Droga pod pękniętym niebem

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

1  Strona tytułowa

2  Rozdział 1

3  Rozdział 2

4  Rozdział 3

5  Rozdział 4

6  Rozdział 5

7  Rozdział 6

8  Rozdział 7

9  Rozdział 8

10  Rozdział 9

11  Rozdział 10

12  Rozdział 11

13  Rozdział 12

14  Rozdział 13

15  Rozdział 14

16  Rozdział 15

17  Rozdział 16

18  Rozdział 17

19  Rozdział 18

20  Rozdział 19

21  Epilog



Tekst: Marcin Mortka

Ilustracje: „black gear”

Redaktor prowadzący: Agnieszka Sobich

Korekta: Anna Włodarkiewicz, Magdalena Adamska

Projekt graficzny i DTP: Bernard Ptaszyński

Projekt i skład okładki: „black gear”

© Copyright for text by Marcin Mortka, 2014

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.,

Warszawa 2014

All rights reserved

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki

możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-7895-854-3

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

00-807 Warszawa, Al. Jerozolimskie 96

tel. 22 576 25 50, fax 22 576 25 51

wydawnictwo@zielonasowa.pl

www.zielonasowa.pl

Ukochanej żonie Marcie


W stanie Nevada nie istnieje miasto Marington. Nie ma również Cracktown, Misty Heights ani, ku memu wielkiemu żalowi, Golden Leaves. Mam jednakże nadzieję, drogi czytelniku, iż nie odbierze Ci to przyjemności czytania, tym bardziej, że gdzieś w Nevadzie na pewno żyje sobie Mufka.



Mam na imię Heather i chyba tylko to w tej chwili ma jakiekolwiek znaczenie. No, może dodam, że pochodzę z Cracktown, bo to też ważne. Heather z Cracktown, jak w jakiejś taniej powieści fantasy. Cała reszta – gdzie chodzę do szkoły, jakiej słucham muzyki, czym zajmują się moi rodzice

i ilu miałam znajomych na Facebooku – nie ma właściwie żadnego znaczenia.

Moje poprzednie życie zniknęło bowiem wraz z Końcem Świata.

Próbowałam sobie ułożyć drugie, w Domu pod Pękniętym Niebem, ale to też mi nie wyszło. Nie wiem dlaczego. Narastał we mnie niepokój i niezadowolenie, aż coś pękło i po prostu uznałam, że czas wyjechać. Czas, by rozpocząć poszukiwanie wyjaśnień.

Bo nikt nie wie, skąd się Koniec Świata wziął. Nikt nie wie, jak daleko sięgnął. Może gdzieś są ludzie, którzy wiedzą, co się stało i żyją normalnie, jak przed paroma miesiącami. Może gdzieś istnieje jeszcze świat ze szkołami, telewizją, kafejkami i internetem. Dobrze by było odnaleźć ten świat.

Tak, chyba o to mi chodzi. Chyba dlatego poprosiłam Parkera i innych, by pożyczyli mi pick-upa, trochę jedzenia i sprzętu obozowego oraz wszystkie mapy drogowe, jakie udało się wynieść z Trevor’sa. Poprosiłam ich również o zeszyt, gruby brulion, w którym będę zapisywać wszystko to, co ma znaczenie. Może kiedyś się komuś przyda.

Co więcej, złapałam się na tym, że pisanie mnie uspokaja. Pomaga

pochwycić wszystkie rozbiegane myśli, nadać im jakąś formę i ponazywać wątpliwości oraz strachy. Cieszę się teraz, że chodziłam na warsztaty z kreatywnego pisania, prowadzone przez panią Tilly.

Bardzo pani dziękuję, pani Tilly, gdziekolwiek pani jest.

A raczej czymkolwiek pani jest.

Heather uniosła głowę i zamknęła oprawiony w skórę notes, który podarował jej Barry. Ostrożnie odłożyła go na bok i rozejrzała się uważnie. W blasku wątłego ogniska, nad którym przed momentem podgrzała fasolkę po bretońsku z puszki, ujrzała czyjeś ślepia.

„Oczy” – poprawiła się w myślach.

Ujrzała je po raz pierwszy poprzedniej nocy, kiedy wreszcie odłożyła lewarek i wycieńczona otarła pot z czoła. Wystarczyło, że machnęła latarką, a oczy znikły. Chwilę później wczołgała się do szoferki, nakryła się kocem i zasnęła. Była tak zmęczona wymianą koła, że zapomniała nawet zabezpieczyć drzwi od środka.

Ze swoim darem czuła się bezpieczna.

– Hej! – zawołała cicho.

Oczy zgasły i zapłonęły ponownie, jakby istota kryjąca się

w ciemnościach zamknęła na moment powieki.

