Baku, Moskwa, Warszawa

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Baku, Mo­skwa, War­sza­wa

Fan­pa­ge au­to­ra:

www.fa­ce­bo­ok.com/MMWy­soc­kiAu­tor

Re­dak­cja:

Pau­li­na Płat­kow­ska

Ko­rek­ta:

Agniesz­ka Pio­tro­wicz

Pro­jekt okład­ki:

Be­ata Lin­da, na pod­sta­wie ob­ra­zu Ka­ta­rzy­ny Je­liń­skiej

Fo­to­gra­fia:

Mo­ni­ka Ki­lias

Skład:

Mar­cin Fa­bi­jań­ski

Wy­daw­nic­two QES Agen­cy

03-197 War­sza­wa, ul. Por­to­wa 2j

www.qe­sa­gen­cy.pl

Pa­tro­nat:

www.do­bry-au­dio­bo­ok.pl

© Co­py­ri­ght by QES Agen­cy, War­sza­wa 2020

ISBN 978-83-66044-12-8

Druk i opra­wa: Re­ad­Me, Łódź

Od autora

Chciał­bym w tym miej­scu przed­sta­wić mo­ich naj­bliż­szych współ­pra­cow­ni­ków, a nie­kie­dy współ­twór­ców pro­jek­tu wy­daw­ni­cze­go Baku, Mo­skwa, War­sza­wa.

Pierw­szym chro­no­lo­gicz­nie był Aj­dyn Ła­zi­mow — uro­dzo­ny w Baku sce­no­graf fil­mo­wy i por­tre­ci­sta, któ­ry po stu­diach w Mo­skwie osiadł na sta­łe w Pol­sce, co ra­zem wzię­te ukła­da się w ty­tuł ni­niej­szej książ­ki. Tego wspa­nia­łe­go ar­ty­stę po­zna­łem na... Ad­ria­ty­ku. Uczest­ni­czy­li­śmy w rej­sie szko­le­nio­wym upraw­nia­ją­cym do czar­te­ro­wa­nia jach­tów u wy­brze­ży Chor­wa­cji. Spę­dzi­li­śmy wspól­nie wie­le dni na wo­dzie, w ogra­ni­czo­nej bur­ta­mi prze­strze­ni. Gdy aku­rat ża­den z nas obu nie stał za ste­ra­mi prze­ślicz­nej ba­va­rii (ech, co za łódź!), wsłu­chi­wa­łem się w barw­ne opo­wie­ści no­we­go ko­le­gi. Były tak zaj­mu­ją­ce, że po po­wro­cie do kra­ju spo­tka­li­śmy się kil­ku­krot­nie w jego pra­cow­ni. Pra­gną­łem po­znać jak naj­wię­cej szcze­gó­łów z jego nie­zwy­kłe­go ży­cia: dzie­ciń­stwa spę­dzo­ne­go w Azer­bej­dża­nie, stu­diów od­by­tych na naj­waż­niej­szej uczel­ni fil­mo­wej ZSRR oraz mi­gra­cji do Pol­ski, któ­ra w do­bie pie­rie­stroj­ki sta­ła się nie­do­ści­gnio­nym wzo­rem de­mo­kra­cji nie tyl­ko po­śród na­ro­dów blo­ku wschod­nie­go. Skru­pu­lat­nie za­pi­sa­łem prze­my­śle­nia, ob­ser­wa­cje i wszyst­kie nie­sa­mo­wi­te zde­rze­nia z wiel­ką hi­sto­rią, któ­rych do­świad­czył mój to­wa­rzysz. W ten spo­sób po­wsta­ła kan­wa po­wie­ści Baku, Mo­skwa, War­sza­wa — opar­tej, jak wi­dać, na praw­dzi­wych wy­da­rze­niach i strzę­pach ob­ra­zu re­al­nych osób, za­ra­zem jed­nak na wskroś fik­cyj­nej, gdyż ży­cie Aj­dy­na, jak każ­de­go czło­wie­ka, w ogra­ni­czo­nym stop­niu na­da­je się na po­wieść. Pi­szę o tym, gdyż ta książ­ka nie jest ani do­ku­men­tem, ani fik­cją. Zda­je się, że tyl­ko li­te­ra­tu­ra daje nam na­rzę­dzia, aby zgrab­nie łą­czyć ta­kie prze­ci­wień­stwa w je­den spój­ny świat.

Ni­niej­sza pu­bli­ka­cja po­wsta­ła we współ­pra­cy z wy­daw­cą Li­dią Na­giec­ką — wła­ści­ciel­ką QES Agen­cy (www.qe­sa­gen­cy.pl), zaj­mu­ją­cą się do­tych­czas pro­duk­cją i sprze­da­żą au­dio­bo­oków na pol­skim ryn­ku. To jej pierw­sza pu­bli­ka­cja pa­pie­ro­wa.

Po­nad­to sko­rzy­sta­łem z ta­len­tu Mo­ni­ki Ki­lias — fo­to­graf­ki, któ­rej pra­cę, czy­li mój por­tret, pre­zen­tu­ję na ostat­niej stro­nie okład­ki, oraz Ka­ta­rzy­ny Je­liń­skiej — au­tor­ki ob­ra­zów, któ­re po­słu­ży­ły do pro­jek­tów dwóch okła­dek ni­niej­szej książ­ki. Dwóch, gdyż ko­lej­ną zo­ba­czą Pań­stwo na jej wy­da­niu w for­mie au­dio­bo­oka.

Na ko­niec dzię­ku­ję wspa­nia­łej pi­sar­ce Pau­li­nie Płat­kow­skiej za opie­kę od stro­ny re­dak­cyj­nej oraz Lesz­ko­wi Bo­gu­sław­skie­mu za po­moc w tak wie­lu aspek­tach tech­nicz­nych, in­for­ma­tycz­nych i biz­ne­so­wych, że trud­no by­ło­by je tu­taj wy­mie­nić.

Dzię­ku­ję Wam wszyst­kim za Wasz ta­lent, po­moc, in­spi­ra­cje i cierp­li­wość, a Pań­stwa za­pra­szam do lek­tu­ry.

Wstęp

Roz­dział 1

— Nie pa­cho­że... — rze­kła tęga Ro­sjan­ka, le­d­wie rzu­ciw­szy okiem na swój por­tret, i spoj­rza­ła wy­mow­nie na rów­nie za­żyw­ne­go męż­czy­znę.

