Chrześcijanie w niebezpieczeństwie.Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Karta tytułowa


Przedmowa

„Kto jest stróżem brata mego?”

Ta dramatyczna odpowiedz Kaina, przytoczona przez papieża Franciszka w kontekście ogromu cierpienia, jakiego doświadczają Chrześcijanie na Bliskim Wschodzie, w Nigerii i w wielu innych krajach świata, skłaniają Papieskie Stowarzyszenie Pomoc Kościołowi w Potrzebie do pochylenia się nad losem Tych, którzy wobec „możnych tego świata” nie mają głosu, nie liczą się, bo są to dzieci, kobiety i starcy: „malutcy” tego świata, których życie, wg wielu, nie ma aż takiej wartości, jak wielkie interesy ekonomiczne i polityczne wielkich mocarstw, za które oni płacą najwyższą cenę; są zabijani, poniżani, gwałceni, sprzedawani w niewolę. Aby spełnić prośbę naszych Sióstr i Braci podejmujemy trud zgromadzenia świadectw ich wiary i wierności Chrystusowi, którego Europa jakże często się wstydzi1, wymazuje ze swoich dokumentów, życia społecznego i indywidualnego2.

Jedną z takich inicjatyw jest książka dyrektora francuskiego biura PKWP, Marka Fromagera. Francuskie wydanie tej książki spotkało się z dużym z interesowaniem, co skłoniło wydawnictwo Bernardinum do podjęcia trudu tłumaczenia i wydania tej pozycji w języku polskim. Z dużą radością przyjąłem propozycje napisania wstępu do książki mojego Przyjaciela. Niektóre z opisywanych krajów mieliśmy okazje poznawać razem.

Głównym motywem niniejszej publikacji jest prezentacja sytuacji Kościoła w trudnych dla niego rejonach, szczególnie tam, gdzie chrześcijanie stanowią mniejszość czy nie mogą oficjalnie wyznawać swojej wiary, jak ma to miejsce np. w Arabii Saudyjskiej.

W prezentowanej książce Autor stara się pokazać całe spektrum problemów, z jakimi borykają się chrześcijanie. Inna sytuacja panuje w krajach rządzonych przez reżimy komunistyczne, jak Korea Północna czy Chiny. Inne problemy napotykają nasi Bracia w Afryce czy na Bliskim Wschodzie.

To właśnie Bliski Wschód, ze względu na toczącą się tam wojnę i fale emigrantów, które od ubiegłego roku docierają do Europy, stał się terenem bardzo interesującym dla wielu Europejczyków.

Jest faktem powszechnie znanym, że w ostatnich 30 latach 50% chrześcijan opuściło Bliski Wschód. Trzeba stwierdzić, że opuścili oni definitywnie swoją ojczyznę. Pozostaje smutnym spostrzeżenie, że organizacje międzynarodowe powołane do obrony podstawowych praw człowieka nie staja na wysokości zadania, gdy chodzi o obronę chrześcijan. A sytuacja jest dramatyczna, o czym mówią patriarchowie z krajów Bliskiego Wschodu. Właściwie ten dramat opisuje Patriarcha maronicki Bechara Boutros Rai mówiąc, że „Arabska wiosna przekształciła się w piekło zabójstw i zniszczenia. Od dwóch tysięcy lat budowaliśmy na wschodzie wspólnie z naszymi braćmi muzułmanami wspólną cywilizację i tożsamość”. Niestety różne nurty polityki międzynarodowej próbują jej szkodzić3 – oświadczył po zakończeniu posiedzenia Rady katolickich patriarchów Wschodu w Bkerke w Libanie. Papież Benedykt XVI prosił w Libanie: Bliski Wschód bez chrześcijan, lub z nielicznymi chrześcijanami, nie jest już Bliskim Wschodem, ponieważ wraz z innymi ludźmi wierzącymi tworzą oni tak szczególną tożsamość regionu. Jedni są odpowiedzialni za drugich przed Bogiem. Dlatego ważne jest, aby przywódcy polityczni i religijni rozumieli tę rzeczywistość i unikali polityki lub strategii, która uprzywilejowuje jedną tylko wspólnotę, co prowadziłoby ku jednobarwnemu Bliskiemu Wschodowi, który w niczym nie odzwierciedlałby swej bogatej rzeczywistości ludzkiej i historycznej4.

