Gawędy o wilkach i innych zwierzętach

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Gawędy o wilkach i innych zwierzętach
Gawędy o wilkach i innych zwierzętach
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,80  58,24 
Gawędy o wilkach i innych zwierzętach
Gawędy o wilkach i innych zwierzętach
Audiobook
Czyta Krystyna Czubówna
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Później już było tylko gorzej. Gdy zaczynał się kolejny sezon polowań, martwiłem się o nie coraz bardziej. W lesie jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać nęciska. Co to jest nęcisko? To miejsce, gdzie myśliwi wyrzucają karmę, by zwabić zwierzęta i do nich strzelać. Dla mnie jest to straszna obłuda. Regulamin polowań zabrania strzelania do zwierząt przy paśniku, ale jak ten paśnik nazwie się nęciskiem, to można strzelać zupełnie legalnie. Na nęciska wywożona jest najlepsza karma, całe przyczepy kukurydzy, kiszonki, jabłek czy zboża. Tak się właśnie objawia patologia polskiego łowiectwa. Skrajna nieprawidłowość, która stała się normą. Przed wojną sytuacja nie do pomyślenia, ale wtedy polowała arystokracja, dziś w większości polują przypadkowi ludzie niemający pojęcia, co robią.

Wiedziałem to wszystko i zrozumiałem, że jeśli ja nie dam dzikom jedzenia, pójdą pod ambonę kilometr dalej, gdzie leży wysypana przyczepa kukurydzy, i zastrzeli lub postrzeli je polujący legalnie myśliwy. Traktuję dziki tak samo jak większość ludzi psy lub koty. To są takie same zwierzęta, co więcej, im dłużej je obserwuję, tym bardziej jestem przekonany o braku jakichkolwiek różnic pomiędzy nami a nimi. Nie dostrzegam różnic pomiędzy ludźmi a końmi, psami, dzikami, świniami czy kotami. Moim zdaniem nie jesteśmy podobni, jesteśmy tacy sami. No, może zwierzęta są nieco bardziej przewidywalne. Mamy takie same smutki i radości, złe i dobre dni, sny i marzenia. Większość osób mających psy, konie czy koty przyzna mi rację. Wszystko zależy od naszej spostrzegawczości, wrażliwości i czasu, który poświęcamy zwierzętom.

Nie jest to nowe odkrycie. Obok miejsc pochówków pradawnych łowców odnajdowano groby psów złożonych z niebywałą starannością i dbałością. Aleksander Wielki miał swojego Bucefała. Koń towarzyszył mu wszędzie, w każdej bitwie i podboju. Choć jako pacyfista nie podziwiam Aleksandra, doceniam jego gest założenia miasta w miejscu, gdzie zmarł jego wierny koń i zbudowania pałacu na cześć wspaniałego ogiera. Takich przykładów można by mnożyć w nieskończoność.


Pasiaczki pod samochodem

Dbanie o zwierzęta jest czymś normalnym, koniecznym. Ale na Wasze domowe zwierzęta nikt nie poluje. Gdy jesteście na spacerze, nie musicie się o nie martwić. Nikt nie będzie strzelał do koni na pastwisku. Ja się ciągle martwię. Jeśli w lesie byłyby tylko wilki, nie martwiłbym się wcale. Zdrowe i silne zwierzęta są w pełni bezpieczne. Jak pokazują badania, aż osiemdziesiąt procent zwierząt zabijanych przez wilki było w bardzo złej kondycji. Właściwie bez szpiku kostnego, którego ilość jest najlepszym miernikiem kondycji zwierzęcia. Tylko dwadzieścia procent było w doskonałej kondycji. Te silne sztuki przeważały w czasie sezonu polowań. Część z nich to zapewne postrzałki, czyli zwierzęta ranione w czasie polowań i znajdowane przez wilki. Badając tusze zwierząt w punktach skupu, badacze odkryli dokładnie odwrotne proporcje u zastrzelonych zwierząt. Osiemdziesiąt procent z nich było w dobrej bądź bardzo dobrej kondycji. Innymi słowy, powinny żyć, a selekcjonowanie zwierząt przez myśliwych jest nieprawdziwym mitem. U dzików jest to szczególnie bolesne. Przez ostatnie dwadzieścia lat praktycznie każdego roku na podwórko przychodzą małe dziczki bez matki. W naturze sytuacja praktycznie niemożliwa. Wilki, rysie polują na małe dziki, warchlaki i przelatki. Lochy nie są atakowane, ponieważ stanowią za duże zagrożenie dla drapieżników. Żaden z nich nie zaryzykuje urazu, ponieważ nawet mała niedyspozycja u drapieżnika oznacza niemożność polowania i w konsekwencji śmierć z głodu. Ludzie natomiast preferują polowanie na duże dziki. Dzieje się tak z próżności, chęci zaimponowania innym. W cenie są trofea i podbudowanie własnego ego oraz leczenie kompleksów.

