Iskra bogów. Nie kochaj mnieTekst

Z serii: Iskra bogów
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– No jasne. – Chwyciłam poduszkę i nałożyłam na nią pachnącą lawendą poszewkę.

– Spędzimy tu wspaniały czas – zadecydowała Robyn i okręcała się przed lustrem, podczas gdy ja zakładałam jej prześcieradło. – Chociaż chciałabym ci przypomnieć, że wolałam jechać na plażę do Kalifornii. Nieważne. Każda zmiana dobrze ci zrobi. Musiałaś się wyrwać z tego domu wariatów. Nie wytrzymałabym ani dnia dłużej z twoją matką. Nie zapominaj, że życie nie składa się tylko ze szkoły i pracy. Musisz powoli zacząć się znów zachowywać jak prawdziwa nastolatka. To nie jest wprawdzie idealne miejsce do tego celu, ale zawsze lepsze niż dom.

Robyn zdjęła gumkę z warkocza, potrząsnęła blond włosami i zniknęła w łazience. Chwilę później usłyszałam szum wody pod prysznicem. Nałożyłam jeszcze poszewkę na jej kołdrę i poszłam do drugiego pokoju, by się rozpakować. Kiedy ścieliłam swoje łóżko, moje myśli powędrowały z powrotem do snu i dłoni, które mnie trzymały, do głosu, który ukoił mój lęk. W brzuchu tańczyły mi motyle. To było dziwne. Robyn miała rację. Powinnam się bawić i cieszyć towarzystwem prawdziwych chłopaków. A jednak szkoda, że nie mogłam sobie przypomnieć twarzy tamtego chłopaka. Na pewno wyglądał niewiarygodnie dobrze. Zachichotałam cicho. Tego już nigdy się nie dowiem. Ten sam sen nigdy nie zdarza się dwa razy.

Po tym kapuśniaczku, jak nazwała go Rosie, wszystko wyglądało jak świeżo malowane. Kiedy wychodziłyśmy z naszego domku, zapadał już zmierzch, a jednak wciąż było przyjemnie ciepło. Włożyłam dżinsy i top. Najchętniej wzięłabym jeszcze czarną kurtkę, ale Robyn była temu zdecydowanie przeciwna. Ona miała na sobie wąską, jasną sukienkę i baleriny, które jednak znalazła w przepastnych czeluściach swojej walizki.

W drodze do świetlicy rozglądałam się z ciekawością. Na ścieżkach pomiędzy domkami panował spory ruch. W kółko musiałyśmy schodzić z drogi małym pojazdom z pracownikami obozu i grupkami uczniów. Z większego budynku dobiegał hałas i stukanie piłeczki pingpongowej.

– Boże, jak tu stromo – przeklinała Robyn.

– Jesteś w górach. – Nie mogłam się powstrzymać przed tym komentarzem.

– Czy musimy przychodzić tu na każdy posiłek? A może dostarczają je do domków?

– No jasne, że tobie podadzą jedzenie do łóżka.

– To miejsce jest tak drogie, że można by tego wymagać.

– Przeczytałaś przecież na stronie internetowej: „Wspólne odkrywanie pierwotnej części Dzikiego Zachodu, połączone z urozmaiconym programem edukacyjnym”. Myślisz, że pierwszym osadnikom przynoszono tu jedzenie na srebrnych tacach?

Robyn spojrzała na mnie z przestrachem.

– Mam nadzieję, że nie będę musiała niczego zabijać ani zbierać w lesie.

– Nic o tym nie pisali, ale kto to wie... – Uśmiechnęłam się szeroko.

– Dlaczego dałam ci się namówić? – Dzielnie wspinała się dalej.

Obudziły się we mnie wyrzuty sumienia. Ten położony na uboczu obóz był moim pomysłem. Zwykle to Robyn ustalała, dokąd pojedziemy na wakacje. Tym razem to ja podjęłam decyzję, chociaż to jej rodzice zapłacili za nas obie. Moja mama nie mogłaby sobie na to pozwolić.

– A jednak przekonałaś Camerona i Josha, żeby pojechali z nami, chociaż Europa na pewno jest o wiele ciekawsza.

– Cameron powinien być mi wdzięczny, że nie musiał lecieć ze swoimi rodzicami do Włoch. Potrzebuje wakacji od swojego ojca. Można powiedzieć, że go uratowałam, tyle że on jeszcze o tym nie wie. Poza tym nie mogłabym znieść myśli, że flirtuje tam z ciemnowłosymi dziewczynami.

– Przecież nigdy by tego nie zrobił – broniłam jej chłopaka.