„To zapewne któryś z Odmienionych” – pomyślała z mieszaniną współczucia i ciekawości.

Fascynowali ją i w przeciwieństwie do większości mieszkańców Domu pod Pękniętym Niebem nie potrafiła darzyć ich niechęcią. Ona nadal widziała w nich ludzi, a nie potwory, istoty jej podobne, których wygląd i tryb życia z jakiegoś względu uległ całkowitej przemianie w wyniku Końca Świata. Miała niejasne wrażenie, że gdyby zrozumiała, co się tak naprawdę z nimi stało, odkryłaby również przyczyny kataklizmu. Nie bała się ich więc i jak dotąd nie myliła się. Z wyjątkiem Miejskich Drapieżców, mistrzów kamuflażu,

u których instynkt zbieracko-łowiecki zagłuszył wszelkie uczucia, Odmienieni na ogół okazywali się niegroźni.

Heather zaś potrafiła łagodzić ich agresję.

– Hej – powtórzyła, wstając. – Nie bój się.

Nie wzięła strzelby, opartej o krzesełko. Nie włączyła nawet latarki. Zrobiła kilka kroków, wyszła poza krąg światła, rzucanego przez niewielkie ognisko i znów otoczyła ją amerykańska noc. Stała na poboczu opuszczonej drogi, sama jedna pod rozgwieżdżonym niebem, zagubiona pośród bezkresnej, zalanej światłem księżyca równiny. Była sama, naprzeciwko siebie miała Odmienionego, którego nigdy

w życiu nie widziała, a mimo to nie było w niej strachu.

– Cześć – powiedziała i wyciągnęła ku niemu rękę.

„Nie bój się – pomyślała. – Nie wyrządzę ci krzywdy”.

Nie wiedziała, dlaczego to robi. Był to przypuszczalnie głupi, teatralny gest rodem z Gwiezdnych Wojen czy Nie z tego świata. Jej talent działał przecież bez gestów czy zaklęć. Odmieniony znów zmrużył oczy i rozpłaszczył się za kępą traw.

Podeszła kilka kroków, by ujrzeć go wyraźniej. W przeciwieństwie do większości napotkanych przez nią Odmienionych ten nadal miał na sobie strzępy flanelowej koszuli, bodajże czerwonej, oraz coś, co kiedyś mogło być męskimi bokserkami. Kulił się w zagłębieniu terenu, ale unosił głowę na nienaturalnie długiej szyi i przechylał ją to w jedną stronę, to w drugą, jakby się zastanawiał, czy Heather stanowi dla niego zagrożenie. Jego szczupłe palce wieńczyły popękane paznokcie, a wzdłuż pleców biegł wyraźnie zarysowany pod skórą kręgosłup.

Widywała gorsze stworzenia.

„Nie boję się ciebie, to i ty się mnie nie bój. Nie stanowię niebezpieczeństwa”.

– Cześć – powtórzyła i przyklęknęła. – To ty mnie wczoraj śledziłeś?

Odmieniony syknął, oblizał pożółkłe zęby i przywarł do ziemi niczym pies gotujący się na karę. Z odległych krzaków dobiegł podobny odgłos.

Heather podniosła się.

– A więc jest was więcej – stwierdziła. – Nic dziwnego. Trzymajcie się blisko siebie. Ten świat stał się ponurym miejscem.

Wróciła do ogniska i wzięła kolejną puszkę z fasolą z plecaka. Otworzyła ją i postawiła kilka kroków pod dziurą, w której krył się ludostwór.

– Smacznego – powiedziała.

Dorzuciła szczapę do ognia i rozsiadła się na krzesełku z notesem w ręku, układając w głowie kolejne zdanie. Zewsząd dobiegała muzyka świerszczy, gdzieś wyły kojoty. Po chwili ołówek znów zachrobotał na kartce.

 

Powinnam była rozpocząć pisanie nieco wcześniej – w końcu opuściłam Misty Heights dobre trzy dni temu – ale nie wydarzyło się nic, co zasługiwałoby na szczególną uwagę. Nie wiem, czy choć raz udało mi się jechać szybciej niż czterdzieści mil na godzinę. Droga jest popękana, tu i ówdzie zatarasowana pniami powalonych drzew czy przewróconym samochodem. Żałuję, że nie wzięłam jakiejś terenowej toyoty, ale wydawało mi się, że

w Domu bardziej się przyda. Przecież moja wyprawa nie ma większego sensu.

Nikt nie uwierzył w to, że uda mi się poznać przyczyny Końca Świata. Chyba nawet ja sama w to nie wierzę.

