Wszystkie kochanki naszego tatyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © Manula Kalicka, 2018

Projekt okładki

Agata Wawryniuk

Zdjęcie na okładce

© Indigo Images; Rohappy/iStockphoto.com

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8123-833-5

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

Basi, która powiedziała:

Może byś napisała krótkie opowiadanie.

Trzy strony, najwyżej.

Tatko wpadł do mieszkania jak burza. Spojrzał na mnie dzikim wzrokiem i wykrzyknął:

– Gdzie jest matka?

– Pojechała na lotnisko. Taksówką – odpowiedziałam przerażona.

– Dawno?

– Jakieś dwadzieścia minut temu.

Tata skrzywił się, zaklął szpetnie. Odwrócił się na pięcie i wybiegł. Jego kroki głucho dudniły na schodach.

Wrócił po niecałych dwóch godzinach. Wszedł do mieszkania, usiadł na krześle i zamyślił się. Potem potarł nos, popatrzył na mnie i Paulę siedzące cichutko na kanapie, wykonał ruch, jakby sobie o czymś przypomniał, podszedł do Pauli, przytulił ją, a mnie poklepał po ramieniu. Wymamrotał coś w rodzaju:

– Wszystko będzie dobrze – i usiadł z powrotem.

Potem zapadł się w sobie i znieruchomiał.

Wczesny zmierzch kładł się cieniem na przedmiotach w mieszkaniu. Pogrążaliśmy się w mroku. Panowała przeraźliwa cisza. Ile to trwało, nie wiem. Potem tata się ożywił. Zapalił lampę i złapał notatnik telefoniczny. My siedziałyśmy nadal w bezruchu na kanapie. Trzymałyśmy się za ręce. Tata zadzwonił.

– To ty, Fryderyko? – powiedział nienaturalnie dziarskim i wesołym tonem. Telefonował do naszej babci Fredki. – Wiesz, Frytko, Kasia wyjechała dzisiaj do Afryki.

– Nie wiem, na jak długo – odpowiedział na zadane pytanie, a potem dodał wyjaśniającym tonem: – No, opuściła nas, znaczy się dziewczynki – poprawił. – Wyjechała z panem Abdullahem Tongo del Abdizem Bongo.

– …

– Nie, nie żartuję. Gdzież bym śmiał. Zadzwoniła do mnie godzinę przed odlotem, żebym się nimi zajął.

– …

– Fryderyko! Fryderyko! – zaczął nagle krzyczeć tatuś. Potem odłożył słuchawkę. – Coś musiało przerwać połączenie – poinformował nas dziwnie radosnym głosem.

Ponownie wystukał numer. Nikt nie odbierał. Próbował jeszcze kilkakrotnie. Wreszcie w słuchawce odezwał się głos.

– To ty, Arturze?

Artur to nowy mąż naszej babci.

– Co? Zasłabła? Przykro mi, Arturze.

– …

– Tak, to prawda.

– …

– Nie wiem, nie mówiła mi o takich rzeczach. Wiesz, rzadko się widywaliśmy. Dobrze, dobrze, spytam dziewczynki. Może będą wiedziały.

Odłożył telefon i popatrzył na mnie:

– Kto to jest ten Abdul Tongo Bongo? – spytał tatuś, przyglądając mi się uważnie.

– To narzeczony mamy, jest architektem.

– A skąd pochodzi, ten pan Kongo Bongo?

– No… z Afryki – wystękałam spanikowana.

– Dokładniej, proszę?

– No… nie wiem.

Tata był zły. Moja odpowiedź wyraźnie wyprowadziła go z równowagi.

– Od dawna się znali? Co mama powiedziała, jak wyjeżdżała? – zaczęło się przesłuchanie.

Paula otworzyła buzię i słuchała z przerażeniem w oczach. Sześć lat to za mało, żeby zrozumieć, co się dzieje. Może nawet i sto by nie wystarczyło. Ja jestem już prawie dorosła, ma się te piętnaście lat, ale groza tego, co się wydarzyło, długo do mnie nie docierała. Cały czas wydawało mi się, że zaraz otworzą się drzwi, wejdzie mama i powie:

– Cześć, dziewczynki. – I wszystko wróci do normy.