Z nostalgią spojrzałam na korony wysokich sosen. Prawdopodobnie to nasze ostatnie wspólne lato. Właśnie dlatego chłopcy postanowili nam towarzyszyć. W przyszłym roku zrobimy maturę i rozjedziemy się na studia. Już teraz obawiałam się czasów, kiedy nie będę codziennie widywać moich przyjaciół. Robyn chciała iść na Harvard, a ja musiałam próbować się dostać do college’u w San Francisco. Tam mogłabym dojeżdżać z naszego miasteczka Monterey. Wtedy mogłabym nadal pracować w pizzerii i mieszkałabym z mamą i młodszą siostrą. Robyn zachęcała mnie, żebym razem z nią przeniosła się do Bostonu. Dostawała regularnych ataków płaczu, ale tym razem byłam nieugięta. Poza tym naprawdę nie miałam wyboru. Robyn da sobie radę sama, Phoebe nie.

Chciałam naprawdę cieszyć się tym ostatnim latem z moimi przyjaciółmi. Kto wie, kiedy znów będziemy spędzać ze sobą tyle czasu? Jeszcze tylko jeden rok szkolny, a ci troje ruszą w wielki świat, podczas gdy ja zostanę przywiązana do mojej rodziny. Mój ojciec nas opuścił, więc nie mogłam pozbyć się odpowiedzialności za mamę i siostrę. Wciąż próbowałam przekonać samą siebie, że nic to dla mnie nie znaczy.

Kiedy usiłowałyśmy złapać oddech przy wejściu do świetlicy, zadzwonił mój telefon.

– To Phoebe – powiedziałam, rzuciwszy okiem na wyświetlacz. – Wejdź już.

– Zamówię nam coś do picia. – Robyn zniknęła za wahadłowymi drzwiami.

– Phoebe? Wszystko w porządku?

Moja młodsza siostra się roześmiała.

– Nic się nie stało. Nie musisz się ciągle tak martwić.

– Więc dlaczego dzwonisz? Umówiłyśmy się, że będziesz to robić tylko w alarmowych sytuacjach. Prawie dostałam zawału.

– To jest alarmowa sytuacja.

Usiadłam na pieńku.

– No, to jestem ciekawa.

– Dostałam główną rolę – wyszeptała podekscytowana Phoebe. – W letnim przedstawieniu!

– Nie! – Najchętniej mocno bym ją do siebie przytuliła.

– Tak! – zapiszczała. – Będę tańczyć Odette. Czy to nie wspaniałe?

Phoebe od niemal roku ćwiczyła do roli w Jeziorze łabędzim. Letnie przedstawienie było corocznym dużym wydarzeniem w jej szkole baletowej.

– Jestem z ciebie taka dumna.

– Zdążysz wrócić na przedstawienie, prawda? – zapytała z obawą.

– Oczywiście. Nie mogłabym tego przegapić! Musisz zarezerwować dla nas cztery bilety, i to w pierwszym rzędzie!

– Jutro porozmawiam z madame Bereton. Rodzice Robyn też przyjdą.

– Powiedziałaś już o tym jej mamie?

– Odebrała mnie dziś ze szkoły. – W głosie Phoebe brzmiała skrucha. – Pojechałabym rowerem, ale jej zdaniem to zbyt niebezpieczne.

– W porządku – pocieszyłam ją. Tak samo jak ja czuła się niezręcznie, przyjmując pomoc. Ale cieszyłam się, że jest pod dobrą opieką. I jedno zmartwienie mniej.

– Muszę kończyć – powiedziała Phoebe. – Idę ćwiczyć. Kocham cię!

– Ja ciebie bardziej.

Przez chwilę gapiłam się w ciemny wyświetlacz. Nie zapytałam jej, co słychać u naszej mamy. Dopadły mnie wyrzuty sumienia. Szybko wyparłam te myśli. Moja siostra miała zatańczyć swoją pierwszą główną rolę. Nie mieściło mi się to w głowie. W jej drobnym, chudym ciele drzemał duch wojowniczki. Jeśli coś sobie postanowiła, osiągała cel. Nieważne, że jej stopy krwawiły. Będzie najlepszą Odette wszech czasów. Przepełniona dumą chciałam podążyć za Robyn, kiedy trafił we mnie strumień lodowato zimnej wody. Zamurowało mnie. Białe volvo przejechało przez jedyną większą kałużę, jaka powstała w zagłębieniu na drodze. Kierowca nawet nie zwolnił. Nic nie rozumiejąc, patrzyłam na auto, które zatrzymało się przed recepcją na samym środku drogi. Czy ten idiota nie mógł zaparkować jak każdy normalny człowiek? Czy musiał przy okazji blokować cały podjazd? To było jeszcze gorsze niż dziwactwa Robyn. Kierowca wysiadł i się rozejrzał.

– Masz nierówno pod sufitem? – zawołałam z daleka. Mokry top kleił mi się do skóry. Włosy spadały na twarz. Musiałam wyglądać jak ucieleśnienie furii.

