, by się wysrać! – parskał rozwścieczony Pieśniarz. – I po co to wszystko? By rozpłatać kilku parszywych buntowników? Twarzą w twarz, jak nakazuje Reguła? Jeśli mamy wygrać tę cholerną wojnę, król będzie potrzebował każdego z was, osły! Każdego! Nie wolno wam dawać się wyrzynać w leśnych potyczkach!

Umilkł, odwrócił głowę i przez moment wpatrywał się w ognisko przebijające przez ścianę namiotu.

– Niebawem dotrzemy do Miasta na Skale. Tam powierzę ciebie i pozostałych opiece rodu Vothanów, który, jak zapewne wiesz, włada miastem i wodami terytorialnymi – zakończył Alisann. – Gdy tylko tamtejszy Pieśniarz uzna, że możesz wsiąść na konia, wracaj pod sztandar króla i nigdy, przenigdy nie słuchaj własnych pomysłów, Hanstar.

Tankred drgnął lekko, co nie uszło uwadze Pieśniarza.

– Boli cię to, co mówię? – zasyczał. – To dobrze, bo może dzięki temu lepiej sobie zapamiętasz, jakim głupcem się okazałeś. Jesteś Hanstarem, na najgorsze z Pieśni! Twój ród słynie z mądrości! To po tobie, właśnie po tobie, spodziewałbym się rozwagi i umiejętności sprawnej oceny sytuacji! Przynosisz hańbę swemu zmarłemu ojcu. Jeszcze jeden głupi błąd, Hanstar, a urządzę cię tak, że ci nawet wujaszek Olve w niczym nie pomoże.

Dopiero po chwili Tankred uświadomił sobie, że Pieśniarz wyszedł już z namiotu. Jedyną pamiątką po jego wizycie była rozkołysana płachta, którą po chwili odsunęła dłoń Dagnaara.

– Zostaw mnie w spokoju – szepnął Tankred, pobladły i poruszony ostrymi słowami Alisanna.

– Po co? – spytał młody Vlistun, który wślizgnął się do środka i usiadł na rozłożonej na ziemi owczej skórze. – Byś mógł przeżuwać w nieskończoność jego słowa?

– On ma rację.

– To Pieśniarz. Oni zawsze mają rację. Nie mają natomiast prawa szargać świętości, łyse hieny, i dlatego postanowiłem ci coś przepisać na tę szczególną dolegliwość.

Bez słowa odkorkował niewielką buteleczkę i pociągnął z niej spory łyk, a potem poczęstował Tankreda. Rycerz zakaszlał, gdy w jego ustach rozlał się gorzki, piekący smak, ale uśmiechnął się słabo, gdy go rozpoznał.

– To żgluch – mruknął. – Popijasz alkohol pędzony przez Mącicieli? W Posępnej Łunie mówili, że ostatnio dodają do niego jakiegoś świństwa, po którym ludzie mają biegunkę przez tydzień.

– To nie jest oryginalny żgluch. – Dagnaar skrzywił się. – Mój ród nie pija byle czego. Dziadek zdobył recepturę, usprawnił co nieco i hojnie nas obdarował. Mówi, że skoro sam nie może walczyć, bo idzie mu na setkę, to przynajmniej nam poprawi morale.

Obaj uśmiechnęli się, zadowoleni, że coś oderwało ich myśli od konfrontacji z Alisannem, a potem wzięli jeszcze po łyku. Milczeli przez moment, aż z oddali dobiegł wrzask Pieśniarza strofującego strażników.

– Nigdy nie słyszałem, by aż tak się darł – przyznał Tankred. – Przez moment byłem pewien, że chce mnie poszczuć Widmem.

Zaśmiał się nerwowo i z trudem uniósł rękę, aby odgarnąć jasne kędziory z czoła.

– Tu nie chodzi o ciebie – odparł Dagnaar i zacisnął mocno usta, jakby nagle uświadomił sobie, że zdradził wielki sekret. – Przynajmniej nie do końca.

– A o co? – spytał Tankred, siląc się na swobodny ton, choć serce zaczęło szybciej mu bić. – Czyżby naprawdę przybyły jakieś statki z Man...

– Nie wiem – uciął Dagnaar. – Właściwie to wiem tyle co ty, czyli nic.

