3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Byliśmy głupi

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Byliśmy głupi
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

*

Okładka


Copyright © Marcin Król, Czerwone i Czarne

Projekt okładki

FRYCZ I WICHA

Zdjęcie na okładce

Krzysztof Miller/Agencja Gazeta

Redaktor prowadząca

Katarzyna Litwińczuk

Korekta

Katarzyna Szol

Skład

Tomasz Erbel

Wydawca

Czerwone i Czarne Sp. z o.o. S.K.A.

Rynek Starego Miasta 5/7 m. 5

00-272 Warszawa

Wyłączny dystrybutor

Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. S.K.A.

ul. Poznańska 91

05-850 Ożarów Mazowiecki

ISBN 978-83-7700-193-6

Warszawa 2015

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Zacznę od początku. Tylko gdzie jest początek? Początek Polski wolnej i niepodległej, rozwijającej się i dumnej. Od początku przecież bardzo wiele zależy. Na początku można uczynić i pomyśleć znacznie więcej niż później, kiedy ruszy się szlakiem przez siebie wyznaczonym. Cofnąć się trudno. Zawrócić się nie da. A jednak warto wiedzieć, co się na początku zrobiło źle, bo może przyjdzie okazja, by to naprawić.

Dla mnie początek to 4 czerwca 1989 roku. Wtedy przecież okazało się, że komunizm się skończył. Podobnie jak wielu innych sądzę, że powinien to być dzień święta narodowego. Dzień mitu założycielskiego wolnej Polski. Dzień na zawsze radosny. Dzień chwały i dumy. Dzień dumnej pamięci. Dzień przełomu i entuzjazmu. Dlaczego tak się nie stało? Dlaczego tak nie jest?


4 czerwca 1989 roku frekwencja wyborcza wyniosła 62,7 procent. Wygraliśmy wszystko, co było do wygrania, ale ponad jedna trzecia obywateli nie poszła głosować. Zwycięstwo to kwestionowano z punktu widzenia politycznej sensowności i moralnej przyzwoitości. Nie zastanawiano się jednak, dlaczego w wyborach wzięła udział tylko nieco więcej niż połowa Polaków. Na pytanie to i na pytania o rację moralną i polityczną mitu założycielskiego 4 czerwca jest wiele odpowiedzi, które dopiero razem składają się na całość. Zrobiono bardzo wiele, by święto zepsuć, by zepsuć je raz na zawsze. Jak to się stało? Dlaczego byliśmy tacy głupi i sami sobie popsuliśmy największą historyczną okazję do dumy? Opowiem więc, jakie ja dostrzegam powody i zaniechania, gdzie była mądrość, a gdzie głupota. Byłem tam i wtedy. Patrzę teraz na świat sprzed ponad 25 lat i się dziwię. Wtedy się nie dziwiłem lub zdziwiłem się za późno. Więc może teraz.


Święto zostało ostatecznie zepsute, kiedy do wyborów na prezydenta stanęli naprzeciwko siebie Tadeusz Mazowiecki i Lech Wałęsa. Było to najgłupsze wydarzenie w historii III Rzeczypospolitej. Od tego momentu wszystko uległo zmianie i już nigdy do Polski nie wróciła „normalna” polityka. Prezydentem został Lech Wałęsa, a Tadeusz Mazowiecki ustąpił z urzędu premiera i już nigdy ten najwybitniejszy i najlepszy dla Polaków polityk nie pełnił funkcji rządowych. Wałęsa okazał się marnym prezydentem, a dla Mazowieckiego działalność w Sejmie i w partii politycznej była tylko utrapieniem.

Jak to się stało? Teraz wiem, że namawiając usilnie Mazowieckiego do kandydowania przeciwko Wałęsie, popełniliśmy kardynalny błąd. Mogę pisać w pierwszej osobie, bo w tym uczestniczyłem i byłem członkiem sztabu wyborczego Mazowieckiego. Popełniliśmy nie jeden błąd, lecz pięć.

Po pierwsze, daliśmy się ponieść inteligenckim emocjom przeciwko Wałęsie, który dawał do takiej reakcji liczne powody. Po drugie, przeceniliśmy szanse wyborcze Mazowieckiego. Po trzecie, zniszczyliśmy w ten sposób jedynego (poza Bronisławem Geremkiem) człowieka, który spośród dawnej opozycji miał zdolności i umiejętności polityczne, a był przy tym umiarkowany, spokojny i rozumny. Po czwarte, rozpoczęła się wojna polsko-polska, której końca nie widać. I po piąte, pośrednio umożliwiliśmy postkomunistom dojście do władzy. Sprowokował to Wałęsa, ale my daliśmy się wciągnąć.

Więc najpierw: na czym polegały inteligenckie emocje?


