Nie patrzTekst

Z serii: Trylogia Hejterska #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


PROLOG

ADAM

KIEDYŚ

Nie dość, że zboczeniec, to jeszcze lamus. Dałeś się sponiewierać babie! Jesteś z siebie dumny?

– przypadkowy komentarz przypadkowego internauty

Dziś jestem psem.

Klęczę na czworaka w ciemnym chłodnym pomieszczeniu i nasłuchuję jej kroków. Każdy szelest drzew na zewnątrz sprawia, że się wzdrygam i jęczę jak wygłodniałe zwierzę wyczekujące z utęsknieniem powrotu pana, który napełni mu miskę. Podoba jej się to, że jestem bezbronny. Gnębienie mnie sprawia jej frajdę.

Wiem, że nie zdołam uciec. Skuła mi ręce i nogi kajdankami, a potem powiedziała, że wychodzi, po powrocie zaś chce mnie zastać wpatrzonego w nią z wywalonym jęzorem. Ma nade mną całkowitą kontrolę i to ją podnieca. Dobrze wie, że przemoc w związku sprawiała mi olbrzymią przyjemność.

No właśnie, sprawiała. Do czasu, aż miarka się przebrała.

Dziś dałbym wiele, żeby obudzić się z tego sadystycznego koszmaru. Dlaczego ona mi to robi?

Słyszę głośny szum wiatru, a potem huk zamykających się drzwi. Pani wróciła i za chwilę nakarmi swojego pieska.

– Brrr… ciesz się, że nie musisz wychodzić na zewnątrz. – Wchodzi do pomieszczenia z siatką z zakupami. Na razie na mnie nie patrzy. – Strasznie wieje. Nie jest za fajnie. – Pociera zmarznięte dłonie. – Najpierw odprawimy rytuał posłuszeństwa. Potem zrobię mojemu pysiulkowi jedzonko i się ogrzejemy. Co pysiulek na to?

Uwaga, odwraca się!

Wystawiam język tuż przed spotkaniem naszych spojrzeń. Pani się uśmiecha, widząc moją radość z jej powrotu.

– Jesteś taki grzeczny. – Klęczy przede mną i głaszcze mnie po głowie. – Podoba ci się to, prawda?

– Tak, pani – mówię, dysząc szybko jak pies.

– Właśnie tego pragniesz, pysiulku. – Głaszcze mnie po uchu. – Bycia posłusznym. Tylko ja będę umiała o ciebie zadbać.

– O tak, pani.

Każe mi się położyć bokiem na podłodze i skulić jak płód w łonie matki. Rozpoczynamy rytuał posłuszeństwa. Wymyśliła go, by uświadomić mi jeszcze dobitniej, że to ona rozdaje karty.

– Zamknij oczy i wyobraź sobie, że jestem całym twoim wszechświatem. Istniejesz tylko dla mnie.

– Tak jest.

– Pamiętasz słowa przysięgi?

– Tak – odpowiadam szeptem.

– No to zamieniam się w słuch.

Krąży dookoła mnie, gdy recytuję z pamięci słowa ułożonej przez nią przysięgi.

– Mój ból jest miłością. Cierpienie – radością. Me krzyki – wdzięcznością. Ty, pani – całością. Oddaję ci siebie. Oddaję ci ciało. Pozwalam na wszystko. I wiecznie mi mało.

– Pięknie.

Przykuca i głaszcze mnie po głowie, a potem się prostuje i podchodzi do stołu, na którym leżą zakupy. Wyjmuje z siatki ciastka z rodzynkami i pyta, czy nie mam ochoty na coś słodkiego.

– Ostatnio schudłeś, więc nic się nie stanie, jeśli dziś zafundujesz sobie odrobinę przyjemności.