Kiedy nas opuszczała, kiedy odchodziła, to nie mówiła dużo. Spakowała walizki, wzięła mnie za rękę i powiedziała:

– Pamiętaj, że mamusia zawsze będzie was kochać. Zawsze. Ale mamusia też chce być szczęśliwa i chce ułożyć sobie życie. Abdul nie może tu zostać. Tam ma dom, rodzinę i pracę. Musi odpracować stypendium. Jadę z nim. Wami zajmie się ojciec. Niech i on trochę się pomęczy, hipster jeden. Pamiętajcie, że zawsze będę was kochać. Karola, zaopiekuj się Paulą. Pa, pa, dajcie buzi.

I pojechała. Nie powiedziała, że wróci wkrótce ani że w ogóle wróci. Tylko pa, pa.


Kiedy tata skończył przesłuchanie, na dworze panowała czarna noc, a Paula drzemała na kanapie, ssąc kciuk. Tatuś popatrzył na mnie z nadzieją i zapytał:

– Jesteście głodne? Chcecie jakąś kolację? – Zgodnie odparłyśmy, że nie, dziękujemy, i pomaszerowałyśmy do sypialni. Odwróciłam się. Tatuś siedział przy stole, czoło oparł na ręce. Wyglądał bardzo samotnie i nieszczęśliwie.

Paula wsunęła się do mnie pod kołdrę i przytuliła mocno. Przygarnęłam ją i sama dzięki temu poczułam się lepiej. Byłam strasznie głodna i cały czas myślałam: Co będzie dalej?


Ranek przynosi rozwiązania, mówiła zawsze babcia Fryderyka. Ten nie przyniósł.

Tata, kiedy mnie zobaczył, gdy wychyliłam nos z pokoju, wygrzebał się spod koca na kanapie i znowu wykrzyknął tym swoim nowym, strasznym, radosnym tonem:

– Jak się masz, Karolinko! Jak się spało? Śniadanko?

– Tak, chętnie – odpowiedziałam.

Pomknął do kuchni i zaczął grzebać w lodówce.

– No, co my tu mamy? O! Serek jest. No tak, zapleśniały. Mleczko, mleczko będzie dobre… Było dobre miesiąc temu. Co my tu jeszcze mamy, lakier do paznokci i krem. Wyśmienite. Co wolisz, Karola, lakier czy krem na śniadanie?

Stanęło na dżemie i chlebku, cokolwiek nieświeżym. Jadłyśmy z Paulinką, a kanapki rosły nam w ustach. Tatuś zrobił herbatę i usiadł koło nas.

– Nie martwcie się, dziewczynki – oznajmił. – Jakoś sobie poradzimy! – Znowu ten radosny ton.

Potem zaczął dzwonić.

– Ewa! – Ewa to nasza ciocia, siostra mamy. – Ewa! Słuchaj. Kasia wyjechała do Afryki. Tak, z panem Bajabongo. Tak, oczywiście, masz rację, to rozwinie jej osobowość, tak, poszerzy horyzonty, tak, tak, tak, tylko słuchaj, wiesz, zostawiła dziewczynki i jest jeden mały problem, bo ja nie mogę się nimi opiekować, te wyjazdy, sama rozumiesz, myślę, że dla ciebie byłoby to nowe doświadczenie, gdybyś się nimi trochę zajęła. Kasia na pewno wkrótce wróci i przejmie nad nimi opiekę. Ja będę cię oczywiście wspomagał. Co? Lecisz jutro do Indii medytować? Może byś to odwołała? Wiesz, dziewczynki… Niemożliwe, jak to niemożliwe? Sam lama Awnapurthi? No, tak, sam rozumiem. Sorry. Jasne, ucałuję. Pa!

– Ciocia was całuje, dziewczynki – zakomunikował tata.

– Jasne – odpowiedziałam.

Siedziałyśmy znowu z Paulą na kanapie i obserwowałyśmy rozwój wypadków. Tata zadumał się, a po chwili znowu zaczął dzwonić. Iza, Jola, Krysia, imiona były różne, efekt ten sam. Koło pierwszej po południu zachrypł, a ja cichutko zauważyłam, że jesteśmy głodne. Tatuś stanął na wysokości zadania i zamówił pizzę na telefon. Potem się zamyślił, długo, długo, a później pękł i zawył. Naprawdę! Zawył. Ogólnie mówiąc, zaczął latać po mieszkaniu, rzucać przedmiotami i używał słów przyjętych za nieparlamentarne.

