Była arabską stewardesąTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Była arabską stewardesą
Była arabską stewardesą
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 63,70  50,96 
Była arabską stewardesą
Audio
Była arabską stewardesą
Audiobook
Czyta Laura Breszka, Mateusz Kwiecień
34,90  25,83 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Marcin Margielewski, 2019

Projekt okładki

Prószyński Media

Zdjęcie na okładce

Mariusz Tokajuk

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta

Katarzyna Kusojć

Bożena Hulewicz

ISBN 978-83-8169-808-5

Warszawa 2019

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

CZĘŚĆ I

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

PROLOG

Emirackie media we właściwy sobie sposób unikały historii filipińskiej stewardesy, która ponad dekadę temu wyskoczyła przez okno swojego mieszkania. Kobieta była w czwartym miesiącu ciąży. Pisano o niej za to szeroko na Filipinach i głośno mówiono w Dubaju, oczywiście tak, by oficjalnie nikt nie usłyszał. Filipińczyków oburzał fakt, że Emiraty odmówiły wydania ciała dziewczyny jej rodzinie. Pochowano ją na pustyni, jak przestępcę. I faktycznie dopuściła się dwóch czynów karalnych − pozamałżeńskiej ciąży i zakazanego przez islam samobójstwa.

Gdyby ciało dziewczyny wróciło do rodziców, jej emiracki chłopak musiałby się z nią pośmiertnie ożenić, a później łożyć na teściów. Takich świństw się nie robi własnym obywatelom. Zwłaszcza że chodzi o jakieś biedne państewko, w którym nie ma nawet ropy, a ludność nadaje się tylko na służących. Do tego jeszcze to samobójstwo… Taki wstyd!

Oczywiście prawie nikt, kto do Dubaju przybył spoza arabskiego świata, w samobójstwo nie uwierzył. Zbyt wiele dziewczyn „wypadło” z bliskowschodnich wysokościowców w bardzo podobnych okolicznościach. Wzmianki o nich można znaleźć w zachodnich mediach, ale na Bliskim Wschodzie się o tym nie pisze. Przecież takie rzeczy się tu nie dzieją.

A jednak się dzieją, i to nierzadko. Wiele z nich dotyczy właśnie stewardes.

Jeśli mieszkasz w Dubaju, Abu Zabi lub w Doha, niemal na pewno znasz jakieś stewardesy lub stewardów. To wielonarodowy tłum fantastycznych ludzi z niemal każdego zakątka globu, stanowiący prawdziwą elitę wśród obcokrajowców. Fakt, że dużo podróżują, znają świat, a dzięki temu są niezwykle otwarci i mają szerokie horyzonty, sprawia, że to świetni kompani.

Ich praca, pożądana przez wielu, ma jednak też ciemne oblicze. Pewnie dlatego nie stronią od alkoholu i imprezują, jakby zaraz miał się skończyć świat. W ten sposób odreagowują trudy idealnej pracy, która nierzadko jest prawdziwym koszmarem. Stres, zmęczenie, ciągłe zmiany stref klimatycznych to ich codzienność, ale też tylko tymi problemami mogą się dzielić. O niczym innym nie mówią na głos, przynajmniej dopóki mieszkają i pracują na Bliskim Wschodzie.

Sophie i Adrien to moi francuscy przyjaciele. Oboje latali na pokładzie airbusa A380 do czasu, gdy Sophie przydarzył się przykry wypadek. Podczas jednego z lotów na trasie do Dubaju doszło do turbulencji; w ich efekcie wózek serwisowy przesunął się tak niefortunnie, że zmiażdżył fragment jej palca. Sophie trafiła do szpitala, niestety palec trzeba było amputować. Linie, dla których pracowała, zareagowały niemal natychmiast.

Myślicie pewnie: OK, dziewczyna straciła palec, ale pewnie otrzymała olbrzymie odszkodowanie i nie musi pracować do końca życia. Hmm… otóż nie. Nie w tej części świata. Sophie otrzymała od swoich linii jedynie wypowiedzenie ze skutkiem natychmiastowym. Oficjalnym powodem było niedostosowanie się do tak zwanych grooming standards – obowiązkowych cech w wyglądzie stewardesy. Na te bez jednego palca nie było miejsca na pokładzie samolotu, no, chyba że z biletem w jedną stronę do Francji.