A potem nasypuje herbatniki do miski i uderza dłonią w udo, przywołując mnie do siebie. Próbuję się do niej doczłapać, ale kajdanki mi tego nie ułatwiają. Są niewygodne i chciałbym, żeby już mi je zdjęła. Wiem jednak, że jeśli ją o to poproszę, wpadnie w szał i nazwie mnie niewdzięcznikiem. „Przecież tak bardzo się dla ciebie poświęcam i robię wszystko, żeby sprawić ci przyjemność!” A potem poda mi środek uspokajający, po którym nie będę mógł nawet przez chwilę ustać w pionie. Z dwojga złego wolę już chyba kajdanki.

Pochylam się nad miską i wyciągam język. Zgarniam nim kilka kawałków, po czym unoszę głowę i spoglądam na zadowoloną panią.

– Jak ci smakują? Mogą być? – Głaszcze mnie.

– Pyszne. Dziękuję.

– Widzisz, jaka jestem dla ciebie dobra? – Poklepuje mnie po ramieniu. – Jedz spokojnie. Zaraz do ciebie wrócę.

Zamyka za sobą drzwi. Siadam na złączonych nogach i się przeciągam. Wszystko mnie boli i chyba mam gorączkę od siedzenia na zimnej podłodze. Pani od rana nie pali w piecu. Jeśli myślała, że niewygoda sprawi mi przyjemność, to bardzo się pomyliła.

Zastanawiam się, jak długo jeszcze będzie mnie zmuszała do uczestniczenia w tej chorej zabawie. A może z jej strony to wcale nie jest zabawa? Może ta już dawno się skończyła i przeszliśmy do kolejnej rundy, w której żarty dobiegły kresu?

Chcę jej powiedzieć, że mam już dosyć. Poddaję się, nie chcę dłużej brać w tym udziału. Niech mnie uwolni i wypuści. Jedyne, czego teraz pragnę, to powrót do tego, co było. Może nie miałem idealnego życia i często czułem się zagrożony, ale to nic w porównaniu do tego, co teraz funduje mi ta kobieta.

W tej chwili czuję prawdziwy strach, który z każdym dniem narasta.

Wraca ubrana w skórzaną bieliznę, obrożę z kolcami, bransoletkę w tym samym stylu i czarne buty na obcasach. To chyba jakiś, kurwa, żart. Na głowie ma coś przypominającego czapkę policyjną. W ręku trzyma długi pejcz. Dostaję gęsiej skórki i zapiera mi dech w piersiach.

– Nie… nie… – dukam.

– Ależ tak – odpowiada, robiąc dwa kroki do przodu. – Przecież tego właśnie chcesz.

– Coś ci się pomyliło. – Głos mi drży. – Nie chcę tego. Rozkuj mnie. Proszę.

Robi kolejne dwa kroki.

– Na kolana.

Posłusznie wykonuję jej polecenie. Klęczę, a ona staje przede mną i chwyta mnie za głowę. Przyciska ją sobie do majtek i stęka, gdy ja zaczynam się dusić.

– To mnie boli – mówię.

– Ból daje ci rozkosz – odpowiada. – Na łóżko.

Pomaga mi wstać, a potem powoli prowadzi pod rękę. Potem popycha mnie na łóżko i każe leżeć z twarzą w poduszce. Trzęsę się, gdy wodzi końcówką pejcza wzdłuż mojej nogi.

Jestem całkowicie nagi. Od kilkunastu godzin nie pozwala mi się ubrać.

Wzdycham, gdy dociera do pośladków. Zaciskam zęby i spinam mięśnie w całym ciele, bo wiem, co za chwilę zrobi. Milczy przez kilka sekund, a potem uderza mnie tak mocno, że aż stękam.

– Boli – syczę.

Uderza ponownie.

– Musi boleć. Ból sprawia, że jesteś szczęśliwy i posłuszny.

– Przecież cię słucham – jęczę. – Nawet bez bólu.

Uderza trzeci raz.

– To za mało. Potrzebujemy siebie. Ty i ja. Musimy być sobie oddani w stu procentach. – Siada na mnie i masuje moje pośladki. – No już, spokojnie.

Wciąż jestem spięty, ale masaż odrobinę mnie wycisza. Nie na długo. Podpuściła mnie, a potem gwałtownie wbiła we mnie kolce swojej bransoletki.