Musiałem jakoś zabezpieczyć dziki przed myśliwymi, szczególnie lochy mające młode. Na początku, gdy wyjeżdżałem do pracy, pomagał mi sąsiad Zbyszek, który mieszkał z rodziną w gajówce Kocioł. Dzielił nas las i mała rzeczka. Za niewielką opłatą w drodze z pracy skręcał do mnie i wysypywał nieco karmy. Później, dzięki rozwojowi mobilnego internetu, wymyśliłem system zdalnego karmienia, który działa do dziś. Z każdego miejsca na świecie, jeśli tylko mam sprawne łącze internetowe, mogę sprawdzić, co dzieje się na podwórku. Jeśli trzeba, jednym przyciskiem w smartfonie mogę nakarmić dziki, czy zwyczajnie z nimi porozmawiać. Tak minęły cztery lata. Przez ten czas udawało mi się zapewnić bezpieczeństwo Albertowi i jego siostrom do czasu wielkiego polowania.

Polowanie Hubertowskie jest najważniejsze w roku. Zwyczajowo otwiera ono sezon polowań z nagonką, czyli takich, gdzie myśliwi obstawiają las, a naganiacze pędzą zwierzęta na linię myśliwych. Nie było mnie wtedy w domu, nagonka przeszła przez podwórko. Nie wiem, ile zginęło dzików. Nigdy już nie pojawiły się Agata i Agnieszka. Przybiegły tylko zagubione warchlaki. Najgorsza jest utrata chęci do życia po stracie matki. Dziczki przeżywają prawdziwą żałobę. Wraz ze śmiercią matki umiera cały ich świat. Stają się parszywymi owcami, dzikami, których nikt nie chce, a wszyscy przeganiają. Aldona je tolerowała, nie goniła, ale nie dołączyły do jej dzieci, zostały sierotami. Nie wiedziałem, jak mogę im pomóc. Jeśli wysypywałem im jedzenie, inne dziki je odganiały. Małe stały w grupie, nastroszone, mokre i czekały, nie wiedząc na co.

Mam stary samochód, którym dowożę jedzenie i czasem przebijam się przez śnieg. Samochód to model LJ 70 z 1988 roku i nic się w nim nie psuje. Pewnego dnia przyjechałem na podwórko, padał deszcz ze śniegiem. Wszedłem do domu, patrzę przez okno, a te małe sieroty biegną i wchodzą pod samochód. Musiały to robić wcześniej, biegły na pewniaka. Ciepły silnik ogrzewał je nieco i wreszcie nie padało im na głowę. Poszedłem i wysypałem im małe wiaderko pszenicy. Oczywiście pod samochód. Inne dziki chodziły dookoła, ale nie wpadły na pomysł, by wejść pod karoserię. Sieroty w spokoju i systematycznie jadły ziarenka. To był nasz sposób na przetrwanie. Za każdym razem, gdy wysiadałem z samochodu, one wciskały się pod spód. Były jednak bardzo rozważne. Jeśli chciałem gdzieś pojechać, wystarczyło, że zadzwoniłem kluczykami, a uciekały z wielkim fukaniem. Tak przetrwały całą zimę. Wiosną poszły na pola i łąki. Nie widziałem ich całe lato. Jesienią zacząłem się martwić.

Był to rok dębu i żołędzi. Raz na kilka lat wszystkie dęby obfitują w żołędzie. Jest to rok nasienny, prawdziwy rok obfitości i spadającej manny z nieba. Tej jesieni dziki odwiedzały mnie czysto towarzysko. Gdy nastały mrozy, pojawiły się sieroty po Agacie i Agnieszce. Jak je poznałem po tylu miesiącach? Wyszedłem na podwórko i zobaczyłem, że mój samochód się ruszał. Całkiem duże i tłuste przelatki próbowały się wcisnąć pod karoserię. Jeden z nich zdesperowany położył się na boku i próbował wpełznąć pod silnik. Od razu wiedziałem, co to za dziki. W końcu znałem ich matki od czasu, gdy były małymi pasiaczkami.