Rejon Bliskiego Wschodu jest terenem o wyjątkowym skomplikowaniu relacji społeczno-polityczno-wojskowych, jak również religijnych. Zawiłości tej polityki rozjaśnia nieco historia I wojny światowej, podczas której doszło do tzw. bliskowschodniej Jałty. Koalicja Wielkiej Brytanii i Francji przeciągnęła na swoja stronę króla Mekki. Przekupiono go obietnicą samodzielnego państwa, które miało leżeć na terenach dzisiejszej Syrii, Iraku i Jordanii. Jednak, jak pamiętamy również z historii Polski (zwłaszcza 1939 rok), umowy zawierane z mocarstwami nie zawsze są możliwe do wyegzekwowania. Podobnie było i w tym przypadku, w latach 1915-1916, Francuzi porozumieli się z Brytyjczykami co do zasad podziału tego regionu na poszczególne strefy wpływów5. Sytuacja ta była ogromnym szokiem dla ludzi, którzy ponad tysiąc lat tworzyli jeden organizm państwowy. Wypowiedź Abu Bakr al-Baghdadiego w Mosulu dobitnie o tym świadczy. Odniósł się on do tej „zdradzieckiej umowy”6.

Kalifat to marzenie każdego wyznawcy Allaha. Dziwi niewiedza o tym fakcie polityków, politologów czy strategów politycznych. Powodem tej swoistej „niewiedzy” może być też poprawność polityczna, którą możemy zaobserwować przy obecnie toczącej się dyskusji na temat uchodźców i pomijaniu w niej „niewygodnych” tematów dotyczących islamu. Genezę powstania kalifatu, w obecnym jego kształcie, należy upatrywać w wojnie prowadzonej w Afganistanie pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku przez wojska sowieckie i chęć uwikłania tej armii przez Regana w wojnę partyzancką. Pomysł ten wywodził Regan z doświadczeń w Wietnamie i dobrze znał zarówno cenę osobową, jak i finansową działań Amerykanów. Wzmacniane poprzez pomoc finansową, jak i szkolenia, miały obalić „Imperium zła”. Zachowany był cel nadrzędny: wojna toczyła się z dala od USA i zwalczano znienawidzonego wroga. Zachowywano przy tym pozory neutralności Stanów Zjednoczonych w tym konflikcie, poprzez korzystanie z różnych pośredników, których najbardziej znanym przedstawicielem był Osama Bin Laden. Cenę tej wojny, zarówno po stronie Sowietów, jak i później po stronie USA, znamy z doniesień medialnych. Z różnych powodów, m.in. zasady poprawności politycznej, „równości kultur”, oraz uszczęśliwiania społeczeństw, które mentalnie i w swoich strukturach społecznych pozostały daleko w tyle, poprzez wprowadzanie przy pomocy demokracji i praw człowieka, wiele założeń zakończyło się fiaskiem. Stroną, która natomiast wyciągnęła doskonałą lekcje z powyższych wydarzeń i, co nie mniej ważne, za pieniądze amerykańskie byli rożnej maści fundamentaliści na czele z Osamą.