Gdy w tam­tej chwi­li pod­nio­słem gło­wę znad skła­da­nych kre­dek, uśmiech­nę­ła się tyl­ko, są­dząc, że nic nie ro­zu­miem. Dla nich wszy­scy po­łu­dniow­cy są tak samo „czar­ni” — czy to z pół­noc­nej Afry­ki, po­łu­dnio­wej Eu­ro­py, czy z Kau­ka­zu. Zresz­tą w co­dzien­nym ję­zy­ku tak nas, Kau­kaz­czy­ków, na­zy­wa­ją: cier­ny­je…

Jej fa­cet miał z metr dzie­więć­dzie­siąt wzro­stu i tyle samo w ra­mio­nach, tak że jego ma­ry­nar­ski pod­ko­szu­lek zda­wał się pę­kać w szwach. Roz­miar buta naj­pew­niej pięć­dzie­siąt. Z gęby to albo na­dal był woj­sko­wym, albo od nie­daw­na ochro­nia­rzem po przej­ściu na woj­sko­wą eme­ry­tu­rę. „Nie war­to z ta­kim za­dzie­rać” — po­my­śla­łem, gdy tyl­ko po­de­szli do mo­je­go kra­mi­ku i za­py­ta­li o cenę. Z tego po­wo­du, po pierw­sze, w ogó­le przy­ją­łem to zle­ce­nie, a prze­cież uni­kam Ro­sjan jak ognia, bo z nimi za­wsze jest tak samo: nie pa­cho­że i nie pa­cho­że, a po­tem nie chcą za­pła­cić. Nie to co Niem­cy, Po­la­cy, a na­wet Fran­cu­zi — choć z tymi ostat­ni­mi to róż­nie bywa. Po dru­gie, ze stra­chu nie za­żą­da­łem wie­le; a po trze­cie — i stąd za­pew­ne wy­ni­kał mój błąd — po­sta­no­wi­łem z jego baj­kal­skiej ner­py zro­bić knia­hi­nię.

— Hmm…

„Uda­je, że się za­my­ślił” — oce­ni­łem, bo prze­cież nie padł roz­kaz „my­śleć!”, więc skąd miał wziąć peł­ną od­po­wiedź dla swo­jej kra­sa­wi­cy?

By­łem już mo­kry od upa­łu i umę­czo­ny, gdyż pod­czas po­zo­wa­nia ko­bie­ta się krę­ci­ła, jak­by mia­ła owsi­ki w… wia­do­mo. W do­dat­ku ja­dła coś nie­ustan­nie, grze­biąc w to­reb­ce, z któ­rej co chwi­la wy­pa­dał jej pod nogi ja­kiś przed­miot. Się­ga­ła wte­dy po nie­go z tru­dem, do­no­śnym stę­ka­niem wy­ra­ża­jąc swo­je cier­pie­nie, a po któ­rymś ra­zie i znie­cier­pli­wie­nie. Cza­sem z gru­bo uszmin­ko­wa­nych na bor­do­wo ust do­la­ty­wa­ło gło­śne prze­kleń­stwo. Dla­te­go mój ob­raz, gdy­bym go wy­rych­to­wał uczci­wie, na do­brą spra­wę po­wi­nien być roz­ma­za­ny.

— Nie pa­cho­że — po­wtó­rzy­ła, jak­by po­iry­to­wa­na ospa­ło­ścią to­wa­rzy­sza. Tym ra­zem sło­wa wzmoc­ni­ła ge­stem su­ge­ru­ją­cym part­ne­ro­wi, aby po­zo­sta­wić tego gnio­ta sie­dzą­ce­mu na moim miej­scu bez­ta­len­ciu i od­da­lić się bez za­pła­ty.

Po­pa­trzy­łem pro­sto w jej ucie­ka­ją­ce przed moim wzro­kiem oczy i miło się uśmiech­ną­łem, przy­znaw­szy w du­chu: „Oczy­wi­ście, że nie pa­cho­że, blać! Gdy­bym cię na­ry­so­wał taką, jak wy­glą­dasz na­praw­dę, gdy się schy­lasz z tymi roz­rzu­co­ny­mi na boki pa­rów­ka­mi nie­ogo­lo­nych nóg, bo ina­czej by ci się nie uda­ło zgiąć w pa­sie; gdy­bym tak cię od­wzo­ro­wał wier­nie w tej krem­pli­no­wej kiec­ce ko­lo­ru pa­ste­lo­we­go pa­wia, któ­ra le­d­wie przy­kry­wa twój wiel­ki za­dek, kie­dy spa­ce­ru­jesz — a ni­cze­go, gdy sie­dzisz, toby ten twój gie­roj z Bo­żej ła­ski zro­bił ze mnie omlet z mar­mo­la­dą albo ka­szan­kę — co kto woli. A ja z cie­bie uczy­ni­łem praw­dzi­wą księż­nicz­kę Ar­ba­tu…”. By­łem już tak zły i roz­cza­ro­wa­ny na myśl o cze­ka­ją­cych mnie nie­rów­nych ne­go­cja­cjach ceny, że nie zwa­ża­łem, iż je­ste­śmy na środ­ku Pla­tja de Pal­ma w El Are­nal, a nie w cen­trum Mo­skwy. Mimo to na­dal się uśmie­cha­łem i ab­so­lut­nie nie przy­zna­wa­łem, że znam ro­syj­ski. To by do­pie­ro było! Od razu by mnie sklę­li od naj­gor­szych i za­wi­nę­li się bez za­sta­no­wie­nia. A tak było im choć tro­chę wstyd przed ob­cym, odro­bi­nę też się bali, że tu pra­wo bę­dzie po mo­jej stro­nie, jako „ro­do­wi­te­go Hisz­pa­na”, więc prze­stę­po­wa­li z nogi na nogę, za­sta­na­wia­jąc się, jak tu na­wiać, a w każ­dym ra­zie nie za­pła­cić. Fa­cet odło­żył ostroż­nie ry­su­nek na moje pu­deł­ko, jak­by por­tre­cik za­czął za­ra­żać trą­dem, a ja z po­god­nym uśmie­chem god­nym Gre­ka Zor­by pod­ją­łem go i spraw­nym ru­chem za­czą­łem zwi­jać w ru­lon, przy­go­to­wu­jąc do trans­por­tu.