Początki przyrodniczych fascynacji

Nie przypominam sobie, kiedy zaczęła mnie fascynować przyroda. Pamiętam czarnego kota, który w dzieciństwie spał ze mną w łóżeczku i towarzyszył mi w każdej chwili. Lubiłem leżeć na podłodze przytulony do psa. Kiedyś pojechaliśmy do lasu – jak później ustaliłem – miałem niespełna trzy lata. Do dziś pamiętam ten las, stare dęby we mgle i pisklęta sów, które siedziały nisko na gałęzi.

Może miłość do przyrody odziedziczyłem w genach? Bracia mojej praprababci mieli ciekawe życie. Jeden z nich polował na węże w Ameryce Południowej, drugi mieszkał w Ameryce Północnej i przyjaźnił się z Indianami. Pisał listy do Agnes, które zachowały się do dziś. Miałem też szczęście, bo nasz dom był położony na obrzeżach małego miasteczka pomiędzy jeziorami, a las przylegał praktycznie do samej działki.

Kiedyś na urodziny dostałem lornetkę i książki Włodzimierza Puchalskiego: Bezkrwawe łowy i Wyspę kormoranów. Obserwowałem zwierzęta. Chodziłem do lasu w każdej wolnej chwili. Bez map penetrowałem coraz odleglejsze ostępy. W tamtym czasie był to cudny las. Uczyłem się wszystkiego sam. Zacząłem chodzić bez butów, bo tak było ciszej. Dziś wróciłem do tej metody z innego powodu. Robię tak, by się wyróżnić, nie dla ludzi, ale wśród ludzi. Nikt nie chodzi boso w mojej okolicy, jestem jedyny.

Gdy jest zimno, dotykam często ziemi rękoma, by zostawić rodzaj podpisu. Zupełnie przypadkiem odkryłem to jako dziecko. Po kilku latach bosych wędrówek po lesie zwierzęta przestały się mnie bać. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, co to oznacza, dziś wiem doskonale. One rozróżniają indywidualnych ludzi. Wiedzą dokładnie, kto jest kim w lesie. Podchodziłem do zwierząt bardzo blisko, dziś już chyba tak nie potrafię. Wszystkie obserwacje kumulowały się w głowie, zbierały i porządkowały.


Gluś i ja

Oglądałem też filmy przyrodnicze. W pewnym momencie zauważyłem, jak bardzo zakłamują one rzeczywistość. Świat nie wyglądał tak, jak go przedstawiano. Nie polegał na ciągłym uciekaniu, gonieniu i zjadaniu wszystkich przez wszystkich. Świat przyrody był pełen radości, spokoju i szczęścia. Zapragnąłem robić filmy o zwierzętach, ale takie autentyczne. Prawdziwie dokumentalne, pokazujące świat natury takim, jaki jest, a nie takim, jakim my go chcemy przedstawić. Naiwność ta pozostała mi do dziś. Naiwność, bo jest jeszcze jeden czynnik – i to kluczowy – oglądalność. Szczęśliwe życie jest nudne dla widza szukającego prostych podniet.

 

Dopiero teraz zacząłem realizować to, o czym marzyłem w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Oczywiście, wbrew logice biznesowej, bo jak powiedział mi kiedyś kolega reżyser: „Dobrze, ale nikt tego nie będzie oglądał”. Miał rację, ale to dla mnie nie ma żadnego znaczenia.


Łania Ślicznotka

Jeśli miałbym wymienić ulubione zwierzę lub podać gatunek, który fascynuje mnie od dziecka, to powiedziałbym bez namysłu – jelenie. Nie ma jednego powodu, to miłość od pierwszego wejrzenia. Dziki są gadatliwe i otwarte, wilki niezwykle mądre i postępują według zasad, ale jelenie mają to coś, mają klasę i wdzięk.