Kiedy 30 lat temu w tygodniku „L'Ex – press”, Alain Besancon, słynny francuski historyk napisał artykuł „Islam we Francji”, uznano go za rasistę. Teza artykułu brzmiała: islam staje się religią, która będzie miała bardzo poważny wpływ na rozwój Francji. Nie mam nic przeciwko islamowi, ma prawo być taki, jaki jest. Ale jest po prostu nie kompatybilny z Zachodem7

Dzisiaj, kiedy wielu ludzi stawia pytanie o możliwość wzajemnej koegzystencji na terenie Europy Islamu i Chrześcijaństwa, dobrze zapoznać się z tego typu publikacjami, które z jednej strony dają nam wiarygodny opis sytuacji na miejscu, a z drugiej, wynika to z optymizmu autora, dają nadzieję, że pomimo prześladowań chrześcijanie przetrwają nawet najcięższe doświadczenia, gdyż zawsze Pan jest z Nimi!

ks. prof. UKSW dr hab. Waldemar Cisło

Dyrektor Sekcji Polskiej Papieskiego Stowarzyszenia

Pomoc Kościołowi w Potrzebie

1 Invocatio Dei w Konstytucji Unii Europejskiej.

2 J. Ratzinger, Europa. Jej podwaliny dzisiaj i jutro, tł. ks. S. Czerwik, Kielce 2005, s. 20-28.

3 http://ekai.pl/wydarzenia/temat_dnia/x73449/wiosna-arabskapieklo-dla-chrzescijan/, dostęp 30.03.16.

4 Benedykt XVI, Ecclesia in Medio Oriente, nr 31. Czy Liban?

5 Pakt, który przeszedł do historii pod nazwą umowy Sykes-Picot (od nazwisk dyplomatów Marka Sykesa z Wielkiej Brytanii i François Georges-Picota z Francji).

6 http://www.pch24.pl/przywodca-panstwa-islamskiego--islam-jest-religia-wojny-,35806,i.html, dostęp 30.03.16.

7 http://www.fronda.pl/a/alain-besancon-islamu-nie-da-sie-pogodzic-z,65721.html, dostęp 30.03.16.

Słowo wstępne

Podtytuł Dwadzieścia powodów, aby mieć nadzieję w zestawieniu z tytułem wyrażającym niebezpieczeństwo i cierpienie, może wydawać się paradoksalny. Można by nawet stwierdzić, że łącząc te zdania tworzy się logiczną sprzeczność. Otóż, ten oczywisty oksymoron, zanim stanie się figurą literacką przeznaczoną do przyciągnięcia naszej uwagi, jest w gruncie rzeczy – a więc przede wszystkim – najlepszym odbiciem rzeczywistości: tak, chrześcijanie są w niebezpieczeństwie w wielu krajach na całym świecie. A także: tak, są powody, by mieć nadzieję! Obie te kwestie się łączą.

Bardzo często pomija się informacje o dyskryminacji, której ofiarami są chrześcijanie. Dosyć łatwo mówi się o innych ofiarach, jakiekolwiek by one nie były – a prawdą jest, iż nasze czasy są naznaczone wiktymizacją – zaś chrześcijan, jak można zauważyć, poddaje się, i to w sposób dosyć zdumiewający, odmiennemu traktowaniu. Pomimo obiektywnych, sprawdzalnych faktów – a fakty są twarde i niepodważalne – temat pozostaje całkowicie tematem tabu.

W czasach ZSRR prześladowanie chrześcijan przez sowieckiego potwora było kompletnie przemilczane, w tym najczęściej w samym sercu Kościoła. Skoro tylko upadł Mur Berliński, nałożono zasłonę wstydu na tę rzeczywistość, do której – jak uznano – niepotrzebnie jest powracać, ponieważ była to już przeszłość. Nieprawdaż? Nie można więc było o niej rozmawiać ani w tamtym czasie, ani potem. Koniec końców – nigdy.

 

Owe selektywne zaprzeczenie rzeczywistości możemy zapewne wytłumaczyć na różne sposoby, w tym przez odrzucenie naszej własnej tożsamości – naszej historii, kultury, religii, naszej ojczyzny. Wydaje się to najbardziej przekonywujące… W tej wymyślonej konstrukcji intelektualnej nie tylko drwi się z tego, co może przydarzyć się chrześcijanom, lecz nade wszystko wzbrania się, aby mówić o ich prześladowaniu, ponieważ oznaczałoby to krytykowanie tego „innego” (potencjalnego prześladowcy), przyozdobionego – jak się wielu wydaje – we wszystkie cnoty. Kto bowiem mówi „prześladowanie”, nieuchronnie mówi też „prześladowcy”. A przecież w tym przywidzianym, wymyślonym świecie, zaprzeczającym rzeczywistości, wszyscy są uprzejmi. Nie może więc być w nim zła. Nie może więc być i prześladowców.