Jak dotąd nie odkryłam niczego. Ci Odmienieni z długimi szyjami są pierwszymi, których napotkałam od chwili wyjazdu. Nie natrafiłam na żaden ślad ludzkiej bytności. Raz na jakiś czas sprawdzam stacje radiowe

w samochodzie, a wieczorami włączam radiostację, którą podarował mi Marcus, ale nawet w eterze panuje cisza.

Jestem tu sama.

Jutro ruszam dalej na zachód.

Heather ziewnęła i zamknęła zeszyt. Przez chwilę wsłuchiwa­ła się w nocną ciszę, a potem spojrzała na starego, wysłużonego pick-upa.

– Jak dotąd dowiedziałam się tylko tyle, że potrafię sama zmienić koło w samochodzie – powiedziała do siebie. – Sama. Rękami prymuski.

Coś zaszeleściło między pobliskimi krzakami. Po chwili wyjrzała stamtąd głowa Odmienionego. Wpatrywał się prosto w nią i oblizywał się pracowicie.

– Smakowało? – Dziewczyna uśmiechnęła się. – Wybaczcie, chłopaki, ale więcej wam nie dam. Musi mi wystarczyć jeszcze

na jakiś czas, a na zrobienie zakupów w okolicy nie ma raczej szans.

Spojrzała na kryty plandeką tył samochodu. Znajdowało się tam wszystko, co mieszkańcy Domu pod Pękniętym Niebem mogli jej oddać – trochę konserw, suszonych owoców i zup w proszku, kilka butli z gazem, pudełka ze słodyczami, dwa kanistry z benzyną i sporo sprzętu obozowego, przywiezionego z Trevor’sa. Zabrała nawet kilka tysięcy dolarów na wypadek, gdyby gdzieś nadal trwała cywilizacja sprzed Końca Świata, choć nikt w to raczej nie wierzył.

„Weź to – powiedział Parker, wciskając jej kilka pudełek z amunicją. – Tę walutę przyjmą wszędzie”.

– Na razie nie ma jej kto przyjąć – mruknęła Heather. – Obaj Odmienieni woleli resztki fasolki po bretońsku. Trudno o lepszy dowód na to, że kiedyś byli ludźmi.

Przez moment zastanawiała się, czy ich nie opisać w swoim pamiętniku – w końcu postanowiła zapisywać tam wszystkie odkrycia, które mogły mieć jakiekolwiek znaczenie – ale zwyciężyło zmęczenie. Heather wstała, spojrzała na prerię, której nie rozświetlała żadna, najbledsza nawet łuna, i ziewnęła raz jeszcze.

– Nie wiem, jak wy, chłopaki – westchnęła – ale ja chyba trochę się zdrzemnę.

Zarzuciła sobie strzelbę na plecy, wsunęła latarkę płytko do kieszeni dżinsów i nachyliła się, by złożyć krzesełko. Latarka, ledwie wepchnięta do ciasnej kieszeni, spadła na ziemię z cichym trzaskiem i włączyła się.

Snop światła opromienił ludostwora, przyczajonego ledwie kilka kroków dalej.

Heather wyprostowała się powoli, nie spuszczając wzroku z Odmienionego. Dopiero teraz zauważyła nieprawdopodobnie wielkie oczy, pocięte krwawymi żyłkami. Jego wychudłe ramiona drżały, jakby z trudem panował nad wielkim napięciem.

– O co ci chodzi? – spytała powoli, siląc się na normalny ton. – Już ci powiedziałam, że nic więcej do jedzenia nie dostaniesz.

Stwór odsłonił pożółkłe zęby i syknął przeciągle.

Heather ze wszystkich sił narzuciła sobie spokój.

„Odejdź – nakazała mu w myślach. – Nie stanowię zagrożenia. Nie musisz mnie atakować. Odejdź, powtarzam”.

Ramiona zadrżały jeszcze mocniej. Połamane paznokcie wbijały się w ziemię. Heather nie miała już żadnej wątpliwości. Coś było nie

tak.

„Szykuje się do skoku…”.

Miała przy sobie strzelbę, ale od przyczajonego Odmienionego dzieliło ją zaledwie kilka kroków. Zerwanie jej z ramienia, wycelowanie i naciśnięcie spustu zabrałoby dwie, może trzy sekundy,

o wiele za długo. Chyba że…

„Nic ci nie zrobię. Odejdę stąd, wierz mi. Nic ci się nie stanie…”.

Dłoń Heather powoli zacisnęła się na lufie, sterczącej ponad ramieniem. Ludostwór oblizał wyschnięte, spękane wargi.

„Nic ci…”.