Kiedy w latach 60. zaczynałem myśleć o sprawach politycznych, miałem nadzieję, że kiedyś będzie w Polsce normalnie. Normalnie, czyli tak jak w Europie Zachodniej. Przez następne dwadzieścia lat czytaliśmy książki, spotykaliśmy się z ludźmi Zachodu czy emigracji, oglądaliśmy wspaniałe zachodnie stolice (jak dali paszport) i marzyliśmy, że może u nas będzie tak samo. W latach 1988–1989, kiedy marzenia te stały się realne, także chcieliśmy, żeby było tak samo jak w Wiedniu, Paryżu, Berlinie. Tylko że tam już nie było tak samo, a my nie chcieliśmy i zapewne nie mogliśmy tego zrozumieć.

Żyłem jako już dorosły człowiek dwadzieścia pięć lat w ustroju, który był okrutny, krwawy, podły, a potem głównie niewiarygodnie głupi. Głupota komunistów, głupota działaczy partyjnych, głupota ich poglądów i działań, głupota dnia codziennego, głupota cenzury, głupota wszystkiego. Kiedy więc reagowałem na rzeczywistość, od 1966 roku w rozmaitych formach opozycji, wiedziałem, że jest głupia. Mądrość i normalność, urodę i podziw odnajdowałem w lekturach i spotkaniach z ludźmi na świecie. Te lektury to był Orwell i Arendt, ale także Proust, Dostojewski i pisarze angielscy, ale także polscy konserwatyści i francuscy rewolucjoniści. Byle nie ta głupota. Walczyliśmy z reżimem, ale duchem byłem gdzie indziej. Myślałem o polskiej tradycji romantycznej oraz o zachodniej tradycji liberalnej. Nie myślałem o Polsce, jaka wówczas była, bo jak można było myśleć o głupocie.

Nie myślałem i nie znałem. Wiedziałem, że za koniak kupuje się dyplom kwalifikowanego rolnika, że można miesiące wakacji spędzić w górach lub w domu ZAiKS-u w Zakopanem, że w pewexie jest whisky. I tyle. Znałem z domu wspomnienia żołnierzy walczących po 1945 roku przeciwko komunistom, wychowałem się w kulcie AK i WiN-u, przez dziesięciolecia nie przyjaźniłem się z nikim, kto należał do partii. Byłem uprzywilejowany, jak byli wszyscy moi koledzy z opozycji. Prześladowano mnie, ale umiarkowanie. Gnębiono, ale dało się żyć i pisać do „Tygodnika Powszechnego”. I czytać lub słuchać, jak Stefan Kisielewski szydzi z głupoty, czytać, jak Janusz Głowacki z szydzenia z głupoty uczynił arcydzieło felietonu. Chodzić do teatru, gdzie panowała atmosfera nieustającej aluzji.

Nikt nie planował zmiany, bo to byłoby nonsensowne. Poza tym wiadomo było, czego chcemy. Nikt też nie myślał, że można inaczej myśleć. Albo w ogóle nie myśleć o przyszłości wolnej Polski. Przed „Solidarnością” w takim świecie jak ja żyło najwyżej kilka, może kilkanaście tysięcy ludzi. Po „Solidarności” kilkaset tysięcy. A reszta? Nie wiem, czym żyła reszta. Zapewne strachem przed utratą pracy. Zapewne biedą, bylejakością, kolejkami i awansem społecznym, którego zasad nie pojmowałem. Zapewne tak samo jak zawsze. Nikt ich nie znał. Nikt nie wiedział.

Czy sądziłem, że będą szczęśliwi, gdy minie komunizm, gdy przyjdzie wolność? Nie wiem, nic o nich nie sądziłem. Ani dobrze, ani źle. Nie wiedziałem. Nikt nic nie mówił. A ja nie pytałem, bo jak miałem zadać pytanie i jakie pytanie? Tak naprawdę dowiedziałem się więcej w końcu lat 80. Bo dotkliwy brak wszystkiego znużył wszystkich. Komunizm stał się nie tylko głupi, ale i nędzny – i to był gwóźdź do jego trumny. Ja tego jednak nie wiedziałem. Dlaczego? Czy dlatego, że my, te kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy, byliśmy głupi? Tak, dlatego. Inaczej niż komuniści, ale żyliśmy we własnym świecie. Ale w świecie wyobraźni, świecie urojonym, świecie wspaniałym.

Kiedy jechałem co tydzień do Krakowa, radość nie miała granic. Na Wiślnej, w „Tygodniku Powszechnym”, był wolny kraj. Tajne rozmowy u księdza Bardeckiego były wolne. Sami mądrzy ludzie. Nikt się nie kłócił. Ale też nikogo poza przyjaciółmi nie znaliśmy. Owszem, jeździliśmy na spotkania do kilku Klubów Inteligencji Katolickiej na prowincji, ale tam też przychodzili ci sami ludzie, ci z kilkudziesięciu tysięcy. Gdzie była reszta? Co robiła reszta? Nie wiedziałem. I chyba się nie interesowałem. Bo dlaczego miałbym się interesować?