Adrien stanął w obronie Sophie, ale wkrótce i on dostał wypowiedzenie. Prawdziwe życie arabskich załóg latających − bez ukrywania nazw i nazwisk − opisał w książce, która do tej pory jest skutecznie blokowana na francuskim rynku. Nikt nie chce zadzierać z potężną korporacją.

Przyznam, że ja też się boję. Zanim podjęliśmy decyzję o wydaniu książki, którą właśnie trzymasz w dłoniach, wraz z moim redaktorem spędziliśmy długie godziny, rozważając wszystkie za i przeciw. Ostatecznie postanowiliśmy jednak, że nie możemy tak po prostu stchórzyć, zwłaszcza że moja bohaterka ryzykuje dużo więcej. Żyjemy w świecie, w którym jedyną obroną przed złem jest odwaga. Po prostu tak trzeba.

Wszystko się zaczęło, gdy tydzień po premierze mojej książki Jak podrywają szejkowie dostałem intrygującą wiadomość. Jej autorka zapowiedziała, że ma dla mnie historię na kolejną powieść. Szczerze mówiąc, była to jedna z wielu podobnych propozycji − ale jedyna, która naprawdę przykuła moją uwagę.

– Byłam arabską stewardesą – napisała, gdy podjęliśmy internetowy dialog. − Nie tylko szejkowie są psycholami. Miałam romans z obrzydliwie bogatym Arabem związanym pośrednio z liniami, dla których pracowałam. To, co mi zrobił, nie mieści się w głowie.

– A co ci zrobił? – chciałem wiedzieć.

– To był absolutny koszmar.

– Bił?

– Wolałabym, żeby bił. Ale nie, nigdy mnie nie uderzył…

Właśnie tym mnie zaintrygowała. Żyjemy w świecie prostych schematów. Zły mężczyzna to ten, który bije kobietę − i o ile bezsprzecznie jest to prawdą, bywają rzeczy gorsze niż fizyczna przemoc. Wkrótce miałem się o tym przekonać.

– To nie będzie historia o żonobijcy ani kolejny podniebny „Grey”, chociaż początkowo na to się zanosiło. Życie pisze niewiarygodne scenariusze – wyjaśniła moja rozmówczyni.

Nauczony doświadczeniem z księciem Abedem, wiem, że warto ryzykować tego typu spotkania, zwłaszcza że tym razem nikt nie miał zamiaru wywozić mnie na pustynię. Umówiliśmy się już na następny dzień.

Gdy tylko ją zobaczyłem, pomyślałem, że idealnie wpisuje się w szablon dziewczyny miliardera z Zatoki Perskiej. Wysoka, zgrabna blondynka. Piękny uśmiech, klasyczna uroda i gracja urodzonej stewardesy. Nawet w zwykłych dżinsach i bluzie uwodziła wdziękiem.

– Znam tę szminkę – powiedziałem, rozpoznając odcień pomadki charakterystyczny dla stewardes z Dubaju.

– Nadal jej używam – odparła z uśmiechem. − Stare nawyki.

Okazało się, że dziś mieszkamy niedaleko siebie w Warszawie − zupełnie tak jak kiedyś w Dubaju − i mamy kilkoro wspólnych znajomych. Wspominaliśmy, wymienialiśmy się wrażeniami. Było zabawnie i sentymentalnie, aż wreszcie opowiedziała mi pokrótce o swoim romansie z pewnym miliarderem znanym w rejonie Zatoki Perskiej. Od razu wiedziałem, że miała rację – to była historia na powieść. Nie mogłem się doczekać kolejnych spotkań.

– Opowiem ci wszystko ze szczegółami, ale musisz mi nadać pseudonim – zastrzegła. − Nie chcę, żeby ktokolwiek mnie namierzył. Zresztą jego imię też musimy zmienić. I nazwy linii lotniczych nie możemy podać.

– Tego akurat ludzie się domyślą…

– Nawet jeśli, nie podawajmy jej. Nie chcę ich w to mieszać.

– Trudno nie mieszać linii lotniczych w opowieść o stewardesie.

– To nie będzie zwykła opowieść o stewardesie…

To będzie opowieść o Annie, Mohammedzie i o liniach ArabAir. I choć imiona bohaterów, jak też nazwa linii i niektóre szczegóły zostały zmienione, ta historia wydarzyła się naprawdę. Niestety.