Zerwała strzelbę z ramienia dokładnie w tej samej chwili, gdy Odmieniony odbił się od ziemi. Nawet nie próbowała odwracać broni i celować – złapała drugą dłonią za lufę i ze wszystkich sił zamachnęła się strzelbą niczym maczugą. Kolba zderzyła się z ciałem ludostwora z głuchym trzaskiem i posłała go w krzaki, jakby był lekki niczym piórko. Kątem oka dostrzegła, jak przetacza się i tłucze naokoło chudymi odnóżami, próbując się zatrzymać.

Reszta jej nie interesowała. Pędziła jak szalona w stronę samochodu.

Drzwi od strony pasażera były uchylone. Wpadła do środka, zatrzasnęła drzwi i przeskoczyła na siedzenie kierowcy. Na szczęście pamiętała o radzie Parkera i nie wyjmowała kluczyków ze stacyjki. Wbiła pedał sprzęgła, przekręciła kluczyk, ze zgrzytem wrzuciła pierwszy bieg. Silnik pick-upa zawył na najwyższych obrotach, spod przednich opon strzelił żwir, nocny pejzaż przeciął strumień światła z reflektorów.

– Cholera! – wrzeszczała Heather, kręcąc kierownicą. – Cholera, cholera, cholera…

Podskakujący na wybojach samochód nagle znalazł się na drodze, ale wtedy dziewczyna przypomniała sobie o głębokiej szczelinie, która przecinała nawierzchnię w odległości zaledwie kilkunastu kroków od jej obozowiska. W panice wcisnęła hamulec. Samochodem zarzuciło, aż spod opon buchnął biały dym, ale auto zdołało zatrzymać się na skraju ciemnej czeluści. Heather wrzuciła wsteczny.

Zazgrzytało. Bieg nie wskoczył na miejsce.

Coś grzmotnęło w dach, blacha wgięła się tuż nad jej głową, po szybie rozlała się siatka pęknięć.

„Jest na dachu!” – uświadomiła sobie Heather, desperacko usiłując odnaleźć wsteczny bieg.

Udało się. Pick-up wyrwał do tyłu, ludostwór spadł na maskę, ale obrócił się z niebywałą sprawnością. Zacisnął jedną dłoń na krawędzi maski, drugą złapał za wycieraczkę i podciągnął się ku popękanej szybie. Znów oblizał pożółkłe zęby.

Podczas beztroskich, jakże odległych wieczorów przed Końcem Świata Heather nieraz oglądała na YouTube nieprawdopodobne wyczyny kierowców kaskaderów. To, że sztuczka z hamulcem ręcznym w ogóle przyszła jej do głowy, można było wytłumaczyć jedynie

paniką.

To, że się udała, należało okrzyknąć cudem.

Dziewczyna szarpnęła za dźwignię hamulca z taką siłą, iż nieomal ją wyrwała i jednocześnie zakręciła kierownicą. Świat zawirował, wszelkie dźwięki zagłuszył pisk opon zmieszany z rykiem silnika. Odmieniony ryknął i zniknął gdzieś na poboczu drogi, ściskając wycieraczkę w okrwawionej dłoni. Samochód zatrzymał się, ale zdyszana, przerażona Heather znów wprowadziła pierwszy bieg i wcisnęła gaz do dechy.

Pomknęła przed siebie. Była wolna i bezpieczna.

Przez jakieś dwie, trzy sekundy.

Rozpędzonym samochodem wstrząsnęło kolejne uderzenie, tym razem w bok. Dziewczyna odruchowo skontrowała ruchem kierownicy. Na lusterku zacisnęły się długie, chude palce, inne objęły przerdzewiały spojler. W przybrudzonej szybie ukazała się twarz

z ogromnymi oczami, pociętymi żyłkami. Język oblizał pożółkłe zęby.

„Było ich dwóch!” – uświadomiła sobie Heather.

Wiedziała, że Parker wcisnął jej jakiś pistolet, ale chyba zostawiła go w torbie podarowanej przez Wendy. Nie miała pojęcia, co się stało z bagażem. Desperacko macała po siedzeniu pasażera, w luce między siedzeniami, w zagłębieniu za dźwignią zmiany biegów. Nic.

Kątem oka ujrzała, że Odmieniony odchyla głowę. Wiedziała, co to znaczy.

„Chce rozbić szybę czołem!”.

Złapała kierownicę lewą ręką, a prawą zaczęła myszkować przy drzwiach.

„Gdzie jest ten cho…”.

Rozległ się huk i jakaś siła zmiotła ludostwora, wiszącego przy drzwiach. Na bocznej szybie rozbryzgnęła się krew, czerwona, przerażająco ludzka.

Potem w świetle reflektorów pojawiła się jakaś postać.