Chłopak, który przyjechał samochodem, odwrócił się w moją stronę. Zielone oczy zlustrowały mnie z uwagą. To nie mogła być prawda. Zatrzymałam się i wbiłam w niego wzrok. To były te same oczy. Oczy z mojego snu. Teraz widziałam, jak wygląda w całości. Spodziewałam się, że wygląda dobrze, ale to, co zobaczyłam, przeszło moje najśmielsze wyobrażenia.

– Ty? – wychrypiałam i natychmiast ugryzłam się w język. Uznałby, że oszalałam, gdybym go zapytała, co robił w moim śnie, a ja nie mogłabym mieć mu tego za złe. Brzmiałoby to jak najgłupszy podryw na świecie.

Przekrzywił głowę i oparł się łokciem o dach samochodu. Patrzył na mnie z wyczekiwaniem. Miałam rację. Tych oczu nie dało się z niczym pomylić. To on przekonał kogoś, by moja dusza ponownie połączyła się z ciałem. „Straszna wizja, a przede wszystkim całkowicie idiotyczna” – skarciłam się w duchu. „Muszę wziąć się w garść”. Zrozpaczona próbowałam odzyskać wewnętrzny spokój i nie myśleć o tym, jak pod jego dotykiem łaskotała mnie skóra. Nie mogłam mieć pretensji do obcych ludzi, że spacerują po moich snach.

– Opryskałeś mnie – zarzuciłam mu więc niepewnym głosem. – Tą twoją pozerską bryką. Zobacz, co narobiłeś.

Jego spojrzenie wędrowało po moim ciele. Wydawało mi się, że czas się zatrzymał. Nie wolno mu tak badawczo mi się przyglądać. Wzięłam głęboki oddech. Być może w przyszłości powinnam nosić biustonosz, chociaż, niestety, nie za bardzo miałam go czym wypełnić. Ale kto mógł się spodziewać, że ten kawałek materiału przyklei się do mojego ciała. Z wściekłością splotłam ramiona na piersiach.

– W takiej sytuacji należy się zatrzymać i przeprosić.

– Przepraszam. Nie widziałaś, że jedzie samochód? – zapytał miękkim głosem.

To był ten sam głos. Nie mogłam się mylić. Skąd ten chłopak wziął się w moim śnie? Było mi to obojętne. Nie widziałam nic poza tymi oczami i dłońmi. Chłopak stojący naprzeciwko mnie miał na sobie ciemną koszulę, która luźno opadała na jego czarne dżinsy. Tylko częściowo przysłaniała muskularne ciało i płaski brzuch. Była czysta i nie dostrzegłam na niej plam krwi lub śliny. Ten człowiek na pewno nie klęczał w błocie, trzymając w ramionach zakrwawione zwłoki.

 

A mimo to mogłam przysiąc, że był to ten sam facet. Pewności nabrałabym, gdybym mogła go powąchać. Potrząsnęłam głową z nadzieją, że wyparują z niej moje bezładne myśli. Powąchać go – i co jeszcze? Chyba zatrułam się tą breją z kałuży.

Odchrząknęłam.

– Nie mam oczu z tyłu głowy!

Ten facet był głupkiem. Nie tak, jak ten z mojego snu. A jednak jego oczy obezwładniały mnie i budziły we mnie przemożne pragnienie, by rzucić się w jego ramiona i pozwolić mu się ochronić. Jak gdyby jakiś facet w ogóle musiał mnie chronić. Szybko spojrzałam na górny guzik jego koszuli. Niestety, nie był to najlepszy pomysł, ponieważ zobaczyłam zagłębienie w szyi, które łagodnie przechodziło w klatkę piersiową.

– Następnym razem nie rozmawiaj przez telefon na środku drogi – oświadczył. – Mogło się stać coś o wiele gorszego. Mogłaś umrzeć.

Otworzyłam usta z niedowierzaniem. Czy on właśnie powiedział coś o umieraniu? To musiał być zbieg okoliczności. TO SIĘ NIE DZIAŁO NAPRAWDĘ. Oparłam dłonie na biodrach.

– Czy to znaczy, że sama jestem sobie winna?

– To ty powiedziałaś. Proszę cię tylko o to, żebyś na przyszłość była ostrożniejsza. – Wyciągnął coś z samochodu, podszedł do mnie i położył mi na ramionach kurtkę. – Powinnaś się przebrać, bo możesz się przeziębić.

Oto i ona – pewność. Kurtka pachniała jak chłopak ze snu. Kiedy zachwiałam się z zaskoczenia, położył dłoń na moim ramieniu, by mnie podtrzymać. Nie mogłam się mylić. A może wciąż mi się to śniło? Spojrzałam na niego. Jego proporcjonalna twarz znalazła się zaraz nad moją. W policzkach zobaczyłam małe dołeczki. Pochylił się w moją stronę, a jego oddech trafił w moje wargi.