– Auaaa! – Podrywam się i próbuję ją z siebie zrzucić. Nie daje się, jest za silna. A może to ja zaczynam słabnąć?

– No i po co się tak wiercisz? – pyta rozbawiona. – Nie udawaj, że ci się to nie podoba.

– Ile razy mam ci, kurwa, powtarzać, że to już za wiele?!

Zeskakuje ze mnie i podchodzi do komody.

– Nie podoba mi się ten ton, pysiulku. – Wpycha mi do ust skarpetkę, a potem grozi, że jeśli ją wypluję, zaszyje mi usta. Boże Święty, naprawdę wierzę, że mogłaby to zrobić.

Każe mi się obrócić na plecy. Uśmiecha się szeroko, gdy dostrzega mój wzwód. Nie miałem na to wpływu. Trudno było się powstrzymać.

– Doskonale. – Nie odrywa od niego wzroku. Nie wiem, co chodzi jej teraz po głowie, i to najbardziej mnie przeraża.

Wypluwam skarpetkę.

– Tak, podnieciłem się. Udało ci się. Czy możesz mnie w końcu rozkuć? – W moim głosie słychać irytację. Dłużej nie dam rady udawać posłusznego pieska.

– Pysiulku – dotyka pejczem mojej twarzy – przecież jesteś teraz szczęśliwy. – Pochyla się nade mną. Z ust cuchnie jej alkoholem. Wstrzymuję oddech. Mam wrażenie, że wlała w siebie na raz butelkę wódki. W myślach błagam ją, by się ode mnie odsunęła. Pierdolona pijaczka.

– To nie jest zabawne – syczę. – Sprawiasz mi ból, a nie przyjemność.

Chwyta dłonią mojego penisa i mocno go ściska.

– Czyżby? – mruczy. – Odnoszę inne wrażenie.

– To się mylisz. To, co robisz, jest chore. Uwolnij mnie, a może zapomnę o tym wszystkim.

Krąży dookoła łóżka, przekładając pejcz z ręki do ręki. W jej spojrzeniu jest coś niepokojącego… coś innego. Nie znam jej od tej strony. Dziś przekracza wszelkie granice wyuzdania i okrucieństwa. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że to wyłącznie moja wina. To ja pozwoliłem jej się tak zachowywać. Z początku była inna. Kto wie, być może taka by została, gdyby nie moje skrzywienie psychiczne, moja obsesja na punkcie bycia poniewieranym. Zawsze czułem się nikim. Matka każdego dnia dbała o to, by moje poczucie wartości pozostawało na poziomie dna, na które je strąciła. Wwiercała mi w głowę przeświadczenie, że jestem bezwartościowy i to się już nigdy nie zmieni. Nauczyła mnie akceptować własną niedolę i cieszyć się jej szczęściem. A kiedy matka była najszczęśliwsza? Gdy mogła mnie poniżyć.

– Naprawdę chcesz to zakończyć? – Przestępuje z nogi na nogę, jakby nie mogła utrzymać równowagi. Alkohol coraz bardziej uderza jej do głowy. To może być moja szansa. – Wiesz, jaką sprawisz mi przykrość?

– Przepraszam, pani – mówię. – Po prostu nie dam już rady.

– Myślałam, że jesteś silniejszy. – Krzywi się jak małe dziecko, któremu mama zabiera zabawkę. – Robiłam to wszystko dla ciebie.

– Nie musisz się aż tak starać – tłumaczę. – Było nam przecież razem tak dobrze bez tych wszystkich udziwnień. – Podrywam się, gdy stoi odwrócona do mnie plecami. Siedzę na skutych nogach, a złączonymi dłońmi zakrywam przyrodzenie.

 

– Co ty robisz? – Popycha mnie na plecy. – Nie pozwoliłam ci się podnieść.

– Przepraszam. Ja…

– Masz mnie słuchać – pochyla się nade mną – albo znowu zatkam ci tę psią mordę – syczy przez zaciśnięte zęby.

– Już dobrze. Będę posłuszny.