ROZDZIAŁ 1

Egzamin

Miałam dwadzieścia jeden lat, indeks filozofii i zero perspektyw. Wiedziałam, że chcę w życiu coś osiągnąć, ale to wie każdy, kto mając dwadzieścia jeden lat, ma indeks filozofii i zero perspektyw. Jak większość wiedziałam też, że kompletnie nie wiem, co zrobić, by zmienić swoją sytuację. Niektórzy moi znajomi z liceum pomału zaczynali startować w korporacyjnym wyścigu szczurów, ale na moim wydziale było inaczej. My rozmawialiśmy o Nietzschem i analizowaliśmy Kanta. Przekonani o intelektualnej wyższości nad resztą społeczeństwa, trwaliśmy w zawieszeniu, popełniając ekonomiczne samobójstwo. Byliśmy skazani na głodowe pensje w zawodach dalekich od tego, który z takim zapałem zdobywaliśmy. Nie oszukujmy się – nikt z nas nie miał szansy zostać zawodowym, świetnie opłacanym filozofem. Byliśmy naiwniakami, którzy wkrótce mieli zostać bandą przeintelektualizowanych frustratów. Nie powiem, lubiłam to, ale wyłącznie jako hobby. Czułam, że w moim wieku powinnam zdobywać świat, a nie rozważać o jego końcu. Zresztą nie wierzyłam, że może się skończyć, podobnie jak coraz mniej wierzyłam w to, że dobrnę do końca tych studiów. Potrzebowałam tylko powodu. Konkretnego, racjonalnego, bez pola do interpretacji i rozważań. Czarno na białym. Potrzebowałam go dla siebie, ale też nie chciałam zawieść babci. Była taka dumna, gdy zaczęłam studiować filozofię. Sama zaczytywała się w dziełach różnych myślicieli, ale w życiu twardo stąpała po ziemi. Miała kotwicę, której mnie brakowało. Wiedziałam, że zrozumie, jeśli tylko podam jej konkretny powód, ale tego wciąż nie miałam.

Tkwiłam w zawieszeniu przez kilka miesięcy. Przeglądałam oferty pracy. Zapisałam się do kilkunastu newsletterów, byłam nawet na paru rozmowach, ale żadna z nich nie dawała nadziei na zmianę. Nawet gdybym się zdecydowała na którąś z ofert, nadal stałabym w miejscu. Od początku studiów pracowałam w kawiarni, ale nie traktowałam tego zajęcia przyszłościowo. Zamiana tacy na słuchawki też nie była rozwiązaniem. Czułam narastającą frustrację, a moja samoocena pikowała coraz niżej z każdym dniem.

Tego dnia miałam egzamin. Chyba z ontologii. Na pewno ustny! Jak zwykle poszłam na uczelnię wcześniej. Lubiłam zdawać jako jedna z pierwszych, szybko mieć to za sobą, a przede wszystkim nie poddawać się zbiorowej psychozie, w jaką wpadają wszyscy oczekujący i atakujący wychodzących z gabinetu profesora pytaniem: „Jak było?”. Atmosfera gęstnieje z godziny na godzinę, a w opowieściach o tym, co się dzieje za drzwiami gabinetu, przelewa się coraz więcej krwi. Unikałam tego, jak mogłam, więc często siedziałam na pustym korytarzu, by wejść na pierwszy ogień. Tego dnia zaraz po mnie pojawiła się Kaśka. Wpadła na korytarz zdyszana, choć do rozpoczęcia egzaminu były jeszcze co najmniej dwie godziny.

 

– Posłuchaj! – zawołała, z trudem łapiąc powietrze.

– Słucham – odparłam spokojnie, patrząc na nią z niemałym zdziwieniem.

Kaśka wyglądała tak, jakby właśnie się dowiedziała, że arabscy dżihadyści planują zamach na naszą uczelnię, i chciała mnie przed nim ostrzec. Chociaż, szczerze mówiąc, nie wiem, czy zdecydowałabym się na ucieczkę. To mogłoby być najciekawsze wydarzenie w historii wydziału filozofii, a już na pewno najciekawsze, co mnie tu spotkało, od kiedy po raz pierwszy przekroczyłam próg mojej Alma Mater. Kaśka wreszcie odsapnęła na tyle, by wydusić z siebie komunikat:

– Rekrutują do linii lotniczych w Dubaju… ArabAir! Musimy tam pójść…

A jednak Arabowie. Tylko czy ona na głowę upadła?! Linie lotnicze? Przecież to niedorzeczne. Mam zostać stewardesą?