— To­day di­sco­unt — za­pro­po­no­wa­łem moim strasz­nym an­giel­skim, żeby ich po­wstrzy­mać od uciecz­ki. — Not twen­ty, but fi­fte­en euro.

I szyb­ko na­skro­ba­łem na ka­wał­ku kart­ki licz­bę pięt­na­ście plus zna­czek euro i jesz­cze moc­niej wy­szcze­rzy­łem kły. Ob­li­cze kwo­ki się roz­ja­śni­ło jak za do­tknię­ciem różdż­ki. Wy­su­pła­ła z to­reb­ki bank­no­ty i wła­ści­wie rzu­ci­ła mi je na pu­deł­ko z kred­ka­mi, pod­czas gdy chłop po­rwał z mo­ich rąk przy­go­to­wa­ny zwój pa­pie­ru. Wy­glą­dał na za­do­wo­lo­ne­go, jak­by ucie­szył się z ta­kie­go ob­ro­tu spra­wy, zwy­czaj­nie nie­przy­wy­kły do sa­mo­dziel­ne­go po­dej­mo­wa­nia de­cy­zji.

— A mnie tam ri­su­nok nra­wit­sa… — wy­znał szcze­rze ko­bie­cie, gdy się od­wró­ci­li, ści­ska­jąc w jed­nym ręku ru­lon z por­tre­tem, a w dru­gim jej pulch­ną dłoń. — Nu, ty je­bio­na mat kra­sa­wi­ca — do­dał, trą­ca­jąc ją we­so­ło łok­ciem w tłu­sty bok.

Na to jego roz­mów­czy­ni szarp­nę­ła ręką i wy­buch­nąw­szy rzę­si­stym śmie­chem, rzu­ci­ła za­lot­nie:

— Ej, ty du­rak, Jew­gie­nij! Na­wier­na, na­sta­ja­ścij du­rak!

Po chwi­li znik­nę­li w tłu­mie tu­ry­stów, śmie­jąc się gło­śno i wza­jem­nie sztur­cha­jąc.

Na­zy­wam się Sa­diq[1] Aszu­row i la­tem ry­su­ję por­tre­ty — głów­nie nie­miec­kich tu­ry­stów, na ma­jor­skich dep­ta­kach. Naj­chęt­niej jed­nak pięk­ne Po­lki.

Roz­dział 2

Na świe­cie po­ja­wi­łem się w roku ty­siąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­tym pią­tym w ro­dzi­nie in­te­li­genc­kiej — moż­na tak po­wie­dzieć, gdyż oj­ciec był ap­te­ka­rzem, mama zaś dwu­krot­nie po­dej­mo­wa­ła stu­dia fi­lo­lo­gicz­ne i choć oko­licz­no­ści zmu­si­ły ją do prze­rwa­nia na­uki, a w koń­cu do jej po­rzu­ce­nia, to była ko­bie­tą wy­jąt­ko­wo mą­drą i sza­no­wa­ną. Wiem, że tak uwa­ża więk­szość „chłop­czy­ków” za­ko­cha­nych w swo­ich „ma­mu­siach”, jed­nak ja niedłu­go koń­czę sześć­dzie­siąt pięć lat, więc to mi już nie gro­zi.

 

Uro­dzi­łem się we wsi Sa­bun­chu, czy­li My­dlar­ni, któ­ra była małą osa­dą od­da­lo­ną dwa­na­ście ki­lo­me­trów od cen­trum Baku, za­nim sta­ła się jed­ną z dziel­nic sto­li­cy Azer­bej­dża­nu. Ród mo­je­go taty, Yave­ra, a wła­ści­wie ich wspól­ny — ra­zem z da­le­ką ku­zyn­ką, a póź­niej żoną Ley­lą, moją mamą — po­cho­dzi od wiel­kie­go cha­na. Chan przy­był na te zie­mie z nada­nia wiel­kie­go wo­dza, sza­cha Ira­nu, na po­cząt­ku osiem­na­ste­go wie­ku, aby jak twier­dził, „za­pro­wa­dzić po­rząd­ki”, czy­li wy­gnać gra­su­ją­cych w tym re­gio­nie Le­zgi­nów (po­cho­dzą­cych z ob­sza­ru dzi­siej­sze­go Da­ge­sta­nu). Fak­tycz­nie, uda­ło mu się po­więk­szyć im­pe­rium irań­skie na pół­no­cy aż po Kau­kaz, wzbu­dza­jąc po­dziw żoł­nie­rzy i sza­cu­nek u wo­dza. Wal­ka z ze­wnętrz­ny­mi i we­wnętrz­ny­mi wro­ga­mi po­chła­nia­ła ko­lej­ne po­ko­le­nia mo­ich przod­ków, wiel­kich azer­skich pa­trio­tów. Ich trud i po­świę­ce­nie nie po­szły na mar­ne, gdyż w ty­siąc dzie­więć­set osiem­na­stym roku uda­ło się wy­wal­czyć nie­pod­le­głość oj­czy­zny. Wol­ny Azer­bej­dżan nie­ste­ty trwał krót­ko, gdyż Baku — ów­cze­śnie waż­ny ośro­dek ro­bot­ni­czy po re­wo­lu­cji ro­syj­skiej — sta­ło się dru­gim po Pio­tro­gro­dzie miej­scem za­pal­nym na ma­pie świa­to­we­go ko­mu­ni­zmu. Wpły­wy Ro­sjan do­mi­no­wa­ły w tym re­gio­nie od upad­ku Sa­fa­wi­dów, dla­te­go opa­no­wa­nie przez Ar­mię Czer­wo­ną świe­żo po­wsta­łej De­mo­kra­tycz­nej Re­pu­bli­ki Azer­bej­dża­nu prze­bie­gło bez­krwa­wo. Tak przy­naj­mniej gło­si­ła pro­pa­gan­da. W rze­czy­wi­sto­ści po stłu­mie­niu za­mie­szek re­pre­sje bol­sze­wic­kie do­się­gły wie­lu se­tek ty­się­cy Aze­rów. Tyl­ko w cią­gu pierw­sze­go roku wła­dzy so­wiec­kiej wy­mor­do­wa­no prze­szło pięć­dzie­siąt ty­się­cy osób, któ­re wzię­ły czyn­ny udział w spon­ta­nicz­nym zry­wie lud­no­ści wiej­skiej. To wszyst­ko oczy­wi­ście dzia­ło się z po­wo­du bo­ga­tych złóż ropy, man­ga­nu i mie­dzi, któ­re były po­trzeb­ne Le­ni­no­wi do prze­pro­wa­dze­nia mar­szu na Za­chód, by ko­mu­ni­zmem „ogar­nąć ludz­ki ród”.