Podchodzi do zasłoniętego okna. Mogę swobodnie oddychać.

– Czyli chcesz mnie zostawić…

– Nie chcę. To znaczy…

– Nie doceniłeś mnie – mówi, rozchylając żaluzję i wyglądając na zewnątrz. – Nikt mnie nie docenia…

– Doceniam. Przecież wiesz…

Obraca się w moją stronę.

– Naprawdę?

– Tak. Jesteś wspaniała i tak wiele dla mnie zrobiłaś…

Podchodzi do mnie, już bez pejcza.

– Dziękuję za te słowa. Tak bardzo ich potrzebowałam. – Zagryzam zęby, gdy masuje moją szyję. Boję się, że za chwilę zaciśnie na niej dłonie. – Przecież robię to wszystko dla ciebie…

– Wiem. Ale wydaje mi się, że najwyższa pora z tym skończyć – mówię drżącym głosem. – Nie z nami – precyzuję – ale z tym. – Obejmuję wzrokiem przyciemnione pomieszczenie, a potem przenoszę spojrzenie na kajdanki, które skuwają moje ręce.

– Mogę cię rozpiąć, jeśli chcesz. Ale będę musiała wtedy…

– Nie chcę zastrzyku – przerywam jej. – Po prostu mnie rozkuj, obiecuję, że nie zrobię niczego głupiego.

Siedzi na brzegu łóżka i głaszcze mnie po brzuchu. Alkohol jej się odbija i mam wrażenie, że lada moment na mnie zwymiotuje.

– To taka gra, prawda? Podpuszczasz mnie, bym cię rozpięła, chociaż wiesz, że tego nie zrobię. – Zamyka oczy. Lada chwila zemdleje mi w ramionach. Muszę to wykorzystać.

– Właśnie. Wiem, że tego nie zrobisz, dlatego musisz to zrobić, żeby udowodnić, że się co do ciebie pomyliłem.

– Ty nie chcesz, żebym cię rozpięła. – Pochyla się coraz bardziej do przodu. Podtrzymuję ją, by nie spadła z łóżka. – Od początku ze mną pogrywasz…

– Rozkuj mnie – szepczę. – Proszę…

– Nie mogę – mruczy. – Nie mam przy sobie klucza.

– A gdzie go masz?

Znowu jej się odbija.

– Muszę… do łazienki.

– Nie odchodź! Proszę…

Ciągnę ją za rękę, ale mi się wyrywa. Upada na podłogę i próbuje wstać. Gdy w końcu jej się to udaje, chwiejnym krokiem idzie w kierunku wyjścia.

– Zaraz… przyjdę. Muszę tylko… do łazienki.

Zamyka za sobą drzwi. To moja szansa.

Staczam się z łóżka i upadam na podłogę. Mija pół minuty, a ona jeszcze nie wparowała do pokoju zwabiona hukiem. To znaczy, że mnie nie słyszała. Pewnie klęczy teraz nad sedesem i rzyga, obrzydliwa pijaczka. Co mi strzeliło do głowy, żeby wprowadzać ją w świat moich chorych fantazji? To wszystko moja wina. Wiem o tym doskonale.

Ale nie odpowiadam za to, że ta wariatka upija się prawie do nieprzytomności i się na mnie wyżywa. Niech śpi jak najdłużej. Poczekam jeszcze chwilę, a potem poczołgam się do drugiego pokoju, znajdę klucz, rozkuję się i wyjdę.

Wrócę, gdy będzie trzeźwa, i sobie z nią porozmawiam. Nie jak pies ze swoją panią. Ona już nie jest moją panią.

Od teraz jest przepitą psychopatką, od której muszę się jak najprędzej uwolnić.

CZĘŚĆ 1

OBSERWUJ

MATYLDA

LISTOPAD 2019 ROKU

Wystarczy spojrzeć na twój ryj, by wiedzieć, że jesteś niezłą kłamczuchą. Nie wierzę w ani jedno twoje słowo.

Gdy go znalazłam, był jeszcze ciepły.