Wykrzykiwał przy tym:

– Zrobiła to! Zrobiła to!

No i dorzucał jeszcze jedno słowo na literę „k”, ale może nie będę go przytaczać. Ktoś mógłby pomyśleć, że nasz tatuś jest ordynarny, a tak nie jest. Używa tego typu wyrazów tylko w ostateczności i wtedy rzeczywiście coś znaczą. Babcia Frytka też lubi sobie zakląć, ale w jej ustach przekleństwo brzmi tak, jakby smakowała coś wybornego lub na przykład delektowała się papierosem. Sama miałam ochotę zakląć w tym momencie i to jakimś naprawdę grubym słowem.

Patrzyłyśmy na to, co tatko wyczyniał, bez słowa. Potem wzięłam Paulę do naszego pokoju i zaczęłyśmy budować dom z lego. Drzwi zamknęłam.

Kiedy wyszłam po półgodzinie, tata się uspokoił i znowu wisiał na telefonie. Tylko teraz padały imiona: Krzysiek, Marek, Lech. Ich właściciele pojawili się wkrótce z dużymi zgrzewkami piwa. Zaczęła się burza mózgów, która wkrótce przerodziła się w bełkot i użalanie taty nad sobą, przy wtórze basujących mu przyjaciół. Zjadłyśmy z Paulą zimną pizzę i poszłyśmy spać.

Rano tatuś miał kaca; żeby wejść do ubikacji, trzeba było przejść przez Lecha, a z kuchni wystawały nogi Krzycha.


Zaczęłam myśleć o takim filmie o dwóch dziewczynkach w domu dziecka. Miały fajne przygody i w ogóle. Z drugiej strony widziałam też i taki film, w którym dzieciom w bidulu było mało przyjemnie. Patrzyłam na płowe włoski Pauliny i widziałam oczami wyobraźni, jak tuli się do mnie we wspólnej sali domu dziecka, a koleżanki z rodzin patologicznych znęcają się i wyśmiewają z nas. Czy my już jesteśmy patolami? Rozglądałam się niepewnie wokół siebie.

Panowie powoli się reanimowali, tata przepraszał za wczorajszą balangę.

– Wybacz, Karolciu, tąpnęło mnie, załamałem się – kajał się, patrząc na mnie wzrokiem psa, który nasiusiał w salonie.

 

– Nie ma sprawy, tatku, ale trzeba zrobić jakieś zakupy i posprzątać.

– Tak, tak, masz, dziecko, rację – przyznał tata.

Pewnie, że mam.


Potem było wesoło, wszyscy rzucili się do sprzątania i rzeczywiście, kiedy koledzy wyszli, mieszkanie lśniło. A my zjadłyśmy pyszne omlety, osobiście przyrządzone przez taty kumpla Krzycha, który jest głównym wokalistą grupy Kabanos. Tata robi u nich za gitarę basową, dostarczyciela tekstów i kompozytora. Jednym słowem, prawdziwy z niego Leonardo. Oczywiście da Vinci, a nie DiCaprio. Dziewczyny w szkole oszaleją, jak się dowiedzą, że jadłam omlety zrobione przez samego Krzycha.

Później było ciekawie, ale już nie tak.

Pojechaliśmy do supermarketu, gdzie kupiliśmy taką ilość żarcia, że stado słoni afrykańskich miałoby kłopoty z uporaniem się z nim. Potem odbyliśmy naradę. Ja podjęłam się zmywania i opieki nad Paulą. Tatuś miał dostarczać pożywienie i sprzątać. Nikt się nie podjął gotowania, ale tata obiecał, że znajdzie jakieś rozwiązanie. Wszystko zaczęło się toczyć, kulawo, ale się toczyło. Ciągle nie było to tego, to owego. Pizza wychodziła mi nosem, potem znienawidziłam chińszczyznę. Tata powiedział:

– No problem. – I zaczął dostarczać turecczyznę.