– Kasieńko, o czym ty mówisz, kochanie… Czy ty przypadkiem nie przesadziłaś wczoraj z nauką?

– Z niczym nie przesadziłam!

– Z niczym czy z Nietzschem?

– Posłuchaj, Anka! To dla nas wielka szansa! Już wczoraj chciałam do ciebie zadzwonić, ale gdzieś posiałam ładowarkę, więc przybiegłam tu z samego rana. Wiedziałam, że czekasz w blokach startowych, kujonko. Rejestrację zaczynają za pół godziny. Zdążymy. No chodź!

Kaśka złapała mnie za rękę i pociągnęła.

– A co z egzaminem?! – rzuciłam.

– Właśnie na niego idziemy!

Miała rację. Tego dnia czekał nas prawdziwy, wielogodzinny, intensywny egzamin, którego zdanie kwalifikowało do otrzymania posady w jednej z największych linii lotniczych na świecie.

Dwadzieścia minut później znalazłyśmy się w hotelowym lobby, w którym kłębiło się od elegancko ubranych, wystylizowanych dziewczyn. Okazało się, że zupełnie tego nie planując, doskonale wkomponowałyśmy się w tłum. Wyszykowałyśmy się na egzamin u sędziwego profesora, co wymagało poszanowania starych uniwersyteckich tradycji i idealnego szkolnego mundurka. Doskonale tu pasował.

Kaśka podała mi swoją szminkę.

– Dajesz, maleńka!

– Zwariowałaś? – prychnęłam. − Przecież wiesz, że się nie maluję.

– To zaczniesz. Czerwona szminka jest elementem ich munduru. Na pewno spojrzą na ciebie łaskawiej. − Kaśka ewidentnie odrobiła lekcje.

Postanowiłam nie oponować. Pociągnęłam usta czerwienią i przejrzałam się w lusterku. To nie był codzienny widok, ale musiałam przyznać, że bardzo mi pasował. Przy maskarze już nie dyskutowałam. Grzecznie musnęłam nią rzęsy. Na koniec Kaśka rozpyliła wokół mnie sporą ilość swoich perfum, po czym ogłosiła stan gotowości.

Stanęłyśmy w formującej się niezgrabnie kolejce do jednej z trzech sal. Po chwili podszedł do nas przeraźliwie szczupły, bardzo wysoki chłopak w lotniczym mundurze. W ekspresowym tempie rozdał wszystkim formularze. Robił to tak szybko, że nie pozwalał na jakąkolwiek reakcję, zadanie pytania. Ale o to właśnie chodziło.

Ankiety nie różniły się zbytnio od standardowych dokumentów, które wypełnia się w urzędach. Poza jednym: oprócz danych osobowych i kontaktowych należało wpisać informację o posiadanych tatuażach, a na szablonie ludzkiej sylwetki dokładnie wskazać ich umiejscowienie. Nie miałam tatuaży. Babcia chybaby mnie zabiła. Jej zdaniem podobne wymysły przekreśliłyby raz na zawsze moje szanse na zamążpójście. Kaśka miała dwie dziary, ale w miejscach osłoniętych ubraniami, a to nie stanowiło przeciwwskazania. Oprócz tatuaży trzeba było podać dokładny wzrost i zaznaczyć, czy zasięg naszych ramion wynosi minimum dwieście dwanaście centymetrów, gdy stoimy na palcach. Nie miałam pojęcia, nigdy tego nie liczyłam, ale zaznaczyłam, że tak.

Dziewczyny wchodziły do pokojów pojedynczo i nie wychodziły z nich, co było lekko niepokojące, ale ponieważ nikt nie ogłaszał alarmu, czekałyśmy dalej. Gdy przyszła nasza kolej, Kaśka weszła pierwsza.

– Tylko nie zwiej – rzuciła do mnie, zanim zniknęła za drzwiami.