Siedział nieruchomo za kierownicą z otwartymi oczami. Obie dłonie przykładał do zakrwawionego brzucha. Pewnie próbował zatamować krwotok. W radiu akurat puszczali piosenkę Heaven is a Place on Earth z mojego ulubionego odcinka serialu Black Mirror. Pomyślałam, że to przedziwny zbieg okoliczności.

Musiał umrzeć kilka minut wcześniej. Może gdybym jechała szybciej…

– Słyszałaś coś, zanim dotarłaś w to miejsce? – dopytuje policjantka.

– Nie… to znaczy, nie wiem. Byłam pijana. – Drapię się po głowie.

– To dziwne… byłaś pijana, ale dokładnie opisałaś wygląd denata i podałaś tytuł piosenki w radiu. – Piorunuje mnie spojrzeniem. Wiem, że nie jest po mojej stronie.

– To chyba normalne, że w takiej chwili człowiek dostaje zastrzyk adrenaliny i wyostrzają mu się zmysły – sugeruję.

– Czyżby? – Policjantka opiera łokcie na stole i spogląda na mnie z góry. – Miałaś już podobne doświadczenia?

Nie lubię jej. Chcę wrócić do domu.

Na komisariacie śmierdzi potem i marihuaną. Przesłuchiwali nas wszystkich, łącznie osiem osób. Mnie, mojego chłopaka Kryspina, jego pięciu kolegów i ojca jednego z nich. To ja znalazłam ciało, oni nie mają z tym nic wspólnego. Mimo to mogą mieć teraz przeze mnie kłopoty.

– Dobrze. – Policjantka odchodzi od stołu i staje przy oknie. Wypuszczam powietrze przez usta. – Zacznijmy od początku. Co robiłaś kilka godzin wcześniej?

– Już powiedziałam. Byliśmy wszyscy u Szwaba, to znaczy u Łukasza Szwabowskiego.

– Jakaś konkretna okazja?

– Nic szczególnego. Po prostu spotkaliśmy się naszą paczką i siedzieliśmy…

– Co robiliście poza piciem?

– Rozmawialiśmy, słuchaliśmy muzyki…

– Czy był z wami ktoś dorosły? – dopytuje policjantka.

– Ojciec Szwaba, to znaczy…

– On też pił?

– Nie, chyba nie. Przez cały czas siedział na górze. My bawiliśmy się w piwnicy. Szwab z pomocą ojca urządził tam miejscówkę.

– To bardzo szlachetne z jego strony. Woli wiedzieć, gdzie się zalewacie w trupa.

Wzruszam ramionami.

– No dobrze, zostawmy to. Problemem rozpijania i prawdopodobnie zezwalania na narkotyzowanie się nieletnich zajmiemy się później. Teraz opowiedz mi ze szczegółami, co robiłaś w godzinach poprzedzających incydent.

Puszysta brunetka z głęboką zmarszczką na czole i mocnym makijażem, który ma pewnie ukryć blizny po trądziku, siada naprzeciwko mnie i otwiera zeszyt.

– To był fajny wieczór. Ojciec Szwaba postawił w piwnicy stół do bilarda, więc chłopaki praktycznie cały czas przy nim stały. Sama raz z nimi zagrałam, ale nie przepadam za tego typu rozrywkami. Wolałam relaksować się na kanapie i pić zimne piwo. Wypiłam trochę tamtej nocy, no i co z tego? Zamkniecie mnie w poprawczaku na miesiąc?

– O której wyszłaś na zewnątrz?

– Nie wiem, w pewnym momencie alkohol uderzył mi do głowy i straciłam poczucie czasu. Wszyscy byli już mocno wstawieni, dochodziła pierwsza.

– Dlaczego w ogóle opuściłaś dom kolegi?

– Powiedziałam przecież, że gorzej się poczułam…

– Nie, moja droga. Wspomniałaś, że alkohol uderzył ci do głowy, a to co innego. Pod wpływem alkoholu często czujemy euforię, wręcz rozpiera nas energia. Nierzadko chcemy robić różne szalone rzeczy…

– Takie jak mordowanie ludzi?