— Dzię­ki Bogu na­tknę­li się na Po­la­ków… — po­wta­rza­ła pod no­sem moja naj­uko­chań­sza ciot­ka Ha­li­da, gdy pod­czas pra­cy w domu z ra­dia tra­fia­ły do jej uszu strzę­py to­por­nej ko­mu­ni­stycz­nej pro­pa­gan­dy. Od cza­su śmier­ci naj­bliż­szych z rąk So­wie­tów szcze­rze nie­na­wi­dzi­ła Ro­sjan i na przy­po­mnie­nie tam­tej tra­ge­dii wy­jąt­ko­wo po­wo­li i ci­cho ce­dzi­ła spo­mię­dzy zę­bów gniew­ne sło­wa, zu­peł­nie nie­po­dob­ne do tej cie­płej, ser­decz­nej oso­by. — Gdy­bym była zdol­na do ta­kie­go sa­me­go ter­ro­ru, jaki oni wpro­wa­dza­ją wszę­dzie tam, gdzie się zja­wią, to wy­sa­dzi­ła­bym im ten ka­cap­ski Kreml w ko­smos, do in­nej ga­lak­ty­ki.

Pa­mię­tam, że w ta­kich mo­men­tach nie­ru­cho­mia­ła, wpa­trzo­na nie­wi­dzą­cym wzro­kiem za okno, pod­czas gdy ja, w ob­li­czu przy­tła­cza­ją­cej siły nie­zro­zu­mia­łych emo­cji, jak­bym oba­wiał się nie­za­wi­nio­nej kary, sta­ra­łem się ba­wić jesz­cze ci­szej albo w ogó­le za­mie­ra­łem bez tchu w ką­ci­ku kuch­ni, aby ostrze jej słów po­zo­sta­ło na ze­wnątrz, gdzie bu­ja­ły się nie­spo­koj­ne ga­łę­zie fi­gow­ców.

êêê

Krót­ki, za­le­d­wie dwu­let­ni okres wol­no­ści, stał się na­szym naj­więk­szym ro­dzin­nym świę­tem. Mimo wie­lu jesz­cze nie­za­że­gna­nych za­gro­żeń moi dzia­do­wie po­dob­no opty­mi­stycz­nie oce­nia­li szan­se prze­trwa­nia mło­de­go, su­we­ren­ne­go pań­stwa, nie ma­jąc po­ję­cia, z jak wiel­ką siłą mię­dzy­na­ro­do­we­go pro­le­ta­ria­tu przyj­dzie im się zmie­rzyć. Wkrót­ce po upad­ku świe­żo ukon­sty­tu­owa­ne­go sa­mo­sta­no­wie­nia szla­chec­ka ro­dzi­na nie mo­gła jed­nak li­czyć ani na li­tość ze stro­ny zwy­cię­skich ko­mu­ni­stów, ani na po­moc „sa­mo­zwań­czych na­ro­dow­ców i tchó­rzy, tfu!” — jak ich na­zy­wał mój bo­jo­wy dzia­dek. Bo­ha­te­ro­wie nie­daw­ne­go zry­wu na­ro­do­wo­wy­zwo­leń­cze­go mu­sie­li za­tem po­dzie­lić los więk­szo­ści praw­dzi­wych pa­trio­tów, któ­rzy zwy­kle, je­śli nie giną na polu bi­twy, umie­ra­ją w ka­za­ma­tach „za spra­wę” z rąk ob­cych lub ro­dzi­mych opraw­ców. Tak oto wspo­mnia­ny dzia­dek ze stro­ny ojca, wa­lecz­ny bo­jow­nik z ty­tu­łem ksią­żę­cym, na­le­żą­cy do pią­te­go po­ko­le­nia po na­miest­ni­ku sza­cha, zo­stał aresz­to­wa­ny w ty­siąc dzie­więć­set trzy­dzie­stym siód­mym na pod­sta­wie czy­je­goś do­no­su i po sfin­go­wa­nym pro­ce­sie roz­strze­la­ny. Zgi­nął, mimo iż wie­le lat przed aresz­to­wa­niem do­sto­so­wał się do za­le­ceń władz i przy­jął zrusz­czo­ne na­zwi­sko Aszu­row, któ­re no­si­my do dzi­siaj, po­zba­wio­ne sło­wa „bek” (czy­li „pan”), oraz zrzekł się praw do ksią­żę­ce­go ty­tu­łu cha­na, a tak­że ca­łe­go zwią­za­ne­go z tym po­cho­dze­niem dzie­dzic­twa ma­te­rial­ne­go i kul­tu­ro­we­go (jak księ­go­zbio­ry czy bez­cen­na ko­lek­cja na­ro­do­wej sztu­ki). I tak po­dob­no dłu­go utrzy­my­wał się przy ży­ciu, gdyż był na tyle po­pu­lar­ny wśród ro­da­ków, iż na­wet w pań­stwie po­li­cyj­nym, ja­kim stał się nasz uko­cha­ny Azer­bej­dżan, oba­wia­no się za­mie­szek.