Obok mojego domu rosną stare grusze, owocują każdego roku. W nocy dziki zjadają wszystkie gruszki. Dlatego jelenie przychodzą w czasie dnia, by mieć szansę na dojrzałą ulęgałkę. Wiatr strącił ich bardzo dużo. Przyszła łania. Schyliła się, chwyciła jedną. Patrząc na mnie, powoli jadła. Wziąłem następny owoc, wyprostowałem ramię i wyciągnąłem dłoń z gruszką w stronę ślicznej łani. Przez chwilę patrzyła na mnie tymi swoimi wielkimi oczami z długimi rzęsami, po czym powoli podeszła i delikatnie wzięła gruszkę z dłoni. Mogła zjeść każdą inną, dziesiątki takich samych leżały pod jej nogami. Nie, ona wybrała tę, która leżała na mojej ręce. Chciała pokazać, jak bardzo mi ufa, jak docenia pomoc, którą otrzymała, gdy była postrzałkiem.

To właśnie Ślicznotka. Idealne imię dla idealnej łani. Wbrew pozorom nie wszystkie łanie są tak ładne. Brzydkich nie ma, to fakt, ale zdarzają się zjawiskowo piękne. Ona była właśnie taka. Rozpoznawanie twarzy jeleni jest łatwiejsze niż dzików. Nie wiem dlaczego, ale łatwiej mi było znaleźć różnice u jeleni. Na przykład Pucatka miała dość okrągłą twarz. Ciemnuszka ciemną plamę od oczu do nosa, poza tym też była niezwykle urodziwa. Białopyszczka po mamie odziedziczyła jasną sierść powyżej nozdrzy. Plama miała pięć centymetrów i kończyła się idealnie równą linią. Mógłbym wymieniać tak bardzo długo. Potrafiłem rozróżnić bez pudła trzydzieści łań. Nawet w lesie, gdy filmowałem lub zwyczajnie obserwowałem jelenie, z łatwością je rozpoznawałem. Nie chciałem oswajać jeleni, chciałem tylko je filmować i żeby się mnie nie bały.

Znów wszystko zaczęło się od przypadku. Jedno z najładniejszych zdjęć, które zrobiłem jeleniom, to zdjęcie Ślicznotki i jej równie pięknej matki. Ślicznotka była wtedy cielaczkiem. Łanie, gdy rodzą młode, trzymają się w małych rodzinnych grupach. Zazwyczaj jest to matka, dziecko z zeszłego roku i najmłodsze cielę. Czasami matka ma dwoje cieląt. Nie zdarza się to często. Tę rodzinę jeleni obserwowałem bardzo regularnie, ponieważ mama Ślicznotki przychodziła na jabłka i gruszki rosnące koło domu. Były to jedyne jelenie na tyle odważne, by podejść tak blisko zabudowań. Nie oznacza to, że mama Ślicznotki była nierozważna, nic z tych rzeczy. Była bardzo mądra i ostrożna. Skąd to wiem? Ponieważ dożyła sędziwego wieku. Obserwowałem ją przez trzynaście lat, a zacząłem odróżniać od innych łań, gdy była już dorosła. Mogła mieć szesnaście, a może nawet siedemnaście lat. Charakteryzowała się ciemnobrunatną plamą pomiędzy oczami, nie mogło być mowy o pomyłce. Nazwałem ją po prostu Mamą Ślicznotki.

Ślicznotka przyszła jesienią, szukała jabłek i kasztanów. Miała problem z obciążaniem przedniej nogi. Gdy przyjrzałem się jej dokładnie przez lornetkę, zobaczyłem krwawy ślad na łopatce. Wyglądało to jak lekki postrzał przy ostrym kącie padania kuli. Zastanawiałem się, czy nie powinna być dostrzelona. Na przednich nogach jelenia spoczywa znacznie większy ciężar niż na tylnych. Szanse miała nikłe. W tamtym czasie myślałem jak myśliwy, zupełnie inaczej niż teraz, a właśnie Ślicznotce w dużej mierze zawdzięczam moją przemianę. W końcu odpuściłem, nie mogłem, nie chciałem prosić o dokonanie odstrzału sanitarnego. Rana nie krwawiła, kości wyglądały na całe.