W drugiej połowie lat 80. z wielu powodów, przede wszystkim załamania gospodarki, władze komunistyczne zaczęły tolerować spotkania opozycji, których celem było doprowadzenie do wypracowania stanowiska politycznego. Jedynym gronem, które miało wówczas znaczenie, był Komitet Obywatelski przy Lechu Wałęsie. Powstał w maju 1987 roku i po kilku spotkaniach przygotował strategię dalszego działania: przywrócenie związku zawodowego „Solidarność” oraz „Tygodnika Solidarność”. Jeszcze przed rozmowami Okrągłego Stołu część liczącego kilkadziesiąt osób Komitetu Obywatelskiego (Tadeusz Mazowiecki, Aleksander Hall, Jan Maria Rokita, Jan Olszewski, ale i ja) proponowała, by poszerzyć grono o przedstawicieli innych ugrupowań. Chodziło o opozycjonistów spoza świata inteligencko-solidarnościowego, na przykład o Leszka Moczulskiego i jego Konfederację Polski Niepodległej czy ugrupowania bardziej radykalnie socjalistyczne. Tak się nie stało. Podziemne i półlegalne spotkania Komitetu Obywatelskiego odbywały się w gronie znajomych oraz kilkunastu przedstawicieli świata robotniczego, którzy od 1980 roku zdążyli już zostać inteligentami.

 

To Komitet Obywatelski wyznaczył rozmówców ze strony opozycji do Okrągłego Stołu i to Komitet Obywatelski wyznaczył potem kandydatów na posłów w wyborach 4 czerwca. Na wszystkie liczne zarzuty monopolizacji odpowiem krótko: inaczej być nie mogło w odniesieniu do Okrągłego Stołu. Mogło być inaczej w kwestii kandydatów na posłów. Sam Tadeusz Mazowiecki nie chciał kandydować, gdyż uważał reprezentację za jednostronną. Ale zdecydowali intelektualiści czy inteligenci o podobnym jak ja rodowodzie. Jedni nieco bardziej socjalistyczni, inni nieco bliżsi „Tygodnika Powszechnego”, ale wszyscy liberalni.

Byli to ludzie kulturalni, wykształceni, wychowani w głupim ustroju i głęboko go nienawidzący, nawet jeżeli niektórzy z nich byli przedtem członkami partii. Jak pokazały obrady Okrągłego Stołu, potrafili zachować się politycznie i zaskakująco sprawnie uzyskali, uzyskaliśmy, znacznie więcej, niż można się było spodziewać. Do momentu zakończenia rozmów Okrągłego Stołu grupa ta (chwalę także samego siebie), mimo wszelkich zupełnie nonsensownych wątpliwości i podejrzeń (Magdalenka), odegrała swoją rolę znakomicie.

Czy byliśmy jednak przygotowani do objęcia władzy i do walki politycznej? Nie, bowiem byliśmy zbyt kulturalni, zbyt liberalni i przyszłość wydawała się nam zbyt oczywista. Przecież nadejdzie wolność i państwo prawa, a zatem będzie jak wszędzie. Przecież Polacy, którzy doceniają lub docenią wreszcie osiągniętą niepodległość, nie będą zajmowali się bratobójczymi swarami albo będzie to tylko margines. Przecież przyszedł czas budowania, a nie spierania się. Przecież – była to postawa bliska myśleniu Józefa Piłsudskiego, który nie rozumiał zasady demokracji, a oczekiwał poparcia dla wolnej Polski. Wydawało się, że nie ma powodu, by powstawały natychmiast partie polityczne, a może w ogóle nie były potrzebne. Więc powstał Obywatelski Klub Parlamentarny.

Czy był to błąd? Nie wiem. W jedności siła, a komuniści jeszcze do połowy 1990 roku mieli dużo władzy. Na jakich zasadach ideowych miałoby dojść do podziału? Takiego podziału chciał Lech Wałęsa, ale za bardzo nie wiedział, o co mu chodzi. I dlaczego inteligencka opozycja miała oddać władzę czy też część władzy. Komu? Oczywiście, były ciche podjazdy i jawne ambicje, ale był „nasz” rząd, „nasz” premier. Od jesieni 1989 roku wszystko szło powoli, ale szło dobrze. Świat się zachwycał. Potem jeszcze reforma Balcerowicza. Znowu zachwyty.