– Znam cię – wyszeptałam, chociaż najchętniej zaczęłabym krzyczeć. Z pewnością właśnie postradałam rozum.

Puścił mnie, jakby się oparzył. Potem potrząsnął głową, ale w jego spojrzeniu zdążyłam dostrzec niepewność. Bez słowa odwrócił się i wbiegł po schodach do recepcji.

Mogłam tylko patrzeć za nim z szeroko otwartymi oczami.

– On naprawdę cię nie widział – powiedział kobiecy głos, w którym pobrzmiewało rozbawienie. Zamknęłam usta. Dwie inne osoby stały obok samochodu i bez słowa przysłuchiwały się naszej wymianie zdań. Skąd się tu wzięły? Ten drugi chłopak najwyraźniej całkowicie mnie zaabsorbował. Moje policzki płonęły.

– Był tylko trochę zamyślony. – Dziewczyna spojrzała na mnie. Czy to jego partnerka? Szczęściara!

– To była jego pierwsza przejażdżka samochodem – poinformował mnie ciemnowłosy chłopak, który stał obok niej z rękami opartymi o dach samochodu. Puścił do mnie oko. – Ja na pewno lepiej bym sobie poradził, ale żadne z nich nie chciało mi powierzyć tej śmierdzącej, metalowej puszki. A przecież nikt nie kieruje lepiej niż ja.

Moje spojrzenie wędrowało od niej do niego i z powrotem.

– Okej. Muszę już iść. – Dotknęłam mokrych włosów. – Widzimy się.

– O to możesz być spokojna – odpowiedział chłopak.

Odwróciłam się, mocniej otuliłam kurtką i pogrążyłam się w myślach. Dwóch chłopaków i dziewczyna. Dokładnie jak w moim śnie. Czy to mógł być przypadek?

Zapiski Hermesa

III

Kto by się tego spodziewał? Atena zmusiła swojego brata Apolla, by uratował dziewczyny. Ta blondynka też była niezłym kąskiem. Teraz wszyscy wylądowali na tym samym obozie. Decyzja Zeusa, by zorganizować zawody na takim odludziu, była naprawdę oryginalna. Zdarzały mu się jednak o wiele dziwaczniejsze wybory. Być może miał dosyć obcowania z ludzkimi miastami. Dzisiejsze metropolie były głośne i śmierdziały. Ostatnim razem, przed wiekiem, wylądowaliśmy w samym środku wojny i to nie było zabawne. Ogień grecki to zabawka w porównaniu z tamtą bronią.

Zeus zabronił nam się wtrącać. Prometeusz oczywiście go nie posłuchał. Nigdy nie umiał bezczynnie się przyglądać, jak jego potomstwo skręca sobie karki. Być może właśnie dlatego Zeus wybrał ten ustronny obóz. Tutaj w najgorszym razie zanudzimy się na śmierć.

Tę małą rudą Prometeusz zdobędzie w mgnieniu oka. Nie postawiłbym na nią ani jednej drachmy. Wystarczyło, że się odezwał, a już śliniła się na jego widok. Z blondynką czekało go więcej wysiłku. Przez chwilę poudaje i potrzyma go w niepewności. Być może jednak Atena nie wybierze żadnej z nich. Jeszcze chwilę poczekam, zanim postawię mój zakład.

.

Wysłałam Robyn krótką wiadomość i ruszyłam z powrotem, żeby się przebrać. Mimo ciepłego okrycia, wewnątrz czułam rozprzestrzeniające się zimno. Mocniej otuliłam się kurtką. Pachniała nim. Dziko i korzennie. To rozmaryn, a może tymianek? Trzęsącymi się dłońmi zamknęłam drzwi i pobiegłam do łazienki. Niechętnie odwiesiłam kurtkę na haczyk, zdjęłam z siebie ubranie i wytarłam się do sucha. Moja komórka zadzwoniła w tym czasie przynajmniej trzykrotnie. „Gdzie jesteś?” – migotało w polu wiadomości. Robyn nienawidziła czekania, ale w tym momencie nie mogłam, niestety, się tym przejmować. Na pierwszej imprezie obozowej nie należy wyglądać jak zmokła kura. Takie jest niepisane prawo. Wysuszyłam włosy, które mimo to sterczały, jakby poraził mnie prąd. Ich rudy kolor przysparzał mi dość kłopotów. Wyglądałam jak Merida, główna bohaterka filmu Disneya. Warknęłam wściekle w kierunku mojego odbicia w lustrze. Nie miałam teraz czasu na prostowanie loków.

Kiedy wyszłam z łazienki, w naszym salonie stała dziewczyna, którą wcześniej widziałam w volvo. Była sama.

– Mam na imię Atena. – Wyciągnęła do mnie do mnie rękę. – Będziemy tu razem mieszkać...