Dwa lata póź­niej w ten sam spo­sób zli­kwi­do­wa­no stry­ja mo­jej mamy. Głów­nym za­rzu­tem wo­bec tego wy­so­kie­go ofi­ce­ra była przy­na­leż­ność do mu­sa­wa­ty­stów — po­wo­ła­ne­go na po­cząt­ku wie­ku przez stu­den­ta Meh­me­da Re­sul­za­de­go ugru­po­wa­nia mło­dzie­żo­we­go o cha­rak­te­rze qu­asi-na­ro­do­wo-mu­zuł­mań­skim, idą­ce­go w póź­niej­szych la­tach „dla do­bra spra­wy” ra­mię w ra­mię z ru­chem ko­mu­ni­stycz­nym. Od cza­su zdła­wie­nia De­mo­kra­tycz­nej Re­pu­bli­ki Azer­bej­dża­nu przez woj­ska bol­sze­wic­kie pod ko­niec kwiet­nia ty­siąc dzie­więć­set dwu­dzie­ste­go roku były ruch stu­denc­ki zra­dy­ka­li­zo­wał się prze­ciw­ko „wro­go­wi sa­mo­sta­no­wie­nia”, pro­pa­gu­jąc idee pa­ni­slam­skie i pan­turec­kie — w prak­ty­ce dą­żąc do po­łą­cze­nia się z Tur­cją. Ma­rio­net­ko­we wła­dze usta­no­wio­ne przez So­wie­tów uzna­ły więc dzia­ła­czy tej or­ga­ni­za­cji za zdraj­ców i więk­szość z nich wy­mor­do­wa­ły, re­kwi­ru­jąc przy tym ich ma­jąt­ki. Po­zo­sta­łych przy ży­ciu człon­ków ro­dzin wy­rzu­ca­no na bruk, a po­tem szy­ka­no­wa­no, choć zda­rza­ły się i zsył­ki na Sy­bir. Nic więc dziw­ne­go — a wręcz dzi­siaj uwa­żam, że była to tyl­ko kwe­stia cza­su — iż w po­waż­ne ta­ra­pa­ty po­padł rów­nież mój oj­ciec, jako czło­nek rodu „wro­gów ludu”.

Na mar­gi­ne­sie tej trud­nej hi­sto­rii nie­któ­rzy żar­to­wa­li, że dziad zre­zy­gno­wał z po­zy­cji, sta­no­wisk i apa­na­ży z po­wo­du me­za­lian­su: dla pięk­nej dziew­czy­ny, któ­rą za­pra­gnął po­ślu­bić, za­nim po­znał bab­cię. Inni na­to­miast, zło­śli­wi wo­bec na­sze­go zna­mie­ni­te­go przod­ka, dow­cip­ko­wa­li, że sta­ło się to przez przy­pa­dek, gdyż dziad, szu­ka­jąc w nocy po ciem­ku pa­pie­ru do za­wi­ja­nia wą­sów, po­darł nie­świa­do­mie akt na­da­ją­cy mu wszel­kie ty­tu­ły i ho­no­ry, w czym zo­rien­to­wał się do­pie­ro przy dzien­nym świe­tle. Żad­nej z tych plo­tek jed­nak ni­g­dy nie za­ak­cep­to­wa­łem i trzy­mam się pa­trio­tycz­nej wer­sji ro­dzin­nej klech­dy.

Roz­dział 3

Mój oj­ciec, Yaver, po­ja­wił się na świe­cie w przeded­niu na­ro­dzin wol­ne­go pań­stwa, któ­re po­now­nie utra­ci­ło su­we­ren­ność, za­nim na do­bre na­uczył się bie­gać. Już jako pod­ro­stek zro­zu­miał, że po re­wo­lu­cji bol­sze­wic­kiej Azer­bej­dżan trwa­le prze­stał być au­to­no­micz­ny i mimo bo­jo­wych na­stro­jów star­szy­zny, wy­ma­chu­ją­cej pię­ścia­mi na ro­dzin­nych na­ra­dach, stra­cił en­tu­zjazm na­wet dla kol­por­to­wa­nia ulo­tek. Nie­ste­ty, nie umiał sku­tecz­nie ukry­wać swo­ich po­glą­dów, a może był po pro­stu na to za mło­dy, na­rwa­ny i głu­pi, dla­te­go po ukoń­cze­niu dwu­dzie­ste­go trze­cie­go roku ży­cia, w ty­siąc dzie­więć­set czter­dzie­stym, zo­stał aresz­to­wa­ny na pod­sta­wie czy­je­goś do­no­su — iden­tycz­nie jak jego oj­ciec i stryj. Otrzy­mał jed­nak po­zor­nie ła­god­niej­szy od nich wy­rok: ze­sła­no go na Sy­be­rię, na któ­rej spę­dził kil­ka mor­der­czych lat. Od pew­nej śmier­ci w ła­grze ura­to­wa­ła go na­dzie­ja po­wro­tu do naj­bliż­szych oraz wy­ko­ny­wa­ny za­wód. Yaver — tech­nik far­ma­ceu­tycz­ny po szko­le śred­niej — zo­stał uzna­ny przez ko­mu­ni­stów za le­ka­rza, dla­te­go poza po­mo­cą me­dycz­ną, któ­rej udzie­lał cho­rym i ran­nym współ­to­wa­rzy­szom, do­sta­wał lżej­sze pra­ce, głów­nie przy kro­je­niu chle­ba na tak zwa­nej chlie­ba­riz­ce. W ten spo­sób prze­trzy­mał naj­trud­niej­sze ter­mi­ny, a głód za­glą­dał mu w oczy rza­dziej niż więk­szo­ści po­zo­sta­łych więź­niów. Jed­nak to na­dzie­ja na po­now­ne uj­rze­nie ro­dzi­ny utrzy­my­wa­ła go przy ży­ciu; ta jed­na myśl, że od­naj­dzie wszyst­kich w zdro­wiu, po­wstrzy­ma­ła go od re­zy­gna­cji z wal­ki o prze­trwa­nie, a być może i od sa­mo­bój­stwa.