Dominacja inteligenckiej aktywności politycznej, siła spokoju i jedności nie wszystkim jednak się podobały. Więc, za poduszczeniem między innymi Jarosława Kaczyńskiego, Lech Wałęsa rozwiązał Komitet Obywatelski i komitety obywatelskie funkcjonujące w licznych miastach w Polsce. Po okropnym ostatnim zebraniu Komitetu Obywatelskiego, kiedy Wałęsa poniżał intelektualistów łącznie z Jerzym Turowiczem, nastąpił koniec jedności. Wałęsa tego chciał i potrafił być chamem, ale jak potraktowano Wałęsę po wyborach 4 czerwca? Przecież nagle ten przywódca, ten symbol, ten wzór stał się tylko i wyłącznie przewodniczącym związku zawodowego. Nie wiem, jak można było wówczas zapewnić Wałęsie odpowiednią rolę, ale wiem, że nie wolno było go tak po prostu zostawić. Zignorować. Nikt z rządu ani z przywództwa sejmowego z nim nie rozmawiał, nie konsultował się nawet dla pozoru. Czyżby sądzono, że minął czas użyteczności Wałęsy, że sami intelektualiści i inteligenci świetnie sobie poradzą? Czy nie była to forma reakcji na tyloletnią dominację bezwzględnego i brutalnego przywódcy? A jednocześnie symbolu polskich przemian i niezwykle utalentowanego polityka. Rozpoczęła się próba przekształcenia Wałęsy w żywy symbol, ale on nie chciał na tym poprzestać. Czy była to próba świadoma? Nie. Wynikała z bezmyślności i niezdolności poradzenia sobie z „chamem” Wałęsą w kulturalnym i liberalnym świecie. Nikt nie chciał odsunąć Wałęsy. Ale nikt nie chciał go też przysunąć. Pojawiły się wyjątki, ludzie, którzy dostrzegli, że na sprzyjaniu Wałęsie przeciwko ludziom inteligenckiej władzy można zrobić karierę polityczną. Oni, między innymi przyszłe Porozumienie Centrum, nie mieli jednak wtedy żadnej władzy. Pozwolono im wykorzystać Wałęsę. To już nie był błąd, to była głupota. I nie da się powiedzieć czyja. Nas wszystkich.

I wreszcie inteligenckie emocje – tak to pamiętam – polegały na przeświadczeniu, że w polityce można zachowywać się przyzwoicie. Wiedziałem, jak przyzwoitym człowiekiem był Tadeusz Mazowiecki, czy jak nienagannym mój wielki przyjaciel, pierwszy niekomunistyczny minister spraw wewnętrznych – Krzysztof Kozłowski. Można tu powtórzyć za Miłoszem – „szlachetność niestety”.

Jako historyk idei bronię zasady przyzwoitości w polityce. Jako obserwator mam wątpliwości nie co do samej zasady, tylko co do tego, jak postępować, kiedy mamy do czynienia z polityką masową. Tadeusz Mazowiecki był dobrym premierem korzystającym z rad niewielkiego grona współpracowników. Ale już nie był dobrym kandydatem na prezydenta, gdyż nie chciał, nie umiał przyjąć na siebie roli przywódcy, który bez chwili wahania jest gotów powiedzieć nie to, co myśli, ale to, czego oczekują wyborcy.


Wałęsa na początku 1990 roku bez żadnych konsultacji mianował Zdzisława Najdera przewodniczącym Komitetu Obywatelskiego. Sekretarz KO Henryk Wujec dowiedział się o tym z prasy. Najder, którego dobrze znałem, to kulturalny i elegancki pan, znakomity znawca Josepha Conrada, o wielkich wówczas ambicjach politycznych i – jak się okazało – niewielkich talentach, chyba że do szkodzenia. Sam zapewne jednak nie wiedział, że Wałęsa powołał go po to, żeby komitety obywatelskie zamknąć, gdyż obawiał się, że staną się organem politycznym inteligencji. Obawy te wzrosły po spotkaniach tak zwanej inicjatywy krakowskiej, czyli próby odbudowania jedności ruchu postsolidarnościowego. Nie była to inicjatywa skierowana przeciw Wałęsie, ale była wyraźnie za rządem Mazowieckiego. Wałęsa jednak rozumiał to jako atak na jego koncepcje polityczne, a przede wszystkim na ideę „przyspieszenia”. Nie była to idea mądra. Nie bardzo wiadomo, jakie miały być jej praktyczne konsekwencje. Wałęsa proponował wydawanie dekretów rządowi Mazowieckiego. Nie mógł gorzej trafić. Mazowiecki był w tej mierze stanowczy. Demokrację można budować tylko demokratycznie. Do dekretów namawiał Lecha Wałęsę uroczy człowiek i dobry prawnik – Lech Falandysz. Falandysz znał naturalnie ideę „decyzjonizmu” Carla Schmitta. Próbował ją zastosować w polskiej sytuacji. Jednak był to nonsens, gdyż Schmitt chciał szczególnych uprawnień dla prezydenta wtedy, kiedy zagrożona jest demokracja. Wałęsa chciał szczególnych uprawnień zamiast demokracji lub żeby ją szybciej zbudować. Ani teoretycznie, ani praktycznie nie było to możliwe.