Nie miałam zamiaru zwiewać. Pomału zaczynałam sobie wyobrażać, co by było, gdybym faktycznie dostała tę pracę. Miałabym wyjechać z Polski do nieznanego arabskiego kraju i obsługiwać ludzi na pokładzie samolotu? W sumie teraz też ich obsługuję − w kawiarni, a reszta mojego życia zdecydowanie nie jest tak ekscytująca, by przebić wyjazd do Dubaju. Kaśka, tak jak dziewczyny przed nią, nie wyszła z sali. Nie było jej też w środku, o czym się przekonałam, gdy wreszcie i mnie wpuszczono. W niemal pustym pokoju stał stół. Siedząca przy nim dziewczyna wyglądała na stewardesę. Porcelanowa cera, perfekcyjnie ułożone włosy i elegancki toczek zatknięty na czubek głowy. Usta miała pomalowane identycznie jak ja, choć nie byłam pewna, czy na moich został jeszcze choćby ślad szminki. Nie miałam odruchu sprawdzania makijażu, bo do tej pory robiłam go sporadycznie i raczej bez większego talentu.

Kobieta zmierzyła mnie od stóp do głów. Uśmiechnęła się i bez słowa wskazała krzesło. Natychmiast usiadłam. Tak, na pewno była stewardesą. I to doświadczoną. Wciąż milcząc, wyciągnęła rękę po formularz, który ściskałam w dłoniach kurczowo jak przestraszona uczennica. Potulnie go oddałam.

W pokoju panowała absolutna cisza, gdy kobieta analizowała moje dane z niezwykłą atencją, jakby chciała się ich nauczyć na pamięć. W końcu podniosła głowę, włączyła funkcję „uśmiech” i zapytała czystą angielszczyzną:

– Dlaczego chciałabyś pracować dla naszej linii?

Dlaczego chciałabym pracować dla waszej linii? Ja nawet nie wiem, czy w ogóle chcę dla was pracować. To przecież Kaśka mnie tu przyciągnęła, może ona odpowie, bo ja nie bardzo wiem… Dobra, uspokój się, nie rób głupot. Przecież to nie jest wybitnie trudne pytanie. Odpowiedź nie wymaga zakuwania po nocach ani ponadprzeciętnej inteligencji.

– …czy aby na pewno chcesz dla nas pracować? – Kobieta przerwała niezręczną ciszę, choć w jej głosie nie usłyszałam zniecierpliwienia.

Powiedz coś wreszcie!

– Tak. Bardzo. Przepraszam… – zaczęłam cedzić po angielsku. – Dalajlama powiedział: „Podaruj tym, których kochasz, skrzydła, by mogli latać, korzenie, aby wracali, i powody, aby zostali”.

Co ja wygaduję? To nie jest egzamin z filozofii!

Kobieta zrobiła trudną do określenia minę, ale wydała mi się zaintrygowana. Nie miałam nic do stracenia, więc kontynuowałam:

– Mam korzenie, mam dokąd wracać. Mam kochającą babcię i brata, mam zatem powody, by zostać, ale czuję, że potrzebuję skrzydeł. Chcę latać.

Bardziej filozoficznie już się nie dało. Idiotka! Oni nie szukają filozofa, tylko kelnerki do popychania wózków.

– Interesujące podejście – skomentowała kobieta. – Muszę przyznać, że po wysłuchaniu kilkudziesięciu uzasadnień dotyczących spełniania marzeń, chęci podróżowania i przeżywania przygód twoje jest niezwykle odświeżające. Ale pokład samolotu to nie miejsce na filozofię.

Czyli zdałam czy nie? Dostałam tę pracę? Będę stewardesą czy mogę spokojnie wracać do mojego nudnego, nierokującego życia?

– Dziękuję, to wszystko. Wyjdź, proszę, tylnymi drzwiami.

Jak to? To wszystko? Już? Nie dowiem się niczego więcej? Nie zdążyłam nawet o nic zapytać.

Kobieta ponownie prostym gestem zachęciła mnie do wyjścia z sali. Czy ona ma jakieś supermoce? Jeśli takich umiejętności nabywa się w liniach lotniczych, to wreszcie mam prawdziwy powód, by do nich wstąpić.

Za tylnymi drzwiami stały dziewczyny, które wcześniej zniknęły w poszczególnych salach. Stanowiły tłum owładnięty dokładnie taką samą psychozą, jaką znałam z sesji egzaminacyjnych. Jedne opowiadały o tym, jak fantastycznie im poszło, inne, blade i bliskie omdlenia, z trudem powstrzymywały łzy, przekonane, że nawaliły na całej linii.

– Jesteś! I jak? – spytała pozytywnie nakręcona Kaśka.

– Nie mam pojęcia. Przecież tego nie da się ocenić.

– No niby nie, ale jak czujesz?