Heather z całej siły wdusiła hamulec. Spod zablokowanych kół znów buchnął dym, ale podskakujący pojazd nadal mknął prosto na nieznajomego, jakby uwolnił się spod woli kierowcy. Wytracał prędkość, ale niedostatecznie szybko, powoli, zbyt powoli. Heather zacisnęła powieki.

Obawiała się, iż zaraz usłyszy obrzydliwe mlaśnięcie i łoskot padającego ciała, ale nic takiego się nie wydarzyło. Pick-up wreszcie znieruchomiał, a potem, gdy cofnęła nogę ze sprzęgła, przejechał jeszcze metr, aż silnik zadławił się i zgasł. Dziewczyna nadal zaciskała dłonie na kierownicy i nie otwierała oczu.

Wśród nocnej ciszy poniosły się czyjeś powolne kroki.

– Siemano, paniusiu – odezwał się jakiś mężczyzna tuż przy jej głowie.



Mój wybawiciel nazywa się Douglas McTodd i jest pierwszym człowiekiem, na jakiego natrafiłam po opuszczeniu Domu. Pali papierosa za papierosem, cuchnie, jak gdyby był uczulony na mydło i ani na chwilę nie przestaje gadać, ale lepszy jeden żywy McTodd niż tysiąc posągów Justina Timberlake’a. Na dodatek zna się na samochodach – całe szczęście, bo mój stary, dobry pick-up zastrajkował i nie chciał odpalić po…

– A co tam bazgrolisz, paniusiu, jak ja tu ciężko pracuję, hę?! – zawołał McTodd spod uniesionej maski. W zębach trzymał cieniutką latarkę, którą oświetlał silnik.

– Nic takiego. – Heather zamknęła zeszyt i wsunęła go do torby, podarowanej jej na odchodnym przez Wendy. – Mogę w czymś panu pomóc?

– Właściwie to nie. – McTodd zamknął maskę z metalicznym trzaskiem. – No i po bólu. Znasz się na brykach, paniusiu?

– Nie. – Heather pchnęła drzwi i zeskoczyła na asfalt. Wciąż kręciło jej się w głowie po tym, co wydarzyło się na drodze. Odruchowo zerknęła na zegarek.

„Dwadzieścia minut temu? Naprawdę?”.

– Szkoda, bo to pożyteczna sprawa. Klema z akumulatorka się zsunęła, wielkie mi rzeczy. A strzelać umiesz?

– Trochę.

– Trochę to za mało. – McTodd podszedł do leżącego na poboczu Odmienionego. Wsunął do ust papierosa i zapalił go srebrną Zippo. Długi płomyk na moment oświetlił jego twarz, pociągłą i pobrużdżoną. – W okolicy pełno tego paskudztwa. Trzeba dobrze celować, paniusiu, i nie żałować kul. Żywotne cholerstwo jak mało co.

– Tam, skąd pochodzę, Odmienieni nie są agresywni – powiedziała Heather.

– Ale tu są – rzekł McTodd i zaciągnął się. Twarz na moment przesłoniły mu kłęby dymu. – Zawsze działają we dwóch. Podchodzą i przyglądają się. Oceniają, czy stanowisz dla nich jakąś wartość. Ciekawi ich, czy masz coś do żarcia. Nie daj Boże, jeśli masz. Zeżrą cię wraz z podeszwami.

Heather odniosła wrażenie, że zerknął na nią przy tych słowach i mimo woli oblała się rumieńcem.

– Sukinsyny – burknął McTodd. – Zbieramy się, paniusiu. Jeden z nich ocalał. Bez wątpienia sprowadzi inne. Zbieraj graty.

– W porządku. – Heather się otrząsnęła. Pobocze opustoszałej autostrady nie wydawało jej się już bezpiecznym miejscem. Podbiegła do swojego obozowiska, znajdującego się zaledwie kilkanaście kroków dalej, rozdeptała ognisko, złożyła turystyczne krzesełko

i wyłączyła latarkę, nadal leżącą na ziemi. Gdy się odwróciła,

ujrzała, jak McTodd siada za kierownicą.

– Hej! – zawołała. – Panie McTodd! To mój samochód!

– Ale czy ja ci go zabieram? – zaśmiał się jej wybawca i wyrzucił niedopałek na drogę. – Ja poprowadzę. Po ciemku wpakowałabyś nas w jakąś dziurę. Na prowadzeniu samochodów, paniusiu, też się mało znasz? Czy ty w ogóle na czymś się znasz?

– Nie – burknęła Heather, wrzucając swój sprzęt na tył pick-upa.

McTodd mruknął coś, czego nie zrozumiała, i włączył silnik. Niezadowolona dziewczyna usiadła na fotelu pasażera i przypięła się pasami.