Oto obszerne fragmenty wypowiedzi na ostatnim zebraniu Komitetu Obywatelskiego, które odbyło się 24 czerwca 1990 roku. Fundacja „Karta”, niesłychanie zasłużona dla dokumentowania najnowszej historii Polski, wydała niedawno nagranie całości obrad (numer 82). Ja cytuję tylko niektóre wypowiedzi:

„Lech Wałęsa: Oto słyszę, że moi nauczyciele, do których zaliczam pana Turowicza, który mnie uczył polskości, patriotyzmu, mają wątpliwości co do intencji naszych działań. […] Jak mogło do tego dojść? [...] Proponowałbym spowiedź powszechną. [...] Zostałem pokazany światu jako człowiek, który robi zamach na demokrację. A kontekst jest taki: kiedy zmieniamy system, pojawia się wiele luk, za którymi nie zdąży żadne prawo, żaden najlepszy parlament nie nadąży w takim momencie. Dlatego specjalne pełnomocnictwa były potrzebne wtedy i dziś [są] potrzebne, nie przeciwko demokracji, nie przeciwko rządowi, a potrzebne dla blokowania zjawisk niekorzystnych, które przeszkadzają demokracji [...]. Gdyby te pełnomocnictwa były wykorzystane […] – ile byśmy zaoszczędzili kłopotów. Jako pierwszemu chciałbym oddać głos panu Turowiczowi […]. Chciałbym usłyszeć pańskie pretensje, problemy, jak mamy iść z Polską. Niech Polska usłyszy, gdzie są problemy Turowicza, gdzie są problemy Wałęsy […]. Pan powiedział: trzeba chronić rząd Tadeusza Mazowieckiego. […] Niech pan się teraz wyspowiada, dlaczego chce pan utrzymać polityczny monopol?

Jerzy Turowicz: Nie muszę państwa zapewniać o moim wielkim szacunku dla Lecha Wałęsy […]. To, co nazwano inicjatywą krakowską [zebrania 7 maja i 10 czerwca oraz Sojusz na rzecz Demokracji], nie było skierowane przeciwko niemu osobiście, i żadnych wątpliwości co do jego dobrych intencji nie miałem i nie mam. Natomiast jest faktem, że wydarzenia na naszej scenie politycznej wywołały niepokój, nie tylko u mnie. […] Sądzę i sądzą moi przyjaciele, że program rządu Tadeusza Mazowieckiego jest jedyną drogą. On jest trudny, dotkliwy, bolesny, wiemy, jak zła jest sytuacja materialna naszego społeczeństwa, wiemy, bo nam to zapowiadano, bo nam to obiecywano, że ona jeszcze będzie się pogarszać przez jakiś czas, po to, żebyśmy mogli wyjść do góry. W tej sytuacji, gdy nikt konkretnie alternatywnego programu […] nie proponuje, uznaliśmy, że te ruchy na scenie politycznej, określane może niemiłym terminem przyspieszenia, grożą gwałtownym zakłóceniem układu politycznego, co może spowodować przerwanie realizacji reform. [...] To, co próbowaliśmy w Krakowie robić i co będziemy próbowali kontynuować w miarę tego, jak rozwinie się w najbliższych dniach przyszłość komitetów obywatelskich, miało na celu tylko to, abyśmy tej olbrzymiej rzeczy, która się w Polsce stała, nie popsuli.

Władysław Frasyniuk: Jestem zdumiony tłamszeniem i szmaceniem ludzi na tym forum. Co to znaczy – wzywanie pana Turowicza do głosu? Co on, gówniarz, przepraszam bardzo? To ciało zagubiło się. Zapomniało, że w pewnym momencie trzeba było zrezygnować; jest jedynym, które nie poddało się weryfikacji demokratycznych wyborów. Ja się przestałem identyfikować z tym ciałem i jestem w kropce: bo ani z niego wystąpić, ani złożyć jakiejś deklaracji. Powinno przestać istnieć kilka tygodni temu.