– Tego nie powiedziałam. – Kąciki ust policjantki delikatnie się unoszą.

– Nie zabiłam tego człowieka – mówię stanowczo. – Był już martwy, gdy go znalazłam.

– Co w ogóle tam robiłaś? – dopytuje kobieta.

– Próbowałam wrócić do domu rowerem, ale byłam trochę pijana i zgubiłam drogę.

– Jechałaś pijana rowerem – stwierdza policjantka. – Mało tego, jechałaś wzdłuż parku w Powsinie, choć mieszkasz w Klarysewie. Obrałaś przeciwny kierunek. Nie wierzę, że nie znasz tej okolicy.

Poprawiam się na krześle.

– To nie do końca tak…

– A jak? – przyciska mnie policjantka.

– Nie wyszłam sama. Był ze mną Kryspin.

– Twój chłopak? – Kobieta gryzie zatyczkę długopisu. – Odprowadzał cię do domu?

– Nie. Chciał, żebym jeszcze została. Mówił, że chłopaki są już pijane i nie kontaktują, więc będziemy mieli chwilę dla siebie. Ostatnio rzadko się widywaliśmy, Kryspin miał problemy z ojcem.

– Twój chłopak nabroił?

– Raczej jego ojciec. Wie pani, kim on był… Po tamtej aferze jego firma zaczęła mieć problemy finansowe, a on rozstał się z żoną i zaczął pić na umór. Kryspin ciąg­le jeździł do mamy, która mieszka w Warszawie. Mówił, że nie chce przebywać w jednym domu z tym pijakiem. Myślał nawet o przeprowadzce na stałe i zmianie szkoły. Chciał poczekać do końca semestru.

– Jaki był twój stosunek do jego pomysłu?

– Tęskniłabym za nim, ale przecież to tylko Warszawa. Z Konstancina-Jeziornej miałabym rzut beretem.

– A zatem wyszliście razem… – Policjantka zmienia temat. – Co było dalej? Dokąd razem dotarliście?

– Kryspin zaproponował, że odprowadzi mnie do domu.

– Nie zrobił tego.

– Odmówiłam. Zdaje mi się, że zasugerowałam mu spacer.

Policjantka drapie się za uchem.

– Dopiero co wspomniałaś, że gorzej się poczułaś i chciałaś wracać do domu. Teraz próbujesz mi wmówić, że poszłaś na spacer, chociaż ledwo byłaś w stanie chodzić?

– Zmieniłam zdanie i uznałam, że spędzę jeszcze trochę czasu ze swoim chłopakiem. Co w tym dziwnego?

– Dokąd poszliście?

– Kryspin pomógł mi prowadzić rower. Nie zaszliśmy daleko. Usiedliśmy pod drzewem, całowaliśmy się. Kryspin wyznał, że rozmawiał z mamą i być może uda mu się wynająć kawalerkę na Kabatach w rozsądnej cenie. Powiedział, że jeślibym chciała, to mogłabym z nim w niej zamieszkać. Tym bardziej że lada moment oboje będziemy pełnoletni. Mieliśmy zacząć nowe życie.

Policjantka notuje coś w zeszycie i zadaje kolejne pytanie:

– O której godzinie się rozdzieliliście?

– Nie pamiętam.

– Spróbuj podać czas chociaż w przybliżeniu.

– Chyba koło pierwszej. Spędziliśmy na osobności godzinę, może dłużej. Trochę się posprzeczaliśmy. Nie pamiętam nawet o co. Oboje sporo wypiliśmy, a wiadomo, że rozmowy po pijaku nigdy nie mają większego sensu. Musiałam mu pewnie robić wyrzuty o nic. Podobno po alkoholu staję się rozemocjonowana… Ktoś kiedyś powiedział o mnie drama queen. Faktycznie, coś w tym jest. W końcu Kryspin się wkurzył i stwierdził, że albo wracamy do Szwaba, albo odprowadzi mnie do domu.