Ślicznotka przychodziła tylko w ciągu dnia. Z pobliskiej chłodni dostałem sporo mrożonych warzyw, które nie spełniały wyśrubowanych norm jakości. Ślicznotka lubiła brokuły. Już po miesiącu zaczęła bardziej obciążać prawą nogę, wiosną po kontuzji nie było śladu. Przez następne lata zawsze była blisko. Szczególnie lubiła przychodzić latem, gdy dzików nie było w pobliżu i na podwórku panował spokój. Leżała sto metrów od domu. Niczego nie chciała, nie dokarmiałem jej. Czuła się po prostu bezpiecznie, to było jej miejsce na ziemi.

Pamiętam pewne wydarzenie i nigdy go nie zapomnę. Była zima, spadło dużo śniegu. Pracowałem gdzieś na drugim końcu Polski, filmowałem materiał do programu Interwencja Polsatu. Wróciłem o drugiej w nocy do Górzna, gdzie rodzice mieli dom. Byłem strasznie zmęczony, ale wsiadłem do samochodu i pojechałem do domku w lesie. Śniegu było tak dużo, że LJ70 spychała go przednim zderzakiem jak pługiem. Jechałem głównie po to, by uzupełnić słonecznik dla sikorek i zawieźć trochę buraków. Ptaki raz dokarmiane muszą mieć stałe źródło zaopatrzenia, inaczej giną z głodu. Wszystkie zwierzęta znały doskonale dźwięk mojego samochodu. Jechałem w nocy, a oblepione śniegiem gałęzie zginały się w kształt białego tunelu. Gdy dojeżdżałem na podwórko, zobaczyłem wystające z głębokiego śniegu szyje jeleni. Leżały pod drzewami wokół domu, było ich kilkanaście. Żaden się nie podniósł, leżały i przeżuwały pokarm. Wyrzuciłem buraki, podszedłem do karmnika dla sikorek i wsypałem dziesięć kilogramów łuskanego słonecznika. Dopiero wtedy leniwie podniosła się Ślicznotka, wygięła grzbiet, przeciągając się jak kot. Otrzepała się ze śniegu i podeszła w moją stronę. Obwąchała worek ze słonecznikiem, zupełnie jakby chciała sprawdzić, co przywiozłem. Potem wolnym krokiem tuż przy samochodzie z włączonym silnikiem ruszyła spokojnie w stronę innych jeleni, które zaczęły już jeść buraki.

Pamiętam pierwsze rykowisko Ślicznotki, gdy była już łanią. Wtedy wszystko się zmienia. Do tego czasu łanie trzymają się w rodzinnych gromadach: mamy, córki, wnuczki i ciotki. Gdy nadchodzi rykowisko, grupy się przebudowują. Wszystko po to, by mieszać geny. Jestem prawie pewny, kim był ojciec Ślicznotki. Nie jest to takie oczywiste, jak się wydaje, ale jej matka zawsze była z tym samym bykiem. Na początku miał on bardzo dużo łań, całe stado. Z biegiem lat coraz mniej. Ślicznotka wybrała sobie czternastaka. Byka, który miał siedem odnóg poroża po każdej stronie. Najwyższe z nich tworzyły piękną kielichowatą koronę. Umyślnie napisałem „wybrała”, ponieważ żaden byk nie jest w stanie zmusić łani, by należała do jego haremu. Jeśli byk okaże się brutalny, szczególnie wobec cielęcia, matka zabiera dziecko i odchodzi.

W tym czasie miałem zbudowaną czatownię na dębie obok małego leśnego jeziorka. Drzewo rosło w dolince otoczonej wzniesieniami, a jego zbocza również porastały stare dęby. Czatownia, którą zbudowałem, przypominała zadaszone łóżko na drzewie. Chodziłem tam w południe i czekałem do zmierzchu. Nocą spałem wygodnie, a nad ranem filmowałem i obserwowałem jelenie. Nikomu o tym nie mówiłem, ale przychodziły tam regularnie wilki. Właściwie każdego dnia o brzasku widywałem tam wilka. Czasami kąpał się lub siadał pod dębem, na którym spałem. Nie miałem spektakularnych zdjęć, ale już wtedy zastanawiało mnie, jak bardzo neutralna jest obecność wilków dla przebiegu rykowiska.


Ślicznotka z mamą

Gdy ja leżałem na drzewie, wokół domu kilka kilometrów dalej rozgrywało się wspaniałe rykowisko. W ślad za łaniami przychodziło kilka byków, ryczały, przeganiały się. Zdarzyła się nawet imponująca walka. Wiem o tym, ponieważ zostawiałem kamerę nagrywającą wszystko na dysk starego komputera.