I jeszcze do pana Lecha Wałęsy, mojego przyjaciela. Ale dlatego mówię »pana Lecha«, bo zastanawiam się, czy ja z tym samym Lechem poniewierałem się po więzieniach, po komisariatach. Sądzę, że nie. Te zarzuty, które stawia Lech Wałęsa, są demagogiczne. […] Co to znaczy »przyspieszenie«? Co to znaczy, że wszyscy mówią teraz do mikrofonu: kochamy Lecha Wałęsę, kochamy plan Balcerowicza, tylko żeby lepiej, szybciej, łatwiej, przyjemniej. Puste słowa. […] Trzeba podjąć decyzję, że przestajemy blokować mechanizmy demokratyczne. [...] Co to za instytucja, która za tarczę bierze »Solidarność«, herb wąsy Wałęsy i przywala wszystkim – »Solidarności«, wartościom, które »Solidarność« do tej pory reprezentowała. […] To poczucie bezradności, beznadziejności wynika z próby wywołania ostrego konfliktu: za kim się opowiedzieć – za Mazowieckim, który broni nomenklatury, czy za Wałęsą, który opieprzy nomenklaturę? Jaka ma być Polska? Jeśli komitety obywatelskie nie staną się instytucjami demokratycznymi, to w tym kraju demokracji nie będzie. Będzie tylko silny Lech Wałęsa, autokratyczny, który zamierza rządzić dekretami [...].

Lech Wałęsa: To poleci w telewizji, że kolega mój, Władysław Frasyniuk, powiedział o demagogii. A ja powiem odwrotnie – to, co ty powiedziałeś, jest dokładną demagogią. Nigdzie nie zgromadziły się takie jednostki, jakie tu są. To przecież wy pokonaliście finezyjnie komunizm. Ale teraz pokuśmy się o przeprowadzenie Polski przez pluralizm. […] Ja z konieczności, jako Lech Wałęsa, widząc, co się dzieje, widząc, że się źle dzieje – próbuję. Źle to robię – ale właśnie wy to macie naprawić, wy to macie ustawić. Gdyby ktokolwiek pokusił się o rozwiązanie naszego Komitetu – ludzie, to zdrada Polski! […] Choćbyśmy trupem padli, musimy to utrzymać. [...] Nie ma kto w Polsce tego zrobić – a koncepcja przejęcia tego Komitetu przez Bujaka, Wujca i innych jest zbrodnią na żywym ciele! Nawet jeśliby się to powiodło, będę zmuszony – i statut, i zjazd mnie upoważnia do tego – stworzyć drugą reprezentację. Bo ja się panicznie boję monopolu.

 

Wiktor Woroszylski: W jakim stopniu ostatnim zmianom [personalnym] w KO odpowiadają ich interpretacje ze strony takich polityków i intelektualistów, jak Piotr Wierzbicki, Ryszard Bender i Stefan Niesiołowski? Na przykład poseł Niesiołowski oznajmił w Łodzi i gorąco poparł tak rozumiany sens operacji, że mianowanie Najdera służyło po prostu odsunięciu Geremka. Profesor Bender […] wskazał na rażący go fakt, że – cytuję: »W dotychczasowym składzie KO przeważają – w jego mniemaniu – ludzie lewicy laickiej«. […] Otóż chciałem ciebie, Zdzisławie, zapytać, czy o to, co wyrazili bez ogródek Wierzbicki, Niesiołowski i Bender, chodziło ci, kiedy przyjmowałeś z rąk Lecha Wałęsy kierownictwo pracami Komitetu. Czy Przewodniczący tak właśnie określił [...] istotę tego, co miało nastąpić? Czy naprawdę cała gra zmierzała do pozbycia się takich działaczy dawnej opozycji, jak Geremek i Wujec?

Jacek Moskwa: Nie ma w tej chwili innej opcji niż opcja Mazowiecki i Wałęsa i dlatego z niepokojem przyjmuję fakt, że premiera nie ma wśród nas. [...] Nie ma w tej chwili innego sposobu zbudowania oparcia dla rządu niż w oparciu o związek zawodowy »Solidarność« i Lecha Wałęsę [...]. Dlatego widzę, że podejmowane próby skasowania Przewodniczącego, ośmieszenia go są po prostu samobójcze […]. Uważam dalej, że Komitet w zreformowanej formie powinien przetrwać. Właśnie dlatego, że w ramach ruchu »S« ujawniły się w sposób wyrazisty tendencje polityczne, które doprowadzą do powstania partii. […] Dobrze się stało, że powstało Porozumienie Centrum, dobrze, że powstaje Sojusz na rzecz Demokracji, dobrze, że będą się ze sobą spierać i niewiele zrobimy jakimiś moralistycznymi apelami, żeby się nie kłóciły […]. Tak jak potrzebne są podziały, tak potrzebne są autorytety stojące ponad tymi podziałami. Takim autorytetem jest Lech Wałęsa, takim autorytetem jest Tadeusz Mazowiecki, takim autorytetem powinien być przewodniczący OKP czy marszałek Senatu. Źle by się stało, gdyby Lech Wałęsa stał się zakładnikiem Porozumienia Centrum, gdyby krępowało ono jego ruchy, jego nadrzędną pozycję – ale źle byłoby także, gdyby Sojusz na rzecz Demokracji uczynił swoim zakładnikiem premiera Mazowieckiego. […] Do końca będę wołał, że potrzebne jest to forum. Potrzebne jest choćby jako miejsce spotkania, gdzie Jerzy Turowicz będzie się mógł spierać z Lechem Wałęsą, gdzie z Lechem Wałęsą będzie mogła się spierać Halina Bortnowska czy Wiktor Woroszylski. Jeśli Państwo z tego komitetu wystąpicie, to właśnie będziecie zmierzali do tego, żeby wokół Lecha Wałęsy powstało zgromadzenie klakierów, które każdą jego decyzję będzie potwierdzało.