Atena, bogini mądrości. Kto, na litość boską, dał tak na imię swojemu dziecku? Było mi jej prawie żal. Jessica była też staromodna, ale lepsza niż Atena.

– Masz przezwisko? – zapytałam i natychmiast uderzyłam się w czoło. – Sorry, to było niegrzeczne.

Atena się roześmiała.

– Nic nie szkodzi, jestem przyzwyczajona do kłopotów z tym imieniem.

Spojrzałam na nią z powątpiewaniem.

– Zdradzisz mi swoje imię?

– Jasne. Jestem Jess. To jest mój pokój, a w tamtym mieszka moja przyjaciółka, Robyn. Czeka na mnie i na pewno będzie wściekła, jeśli się nie pośpieszą.

– Więc idź. Poradzę sobie. – Atena starannie związała swoje sięgające pasa włosy i chwyciła walizkę. – A przy okazji, Caydenowi jest naprawdę wstyd – powiedziała, zanim weszła do pokoju.

– Caydenowi? – powtórzyłam za nią z ciekawością. Chwila dłużej nic tu już nie zmieni.

Atena skinęła głową.

– Mojemu kuzynowi.

A więc to nie jest jego dziewczyna, zanotowałam w pamięci i spróbowałam się nie uśmiechnąć.

– Już dobrze. Jestem raczej z tego typu, który łatwo przeoczyć.

Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się szeroko.

– Raczej wątpię.

Wzruszyłam ramionami i schowałam ręce do kieszeni dżinsów.

– To przecież tylko trochę wody. Moja reakcja była przesadzona.

– To też wygląda bardzo ładnie. – Atena wskazała na mój zwyczajny czarny T-shirt, a ja w myślach przewróciłam oczami. Robyn zlinczuje mnie, kiedy pojawię się w czymś takim na imprezie, ale nic już nie mogłam zrobić. Atena miała na sobie top w jasnoniebieskim kolorze jej oczu. Takich zwyczajnych czarnych ciuchów z pewnością nie dotknęłaby nawet obcęgami.

– Dziękuję. Już mnie nie ma – powiedziałam.

Dziewczyna wyglądała na miłą. Nie zawsze człowiek ma tyle szczęścia, kiedy dzieli domek z obcą osobą. Robyn i ja kilkukrotnie miałyśmy już pecha na letnich wakacjach.

Podeszłam do drzwi i jeszcze raz odwróciłam się w jej stronę.

– Przyjdziesz na grilla? Od razu poznałabyś Robyn.

– Dlaczego nie? – Uśmiechnęła się, a w jej spojrzeniu dostrzegłam ulgę. – Zaraz przyjdę.

Miejmy nadzieję, że Robyn nie będzie miała nic przeciwko temu, jeśli zajmiemy się trochę Ateną. Chwyciłam kurtkę Caydena i wyszłam z domku. Trzeci raz w pośpiechu pokonywałam tę samą drogę. Na zewnątrz zaczęło się już ściemniać. Sapiąc, dobiegłam do świetlicy i wpadłam do środka przez ciężkie drzwi. Moje oczy potrzebowały chwili, żeby przyzwyczaić się do kolorowych świateł w pomieszczeniu, które zdążyło się już całkowicie zapełnić. Brzęczące głośniki grały Justina Biebera. Zgodnie z moimi obawami, większość dziewcząt wystroiła się jak na odpust. Podniecone plotkowały jedna przez drugą. Wyglądało na to, że wiele z nich było tu już kolejny raz i znało się. Miałam nadzieję, że nie zostaniemy z Robyn outsiderkami. O moją przyjaciółkę nie musiałam się jednak martwić. Ona zawsze łatwo nawiązywała kontakty, z czego i ja czerpałam korzyści.