Próby Kabanosa odbywały się u nas lub chodziłyśmy z tatą do studia i było fajnie. Ale co będzie, gdy zacznie się szkoła? Wolałam nie myśleć. W każdym razie myśl o bidulu na razie zarzuciłam i nie podsuwałam tacie tego rozwiązania. Staruszek dbał o nas, jak mógł. Fredka nie pojawiała się, podobno źle się czuła, tylko dzwoniła i szczegółowo mnie wypytywała, co się dzieje. Potem przyjechała na kilka dni, gdy tata miał jechać w trasę. Jadłyśmy pyszne zupki i tęskniłyśmy za tatą. Za mamą też, ale byłyśmy na nią strasznie złe. Tego się dzieciom nie robi, tak uważam.


Tata wrócił, ale nie sam.

– To Violka – powiedział. – Będzie nam pomagała.

Wodziłyśmy wzrokiem po Violce – ja, Fredka i Paula – i nic nie rozumiałyśmy.

– Będzie nam pomagała? – wystękałam z przerażeniem. Violka miała czerwone włosy, nie rude, tylko czerwone, kolczyk w nosie, drugi nad brwią (w uchu nic nie miała), skórzaną kurtkę nabijaną ćwiekami i buciory na strasznie grubej podeszwie.

– Czy ona umie gotować? – zapytała Fredka.

– Tego nie wiem – odparł tata. – Ale się dowiem. Umiesz gotować?

– Jasne – odparła Violka, żując gumę.

– Umie – powiedział z przekonaniem tata.

Fredka wyjechała, trzasnąwszy drzwiami, a Violka wzięła się do gotowania. Pierwszego dnia spaliła trzy garnki, drugiego dwa. Trzeciego nic nie spaliła, bo więcej garnków już nie mieliśmy. Na wszystkich meblach leżały jej rzeczy, bo chodziła przeważnie bez niczego. Jak sama powiedziała, sotę, lubię sotę. W pępku też miała kolczyk. Nauczyła mnie i Paulę lakierować paznokcie. Było to jej ukochane zajęcie. Tata zdawał się nie zwracać na Violkę wielkiej uwagi, no, czasem zburzył jej włosy czy pociągnął za ucho. Ot, takie misiowe pieszczoty.

Violka też zachowywała się jak mały szczeniak, który stara się pozyskać względy pana. Rzadko to się niestety udawało, bo jej wyczyny kulinarne to było jedno pasmo nieszczęść. Gorzki rosół stanowi po dziś dzień zagadkę dręczącą całą rodzinę. Albo na przykład kotlety schabowe krojone wzdłuż włókien. Pewnego dnia przypaliła książkę kucharską.

Weszłam do kuchni i zobaczyłam Violę studiującą jakieś przepisy z książki kucharskiej. Podniosła wzrok i powiedziała, pociągając nosem:

– Karolinko, czujesz, że coś tu śmierdzi? Jakaś spalenizna czy co?

Chlusnęłam na nią natychmiast wodą mineralną. Violka pisnęła przeraźliwie. Uspokoiła się, dopiero gdy zobaczyła spalony cały dół książki.

Długo nie mogliśmy dojść, czemu wszystko, co wyszło spod jej ręki, smakuje tak samo. Zawsze była ta sama, lekko gorzka nuta, czy to w zrazach, czy budyniu lub cieście. Obserwacje, rady Fredki – nic nie pomagało. Aż razu pewnego siedziałam w kuchni i jadłam ohydną zapiekankę i popijałam ją równie ohydnym, a nieróżniącym się smakiem, kompotem, gdy zauważyłam, że Violka myje naczynia, ale ich nie płucze. I już wiedziałam. Wszystko miało upojny smak ludwika. Tak, tego do zmywania.

Po wyeliminowaniu ludwika z receptur wszystkich przyrządzanych przez Violę dań jej kuchnia nieco się poprawiła. Odrobinę.

Pytała tatusia, zaglądając mu w oczy, jak mu smakował obiadek, a tatuś odpowiadał:

– Dlaczego ty nieustannie dążysz do kłótni?