Przypominanie o niebezpieczeństwie, które naprawdę w dużym stopniu dotyczy chrześcijan, postrzegane bywa jako chorobliwa patologia. A jednak! Wystarczy zaobserwować, co dzieje się na całym świecie, aby jednocześnie szybko uświadomić sobie, jak wygląda ta rzeczywistość, oraz jaki jest jej rozmiar. Szacuje się, że 200 milionów chrześcijan, to znaczy 10% uczniów Chrystusa, to ludzie, którzy nie przeżywają swojej wiary w całkowitej wolności.

Istnieje, oczywiście, duża różnorodność prześladowań – szeroka skala sytuacji zaczynających się od podstępnej dyskryminacji, aż do najbrutalniejszego prześladowania. Ale wszyscy muszą wziąć na siebie pewną cenę, którą należy zapłacić z powodu wiary. Niekiedy zaś, dla niektórych, owa cena będzie mogła wydawać się zbyt wysoka. Im to właśnie dedykowana jest ta książka opisująca pewną ilość tego typu sytuacji.

Chciałem, aby wybór krajów był reprezentatywny dla tych środowisk, w których żyją osoby dyskryminowane; aby współgrał z pokryciem geograficznym odpowiednim dla wszystkich kontynentów oraz z odniesieniem do różnych źródeł pochodzenia dyskryminacji czy to politycznego, czy religijnego. Wyjątkiem jest Oceania, której opisywany tu problem mniej dotyka.

* * *

Powróćmy jednak do podtytułu. Każdy rozdział kończy się jakimś przyszłościowym widokiem opierającym się na nadziei. To otwarcie, w przeciwieństwie do niebezpieczeństwa zasygnalizowanego wcześniej, nie opiera się na błogim, odcieleśnionym i oderwanym od życia optymizmie, ale stara się być w jakiejś mierze uargumentowane i wynikające z postrzegania pewnych ewolucji.

Oczywiście, nie chodzi tu o żadne proroctwa. Wszelkie przewidywanie pozostaje więc w sposób nieunikniony ograniczone. Wydało mi się jednak ważne, aby zastanowić się nad bardziej lub mniej odległą przyszłością przywoływanych krajów oraz żyjących w nich chrześcijan.

Przedstawiłem dwadzieścia krajów, w tym Francję, co może wydawać się zaskakujące. Inne kraje zachodnie również mogłyby zostać tam wymienione – trzeba jednak było dokonać wyboru. Przywołanie krajów „starego” chrześcijaństwa wydało mi się konieczne. Chociaż rozumie się samo przez się, iż sytuacja nie jest w nich aż tak dramatyczna, jak w większości innych miejsc opisywanych w niniejszej książce. Jednak ich obecność wydała mi się właściwa, jako że poruszany tu temat coraz bardziej ich dotyka i coraz mniej oszczędza.

Lista krajów nie jest, niestety, wyczerpująca. Należałoby powiedzieć także o wielu innych krajach. Będąc dyrektorem AED (Pomoc Kościołowi w Potrzebie) mam okazję – co postrzegam nade wszystko jako przywilej – spotykać wspólnoty żyjące tak naprawdę wszędzie i poznać prawdę o nich; ci chrześcijanie w niebezpieczeństwie w rzeczywistości mają nam do przekazania dużo więcej, niż my możemy im dać. Wiedzą kogo obdarzyli zaufaniem – zaufaniem, które nie zawodzi.