Podniesiona na duchu spotkaniem z żywym człowiekiem Heather zapomniała zapytać, gdzie ten mieszka i z minuty na minutę żałowała tego coraz bardziej. Nie miała bowiem pojęcia, dokąd zmierzają. Wiedziała tylko tyle, że z każdą chwilą oddalają się od szosy. Pick-up podskakiwał, zawieszenie jęczało niemiłosiernie, zapasy na pace podrygiwały i przewalały się to w jedną, to w drugą.

 

– Mam nadzieję, że za dnia łatwiej jest odnaleźć drogę – zażartowała, tłumiąc narastający lęk.

McTodd mruknął coś niezrozumiale.

– Słucham?

– Nie gadaj tyle, bo sobie język przytniesz.

– Chodzi mi o…

– Nie gadaj tyle.

Krzaki niespodziewanie ustąpiły miejsca drzewom, suchym, niskim, ale rozłożystym. Ich szerokie, liściaste gałęzie przesłoniły rozgwieżdżone niebo. Teren stał się mniej wyboisty, w świetle reflektorów Heather ujrzała niewyraźne ślady opon. Zmierzali w stronę jakiegoś zamieszkałego miejsca.

– Jest was więcej? – spytała.

– Nie – odparł McTodd, ostrzej, niż się dziewczyna spodziewała.

– A czy przechodził tutaj ktoś ostatnio? Może chłopak o imieniu Nolan?

– Nie – burknął mężczyzna i zdjął nogę z hamulca. Samochód zaczął zwalniać i w tej samej chwili zza zakrętu wyłoniła się brama zamknięta łańcuchem z kłódką. Po obu stronach drogi ciągnął się tajemniczy, mroczny las. Strużki światła księżycowego, przenikające między gałęziami, ześlizgiwały się po ocynkowanej siatce.

Miejsce, do którego zmierzali, było otoczone wysokim płotem.


Widziałam kiedyś na National Geographic program o ludziach takich jak McTodd, którzy z jakiegoś powodu decydowali się żyć z dala od innych. Przeświadczeni o grożącej Ameryce wojnie totalnej czy o rychłym upadku cywilizacji, zaszywali się gdzieś z rodzinami na jakimś odludziu i przez lata mieszkali jak przed wiekami, polując, uprawiając ziemię i utwierdzając się w swoim szaleństwie. Bywali wśród nich tacy, którzy adaptowali na swe potrzeby schrony atomowe, inni otaczali swoje działki drutem kolczastym i minami przeciwpiechotnymi. Szczęściem w nieszczęściu jest to, że McTodd nie zwariował aż tak bardzo.

Chyba nie zdążył.

– Co tam znowu piszesz, paniusiu? – spytał McTodd. Siedział przy stole kuchennym, oparty o blat łokciami, i znów palił. W świetle lampy naftowej jego twarz pokrywał labirynt cieni, ale widziała lekko garbaty nos i znajdujące się blisko siebie niebieskie oczy.

– Nic takiego – odparła Heather i zamknęła zeszyt. – Obiecałam przyjaciołom, że opiszę wszystko, na co natrafię. Wie pan, wciąż próbujemy dojść do tego, co się tak naprawdę stało i…

– Serio? – McTodd się skrzywił.

– Jasne – obruszyła się dziewczyna. – Jeden z moich przyjaciół, Indianin o imieniu Casey, ma pewną teorię, ale moim zdaniem nie trzyma się ona kupy. Wyszedł z założenia, że nasz Koniec Świata to skrajna reakcja Natury, przeciążonej rozwojem cywili…

– Gówno prawda – przerwał jej mężczyzna. Zgasił papierosa

w popielniczce wykonanej z nakrętki słoika, wysiorbał resztkę ka­wy z żelaznego kubka i wstał z trudem. Zachrobotało odsuwane krzesło.

– Reakcja Matki Natury – parsknął pogardliwie. Świecąc sobie lampą naftową, podszedł do półki na ścianie, wiszącej nad starym, krytym kocem fotelem. Zdjął broszurkę ze stosu ułożonego obok wielkiego zdjęcia w ramce i rzucił ją Heather na kolana. Broszurka

okazała się kilkudziesięcioma stronami wydrukowanymi z internetu

i połączonymi mocnym spinaczem. Na pierwszej z nich zaskoczona dziewczyna ujrzała człekokształtną jaszczurkę z zadziwiająco ludzkim, podłym uśmiechem na pysku, a pod nią tytuł: Największy sekret.

– David Icke – przeczytała nazwisko autora i spojrzała pytająco na McTodda. – Kto to taki?