Moja mama, Ley­la, tak­że prze­ży­ła wy­jąt­ko­wo trud­ne chwi­le, za­nim się po­bra­li. Była naj­star­szą z czwor­ga ro­dzeń­stwa. Jak wspo­mi­na­łem, w koń­ców­ce sta­li­now­skich czy­stek roz­strze­la­no jej stry­ja. Po­tem ko­mu­ni­ści wy­rzu­ci­li na uli­cę jego dwóch nie­let­nich sy­nów, có­recz­kę i nie­peł­no­spraw­ną żonę oraz skon­fi­sko­wa­li ma­ją­tek mu­sa­wa­ty­sty. Po­nie­waż dzia­dek, oj­ciec mamy, był zdol­nym ta­dży­rem, czy­li kup­cem, pro­wa­dzą­cym z suk­ce­sem dwa skle­py z pie­czy­wem, a przede wszyst­kim do­brym i ho­no­ro­wym czło­wie­kiem, to za­opie­ko­wał się ro­dzi­ną nie­ży­ją­ce­go bra­ta, jak na­le­ża­ło. Zna­lazł im po­kój u sta­rej Or­mian­ki i za­pew­nił utrzy­ma­nie. Nie­ste­ty, w czter­dzie­stym pierw­szym, zwy­cza­jo­wo, na pod­sta­wie po­mó­wie­nia roz­strze­la­no i jego (pew­nie kłuł w oczy do­by­tek zgro­ma­dzo­ny cięż­ką pra­cą), więc zgod­nie z tra­dy­cją na Ley­lę, jako naj­star­szą z rodu, spa­dła od­po­wie­dzial­ność za dal­sze losy sze­ścior­ga dzie­ci, stry­jen­ki oraz wła­snej mat­ki. Moja mama, choć mu­sia­ła za­jąć się utrzy­ma­niem ro­dzi­ny, pró­bo­wa­ła kon­ty­nu­ować stu­dia fi­lo­lo­gicz­ne, jed­nak na uczel­ni trze­ba było w do­ku­men­tach po­dać, kim był oj­ciec, dla­te­go prze­sta­ła uczęsz­czać na za­ję­cia, bo­jąc się nie­przy­jem­no­ści. Do dziś nie wia­do­mo, gdzie się znaj­du­ją gro­by jej taty i stry­ja. Dru­giej woj­ny świa­to­wej nie prze­ży­li tak­że dwaj bra­cia mamy, więc z ro­dzeń­stwa zo­sta­ła jej młod­sza sio­stra Ha­li­da i naj­młod­szy brat Ra­hul. Gdy po woj­nie za­pla­no­wa­ła po­wrót do na­uki, po­zna­ła mo­je­go ojca i wkrót­ce po­ja­wi­li­śmy się my, dzie­ci, co raz na za­wsze prze­kre­śli­ło jej pla­ny edu­ka­cyj­ne.

Ku­zy­ni, a po­tem mał­żon­ko­wie Ley­la i Yaver, no­szą­cy od dziec­ka to samo po­li­tycz­nie nie­po­praw­ne, a na­wet nie­bez­piecz­ne na­zwi­sko Aszu­row, nie mie­li ła­twe­go ży­cia. Mój oj­ciec po po­wro­cie z Sy­be­rii w ty­siąc dzie­więć­set czter­dzie­stym szó­stym roku pod­jął pra­cę w szpi­ta­lu w mie­ście Min­ge­czaur, w któ­rym nie­miec­cy jeń­cy bu­do­wa­li ka­nał na rze­ce Kura. Tam w ty­siąc dzie­więć­set czter­dzie­stym siód­mym roku zgod­nie z wolą ro­dzi­ny ro­dzi­ce się po­bra­li i tam rów­nież na­ro­dził się mój o osiem lat star­szy brat, Ta­leh. Ślub od­był się w ma­gi­stra­cie, a do­kład­niej w ZAKS-ie — urzę­dzie sta­nu cy­wil­ne­go. Nie miał cha­rak­te­ru tra­dy­cyj­ne­go, jed­nak nie było w tym ni­cze­go nad­zwy­czaj­ne­go. W tra­dy­cji ba­kij­skiej i re­li­gij­nym en­to­ura­ge’u ob­cho­dzi­ło się wów­czas je­dy­nie po­grze­by i do­pie­ro pie­re­stroj­ka przy­nio­sła modę na za­ma­wia­nie mu­zuł­mań­skiej ce­re­mo­nii ślub­nej.

O za­wi­kła­nej hi­sto­rii ro­dzi­ny, o swo­ich prze­ży­ciach sprzed woj­ny, z ze­sła­nia, kwe­stiach na­ro­do­wych i skom­pli­ko­wa­nych uwa­run­ko­wa­niach geo­po­li­tycz­nych, a tak­że o ro­sną­cej mi­ło­ści do żony — nie­mal ob­cej krew­nej, któ­rą gdzieś tam kie­dyś i wi­dział, lecz po raz pierw­szy świa­do­mie spo­tkał w ZAKS-ie, a któ­rą po­zna­wał po­tem przez lata mał­żeń­skiej spój­ni — oj­ciec opo­wia­dał nam pod­czas nie­dziel­nych, mę­skich spo­tkań w ten sam spo­sób, w jaki ro­do­we mą­dro­ści prze­ka­zy­wa­no jemu, a wcze­śniej jego ojcu, dzia­do­wi i ko­lej­nym przod­kom. Stąd tak to wszyst­ko do­brze pa­mię­tam.

êêê

Przy bu­dyn­ku zlo­ka­li­zo­wa­nym po dru­giej stro­nie fi­go­we­go po­dwór­ka mój tato zbu­do­wał per­go­lę z uschnię­tych pni wi­śni, któ­re pa­dły pod­czas re­kor­do­wej su­szy. Ro­sły w przy­le­ga­ją­cym do za­bu­do­wań du­żym ogro­dzie ra­zem z po­sa­dzo­ny­mi jesz­cze przez jego ojca śli­wa­mi i mo­re­la­mi, z któ­rych mama ro­bi­ła wy­śmie­ni­te kon­fi­tu­ry — była to jej spe­cjal­ność. Z bra­ku od­po­wied­nie­go miej­sca w dwu­izbo­wym miesz­ka­niu przez więk­szość roku przyj­mo­wa­no tam też go­ści, a w nie­dziel­ne wie­czo­ry zbie­ra­li się w niej męż­czyź­ni na swo­je taj­ne na­ra­dy. W upal­ne dni z każ­dym po­wie­wem wia­tru do od­po­czy­wa­ją­cych tam osób do­cie­rał przy­jem­ny chłód cią­gną­cy od wy­ko­pa­nej przez wuj­ków sa­dzaw­ki. Dzie­ciar­nia, ale i do­ro­śli, gdy mie­li wol­ne od pra­cy, spę­dza­li tam naj­go­ręt­sze go­dzi­ny po­po­łu­dnia, za­nu­rze­ni do pasa w wo­dzie.