Wojna w Taliadzie trwała z przerwami prawie od trzech lat i młodym rycerzom Zakonu Stalowej Duszy nieraz zdarzało się ochraniać karawany z zaopatrzeniem dla regularnej armii, ale Tankred od dawna nie widział tak pospiesznie zorganizowanego transportu. Wyrwano ich ze snu w środku nocy, kazano im się zbroić i siadać na ściągane ze wszystkich stron Posępnej Łuny wozy, tuż obok rozespanych łuczników i toporników ze straży grodowej. Nie było czasu na zgromadzenie odpowiednich zapasów – ludzie grododzierżcy, poganiani niemiłosiernie przez Alisanna, zdążyli jedynie wrzucić na któryś z wozów kilka worków z chlebem i suszoną kiełbasą. Nie było również – o dziwo! – czasu na przygotowanie rumaków i po raz pierwszy od początku starcia o Taliad rycerze Stalowej Duszy wyruszali stłoczeni na wozach jak zwykła piechota. Niektórzy z pośpiechu nie zabrali wszystkich elementów pancerza bądź ekwipunku. Przez cały wieczór natrząsali się ze Stvina Vinkenana, który za pół złotego pazura kupił od jakiegoś cwanego woźnicy zwykłą, pocerowaną derkę. W innych okolicznościach za równowartość tej kwoty nabyłby jego chatę i połowę ogródka.

Ten nadzwyczajny pośpiech sprowokował liczne domysły, tym bardziej że pospiesznie sklecony konwój natychmiast pchnięto na południe, w stronę wybrzeża. Wkrótce wszystkie pogłoski sprowadziły się do jednej.

Ponoć do portu przypłynął statek z Mandylionu.

Tankred nie wierzył w to. Ostatni okręt przypłynął z ojczyzny niedługo po rozpoczęciu walk w Taliadzie i był wypełniony bełkoczącymi szaleńcami, którzy nie potrafili nawet rzucić kotwicy i roztrzaskali dziobnicę o skały na podejściu do portu. Młody rycerz nie miał pojęcia, co się dzieje w ich porzuconej ojczyźnie, ale już dawno pogodził się z tym, że utracili Mandylion na zawsze. Wiedział, że Dagnaar i wielu innych podziela to zdanie, choć Pieśniarze zakazywali defetystycznego myślenia i surowo karali tych, którzy głośno mówili o braku szans na powrót do kraju.

Karali zresztą również za wiele innych przewinień. Nie chcieli, aby toczone obecnie zmagania nazywano Wojną na Obczyźnie, gdyż słowo to ich zdaniem zdradzało, że walka toczy się o coś obcego. Tymczasem w myśl uprawianej przez nich filozofii Mandylion sięgał po to, co mu się należało – po nową ojczyznę. Nie wolno było też używać terminu Królestwo na Wygnaniu ani sarkać na decyzję króla Duncana, który w międzyczasie postanowił rzucić wyzwanie królestwu krasnoludów zwanemu Tangstevem. Nie wolno było również krytykować posunięć rodu Vinkenanów i innych.

Wojna o nową ojczyznę upływała więc w ciszy, przerywanej raz na jakiś czas okrzykiem bojowym, jak najbardziej słusznym i prawomyślnym.

– Jeśli wierzyć plotkom, król kazał żeglarzom z rodu Vo­thanów wysłać kilka żaglowców do Mandylionu – odezwał się nieoczekiwanie Dagnaar. – Wiesz, mieli spróbować odzyskać proch i może postarać się odnaleźć jakichś żyjących...

– Daj spokój.

– Czy istnieje inny powód, dla którego wyprawiono by nas w drogę tak szybko? – W głosie Dagnaara pojawiło się ożywienie. – Pomyśl tylko! A Alisann, cóż... – Rycerz spojrzał na ogniska płonące po drugiej stronie ściany namiotu i oblizał nerwowo wargi. – ...Złości się na siebie – dokończył. – Wybrał drogę przez Słone Bory w nadziei, że nie natrafi na oddziały Mącicieli. Wielkim Traktem dotarlibyśmy do Miasta na Skale o dobry dzień wcześniej, ale na tamtym szlaku istnieje o wiele większe ryzyko wpadnięcia w...