Violka nie łapała, że to żart, i popadała w przygnębienie. Fredka dzwoniła co jakiś czas do taty i mówiła:

– Zobaczysz, Eryku, ona wszystkich was wytruje. Znałam kiedyś jedną mecenasową, która na przyjęciu ślubnym swojej córki podała własnoręcznie przygotowaną zeszłego roku fasolkę szparagową.

– Zeszłego roku?! – zdziwił się tatko.

– W słoikach, oczywiście, przygotowaną, i wyobraź sobie: dwadzieścia trzy osoby zatrute, w tym cztery zejścia śmiertelne. Pan młody był jedną z pierwszych ofiar.

– Mama żartuje… – powiedział tata niepewnie.

– Powiem ci tylko – to była botulina. Wytworzyła się na skutek złego zakonserwowania fasoli. Oczywiście mąż mecenas ją wybronił, ale skądinąd wiem, że pan młody nie bardzo jej odpowiadał. – Tutaj Fredka zawiesiła tajemniczo głos i wyszeptała cicho: – Rozważ to, proszę, Eryku.

– Co? – pytał tata gapowato. – Czy mecenasowa zabiła gości z premedytacją?

– Nie – podnosiła głos Fredzia. – Nie, tylko czy ona was nie otruje?

– Kto? – pytał tata. – Mecenasowa?

– Nie – ryczała Fredzia. – Violka, tumanie! – I rzucała słuchawkę.


Violka jakieś zalety pewnie miała, bo tata ją lubił, a my obserwowałyśmy jak egzotyczne, kompletnie nam obce zwierzątko. Uwielbiała śpiewać. I to stało się przyczyną jej klęski.

Violka chyba po cichutku marzyła o karierze wokalistki w taty grupie. Ja mam słuch muzyczny pierwszego stopnia: wiem, że grają. Jednak Lady Vi śpiewała tak zapamiętale, że nawet ja słyszałam, jak fałszuje, a co dopiero tata. Tata nie zdzierżył i spytał Violę, czy zna anegdotę o góralu, a gdy spytała jaką, tata opowiedział bez żadnej litości:

Góral usłyszał śpiewającego cepra i spytał: „A co wy, panoczku, tak śpiwocie, jakby wam sierp z rzyci wyciągali?”.

Viola aluzję zrozumiała i dostała piany, zrobiła się straszna awantura i niedoszła gwiazda grupy Kabanos opuściła z hukiem nasz dom. Do jej odejścia przyczyniła się nie tylko urażona ambicja, ale myślę, że biedaczka miała szczerze dość zajmowania się cudzymi dziećmi. Bez niej było trochę smutno, ale za to dużo spokojniej. No, bo może słuchu nie miała, ale osobowość na pewno. Tata skwitował jej odejście krótko:

– Nie można jej odmówić pewnego braku talentu.

– W jakiej dziedzinie? – spytałam. – Gotowania czy śpiewu?

– Obydwu, niestety.


W tym mniej więcej czasie odezwała się mama. Zadzwoniła i spytała, co słychać.

– Okej – powiedziałam, patrząc na sterty brudów na podłodze, krześle i kanapie, na stół czarny od śmieci, szklanek i petów. Gdzieniegdzie wystawały brudne skarpetki. Tata tworzył, a to niestety kolidowało z resztą otaczającego nas świata.

Wzbogaciliśmy się o pianino, które wciągnięto przez okno, bo drzwi okazały się zbyt wąskie. Wszyscy byli w amoku. Zbliżała się premiera nowej płyty i związana z tym trasa koncertowa.

Siedziałyśmy z Pauliną cichutko jak myszki, nawet telewizora nie wolno było włączyć. Czytałam jej Kubusia Puchatka. Właśnie kończyłam, gdy zaczęła strasznie szlochać.

– Nie płacz, uspokój się, czemu ryczysz? – zapytałam, tuląc łkającą kupkę nieszczęścia.

– Płaczę, bo ty odejdziesz, tak jak mama, jak Krzyś z Siedmiomilowego Lasu.

– Nie płacz, ja nie odejdę. Na pewno nie. Nie ja.