Niechaj chrześcijanie, którzy nie zostali wspomniani w tej książce, wiedzą, że wcale o nich nie zapominamy. Wiemy przecież, że podzielają oni nadzieję przywołaną na tych stronicach. W tej kwestii, w kwestii nadziei, to właśnie oni mają nad nami przewagę. W rzeczywistości bowiem jest tyle powodów, by mieć nadzieję, ilu jest świadków. A lista ich jest niezliczona!


I. Bliski Wschód

1 Arabia Saudyjska

2 Egipt

3 Irak

4 Syria

1. Arabia Saudyjska
Niezbyt katolicka wiza

Podobno czerwone odbicia Synaju dały nazwę Morzu Czerwonemu. A może była to krew Egipcjan w chwili Exodusu? Patrząc z okna samolotu przewożącego mnie z Bejrutu do Dżuddy próbuję, jak mogę, oszukać swój niepokój.

To nie samolot mnie niepokoi. Wystarczająco często latam nim w ciągu całego roku. Niepokoi mnie cel mojego lotu. Przybycie do Arabii Saudyjskiej dyrektora organizacji katolickiej zajmującej się prześladowanymi chrześcijanami, to mimo wszystko powzięcie pewnego ryzyka. Jednak prawdziwe zmartwienie dotyczy mojego paszportu: wiza nie jest wydana na moje nazwisko!

W Ambasadzie Arabii Saudyjskiej w Paryżu trzeba było w ostatniej chwili wypełnić w Internecie kolejny formularz. Zamiast mojego, umieściłem tam nazwisko sponsora – osoby zapraszającej mnie oficjalnie tego do kraju. W konsekwencji więc moja wiza w paszporcie z moim nazwiskiem jest wydana na nazwisko sponsora.

Stało się to w przeddzień podróży. Było już zbyt późno, by cokolwiek zmienić!

W momencie rejestracji biletu, następnie w czasie wsiadania do samolotu lecącego do Bejrutu odbywa się kontrola wiz i biletu samolotowego. Chociaż nazwiska w paszporcie i wizie nie są takie same, to jednak po chwili wahania pozwala mi się wejść na pokład. Pozostaje jeszcze niepokojący mnie bardzo przylot do Dżuddy, który każe mi myśleć, że chęć odkrycia, co przeżywali chrześcijanie w tym kraju, nie była chyba najlepszym pomysłem.

W ostateczności, w sposób tajemniczy, wszystko przebiega pomyślnie. W następstwie wizowej pomyłki kilka ambasad zwróci mi jedynie kilkukrotnie uwagę na tę niedorzeczność, która została zakwalifikowana a posteriori jako pomyłka administracyjna.

Kościół katakumb

Dżudda jest portem, co oznacza miasto tradycyjnie bardziej otwarte na resztę świata. Sprawdzamy to porównując do Riadu, czyli nowej stolicy od 1986 roku. W stosunku do tego miasta ta różnica jest rzeczywiście znacząca. Ponadto Dżudda jest także portem wejściowym do znajdującej się całkiem blisko Mekki. Pielgrzymi bowiem niegdyś przybywali tu statkami. Obecnie zaś przylatują masowo samolotami. Do tego stopnia masowo, że zarezerwowano dla nich cały jeden terminal.

W końcu wszystko się dobrze układa i będę mógł spotkać w Dżuddzie, a potem w Riadzie (stolicy) osoby, na spotkanie z którymi tu przybyłem. W roku 1976 na Półwyspie Arabskim było 200000 katolików. Teraz są ich 3 miliony! Tak więc w ciągu trzydziestu lat ich liczba została pomnożona przez piętnaście, co daje na pewno największy wzrost w świecie.