– A jednak koło pierwszej się rozdzieliliście. Wiesz, gdzie poszedł twój chłopak?

– Kazałam mu wrócić do kumpli. Upierał się, że jest ciemno i zimno i nie powinnam zostawać sama. Proponował, że zamówi mi taksówkę, ale kazałam mu się wypchać tą jego życzliwością. Gdy teraz o tym myślę, czuję straszny wstyd. Nie miałam nawet okazji go przeprosić. Może gdybym tej nocy tyle nie wypiła, nie mielibyśmy teraz problemów.

– Co było potem?

– Wsiadłam na rower i pojechałam przed siebie. Było mi już wszystko jedno.

– Masz jakieś problemy osobiste?

– Nie… niby dlaczego? – Rzucam w jej stronę pytające spojrzenie. – Upiłam się i tyle. Rzadko to robię, dlatego tamtej nocy tak uderzyło mi do głowy. Nie ma w tym żadnej filozofii.

Policjantka bierze głęboki wdech, a potem prosi, żebym przypomniała sobie moment odnalezienia ciała.

– W normalnych okolicznościach pewnie pojechałabym dalej, ale tym razem coś kazało mi się zatrzymać. Samochód stał zaparkowany na polu, nieopodal dróżki, którą jechałam. W środku świeciła się lampka, dzięki czemu mogłam dostrzec człowieka. Nie ruszał się, był sam. Drzwi od jego strony były otwarte. Jego lewa noga wystawała z auta. Zostawiłam rower i poszłam sprawdzić, czy biedak nie potrzebuje pomocy. Wtedy go rozpoznałam. Wpadłam w panikę. Zaczęłam go cucić, choć było oczywiste, że nie żył. Mówiłam do niego, próbowałam objąć i wydostać z samochodu, ale nie miałam tyle siły.

– Co dalej?

– Zobaczyłam na polu światło latarki. W pewnym momencie padło na moją twarz. Usłyszałam wtedy głoś­ne „o kurwa!”.

– Ktoś tam był… Widziałaś ich twarze?

– Mieli na sobie bluzy z kapturami. Wiem, że jeden z nich niósł kanister z benzyną. Nie miałam szansy lepiej się im przyjrzeć, bo cały czas oślepiali mnie latarką. Kiedy mnie dopadli, odciągnęli mnie od samochodu i przewrócili na ziemię. Jeden z nich kopał mnie w brzuch i twarz, a drugi w tym czasie polewał auto benzyną.

– Mówili coś? Potrzebujemy jakiegokolwiek punktu zaczepienia.

– Kilka razy przeklęli. Chyba im się spieszyło. Na pewno nie spodziewali się widowni. Znalazłam się w złym miejscu w złym czasie.

– Pamiętasz moment podpalenia samochodu?

Zamykam oczy i zmuszam mózg do odtworzenia w myślach tamtych chwil.

– Wydaje mi się, że straciłam już wtedy przytomność. Ocknęłam się, gdy stał w płomieniach. Uciekłam, bo bałam się, że auto zaraz wybuchnie.

 

– Czyli nie widziałaś, w którą stronę oddalili się napastnicy?

Kręcę głową, a policjantka notuje coś w zeszycie.

– Co zrobiłaś potem?

– Cofnęłam się do miejsca, w którym zostawiłam rower. Wciąż miałam ze sobą telefon, dlatego od razu zadzwoniłam do Kryspina.

– Odebrał?

– Tak.

– Powiedziałaś mu natychmiast, co się stało?

– Nie. Kazałam mu przyjechać, bo wydarzyło się coś strasznego. Prosił, żebym wysłała mu lokalizację na WhatsAppie, więc to zrobiłam. Potem zadzwoniłam po policję.

– Nagrałaś też wideo na instastory.

– Tak. Zrobiłam to, bo wpadłam w panikę. Ci ludzie mogli być wszędzie. Musiałam ostrzec znajomych.

– Mogę zobaczyć nagranie?