 

Cio­cia Ha­li­da opa­dła cięż­ko na klo­no­wą ławę sto­ją­cą po­środ­ku al­tan­ki. Ob­ser­wo­wa­łem ją, ukry­ty w zie­lo­nych ko­na­rach fi­gow­ca — naj­więk­sze­go z trzech, któ­re ro­sły na na­szym po­dwór­ku. Zdję­ła lek­ko wil­got­ną kra­cia­stą chu­s­tę, nie wy­pusz­cza­jąc z ręki prze­czy­ta­ne­go przed chwi­lą urzę­do­we­go pi­sma. O jego ofi­cjal­no­ści świad­czy­ły tłu­ste od dru­ku na­głów­ki i bo­ga­ta w pie­cząt­ki ko­per­ta. Po­grą­żo­na w my­ślach, zda­wa­ła się nie za­uwa­żać ani pięk­na tego miej­sca, ani chłod­nej bry­zy do­la­tu­ją­cej od wody. Sie­dzia­ła nie­ru­cho­mo, wpa­trzo­na nie­wi­dzą­cym wzro­kiem w drob­ne zie­lo­ne ku­lecz­ki doj­rze­wa­ją­cych wi­no­gron, gdy do­biegł mnie tu­pot drob­nych nó­żek i z głę­bi ogro­do­wych krze­wów wy­ło­ni­ła się zdy­sza­na Ru­ba­ba, moja o rok młod­sza sio­stra.

— Mnie tu­taj nie ma, cio­ciu, do­bra?

Mała opar­ła dło­nie nad ko­la­na­mi, cięż­ko od­dy­cha­jąc, i spoj­rza­ła na Ha­li­dę py­ta­ją­co.

— W ogó­le cię nie wi­dzia­łam — po­twier­dzi­ła ciot­ka czu­le, ze źle uda­wa­ną po­wa­gą.

Ru­ba­ba się roz­po­go­dzi­ła, lecz sły­sząc od­głos bie­gną­cej ko­le­żan­ki, jed­nym sko­kiem skry­ła się w krze­wach za wiel­kim, nie­gdyś bo­ga­to zdo­bio­nym, a obec­nie lek­ko po­rdze­wia­łym sa­mo­wa­rem, pa­mię­ta­ją­cym jesz­cze cza­sy cha­na­tu. Do pół­cie­nia wpa­dła cór­ka Ma­dżi­dy, na­szej lo­ka­tor­ki.

— Czy nie wi­dzia­ła pani Ru­ba­by?

Dziew­czyn­ka wy­jąt­ko­wo do­ro­śle prze­wier­ci­ła wzro­kiem Ha­li­dę, jak­by chcia­ła do­strzec w jej oczach cień za­wa­ha­nia zwia­stu­ją­ce­go praw­dzi­wą od­po­wiedź.

— Szu­kasz jej?

— Tak, ba­wi­my się w cho­wa­ne­go — od­po­wie­dzia­ło dziec­ko i prze­nio­sło spoj­rze­nie na krze­wy, a po­tem zaj­rza­ło pod ław­kę.

— A jak my­ślisz, czy po­win­nam ci zdra­dzić, gdy­bym wie­dzia­ła, gdzie jest?

Dziew­czyn­ka pod­nio­sła się, za­my­śli­ła i po­krę­ci­ła gło­wą, jed­no­cze­śnie wy­po­wie­dziaw­szy „tak”, jak gdy­by od­po­wie­dzia­ła szyb­ciej, niż zdą­ży­ła osta­tecz­nie zde­cy­do­wać, co o tym są­dzi.

— To jak w koń­cu? — Ha­li­da nie prze­sta­wa­ła się uśmie­chać do ma­łej, wy­cią­gnę­ła ku niej ręce i ją przy­tu­li­ła.

Dziec­ko chwi­lę my­śla­ło, po czym stwier­dzi­ło:

— Nie po­win­na pani mi zdra­dzić, bo nie jest ład­nie do­no­sić.

— Mą­dra dziew­czyn­ka — od­po­wie­dzia­ła Ha­li­da i po­gła­ska­ła ją po wło­sach. Nie­co ci­szej, tak, że le­d­wie do­sły­sza­łem, do­da­ła: — Obyś tak my­śla­ła jak naj­dłu­żej, Lud­mił­ko.

— Pro­szę?

— Obyś ją od­na­la­zła, Lud­mił­ko, wła­ści­wą dro­gę, zna­czy się…

— Dzię­ku­ję pani!

Lud­mi­ła wy­swo­bo­dzi­ła się z ob­jęć i już mia­ła biec da­lej, gdy na­raz znów zwró­ci­ła się z py­ta­niem do Ha­li­dy, jak­by wca­le nie było ich po­przed­niej roz­mo­wy:

— To jak, Ru­ba­ba szła tędy czy nie?

êêê

Po wy­da­rze­niach z cza­su dru­giej woj­ny świa­to­wej, pod­czas któ­rej zgi­nął uko­cha­ny chło­piec cio­ci, Ali, Ha­li­da sta­ła się po­dob­nież in­nym czło­wie­kiem. Z wiecz­nie ro­ze­śmia­nej na­sto­lat­ki z przed­mieść Baku, pod­śpie­wu­ją­cej lu­do­we pio­sen­ki pod­czas pa­sa­nia ba­ra­nów czy wa­rze­nia sera, zmie­ni­ła się w płacz­li­wą, a w koń­cu za­mknię­tą w so­bie ko­bie­tę, któ­ra na co dzień po­moc­na dla wszyst­kich i ci­cha, sta­ła się wręcz nie­wi­dzial­na. Czę­sto po­pa­da­ła w za­my­śle­nie; nie­obec­na du­chem, za­sty­ga­ła w bez­ru­chu, jak­by się ko­mu­ni­ko­wa­ła z inną rze­czy­wi­sto­ścią, nie­zna­nym ni­ko­mu wy­mia­rem wszech­świa­ta. Po la­tach na chwi­le bez­tro­skiej ra­do­ści po­zwa­la­ła so­bie tyl­ko w to­wa­rzy­stwie sio­stry Ley­li i młod­sze­go bra­ta Ra­hu­la, a uśmiech po­ja­wiał się na jej ob­li­czu głów­nie w obec­no­ści dzie­ci.