Mimo tego w Arabii Saudyjskiej wszystko jest katolikom absolutnie zabronione: nie ma kościoła, nie ma Biblii, nie ma różańca, nie ma krzyża. Nic, co przywołuje chrześcijaństwo, nie ma prawa przedostania się na tę ziemię uważaną w swej całości za sanktuarium wiary muzułmańskiej. Chrześcijanie nie mają więc tutaj żadnej oficjalnej możliwości życia sakramentalnego czy wspólnotowej modlitwy. Oficjalnej, ponieważ w rzeczywistości istnieje Kościół, jednak całkowicie podziemny…

Osobiście nigdy nie spotkałem chrześcijan naprawdę działających w podziemiu. Czytałem świadectwa spoza żelaznej kurtyny, jednakże przybyłem zbyt późno, by spotkać ich in situ. A tutaj wysłuchiwałem opowieści osób organizujących w sposób zupełnie niewidoczny życie małych wspólnot tworzących Kościół lokalny – Kościół katakumb. Za wiek – a mam nadzieję, że nawet wcześniej – będzie się robiło filmy o tych herosach wiary i o niewiarygodnej śmiałości ich misji.

Pośród tych ludzi odnajdujemy przede wszystkim Azjatów, Hindusów, mieszkańców Sri Lanki, Pakistańczyków i Filipińczyków, których spotkamy zarówno w kościołach w Tokio, Istambule czy w Sztokholmie (Filipińczycy są naprawdę wszędzie i czasami stanowią filar parafii w krajach, gdzie wspólnoty chrześcijańskie są marginalne, a nawet wręcz marginalizowane). Zbierając się w małych grupach, raz u jednych, raz u drugich, podejmują oni rzeczywiste ryzyko! Jeżeli będą odkryci, mogą zostać uwięzieni i poddani przemocy fizycznej. Cokolwiek by się nie przydarzyło, na pewno zostaną wyrzuceni z pracy, albo nie otrzymają zezwolenia na pracę, co w rzeczywistości wychodzi na to samo. Skończy się im bowiem źródło utrzymania.

Pójście na Mszę w takich warunkach wymaga głębokiej wiary i rzeczywistego łaknienia eucharystycznego! Kiedy czasami nasza młodzież każe się prosić, aby pójść w niedzielę na Mszę, dobrze byłoby przy okazji przypomnieć jej, że w świecie nie jest to po prostu rytuał społeczny czy obyczaj, lecz coś niebezpiecznego, wymagającego minimum odwagi – odwagi, którą wytłumaczyć można tylko istotnym znaczeniem, jaką te osoby nadają Eucharystii.

Stałym zagrożeniem jest tu wszechpotężna policja religijna – muttawa. Jej zadaniem jest czuwanie nad skrupulatnym przestrzeganiem przez wszystkich odpowiedniej zgodności ustalonych zwyczajów z rygorystyczną interpretacją islamu – wahhabit. Policjanci bacznie pilnują, zadając uderzenia pałką, wszystkiego co obejmuje przestrzeń publiczną. Będzie to choćby zamknięcie sklepów w godzinie modlitwy, czy też ubiór kobiet, które wszystkie, w tym i cudzoziemki, muszą nosić burkę i abaka, czyli dużą tunikę pokrywającą całe ciało.

Pewna Francuzka, którą spotkałem na miejscu, nosiła pin's z napisem „delete me”, co znaczy „wymaż mnie”. To dobrze oddaje tamtą rzeczywistość. Tu właśnie dokładnie tak jest: są one wymazane. Znajdujemy się naprzeciwko „sklonowanego” tłumu, w którym czerń jest normą.

Wśród mężczyzn dominuje kolor biały. Powoduje to, iż tutejszy dress code jest dosyć prosty. Cały kraj jest bowiem na czarno i na biało, co dosyć dobrze podsumowuje i ukazuje istniejące tu głębokie rozdwojenie: jesteś muzułmaninem lub nie-muzułmaninem, mężczyzną lub kobietą, panem lub niewolnikiem. W żadnym przypadku nie jesteś po prostu naprawdę osobą. Chyba, że znajdujesz się w pierwszej kategorii!