Chłopcy oparli się o ściany i wybierali przyszłe ofiary. Wspięłam się na palce, żeby dojrzeć Robyn. Szczerze mówiąc, miałam jednak nadzieję, że znajdę Caydena. Musiałam się upewnić, że to nie mógł być chłopak z mojego snu. Nie widziałam go w tłumie ludzi. Być może w ogóle nie przyszedł. Ponownie zarzuciłam sobie na ramiona jego kurtkę. Skoro go tu nie było, miałam dobrą wymówkę, by jeszcze przez chwilę ją zatrzymać. Dawała mi poczucie bezpieczeństwa. Dyskretnie powąchałam materiał. To był tymianek. Na plecach poczułam łaskotanie. Przeciągnęłam dłonią po włosach. Miejmy nadzieję, że nie chodzi po mnie żaden pająk – to było prawdopodobne, zważywszy na tutejszą bujną faunę i florę. Łaskotanie nie ustępowało. Miałam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Odwróciłam się. Cayden stał kilka metrów dalej, oparty o drewniany słup i nie spuszczał ze mnie oczu, chociaż podekscytowane dziewczęta kłębiły się w jego pobliżu. Szerokie ramiona chłopaka okrywała biała lniana koszula. Łaskotanie z pleców przeniosło się do brzucha i nasiliło się. Cayden uśmiechnął się, pokazując dołeczki, a ja poczułam, jak oblewam się rumieńcem. Z pewnością widział, jak wtulałam się w jego kurtkę. Co za wstyd. Jego spojrzenie nabrało intensywności, jak gdyby chciał mi coś powiedzieć. Wysoce wskazane byłoby wyjaśnienie, co porabiał w moim śnie. Kiedy ruszył w moją stronę, podjęłam próbę przybrania obojętnej miny. Mimo to moje serce biło w zmienionym rytmie. Cayden zatrzymał się, zmrużył oczy i wsunął dłonie w kieszenie swoich dżinsów. Potem jak gdyby się rozmyślił, zmienił kierunek i zniknął pomiędzy paplającymi dziewczynami. Odetchnęłam i jednocześnie ogarnęła mnie złość. Nie chciałam, żeby tak bardzo wyprowadzał mnie z równowagi. Mimo to moje spojrzenie podążało za muskularną postacią, która zmierzała w kierunku baru. Miał w sobie coś drapieżnego, tak zwinnie poruszał się w tłumie. Pełen wdzięku i niebezpieczny. Jeszcze raz odwrócił się w moją stronę i spojrzał na mnie tak intensywnie, że moje policzki zaczęły płonąć. W jego wzroku zobaczyłam ostrzeżenie.

Trudno w to uwierzyć, ale w ostatnich minutach w pomieszczeniu zrobiło się jeszcze tłumniej. Nadal próbowałam się przepchnąć w stronę baru. Niestety, wychodziło mi to tylko w połowie tak zwinnie jak Caydenowi. Ze wzrostem metr pięćdziesiąt sześć mogłam się jedynie pchać i rozdawać ciosy.

– Wszyscy chcemy się dostać do baru, mała – rozległ się głos za mną. – Więc ustaw się grzecznie w kolejce.

Odwróciłam się i uśmiechnęłam szeroko.

– Josh! – Poczułam wielką ulgę, kiedy zobaczyłam twarz mojego najlepszego przyjaciela.

Otoczył mnie ramieniem, a ja musiałam się powstrzymać, żeby nie udusić go z radości. Bez wysiłku uniósł mnie i przycisnął do siebie.

– Nie mogę oddychać! – wycharczał, co wywołało mój chichot.

– To ty mnie zgniatasz. – Przytuliłam się do niego i cieszyłam się jego miłym uściskiem.

Josh ostrożnie postawił mnie z powrotem na ziemi.

– Przepraszam. Zapomniałem, jaka jesteś krucha.

– Wcale nie jestem. – Uderzyłam go lekko w brzuch, co natychmiast się zemściło. – Auć. Co porabiałeś? – Josh był raczej w typie chudzielca niż sportsmena.

– Pracowałem z moim kuzynem Philem nad sześciopakiem. Musisz go poznać. Ma takie bicepsy. – Josh zilustrował dłońmi ich nieprawdopodobny obwód, zaśmiał się i uśmiechnął do mnie. Ostatnie dwa tygodnie spędził u swoich dziadków i kuzynów na Florydzie. Ja miałam wrażenie, że nie widziałam go od przynajmniej dwóch miesięcy. – Tęskniłem za tobą – powiedział i dał mi pstryczka w nos. – Masz na nim przynajmniej dwa piegi więcej i trochę urosłaś. – Chwycił mnie za rękę i zmusił, żebym obróciła się wokół własnej osi. – Już prawie zapomniałem, jaką mam ładną najlepszą przyjaciółkę.

– Jesteś i będziesz wyrodnym przyjacielem – przekomarzałam się z nim. – Kilka esemesów więcej by cię nie zabiło.

– Byłem bardzo zajęty. Przecież wiesz.

Zapewne łamał serca licznym dziewczętom. Josh puścił do mnie oko i trzymając mnie mocno za rękę, utorował nam drogę przez ścisk. Tak musiał się czuć Mojżesz, kiedy rozstąpiło się przed nim morze. Z Joshem przy boku czułam się o wiele pewniej w tłumie obcych ludzi.