Klikam ikonę Instagrama i przechodzę do archiwum nagrań. Następnie podaję jej smartfon. Policjantka puszcza krótki filmik, na którym widać jedynie ciemne tło i płonące auto pośrodku ekranu. Po kilku sekundach rozbrzmiewa mój roztrzęsiony, zdyszany głos: „Jestem nieopodal parku powsińskiego. Napadło mnie dwóch zbirów, którzy wcześniej zabili człowieka. Nie wiem, gdzie uciekli, ale uważajcie. Ci ludzie są niebezpieczni. Jeśli tylko zobaczycie dwóch wysokich mężczyzn w czarnych bluzach z kapturami, dzwońcie natychmiast po policję”.

– Wszystko w porządku? – pyta policjantka.

– Rozbolała mnie głowa.

– Zaraz będziesz mogła iść do domu. Wiem, że lekarze kazali ci się oszczędzać, ale naprawdę muszę zadać ci jeszcze kilka pytań.

Przeszłam dokładne badania, które na szczęście wykazały, że napastnicy nie uszkodzili mi żadnych narządów. Miałam za to wstrząs mózgu, dlatego zatrzymano mnie w szpitalu na kilka dni. Przynajmniej tyle powiedzieli mi rodzice. Lekarze zachowywali się jak ochroniarze i skutecznie odpędzali ode mnie policjantów.

– Twój chłopak dotarł na miejsce przed policją? – dopytuje kobieta.

– Przyjechał chwilę wcześniej.

– Czym przyjechał?

– Samochodem. Przywiózł go ojciec Szwaba. Z początku Kryspin był oszołomiony. Przytulił mnie i spytał, czy jestem cała. Wyjaśniłam mu pokrótce, co się stało.

– Powiedziałaś mu?

– Pyta pani o…

– Tak.

– Nie, nie powiedziałam mu. Bałam się, że zrobi coś szalonego.

– Zatem kiedy się dowiedział?

– Godzinę później. Ojciec Szwaba zadzwonił po karetkę, bo zaczęłam tracić przytomność. W szpitalu szybko zjawili się policjanci, którzy chcieli ze mną porozmawiać. Lekarze się sprzeciwiali, ale ubłagałam ich, żeby pozwolili mi chociaż zamienić kilka słów z Kryspinem. Wtedy mu powiedziałam. Przyglądał mi się beznamiętnie, jakby wcale to do niego nie docierało. Dopiero po chwili wpadł w panikę. – Ocieram dłonią mokre oczy. – Przepraszam, ale głowa coraz bardziej mnie boli.

– No dobrze. – Policjantka pozwala mi odejść od stołu i odprowadza do drzwi. – Odpoczywaj i postaraj się przypomnieć sobie jak najwięcej szczegółów z tamtej nocy.

– Dobrze. Spróbuję.

– Gdy już poczujesz się lepiej, będę chciała ponownie cię przesłuchać.

– Okej.

Wychodzę na korytarz, gdzie czeka na mnie mama. Choć minął już tydzień, dosłownie nie odstępuje mnie na krok. Bez przerwy panikuje, że ci przestępcy mogą mnie odszukać i skutecznie uciszyć. Wściekła się, gdy zobaczyła filmik na instastory. Choć tłumaczyłam jej, że nagranie znika po dwudziestu czterech godzinach, ona upierała się, że w internecie nic nie ginie, a poza tym przez ten czas filmik mógł już dawno wpaść w niepowołane ręce.

– Mogą podglądać twój profil. A co, jeśli już dawno wiedzą, kim jesteś?

Mama przesadza. Nic mi nie grozi.

– Zabierz mnie do domu. Chce mi się spać.

Oddycham z ulgą, gdy opuszczamy komisariat. Miałam już dość tej aroganckiej policjantki. Gdyby tylko wiedziała, ile nerwów kosztowało mnie opowiadanie jej tych wszystkich kłamstw…

Jedno wiadomo na pewno – nie żyje człowiek.

Ktoś zadźgał nożem ojca Kryspina, a potem podpalił jego auto.

I tak się składa, że wiem, kto to zrobił.