Rykowisko to coś więcej niż okres rui. Dla każdego przyrodnika to rodzaj mistycznego doznania. Nie potrafię tego lepiej wyjaśnić, ale jest w rykach jeleni oraz ich podnieceniu coś fascynującego. W tym czasie inne zwierzęta odsuwają się w cień. To czas jeleni i niestety polowań na nie. Zastanawiałem się w dzieciństwie, dlaczego jelenie są tak piękne. Teraz już wiem, że mają na to wpływ dwa podstawowe czynniki: drapieżniki i rykowisko. Dzięki wilkom jelenie mogły się doskonalić. Presja drapieżników spowodowała, że potrafią szybko biegać na swoich długich nogach oraz uwrażliwiła zmysły. Kolejnym czynnikiem jest środowisko. Przeżywały te, które najlepiej sobie radziły w kryzysowym czasie.


Mama Ślicznotki

Najważniejsze wydaje się jednak rykowisko. Wszystko zaczyna się od nowego poroża, które wyrasta zaraz po zrzuceniu starego. Wydaje się to wielkim marnotrawstwem zasobów i energii. Ale jest bardzo ważne. Poroże jest wizualnym odbiciem kondycji zwierzęcia. Im jest lepsza, tym bardziej okazale wyrasta. W pewnym sensie to element równouprawnienia. Łanie muszą zużyć równie dużo, jak nie więcej energii i zasobów, by urodzić cielę. Byki już z daleka oceniają swojego potencjalnego przeciwnika. Nie podejmują walki, gdy rywal jest zbyt silny.

Przez lata starałem się nakręcić scenę przed walką. Wreszcie się udało. Z daleka kroczą dwa wielkie jelenie. Z potężnym porożem idą równo jak dwa konie w niewidzialnym zaprzęgu. Miarowo stawiają nogi, powoli zbliżają się do kamery. W takich momentach serce obserwatora wali jak oszalałe. Gdy jeden staje, zatrzymuje się drugi. Są tak niesamowicie podobne do siebie, wyglądają jak odbicie w wielkim lustrze. Ruszają, mierząc się wzrokiem. W końcu mijają kamerę z prawej strony, by nagle wpaść w kadr sczepione porożem. Przepychają się przez dłuższą chwilę, w końcu jeden uzyskuje przewagę i zaczyna wyraźnie dominować. Ten słabszy daje znak, podobnie do zapaśników, którzy klepią w matę, gdy chcą przerwać walkę. Słabszy jeleń porusza głową na boki. Silniejszy przestaje nacierać, pozwala słabszemu wyplątać się i odejść. Zwycięzca przez chwilę stoi nieruchomo na szczycie małego wzniesienia, po czym biegnie do swoich łań. Wszystko zostało ustalone, do następnego rykowiska obydwa byki wiedzą doskonale, kto jest silniejszy, łanie też wiedzą.

Już wtedy nurtowało mnie pytanie, co się stanie, gdy obydwa będą nie tylko tak samo wyglądały, ale również okażą się tak samo silne? Odpowiedź uzyskałem szybciej, niż mogłem przypuszczać. Na poligonie pod Toruniem jest mnóstwo jeleni. W czasie rykowiska obserwowałem dwa walczące ósmaki, czyli młode byki, które mają po osiem wypustek poroża. Zaczęły walczyć o świcie i walczyły bez przerwy ponad dwie godziny. Walczyły to przesadne określenie. Sił wystarczyło im na pierwsze piętnaście minut. Później już tylko przepychały się leniwie. Już dawno ich łanie zostały uprowadzone przez inne byki, pewnie zdążyły zapomnieć, o którą samicę walczą. W końcu przeszły tuż przed kamerą i mogłem wszystko dokładnie zobaczyć. Bałem się, że jest to jeden z nielicznych przypadków, gdy jelenie splątują się porożem i nie potrafią się uwolnić. Choć poroże zbudowane jest w taki sposób, by nie kaleczyć przeciwnika i minimalizować ryzyko, takie przypadki się zdarzają. Te dwa jelenie odchodziły na chwilę od siebie i znów zaczynały walkę. Powoli odsunęły się głębiej w las i tylko z daleka dochodził mnie szczęk poroża.