– Odejdziesz, odejdziesz w dorosłość – zanosiła się płaczem. Boże, ona wszystko zrozumiała, rozumiała Kubusia Puchatka i to, co się dzieje. Zatkało mnie, ale spokojnie poczęłam tłumaczyć Paulince, że jeśli odejdę w dorosłość, to właściwie odejdziemy razem i że tak naprawdę to my obie cały czas idziemy właśnie w tę stronę. Boże! Jaka ona jest mądra! Dzięki niej i ja to sobie uświadomiłam.

Wieczorem opowiedziałam o tym tacie, a on skomentował krótko:

– Nerwica sytuacyjna.

Dobry sobie.

W niedzielę rano zabrał nas na cały dzień do zoo, jak twierdził, po to, żebyśmy wróciły do stanu dziecięcej niewinności. Było bosko. Szczególnie podobały się nam małpy. Jak tylko weszliśmy do ogrodu, Paula zauważyła napis: ,,Nie karmić zwierząt”.

Zdziwiona spytała tatę:

– To one nic nie jedzą, te zwierzęta? Czym one żyją?

Musieliśmy jej wytłumaczyć, co i jak. I niech nam będzie wybaczone, ale daliśmy, ku jej ogromnej radości, bułkę słoniowi.

Paulinka zaczęła tatę molestować, by kupił lody. Tata się zdziwił:

– Lody? Latem?

Rzeczywiście to dość banalne, ale lody były pyszne. Szczególnie arbuzowe, jedliście kiedyś arbuzowe? Po prostu poezja.

Potem poszliśmy do ptaszarni i spędziliśmy tam zaczarowane pół godziny. Czysta magia. Zupełnie jakbyśmy się znalazły w jakimś egzotycznym zakątku świata. Ptaki kolorowe, rozświergotane, otaczały nas ze wszystkich stron. Błądziłam od jednej zagrody do drugiej i nie mogłam oderwać oczu od tego rozwrzeszczanego, zabawnego tałatajstwa. Robiły naprawdę fantastyczne wrażenie. Rzeczywiście, to świetne miejsce, by zapomnieć o wszystkich kłopotach i zmartwieniach codzienności. Precz z nerwicą sytuacyjną! Niech żyje zoo! Nie chciałyśmy w ogóle wyjść, ale tatuś nas przekupił obietnicą kina.

Poszliśmy na Shreka i nie da się ukryć, że się zakochałam. Na całe życie. Uwielbiam Shreka i jestem skłonna założyć z Pauliną jego fanklub. Obie kategorycznie stwierdziłyśmy, że musimy iść na to jeszcze raz, najlepiej zaraz. Tatuś zbladł, bo kiedy zakochałyśmy się w 101 dalmatyńczykach, oczywiście rysunkowych Disneya, spędził z nami kolejnych osiem niedziel w kinie. Chciałyśmy pójść dziewiąty raz, ale się zrobił zielony, więc mu darowałyśmy. Tym razem udało mu się wyciągnąć nas z kina pod fałszywym pozorem, że jest późno. Zgodziłyśmy się niechętnie, ale zapowiedziałyśmy, że my tu jeszcze wrócimy. Obie postanowiłyśmy przeznaczyć naszą tygodniówkę na bilety. Może też uda się namówić Fredzię, aby nas zabrała. Snułyśmy tego typu plany przez całą drogę do domu, ku niewymownej zgrozie tatusia.

To był wspaniały dzień. Wycałowałyśmy w domu tatka, nie zwracając uwagi na jego okropne zażenowanie. Jak chce, to naprawdę jest wspaniały.


Potem, niestety, pojawiła się pani Ilonka. Właśnie trwała próba kapeli, kiedy rozległo się straszne walenie do drzwi. To była pani Ilona. Miotała się, krzyczała, że spać nie może. Tatuś przeprosił, powiedział, co i jak, że zespół itd. Obiecał ciszę. Uspokoiła się i poszła. Następnego dnia tatko kupił kwiatki i poszedł ją przeprosić. Długo nie wracał, bardzo długo. Potem pojawili się oboje i tatko powiedział, że teraz pani Ilonka będzie się nami zajmować.

– Czy umie gotować? – zapytałam.

Tata spojrzał na nią, a ona się uśmiechnęła i powiedziała:

– Jasne.