 

Robyn, Cameron, Josh i ja byliśmy przyjaciółmi od szkoły podstawowej. Jeśli Robyn i ja nie byłyśmy do siebie podobne, to chłopaki różnili sie całkowicie. Cameron był kujonem i przewodniczącym samorządu szkolnego, podczas gdy Josh stanowił ucieleśnienie łobuza. Cameron błyszczał w klubie dyskusyjnym i planował pójść w ślady ojca, który był senatorem w Kongresie. Josh natomiast grał w szkolnym zespole muzycznym i seryjnie łamał dziewczęce serca. Cameron od dawna był zadurzony w Robyn, chociaż ona dopiero w zeszłym roku zaczęła z nim chodzić. Zawsze był wymuskany i wyprasowany, podczas gdy Josh wkładał na siebie poplamione dżinsy i podarte T-shirty. Nie mam pojęcia, co ich połączyło. Być może sprawdzało się tu to idiotyczne przysłowie, że przeciwieństwa się przyciągają.

Rozpromieniona Robyn spojrzała na Josha, kiedy w końcu udało się nam do niej dotrzeć.

– Hej, jesteście wreszcie. Już myślałam, że będę musiała sama spędzić ten wieczór. – Przybrała swoją nadąsaną minę i przytuliła Josha. – Gdzie jest Cameron?

– Rozmawia jeszcze przez telefon ze swoim tatą. – Josh spojrzał na nią z udawanym współczuciem. – Codziennie o tej samej porze musi do niego dzwonić i zdawać raport. Moim zdaniem, to nie jest normalne.

– Musimy to zaakceptować, jeśli jemu to nie przeszkadza. – Robyn wzruszyla ramionami. – Ma z ojcem szczególną więź.

– Ale ja przecież nie muszę z nią mieszkać w jednym domku – powiedział Josh. – Oni wciąż rozmawiają o polityce.

W jego ustach brzmiało to tak, jakby Cameron rozmawiał z ojcem o pladze karaluchów.

Robyn zaśmiała się perliście.

– Założę się, że zawsze masz inne zdanie niż ci dwaj ultrarepublikanie!

– Tego możesz być absolutnie pewna.

Jednym uchem przysłuchiwałam się ich wymianie zdań i rozglądałam się po pomieszczeniu. Spojrzenia dziewcząt wędrowały pomiędzy Caydenem i Joshem. Prawdopodobnie tworzyły się już dwa obozy: jeden, któremu podobali się zapuszczeni, dryblasowaci artyści, oraz drugi, który preferował atrakcyjny typ uwodziciela.

Dziewczyna z długimi blond włosami przysunęła się do Caydena. Było za głośno, żeby usłyszeć, co mówi, ale mowa jej ciała nie pozostawiała wątpliwości. Cayden machnął do barmana i zamówił dwa drinki.

– To było pewne, że Melissa się do niego dostawi!

Ze zdziwieniem spojrzałam na dziewczynę, która stała za barem i polerowała szklanki. Uśmiechnęła się przepraszająco.

– Hej, jestem Leah.

– Jess – przedstawiłam się. – Znasz ją?

Leah skinęła głową.

– Melissa Pratt. Samozwańcza królowa piękności tego obozu. Przyjeżdża tu od lat i zawsze pierwszego dnia wyławia sobie najatrakcyjniejszych facetów.

– I udaje jej się to? – zapytałam, z jednej strony zdziwiona, a z drugiej mimowolnie pod wrażeniem.

– Spójrz na nią. – Leah nie miała problemu z obserwacją pary, która właśnie poufale zbliżyła do siebie głowy.

– To na pewno skończony idiota – powiedziałam bez przekonania.

– Więc jest ich już dwoje. Ale im o tym nie powiemy. – Leah mrugnęła do mnie porozumiewawczo. – To musi być przykre uczucie, kiedy pod koniec wakacji facet cię porzuca. Ale ta idiotka nie uczy się na błędach. Napijesz się czegoś? Stawiam.

– Poproszę colę.

– Light?

– A wyglądam, jakbym chciała się otruć?

Leah zaśmiała się, przyniosła dwie cole i podała mi jedną.

– Jeśli chcesz się czegoś dowiedzieć, pytaj mnie. Wiem o wszystkim, co się tu dzieje. Rosie to moja babcia. Spędzam tu wakacje, od kiedy nauczyłam się chodzić. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Przechyliła się przez bar i wskazała głową na Josha.

– A ten to kto? Twój chłopak?

– Mój najlepszy przyjaciel, ale nic poza tym.

– Jest do wzięcia? – zapytała z ciekawością.

Wzruszyłam ramionami.

– Możesz spróbować szczęścia. Ale nie rób sobie nadziei na nic trwałego. – Wolałam ją ostrzec. Josh nie szukał stałego związku.

– Latem chcę się po prostu dobrze bawić. Nie ma zostać moim mężem. – Odwróciła się w stronę trzech dziewczyn i przyjęła ich zamówienie.

Jej pofarbowane na fioletowo włosy sterczały niczym igły jeża. W wardze i prawej brwi tkwiły kolczyki. Ten szalony wygląd pasował do jej głośnego śmiechu. Trudno powiedzieć, czy ma jakieś szanse u Josha. Rozglądał się raczej za długonogimi i ciemnowłosymi laskami.