– Człowiek, który przewidział to wszystko, paniusiu – burknął mężczyzna i znów zapalił papierosa. – No, może przesadziłem. Nawet on nie był w stanie przewidzieć wszystkiego. Wystarczyło, że rozgryzł największy sekret naszych czasów i opowiedział o nim ludziom. Naprawdę nigdy nie słyszałaś o reptilianach?

Nazwa nieraz obiła się Heather o uszy, gdy uczyła się w Dale High, ale nawet nie przyszło jej do głowy, by wnikać w temat. Trudno przecież, by szanująca się dziewczyna zajmowała się UFO, Wielką Stopą czy tarotem. Natychmiast reszta szkoły uznałaby ją za nerda, a takiej reputacji było bardzo trudno się pozbyć. Określenie zresztą nie zaniepokoiło jej tak bardzo jak nieoczekiwany żar w oczach gospodarza.

– Coś niecoś słyszałam – bąknęła. – Chodzi o rasę zmiennokształtnych niby-jaszczurek, która kontroluje naszą cywilizację, tak? Podpowiada prezydentom, co mają robić? Steruje gospodarką i polityką?

– Bzdur was uczą w tych szkołach – wychrypiał zamyślony McTodd. – Bzdur kompletnych. Nie potraficie oglądać telewizji ani czytać gazet. Nie widzicie sygnałów. Ten świat jest sterowany przez reptilian od bardzo dawna i ludzkość od stuleci właściwie nie decyduje o niczym. Prawdziwy Koniec Świata dla naszej rasy nastąpił wiele tysięcy lat temu. W chwili obecnej mamy tyle swobody co kury dziobiące ziarno na ogrodzonym podwórku. Byłem na odczycie

Icke’a wiele lat temu, gdy odwiedził Reno. Żałuj, że go nigdy nie

spotkałaś. Nie wygadywałabyś głupot o Matce Naturze i jej fochach.

– O czym mówił? – zapytała, udając zainteresowanie, choć po jej plecach spływały zimne dreszcze. Była coraz bardziej przeświadczona, że natrafiła na prawdziwego szaleńca, a z jakiegoś filmu wiedziała, że każdemu psychopacie trzeba dać się wygadać. Nie dość, że być może straci czujność, to jeszcze zdradzi coś, co pomoże

w ucieczce.

– Poczytaj sobie, a będziesz wiedzieć. – McTodd oparł się o wypełnioną brudnymi talerzami miskę, pełniącą rolę zlewu kuchennego, i machnął dłonią. – Zrozumiałem wówczas, że świat czeka zagłada

i zbudowałem to miejsce dla mej żony, syna oraz dwóch córek. Postanowiliśmy przyzwyczaić się do prymitywnych warunków, by nie przeżyć szoku w chwili, gdy reptilianie stracą cierpliwość.

– I stracili?

– A jak to wszystko inaczej wyjaśnić? – McTodd wskazał dawno niewłączane, zakurzone radio. – Ktoś dla żartu wyłączył prąd na

całej Ziemi? Dla kaprysu poprzemieniał większość ludzi w potwory? Najwyraźniej reptilianie uznali, że nie jesteśmy już im do niczego potrzebni. Może wydobyli już wszystkie surowce, których potrzebowali? A może jeszcze nie zaczęli, ale staliśmy im na drodze? Któż to może wiedzieć? W każdym razie przygotowywali się do Końca Świata bardzo starannie i widzieli to wszyscy, którzy potrafią logicznie myśleć.

McTodd postukał się palcem w skroń. Jego twarz, nadal pogrążona w cieniach, przypominała teraz maskę z koszmarów.

– Tsunami w Boże Narodzenie dwa tysiące czwartego roku. Kryzys finansowy w Stanach. Fukushima. Al-Kaida – wymieniał, rozprostowując zrogowaciałe, pożółkłe od tytoniu palce. – Stopniowo sprawdzali, co nas najbardziej zaboli, ale najwidoczniej doszli do wniosku, że jesteśmy już odporni na wojny czy kataklizmy. Uznali, że najlepiej będzie po prostu przemienić nas w zwierzęta.

Heather rozejrzała się. Sprzęty w skromnie urządzonej izbie

tonęły w półmroku i dziewczyna odniosła wrażenie, że utknęła

w sennym widziadle.

„Szkoda tylko, że to najprawdopodobniej koszmar – pomyślała. – Jutro z rana muszę się stąd wyrwać”.

McTodd tymczasem nie przestawał mówić, najwyraźniej pochłonięty własnymi myślami.

– Szkoda tylko, że wybrali akurat ten dzień – wychrypiał. Nie trafił w popielniczkę, zgasił niedopałek na blacie stołu. – Dzień,

w którym Margaret zabrała dzieciaki do Reno i Marington.