– Pieprzyłam coś o Dalajlamie, więc raczej nie zrobię kariery w lotnictwie.

– Co…? Gdzieś ty tam wcisnęła Dalajlamę?

– No widzisz, niby niemożliwe, a jednak… A u ciebie jak?

– Chyba spoko. Mam wrażenie, że wszystkich pytają o to samo.

– I wszyscy to samo odpowiadają! Moja mi tak powiedziała. Ale Dalajlamą nie była zachwycona.

Kilkanaście minut później z wszystkich trzech sal przesłuchań wyszli egzaminatorzy. Stanęli w równym rzędzie, a kobieta, z którą rozmawiałam, oznajmiła, że za chwilę na tablicy pojawią się nazwiska osób, które zakwalifikowały się do kolejnego etapu.

– Osoby te proszone są o pozostanie przed salą. Pozostałym dziękujemy. Reklamacje nie będą przyjmowane, decyzja jest ostateczna. Do kolejnej rekrutacji można przystąpić nie wcześniej niż po upływie sześciu miesięcy.

To mówiąc, dwie rekruterki weszły do jednej z sal, a mężczyzna przypiął na wystawionej w holu tablicy listę nazwisk, po czym zniknął za drzwiami. Ich pośpiech był zrozumiały i zapewne podyktowany doświadczeniem. Oni doskonale wiedzieli, co nastąpi za chwilę. Przez kolejne pół godziny obserwowałam istny spektakl histerii. Niektóre dziewczyny skakały z radości, inne zanosiły się płaczem. Te, które znalazły swoje nazwisko na liście, pocieszały koleżanki, którym się nie powiodło.

– Ja też rezygnuję. Bez ciebie nigdzie nie pojadę – zarzekała się jakaś laska, przytulając pogrążoną w żałobie towarzyszkę.

– Nie możesz… Idź dalej, ja tu zostanę… – Dziewczyna łkała, jakby grały w pustynnym dramacie.

– Nie zrobię tego!

– Musisz!

− Nie!

Dramatyczna scena rozgrywała się do momentu, gdy ta, która przeszła do kolejnego etapu, zorientowała się, że cały makijaż jej nieszczęśliwej koleżanki znalazł się na jej bluzce.

– Fuck! – wrzasnęła. − Jak ja się im teraz pokażę?

– To jednak idziesz…? – wydukała z trudem ta druga.

– Idę się o ciebie kłócić. Dostanę się, a potem załatwię ci tę robotę, zobaczysz. Ale teraz musisz mi dać swoją bluzkę. Przecież nie pójdę taka utytłana.

Chwilę później obie zniknęły mi z oczu.

Obserwowałam ludzi dookoła mnie i byłam coraz bardziej zaintrygowana. Ta psychoza była niedorzeczna. A może to ja, studiując zupełnie niepotrzebny kierunek i prowadząc pozbawione znaczenia życie, straciłam prawdziwy ogląd sytuacji? Może to jest coś, o co warto walczyć? Tłum przed tablicą w końcu się przerzedził. Czas sprawdzić, jak mi poszło. Podeszłam na miejsce energicznym krokiem i przesunęłam wzrokiem wzdłuż listy.

Jestem! Kaśka też jest! Super! Skoro los chce, żebym ruszyła w świat, to fajnie będzie mieć towarzystwo. Rozejrzałam się wkoło, ale samej Kaśki nie znalazłam. Chwilę później zaczął się maraton, który do dziś pozostaje w mojej pamięci najbardziej wyczerpującym egzaminem, jaki kiedykolwiek zdawałam. Zanim się zorientowałam w sytuacji, siedziałam w sali, w grupie ośmiu dziewczyn, które − podobnie skonfundowane − próbowały robić dobrą minę do złej gry. Gra może taka zła nie była, ale na pewno było w niej wiele niewiadomych.