Stefan Bratkowski: Duchowy rodowód tego Komitetu był jednoznacznie solidarnościowy. I myślę, że warto sprecyzować, co to znaczyło, bo mam nadzieję, że dziś jeszcze to coś znaczy. Otóż myśmy rozumieli przez to zdolność porozumienia i współpracy mimo wszelkich różnic, które by nas dzieliły. [...] Nie byliśmy komisją porozumiewawczą stronnictw politycznych – i myślę, że do tego trzeba powołać jednak jakieś inne ciało. I nie chodziło też o pole walki [...]. Byliśmy wraz z Przewodniczącym »Solidarności« żywymi dowodami na to, że nasz ruch walczył o reformy, a nie stołki dla siebie. Chcę wyraźnie powiedzieć, że dziś takie domniemanie bezinteresowności przestaje działać na korzyść grona, które tu się zgromadziło. […] Jest czymś zupełnie innym być w Komitecie Obywatelskim przy bezinteresownym, działającym dla dobra Polski Lechu Wałęsie, a czymś innym być w Komitecie do rozgrywek politycznych.

Lech Wałęsa: Panie Andrzeju [do Andrzeja Wielowieyskiego], ja żądam dowodów, pan mnie po prostu oskarżył o sianie niepokoju. Ja żądam dowodów, by Polska usłyszała, gdzie pan ma te dowody.

Andrzej Wielowieyski: Nie należy fetyszyzować badań socjologicznych, ale nie należy ich też lekceważyć czy odrzucać. Wszystkie sondaże prowadzone przez odpowiednie instytuty wykazują ostry wzrost zaniepokojenia społecznego. Co znamienne, ten niepokój jest mniejszy wśród ludzi z wyższym wykształceniem, a dużo wyższy – wśród tych z niższym, wśród działaczy związkowych, terenowych. Jest to fakt bezsporny.

Lech Wałęsa: Odpowiedź moja jest jedna – stłucz pan termometr, nie będziesz miał pan gorączki.

Aleksander Hall: Jest nieodpowiedzialnością i głęboką nieprawdą mówienie, że ten rząd realizuje program lewicy. […] Ten rząd, rząd przejścia, reprezentuje interes narodowy. Sądzę, że i na arenie międzynarodowej, i w procesie zarysowania zmiany systemu gospodarczego, w którym własność prywatna stanie się zasadniczą formą własności, nie ma on nic wspólnego z doktryną ideologiczną lewicy marksistowskiej. […] Niedobrze się stało, że kampania wyborcza rozpoczęła się wcześnie, w czasie, kiedy – jak się wydaje – trzeba iść razem i wszystkie kłopoty wynikające z trudnej sytuacji okresu przejściowego dziś są wykorzystywane jako argument w walce wyborczej. [...] Bardzo szanuję Lecha Wałęsę jako towarzysza wspólnej drogi zaczętej jeszcze grubo przed Sierpniem ’80, szanuję go jako symbol tej drogi i jako przywódcę »Solidarności«. Natomiast chcę powiedzieć wyraźnie, w swoim i tylko swoim imieniu: nie uważam go za dobrego kandydata na prezydenta Rzeczypospolitej.

Lech Wałęsa: Aż się prosi o odpowiedź. Ja też nie widzę Olka Halla jako ministra w przyszłości.