Wolno podszedł do półki, na której stało niewidoczne zdjęcie. Wpatrywał się w nie przez moment, a potem opadł na fotel, jakby zabrakło mu sił. Poruszona Heather wstała i podeszła bliżej do ściany. Z zakurzonego zdjęcia uśmiechało się do niej dwoje jasnowłosych nastolatków, chłopak i dziewczyna, tak podobnych do siebie, iż zdawali się wręcz bliźniakami. Tulili do siebie młodszą, roześmianą dziewczynę z dwiema kitkami.

– Mieszkaliśmy tu od pewnego czasu – odezwał się McTodd zmęczonym głosem. – Wykopaliśmy studnię i kilka piwnic, zbudowaliśmy ogrodzenie, wytyczyliśmy grządki z warzywami, zainstalowaliśmy baterie słoneczne i system alarmowy, gromadziliśmy zapasy wszystkiego, co się dało. Byliśmy szczęśliwi, wiesz, paniusiu? Bez internetu, kina i dyskotek. Marge samodzielnie uczyła dzieciaki, by nie wyrosły na idiotów jak większość ich rówieśników, ale te ciągle marudziły o wielkich miastach i innym życiu. Małej Molly było wszystko obojętne, bo jej całym światem był psiak, Wesley, ale Jack i Gwenn, starsze dzieciaki, nie przestawały narzekać na życie. No to Marge któregoś dnia wpakowała je do samochodu i zabrała na wycieczkę do Reno. Chciała im pokazać durniów tracących fortuny w kasynach, kolejki przed kuchniami Armii Zbawienia, dziewczyny rzygające w krzakach przed klubami nocnymi. Chciała pokazać im prostytutki, pijaków i wykolejeńców. Chciała, by z ulgą wrócili do domu. Cóż, nie wrócili.

Milczał przez moment. Niechęć, którą Heather darzyła swego osobliwego gospodarza, ustąpiła miejsca współczuciu. Usiadła.

– Pojechałem ich szukać. Przetrząsnąłem chyba całe Reno, paniusiu. Myślałem, że oszaleję, wierz mi. Szukałem, szukałem i nic. W końcu straciłem przytomność. Może z nerwów, może z głodu albo ze zmęczenia. Nieważne. Grunt, że gdy się obudziłem, ujrzałem ich.

– Rodzinę? – spytała cichym szeptem Heather.

– Reptilian. – McTodd wyszczerzył zęby. – Trzech albo czterech, nie pamiętam, bo powietrze dziwnie wibrowało. Chyba chcieli mnie gdzieś zaciągnąć. Dobrze za to pamiętam, jak wrzeszczeli, gdy ich zabijałem. Ich łuska okazała się mięciutka jak skóra żaby. Widać było przez nią organy wewnętrzne. Jednemu wyszarpnąłem serce dłonią.

Heather zrobiło się niedobrze.

– Panie McTodd… – zaczęła, ale wtedy mężczyzna spojrzał na nią bystro.

– Skąd ty właściwie przybyłaś? – spytał.

– Z… z okolic Cracktown – wyjąkała.

– To mała dziura, ale na pewno też tam są – stwierdził McTodd i podniósł się z fotela. – Oni są wszędzie, paniusiu, ale nie musisz się bać. Tu jesteś bezpieczna. Możesz spać na kanapie, a jutro znajdziemy ci jakieś wygodniejsze miejsce. W lodówce są jeszcze świeże jajka i trochę bekonu. Kawę znajdziesz w tej szafce. Są tam też kubki i zapałki.

– Aha – bąknęła dziewczyna. – Myślałam, że śniadanie zjemy

razem.

– Zjemy razem. – McTodd uśmiechnął się krzywo. – Ale to ty je zrobisz. Zmywaniem zajmiesz się później. Trzeba zamieść podłogi, wyprać sporo ubrań, umyć okna i tak dalej. Czeka cię jutro sporo roboty.

– Ale… – wykrztusiła całkiem zaskoczona dziewczyna. – Ale…

– Ale co? – McTodd spochmurniał. – Myślisz sobie, że będę ci usługiwał, paniusiu? Oferuję ci bezpieczeństwo, bo to teraz najcenniejsza rzecz pod słońcem. Kilka przysług dziennie to chyba niska cena, co? Zrobię jeszcze mały obchód, a potem walę w kimę. Dobranoc.


Nie sądziłam, że po Końcu Świata jakikolwiek człowiek zdoła aż tak mnie wkurzyć. Stuknięty wyznawca teorii spiskowych! Cuchnący dziad! Myśli sobie, że będę mu usługiwała? Niedoczekanie jego! Teraz już wiem, co powiedział, zanim zjechaliśmy z głównej drogi. „Szybko się nauczysz”.