Usiadłyśmy na krzesłach ustawionych w krąg. Same dziewczyny. Wszystkie podobne do siebie, jak laski z Instagrama. Tlenione, z mocnym makijażem i nienagannym manikiurem, z ustami w dzióbek, bo inaczej już chyba nie potrafią. Wyprostowane, sztywne, idealnie pasujące do mojego wyobrażenia o stewardesach. Tylko ja taka jakaś… nie z tej bajki. Po przywitaniu i krótkim wstępie prowadzące ten etap rekrutacji postawiły na środku kręgu pudełko i poprosiły, byśmy sięgnęły po jeden ze znajdujących się w nim przedmiotów. Dziewczyny rzuciły się do niego, jakby od tego zależała nie tylko ich praca, ale i życie. Ja ustąpiłam. Do pudełka sięgnęłam jako ostatnia. Wylosowałam mały pusty słoik. Zabawne, bo na pierwszy rzut oka zdecydowanie bardziej pasował do moich współtowarzyszek. Pewnie dlatego żadna z nich po niego nie sięgnęła. Lepiej nie wzbudzać skojarzeń. Poproszono nas, żebyśmy się przedstawiły w kontekście przedmiotu, który wylosowałyśmy, i powiedziały, dlaczego chcemy latać. Na szczęście i tym razem nie musiałam być pierwsza. Do odpowiedzi wyrwała się jedna z dziewczyn; podniosła rękę, jakby była w szkole, jednocześnie tupiąc zatkniętymi w wysokie szpilki stopami. Dzisiaj już nie pamiętam, jak miała na imię, ale Dżesika pasowałoby do niej idealnie. Wylosowała długopis.

 

– Witam wszystkich bardzo serdecznie, mam na imię Dżesika. Wylosowałam długopis, pewnie dlatego, że bardzo lubię pisać. W wolnych chwilach piszę wiersze, a jak już się przeprowadzę do Dubaju, będę pisać pamiętnik i kartki do rodziny. Dziękuję bardzo za uwagę.

Dżesika finezją pięcioletniej dziewczynki podniosła poprzeczkę, a ja czułam, że powoli zaczyna mnie rozsadzać sarkazm. Klony Dżesiki były równie kreatywne. Charakteryzowały się za pomocą spinaczy, kapsułek kawy i łyżeczek, aż w końcu przyszła moja kolej. Co ja mam wspólnego z pustym słoikiem? Poza tym, że siedzę w towarzystwie osób o inteligencji równej temu naczyniu. Tylko przypadkiem nie powiedz tego na głos! Oczekują przedstawienia? Dostaną je.

– Mam dużo wspólnego z tym słoikiem – zaczęłam. − Jest jak tabula rasa. Pusty. Czeka, by zapełnić go doświadczeniami, wiedzą. Na to właśnie liczę. Chcę, by dzięki tej pracy wkrótce był pełny po brzegi, kipiał od wspaniałych przygód i nowych przyjaźni…

Udało się. Nie powiedziałam, co myślę, tylko to, czego ode mnie oczekiwano. Okazało się jednak, że nie do końca. Dżesika miała pytanie. Znowu podniosła rękę i przebierając bucikami, zapytała:

– Przepraszam, a jak masz na imię? Bo nie powiedziałaś, a w zadaniu było powiedziane, że trzeba się przedstawić.

Co za sucz! Pewnie myśli, że dostanie dodatkowe punkty za aktywność i podpierdalanie.

– Faktycznie, przepraszam, masz rację, Dżesiko. Mam na imię Anka – odpowiedziałam z mocno przesadzonym uśmiechem.

Zadowolona?!

Rekruterki zdawały się nie zwracać na nas uwagi. Siedząc poza kręgiem, nieustannie coś notowały. Gdy wszystkie już się przedstawiłyśmy, padło kolejne polecenie. Tym razem miałyśmy przekazać swój przedmiot osobie siedzącej obok, zgodnie z ruchem wskazówek zegara. W moje ręce trafił flakonik z tanią wodą perfumowaną.

– Spróbujcie teraz wyobrazić sobie, do czego mogłybyście użyć rzeczy, którą macie w dłoniach. Ale weźcie pod uwagę tylko sytuacje niezgodne z głównym przeznaczeniem tego przedmiotu – poinstruowała nas rekruterka.

Wraz z jej ostatnim słowem ręce Dżesiki i jej dwóch klonów wystrzeliły w górę.

– Tym razem zacznijmy od końca. – Rekruterka spojrzała na mnie. Ostatni będą pierwszymi, cholera jasna. Chętnie oddałabym ten przywilej Dżesice, która z determinacją godną wyższej sprawy wciąż trzymała nad głową przedłużoną tipsami dłoń.