Zbigniew Bujak: Jest to tylko i wyłącznie ożywienie politycznej walki o stanowiska. Za tym nie kryje się w tym momencie żadne istotne zróżnicowanie programowe. I ta sytuacja politycznej rywalizacji o przyszłe miejsca w rządzie i parlamencie Polsce szkodzi. [...] Panie Przewodniczący, najprawdopodobniej pan tę walkę wygra. Widać to po burzliwych oklaskach, po wielkim oddaniu, z jakim ludzie deklarują poparcie dla pana. Powiedział pan, że to, co ja proponowałem i robię w komitetach, to zbrodnia na żywym organizmie. Ja rozumiem, że w jednym towarzystwie ze zbrodniarzem się nie siedzi, i dlatego przyjmuję to jako delikatną sugestię, żebym się z Komitetu usunął, co też czynię. Ale chciałem powiedzieć, że zbrodnia na żywym organizmie, czyli – jak rozumiem – zbrodnia na społeczeństwie polskim, to niemal zbrodnia stanu. Za zbrodnię stanu staje się na szafocie. W związku z tym rozumiem mniej więcej, co mnie czeka, gdy pan wygra. Dlatego mam jedną, jedyną prośbę. Mianowicie chciałbym, aby w dobroci swojej, umiłowaniu pluralizmu i demokracji dał mi pan prawo do ostatniego słowa.

Jarosław Kaczyński: Zwolennicy przyspieszenia z diagnozą [Andrzeja Wielowieyskiego] się nie zgadzają. Uważają, że przyczyny niepokoju i wielkich niebezpieczeństw zasadniczych i doraźnych leżą w czymś zupełnie innym niż współpraca czy brak współpracy kilku skądinąd bardzo szanowanych polityków. […] Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że nie jest możliwe wspólne, równoległe zaspokojenie dwóch interesów. Interesu ogromnej większości społeczeństwa, która jest zainteresowana, by w Polsce powstał system demokracji i gospodarki rynkowej. I interesów dawnej nomenklatury. [...] Ale jest także sprawa druga: niebezpieczeństwo buntu na tle ekonomicznym. Można by wymyślać różne teorie, dlaczego doszło do strajku kolejarzy, dlaczego mamy do czynienia z niepokojami na wsi, napięciem w różnych działach gospodarki. Ale tak naprawdę trudno uchylić tutaj zarzut, że wynika to po prostu z fatalnej sytuacji ekonomicznej. Być może, że ta sytuacja jest w tej chwili nie do naprawienia. Można by w tej sprawie dyskutować, ale na pewno żadnej radykalnej poprawy się szybko nie uzyska. Wobec tego trzeba szukać jakichś innych czynników życia społecznego, które potrafiłyby jakieś potrzeby społeczne zaspokoić, obniżyć to napięcie. [...] Uważamy, że szereg posunięć politycznych [...] zapobiegnie destabilizacji. Chodzi o wyklarowanie sytuacji politycznej, o to, by ten hybrydalny układ władzy, najlepiej symbolizowany przez dwie osoby – premiera Mazowieckiego i prezydenta Jaruzelskiego – przestał istnieć. [...] Pan minister Hall powiedział, że jako człowiek odważny stwierdza, że Lech Wałęsa nie nadaje się na prezydenta. Otóż ja tutaj też wykażę cywilną odwagę. Sądzę, że z różnych względów [...] Tadeusz Mazowiecki, przy wszystkich jego zasługach i przy tym, że go popieram jako premiera, na prezydenta się nie nadaje.

Adam Michnik: Do dzisiaj szliśmy razem. Od dzisiaj różnimy się fundamentalnie w swoim poglądzie na to, co demokracją jest, a co jest demokracji parodią. Chcę dać wyraz swojemu przekonaniu, że jeżeli się powiada, że wszystkie ugrupowania powinny mieć prawo do tworzenia swoich politycznych partii, koalicji i sojuszy, to takie prawo powinny mieć również te ugrupowania, które się nie uważają ani za lewicę, ani za prawicę, ani za centrum, a które swój rodowód definiują jako rodowód solidarnościowy. I odbieranie im tego prawa, i jednocześnie nazywanie tego walką o demokrację – wydaje mi się czymś nie na miejscu. Bo można każdemu z nas w wyniku arbitralnej decyzji zabrać solidarnościowy znaczek, za który byliśmy lani przez długie dziesięć lat, ale tej biografii, naszej walki o »Solidarność« nam nie zabierze nikt, łącznie z tobą, Lechu. Porozumienia trzeba szukać, bo jest ono potrzebne Polsce. […] Dla mnie tym kryterium jest stosunek do rządu, do tego niedoskonałego, koalicyjnego rządu, który prowadzi nas od ładu totalitarnego do demokracji. [...] W moim przekonaniu korzenie filozofii politycznej [rządu] tkwią w »Solidarności«, są realizacją tego, co w etosie i tradycji »Solidarności« było najcenniejsze. I tego rządu będę bronił tak, jak będę umiał, niezależnie od tego, czy, szanowni antagoniści, będziecie mi nadal przypinali, że jestem lewicą laicką czy że jestem kryptokomunistą. Powiem tylko tyle: jeżeli ja jestem lewicą laicką i kryptokomunistą, to wy, szanowni antagoniści, jesteście po prostu świniami.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?