Kątem oka patrzyłam, jak Cayden prowadzi tę Melissę na parkiet. Nie mogła oderwać od niego rąk. To było żenujące. Wcześniej myślałam, że tylko faceci tak skrupulatnie zaznaczają swój teren.

– Jego kuzyn i on są naszymi współlokatorami – powiedział w tym momencie Josh. Wypił łyk swojej coli. – Więc już wyhaczył sobie najlepszą laskę – zauważył z miną znawcy.

Przewróciłam oczami, ale powstrzymałam się od odpowiedzi. Josh nigdy nie słuchał moich rad związanych z dziewczynami. A potem w kółko uciekał do mnie, kiedy jego zdobycze robiły się zbyt zaborcze.

Podeszła do nas Atena, ciągnąc za sobą ciemnowłosego chłopaka, z którym rozmawiałam przy samochodzie. Uśmiechnęła się do Josha i zwróciła się w moją stronę.

– Znasz już mojego brata Apolla, który zapomniał ci się przedstawić. Zwykle ma lepsze maniery.

Apollo uśmiechnął się szeroko.

– Jesteś już sucha, jaka szkoda.

Bezwstydny gość.

Spojrzałam na niego groźnie, ale on patrzył na tańczących.

– Widzę, że mój kuzyn ma już towarzystwo.

– Dziwi cię to? – zapytałam. – Nie sądzę, żeby miał problemy ze znalezieniem dziewczyny, która natychmiast rzuci mu się na szyję.

– To prawda. Dziewczyny padają mu do stóp, ledwo się pojawia. Ale jego gust jest koszmarny, nie uważasz?

– Pytasz mnie szczerze? – zapytałam ze zmrużonymi oczami.

– No jasne.

– Wszystko mi jedno, z kim się zadaje. Nawet jeśli to cesarzowa Chin.

Apollo uśmiechnął się i nachylił w moją stronę.

– Więc przyglądasz się mu z trochę za dużym zainteresowaniem.

Zaczerwieniłam się.

– Po prostu oceniam sytuację – próbowałam wybrnąć w najspokojniejszy możliwy sposób. – Ustalam, kto jest idiotą, a kto nie. – Zamachałam rękami i przez przypadek przewróciłam szklankę z colą. Brązowa ciecz rozlała się po barze. Świetnie.

– Jasne. – Apollo uśmiechnął się szeroko. – Wszyscy to robimy pierwszego dnia. Przyglądamy się, sprawdzamy sytuację, oceniamy ludzi po wyglądzie. – Podniósł szklankę i nie skomentował mojego nieskoordynowania.

– Nikogo nie oceniam po wyglądzie. Ale nigdy nie jest za wcześnie, żeby zacząć się zastanawiać, z kim spędzisz następnych sześć tygodni – odparowałam i pomachałam do Leah, żeby poprosić ją o ścierkę. Nie pozwolę mu się wyprowadzić z równowagi. Musiałby się bardziej postarać.

– Cayden to nie jest dobry pomysł – poradził mi Apollo.

Zbił mnie tym trochę z tropu. Przecież nie wspomniałam o Caydenie.

– Chyba nieszczególnie przepadasz za swoim kuzynem, prawda?

– Nie, bardzo go lubię. Chciałem cię tylko ostrzec, żebyś nie straciła dla niego głowy.

Potrząsnęłam głową. Czy naprawdę prowadzę tę rozmowę z zupełnie obcym facetem?

– Nie musisz się martwić o moje serce. Dla bezpieczeństwa zostawiłam je w domu.

Apollo roześmiał się głośno. Leah postawiła przed nami dwie szklanki i wytarła resztkę coli. Apollo mrugnął do niej, wziął szklankę i stuknął nią o moją.

– Dobrze wiedzieć. Mam tylko nadzieję, że mimo zakazu nikt go nie znajdzie i wykorzysta. Byłoby szkoda.

Wzniosłam toast w jego kierunku.

– Jestem już dużą dziewczynką. Dobrze je schowałam. Nie grozi mu żadne niebezpieczeństwo. – Ta wymiana zdań powoli zaczęła mi sprawiać przyjemność i definitywnie odwracała moje myśli od Caydena.

Apollo przyjrzał mi się. Przewyższał mnie o głowę.

– Więc nie muszę się o ciebie martwić.

– W żadnym wypadku – próbowałam odpowiedzieć najswobodniej, jak tylko umiałam. Zadrżałam na myśl, że również tutaj ktoś miałby się o mnie martwić. Przez te sześć tygodni w roku chciałam po prostu mieć spokój i być traktowana jak każda inna dziewczyna. Bez nauczycieli, przyjaciół lub rodziców przyjaciół, którzy chcieli mi ułatwić moje ciężkie życie. Przecież ono wcale nie było takie straszne.