– Przypadł mi w udziale flakon z wodą perfumowaną – odezwałam się. − W razie zagrożenia mogłabym jej użyć, by obezwładnić napastnika, pryskając mu prosto w oczy… − Oglądałam kiedyś program o samoobronie, w którym polecali tę metodę. – Sam flakon jest idealny do wyciskania resztek pasty do zębów. Wystarczy przejechać jego dnem po tubce, przesuwając to, co w niej zostało, w kierunku otworu. − Kolejna zasłyszana gdzieś złota rada. Nawet nie sądziłam, że takie rzeczy zostają w głowie. Dobra, jeszcze jedna i z czapki. – Schłodzone szkło flakonu można przyłożyć do głowy, jeśli nabiło się guza, a także zlikwidować za jego pomocą worki pod oczami po zarwanej nocy. To chyba tyle.

Rekruterka podziękowała mi i wskazała kolejną dziewczynę, jakby celowo zostawiając Dżesikę na koniec.

Ta jednak miała odzyskać prym już w kolejnym zadaniu. Chodziło o rozwiązywanie problemu. Musiałyśmy zdecydować, co zrobić z malejącą sprzedażą w prowadzonej przez nas firmie. Rekruterki przyglądały się naszemu zachowaniu, interakcjom, notowały niektóre wypowiedzi. Dżesika brylowała. Ogłosiła się prezesem spółki i samodzielnie rozwiązywała problemy, mocno deprecjonując pomysły innych osób. Miałam przeczucie, że więcej się nie spotkamy. Jej przebojowa osobowość dawała jej fory w życiu − bezczelni często potrafią ugrać więcej − ale na pokładzie samolotu mogłaby się okazać zgubna w skutkach. Przekonana o swojej doskonałości, Dżes w sytuacji kryzysowej zapewne gotowa byłaby usiąść za sterami, co raczej nie skończyłoby się dobrze.

Zgodnie z moimi przewidywaniami w kolejnym etapie rekrutacji Dżesiki już nie było. Niestety nie było też mojej Kaśki. Połączono wszystkie grupy, a w zasadzie to, co z nich zostało. Było nas zaledwie kilkanaście osób. Dostaliśmy testy z języka angielskiego i czterdzieści pięć minut na ich rozwiązanie. Później pożegnano nas standardowym hasłem: „Zadzwonimy do państwa” − i kazano się rozejść. Trochę mnie to zirytowało. Tyle zachodu, a na koniec formułka wygłaszana z reguły w stosunku do ludzi przegranych. A przecież nawet jeszcze nie sprawdzili naszych testów. Byłam zaskoczona swoją reakcją. Wszystko bowiem wskazywało na to, że zaczęło mi zależeć na tej pracy. Ja naprawdę chciałam, żeby do mnie zadzwonili. Tymczasem czekał mnie dużo ważniejszy telefon.

– Kaśka! Co się stało?

– Nie wiem. Myślałam, że wszystko OK. – W głosie Kaśki usłyszałam zawód. − Bardzo się zaangażowałam, ale chyba nie było mi pisane. A jak u ciebie?

– Powiedzieli, że zadzwonią, ale wiesz, jak to jest. Oni zawsze mówią, że zadzwonią.

A jednak zadzwonili, i to jeszcze tego samego wieczoru. Kazali mi się stawić na kolejne spotkanie rano następnego dnia.

Ten etap zdecydowanie bardziej przypominał klasyczną rozmowę o pracę. Pytali o moje dotychczasowe doświadczenia i oczekiwania, a na koniec mi pogratulowali. To naprawdę się działo! Wkrótce miałam dołączyć do elitarnego klubu załóg latających. Chyba po raz pierwszy w życiu czułam, że moje życie ma cel. Czasami zupełny przypadek wywraca nasze życie do góry nogami. Teraz pozostało mi już tylko czekać na tak zwany golden call − oficjalne zaproszenie do Dubaju. Dostałam je już następnego dnia.

Byłam oszołomiona tym, co mnie czeka, ale też zaskakująco przekonana, że chcę zrobić ten krok. Nie było to łatwe. Miałam w sobie gejzer skrajnych emocji. Czułam wyrzuty sumienia wobec Kaśki – ona tak bardzo chciała zostać stewardesą; serce pękało mi na myśl o zostawieniu babci, Maćka i mojego chłopaka, a do tego tak zwyczajnie, po ludzku się bałam. Przecież nigdy nawet nie byłam poza Europą, a samolotem leciałam raz − i nie był to wielki pasażerski samolot, tylko taki mały, krajowy. Teraz to wszystko miało się zmienić. Przygotowywałam się do skoku na bardzo głęboką wodę.