Islamizacja kraju w kształcie, w jakim dzisiaj istnieje, odbyła się trójfalowo. Najpierw przez podbicie półwyspu przez Mahometa i jego armie. Potem, w XVIII wieku, poprzez przymierze między rodziną Saoud i wahabitami. W ostatnim zaś ćwierćwieczu XX wieku za pomocą rozszerzenia terenów zagarniętych przez obóz religijny, któremu trzeba było dać gwarancje w momencie rewolucji irańskiej i wojny w Zatoce. Czy to więc w obliczu rywalizacji szyitów, czy też zmasowanej obecności żołnierzy amerykańskich na ziemi saudyjskiej, Królestwo w rzeczywistości pozostaje muzułmańskim punktem odniesienia dla świata. Okazało się to tym bardziej ważne, iż istnieje tu pewna „organiczna więź” pomiędzy Królestwem a Stanami Zjednoczonymi. Trwa ona od czasu paktu z Quincy przypieczętowanego w lutym 1945 roku przez króla Ibn Sauda i prezydenta Roosvelta zapewniającego stabilność saudyjską oraz amerykańskie zaopatrzenie energetyczne. Przymierze to poza oumma – wspólnotą muzułmańską – było jednakże mniej zdumiewające, niż mogłoby się wydawać; protestancki purytanizm i wahhabizm zdały się przeznaczone na porozumienie: (oficjalna) niechęć do alkoholu, wyraźna pruderia, wojujący milenaryzm i nasilony formalizm prawny.

Dzisiaj wydaje się, że istnieje wola załagodzenia tego przywłaszczenia, szczególnie w dziedzinie edukacji (rewizja programów, otwarcie mieszanych uniwersytetów, oddawanie dwóch nowych szkół w systemie dziennym) oraz sprawiedliwości (stworzenie sądów cywilnych i wyłącznie tylko islamskich). Beduińska tradycja jednak zobowiązuje – istnieje kultura konsensusu wymagająca czasu. Wszystko więc toczy się powoli…

Zresztą chrześcijanie nie są jedynymi, których się tutaj bardzo mocno nadzoruje. Szyici stanowiący 10% ludności są uważani, w najlepszym przypadku, za heretyków. W najgorszym zaś, za niebędących nawet muzułmanami. Wokół tego zagadnienia występuje rzeczywiste napięcie, które potęgowane jest przez fakt, że na wschodzie kraju – tam, gdzie jest najwięcej ropy naftowej – ilość szyitów sięga 30%.

* * *

Kościół katolicki na Półwyspie Arabskim doznaje reorganizacji od maja 2011 r. Aż do tamtego czasu takie kraje jak Arabia Saudyjska, Kuwejt, Bahrajn, Katar, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Sułtanat Omanu oraz Jemen były włączone w jeden Wikariat apostolski, za który odpowiedzialny był biskup Abu Dhabi, szwajcarski kapucyn Ekscelencja Paul Hinder. Można było go słusznie nazywać biskupem sześciu narodów zajmujących powierzchnię 3 milionów kilometrów kwadratowych przez ludność katolicką w ilości około 3 milionów dusz, co daje jednego katolika na km2!

 

Od maja 2013 r. Wikariat został podzielony na dwie części i Ekscelencja Camillo Ballin, włoski biskup z Kuwait City, poza Kuwejtem przejął Arabię Saudyjską, Katar i Bahrajn, gdzie mieści się obecnie jego siedziba. Królestwo położone jest bardziej centralnie w swym nowym Wikariacie Arabii Północnej. W lutym 2013 roku król Bahrajnu przekazał Wikariatowi teren pod budowę katedry. Teraz należy ją tylko zbudować!

Od tamtej chwili miejscowy biskup stworzył już w Arabii Saudyjskiej trzy parafie – chociaż na obecną chwilą pozostają one poniekąd fikcyjne ze względu na brak rzeczywistej struktury na miejscu. Każda z tych parafii ma powierzchnię większą od terenu Francji. Parafia w Dżuddzie, obejmująca swoim terytorium Mekkę i Medynę, poświęcona jest Marii Dziewicy pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny z Arabii… „To do niej – wyznaje biskup – należy przygotowanie drogi!”