– Prosiłem cię, byś dał spokój. – Tankred poczuł znużenie, jak zwykle gdy zaczynał myśleć o Mandylionie. Jego bok promieniował narastającym bólem. Wywar z mleczorogu przestawał działać.

– Kto inny powiedziałby: „Dzięki, stary, fajnie, że wpadłeś z czymś mocniejszym”, ale Hanstarowie wolą, jak widać, pogrążać się w odmętach własnych dusz. Trzymaj się więc! – Dagnaar wzruszył ramionami i wymknął się na zewnątrz, pozostawiając Tankreda sam na sam z ciemnością, bólem i wspomnieniami.


Z wagi tego, co się dzieje, zdał sobie sprawę dopiero, gdy wieże Pogromcy zaczęły znikać za horyzontem. Jego kuzyn Brisse stracił wtedy panowanie nad sobą – przypadł do relingu, krzyczał, odpychał ludzi próbujących go uspokoić, a potem rzucił się na pokład. Wówczas pojawił się Olve z twarzą zmienioną gniewem. Złapał swego syna za ramiona, wysyczał mu kilka słów do ucha, a potem zawlekł do kajuty pod pokładem. Tankred przyglądał się tej scenie z chorobliwą fascynacją. Wuj wyłonił się na pokład kilka uderzeń serca później. Złapał zaskoczonego Tankreda i również jego pociągnął do kajuty, a tam cisnął na koję. Chłopak boleśnie uderzył potylicą o ścianę. Gdy nieco oprzytomniał i otworzył szeroko oczy, urażona duma podsunęła mu słowa, które wydawały się pasować do sytuacji:

– Nie wolno ci mnie traktować jak byle dzieciaka! Jestem młodszym synem Vildurfa Hanstara, drugim dziedzicem...

– Byłeś – przerwał mu bezlitośnie Olve i przygładził wąsiska, dysząc ciężko. – Wiesz, co mi przekazał ów posłaniec w porcie? Królewskie hufce przegrały pod Rozpaczą bitwę z Czernią. Vildurf wraz ze swoimi rycerzami oraz Badian Fulgham z przybocznymi osłaniali odwrót króla. Do końca. Wiesz, co to oznacza?

Tankred miał wrażenie, że jego świat zaczyna się rozpadać.

– Czy to znaczy, że... – Głos mu się załamał.

– Tak, chłopcze. Przykro mi. – Surowy głos wuja złagodniał nieco, a jego oczy zaszkliły się. Odwrócił głowę, jakby targnął nim nagły przypływ emocji, ale błyskawicznie odzyskał panowanie nad sobą i znów spojrzał na chłopaka. – Naprawdę mi przykro, bo... Ech, szlag by to trafił!

Zerwał się z koi, kopnął w ścianę i oparł się o nią rękami. Oddychał przez moment chrapliwie, a potem odkaszlnął i odwrócił się do przestraszonego Tankreda.

– Jesteś jedynym żyjącym synem Vildurfa, jego dziedzicem i przyszłym Zwierzchnikiem Rodu – powiedział cicho i uroczyście. – Zostaniesz nim, gdy osiągniesz pełnoletność, a do tego czasu Zwierzch­nikiem Rodu będzie najstarszy brat twego ojca, wuj Mustaig. Ja dołączę do Rady Królewskiej jako Pierwszy Doradca, a ty natychmiast po wylądowaniu wstąpisz do któregoś z oddziałów Stalowej Duszy. Tam przejdziesz szkolenie. Czy chcesz o coś spytać?

Chłopak czuł w gardle dławienie tak silne, że z największym trudem wykrztusił kolejne pytanie:

– A mama?

Natychmiast tego pożałował, bo na wąsatym obliczu Olvego pojawił się bezgraniczny smutek. Jego oczy zwilgotniały. Minęła dłuższa chwila, nim opanował emocje.

– Mathilda postanowiła zaczekać w Skalinie na powrót męża i syna – odpowiedział głucho, patrząc w bok. – Zawsze była upartą, niemądrą kobietą. Czy wiesz, co to oznacza?

Tym razem Tankred odgadł od razu. Nie zdołał już powstrzymać rozpaczy.


Obudził się w nocy, dręczony koszmarami, pragnieniem i wielkim, przybierającym na sile bólem. Wpatrywał się w mrok, myśląc o swojej szarży w las oraz ostrych słowach Alisanna.