Po woj­nie Ha­li­da od­izo­lo­wa­ła się od lu­dzi. Krót­ko pra­co­wa­ła w ma­gi­stra­cie, jed­nak do władz szyb­ko do­tar­ły „życz­li­we” plot­ki o jej na­rze­czo­nym, któ­re­go na siłę wcie­lo­no do Ar­mii Czer­wo­nej, to­też utra­ci­ła sta­no­wi­sko, a tym sa­mym szan­sę na ja­kie­kol­wiek ofi­cjal­ne za­trud­nie­nie przez pań­stwo­we­go pra­co­daw­cę — w tych wa­run­kach je­dy­ne­go, jaki ist­niał. Mimo to nie pod­da­wa­ła się i co kil­ka mie­się­cy pi­sa­ła li­sty do ko­lej­nych in­sty­tu­cji z proś­bą o pra­cę, jed­nak za każ­dym ra­zem, tak jak i te­raz, otrzy­my­wa­ła ne­ga­tyw­ną od­po­wiedź. Do­ra­bia­ła drob­ny­mi usłu­ga­mi na rzecz naj­bliż­szych są­sia­dów i ro­dzi­ny.

êêê

— Ja­kie­go byś chcia­ła do­stać męża? — spy­ta­ła Ru­ba­ba Lud­mi­łę, prze­bie­ra­jąc szma­cia­ną lal­kę w ko­lej­ną wie­lo­barw­ną su­kien­kę.

Ob­ser­wo­wa­łem je z góry, bo­jąc się naj­drob­niej­sze­go ru­chu ga­łę­zią, któ­ry zdra­dził­by moją obec­ność. Wów­czas moja taj­na kry­jów­ka zo­sta­ła­by na za­wsze spa­lo­na.

— Ta­kie­go jak Ta­leh — od­po­wie­dzia­ła tam­ta au­to­ma­tycz­nie, jak­by mia­ła to daw­no uło­żo­ne w gło­wie. W sku­pie­niu wy­dłu­by­wa­ła z wło­sów za­plą­ta­ne osty.

— A nie jak wu­jek Ra­hul?

— Nie. On ma strasz­ne wą­si­ska.

— Mnie się po­do­ba.

— Wiem. Wszy­scy wie­dzą. — Mała wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

— Dla­cze­go jak Ta­leh?

Dziew­czyn­ki roz­ma­wia­ły bez pa­trze­nia na sie­bie, w sku­pie­niu wy­ko­nu­jąc swo­je czyn­no­ści.

— Bo jest taki de­li­kat­ny. Mama mówi, że będą z nie­go lu­dzie i że jest ar­ty­stą, a tacy do­brze żyją, przy­naj­mniej w Związ­ku Ra­dziec­kim.

— Ale on dla cie­bie jest za sta­ry.

— A Ra­hul dla cie­bie nie jest?

— Wu­jek Ra­hul jest przy­stoj­ny.

— Po czym to się po­zna­je?

— Cio­cia tak mówi.

— To cze­mu sama się z nim nie oże­ni?

— Bo jest jego sio­strą, a poza tym jest w ża­ło­bie po Alim. Był bo­ha­te­rem. Za­bi­li go i ona go na­dal wspo­mi­na.

— Od kie­dy?

— Nie wiem. Ale wciąż go ko­cha i jest wier­na jemu jed­ne­mu.

— E tam! U nas w Związ­ku Ra­dziec­kim to lu­dzie się roz­wo­dzą po kil­ka razy, jak chcą, albo w ogó­le się nie że­nią. Mama tak­że mówi, że po­rzu­ci tego ka­ca­pa, jak nie prze­sta­nie pić. Ale Że­nia nic so­bie z tego nie robi, tyl­ko po­wta­rza, że jak się wku­rzy, to któ­re­goś dnia się od­wi­nie i znaj­dzie młod­szą.

— U nas tak nie ma. — W oczach Ru­ba­by po­ja­wi­ły się łzy. — Mój tata ni­g­dy nie po­rzu­ci mamy. A ja się nie roz­wio­dę z wuj­kiem Ra­hu­lem. Prze­nig­dy!

— Też mi coś. — Lud­mi­ła po­now­nie wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. — To ja­kieś za­bo­bo­ny. Że­nia na przy­kład to nie jest mę­żem mamy ani moim tatą. W Związ­ku Ra­dziec­kim…

— Za­mknij się! Je­steś nie­do­bra!

Ru­ba­ba wy­buch­nę­ła pła­czem i po­bie­gła do domu, po­rzu­ca­jąc lal­kę oraz przy­ja­ciół­kę.

Jak wi­dać, za­gad­nie­nia mi­ło­ści nur­tu­ją nas wszyst­kich już od naj­młod­szych lat.

Roz­dział 4

Nad­szedł czas na pew­ne wy­ja­śnie­nia. Zdo­ła­li­ście się już zo­rien­to­wać, że pra­gnę opo­wie­dzieć o swo­im ży­ciu. Hi­sto­rię nie­ko­niecz­nie peł­ną, ale za to naj­praw­dziw­szą — choć jak za­uwa­żył je­den z mo­ich or­miań­sko-gru­ziń­skich przy­ja­ciół, o któ­rym wspo­mnę nie­co po­źniej: „to, co wi­dzisz, to nie rze­czy­wi­stość, tyl­ko per­spek­ty­wa”. Jego stwier­dze­nie, mimo la­ko­nicz­no­ści za­kra­wa­ją­cej na ba­nał, było dla mnie w tam­tym mo­men­cie tak świe­że i uj­mu­ją­ce, że ni­czym praw­da ob­ja­wio­na za­wład­nę­ło moją pod­świa­do­mo­ścią. Na tyle trwa­le, iż od­tąd sta­ram się skra­cać dy­stans i przy­bli­żać roz­mów­com swo­ją opty­kę. W tym sa­mym du­chu roz­po­czy­nam tak­że to opo­wia­da­nie: od se­man­ty­ki, czy­li od przed­sta­wie­nia klu­czo­wych słów. W tej hi­sto­rii będą nimi wol­ność i mi­łość, gdyż wła­śnie one są naj­waż­niej­szy­mi si­ła­mi na­pę­do­wy­mi mo­je­go ży­cia, nie­ustan­nie się w nim prze­pla­ta­ją.