Później usłyszałem bliski strzał. Polowanie na jelenie w czasie rykowiska powinno być bezwzględnie zakazane. W Polsce można polować na byki już w drugiej połowie sierpnia, uważam, że to czyste zło. Nieetyczne jest polowanie na zwierzęta w czasie rui, gdy zaślepione są hormonami. Do dziś mam wrażenie, że nawet wilki szanują ten czas i nie zakłócają przebiegu rykowiska. Niestety, my ludzie z naszym nieuzasadnionym poczuciem wyższości nad każdą żywą istotą pragniemy wszystko podporządkować swoim potrzebom i chęciom. Wystarczyłoby przesunąć początek sezonu polowań na pierwszego października, na schyłek rykowiska. Dobór naturalny mógłby się odbywać bez zakłóceń. Do rozrodu przystępowałyby najsilniejsze sztuki. Jak widzę pięknego stadnego byka zastrzelonego tylko dla trofeum, burzy się we mnie krew. Giną wspaniałe jelenie z doskonałymi genami, które w naturze żyłyby długo i szczęśliwie. Wciąż przekazywałyby swoje świetne geny następnym pokoleniom. Ta zasada natury działa od tysiącleci. To przecież ona, a nie ludzie stworzyli te piękne zwierzęta.

 

Oczywiście myśliwi twierdzą, że im wolno. Argumentują, że polują wyłącznie na byki selekcyjne. Ale jakie konsekwencje spotykają myśliwego, gdy zamiast jelenia selekcyjnego zastrzeli najwspanialszego ze wspaniałych? Oto przykład. Gdy myśliwy, który dostał odstrzał, czyli zezwolenie od łowczego uprawniające do strzelania do określonego gatunku zwierzyny, na przykład do byka selekcyjnego (słabego) w pierwszej klasie wieku (młodego), zastrzeli najpiękniejszego i największego jelenia w całym lesie, zostanie jedynie zawieszony, czyli nie będzie dostawał odstrzału przez maksymalnie dwa lata. Czy zostanie mu skonfiskowane poroże? Nie! Czy zapłaci dotkliwą karę? Nie! Dlatego wielu myśliwych otwarcie mówi, że strzelają do najpiękniejszych jeleni. Wolą zastrzelić ogromnego jelenia raz na trzy lata, niż „bawić się w selekcję”. Nie ma żadnych narzędzi, by eliminować takich myśliwych, jeśli tylko płacą składki. Prawdziwym i najgorszym skondensowanym złem są polowania dewizowe, teraz zwane komercyjnymi.

W pobliżu mojego domu, ze względu na blokowanie kwadratu numer jedenaście przez sąsiada Andrzeja, jelenie miały spokój. Nie dlatego, że Andrzej nie polował. Polował, ale nie strzelał. Ślicznotka po rykowisku znów trzymała się z mamą i ciotkami. Wszystko wróciło do normy, uspokoiło się. Wiosną było widać, że jest ciężarna. Urodziła swoje pierwsze cielę na przełomie maja i czerwca. Nie odeszła daleko od domu. Zobaczyłem jej dziecko pierwszego czy drugiego dnia po wycieleniu. Był to śliczny nakrapiany cielaczek. Nie bał się mnie zupełnie. Patrzył tylko na mamę, biegał za nią. Gdy odchodziła dalej, kładł się w wysokich trawach i spał. Co ciekawe, kiedy dorastał, coraz bardziej się mnie obawiał. Wraz z wiekiem dojrzewał w nim instynktowny strach przed ludźmi. Nigdy żadne z ośmiu cieląt Ślicznotki nawet w połowie nie ufało mi tak jak ona. W końcu zrozumiałem, jak niezwykła jest ta relacja. Łania urodzona na wolności, nigdy niewięziona w zagrodzie, zawsze wolna, pozwalała dotykać swojej szyi. Brała owoce z dłoni, spała pod kuchennym oknem. Niestety, problemy zdrowotne i zawodowe zmusiły mnie do opuszczenia Polski na długie pięć lat, przyjeżdżałem z północy jedynie w wakacje. Ślicznotka zawsze przychodziła, gdy pojawiałem się na podwórku. Potrzebowała nie więcej niż czterdziestu pięciu minut. Przez cztery lata. W piątym roku nie przyszła.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?

Inne książki tego autora