I okazało się, że to, niestety, prawda. Tatuś kupił nowe garnki i codziennie były w nich przygotowywane rosołki, kotleciki, kurczaczki, budynie i inne cuda, o których przedtem nawet nie śniłyśmy. Mieszkanie lśniło, ciasto pachniało. Miałyśmy wszystko poprane i poprasowane.

Pani Ilonka krążyła po domu, na nas wielkiej uwagi nie zwracała, tylko rwała tatusia. Tak się do niego wdzięczyła, że kością w gardle stawały mi kotleciki, kurczaczki i budynie. Całe rano chodziła w lokówkach, a gdy koło południa z taty pokoju zaczynały dochodzić oznaki życia, biegła do łazienki, pozbywała się lokówek, psikała perfumami Femme Fatale, obciągała długą spódnicę w kratę, w której myła podłogę, i zaczynała do nas gruchać:

 

– Karolinko, pozwól, poprawię ci warkoczyk. Polusiu, może kawałek ciasta z jagodami? Jest przepyszne!

Patrzyłyśmy na siebie z Paulinką i zgodnie opuszczałyśmy lokal, udając się w kierunku podwórka. To było okropne.

– A jak ona uwiedzie tatusia? Jak on się z nią ożeni? – pytała Paula.

– To będziesz do końca życia jadła pyszne kurczaczki – odpowiadałam jadowicie.

– Nie sprzedam się za żadne kurczaczki – protestowała. – Przecież ona nas nie znosi.

To była prawda. Pani Ilonka nas nie znosiła, darła się i wściekała, kiedy tata nie słyszał. Wygadywała różne rzeczy na nas i mamę. Mamusia jaka była, taka była, ale to zawsze przecież nasza mamusia. I na pewno była fajniejsza niż ta cała Ilonka. A tatuś tylko się zachwycał:

– Jakie pyszne zraziki. A koszula jak ślicznie uprasowana.

Kupiła go, leniwca jednego. Popatrywałyśmy na siebie ze zgrozą. On to może zrobić. Ożenić się z Ilonką. Będziemy miały taką macochę. Wolę bidul. Na pewno byłoby nam tam lepiej niż z Ilonką. Cholerny Kopciuszek to nie jest rola dla mnie, a tym bardziej dla Pauli. Nasza awersja do Ilonki rosła, rosła też jej niechęć do nas. Wszystko, co robiłyśmy, było złe, my byłyśmy głupie i niegrzeczne. To, co robił tatuś, było dobre. Bałagan, pety, skarpetki na stole. Tatuś był twórcą, a my zawadą. To przecież takie proste.

Bałyśmy się, że tata przepadł z kretesem, aż tu raptem usłyszałam, jak mówi do swoich kumpli:

– No, dobra, z Ilonki jest straszny kaszalot, ale gotuje świetnie.

– Hura! Hura! – zaczęłam krzyczeć w duchu.

– Może się z nią nie ożeni… – zakomunikowałam Paulinie.


Rozpoczął się rok szkolny i trzeba powiedzieć, że dzięki pani Ilonie wszystko potoczyło się dosyć składnie. Miałam książki i zeszyty, może nie te najładniejsze, bo nie dała mi ich kupić, tłumacząc tacie, że są za drogie, ale jakieś tam kupili. Paula poszła do zerówki w przedszkolu i nawet jej się spodobało. Dawało się przeżyć. Aż tu wybuchła bomba. Głupiutka Paula, jedząc jakiś wyjątkowo pyszny obiadek Ilonki, skomentowała:

– No, jesteś kaszalot, ale umiesz gotować.

Rozpętała się burza z piorunami. Mała zaczęła się tłumaczyć, że to nie ona, tylko tatuś. No i zrobiło się piekło, jakiego jeszcze nigdy nie widziałam. Kamienica trzęsła się w posadach. Skończyło się wymarszem śmiertelnie obrażonej Ilonki. Nic nie pomogły przeprosiny ani nasze, ani taty. Ilonka była jak skała. Może w końcu by zmiękła, ale zapomnieliśmy o niej zupełnie na skutek nowych, sensacyjnych wydarzeń.


W niedzielne przedpołudnie pojawiła się na naszym progu pani Kleopatra Tongo del Abdiz Bongo. Stanęła w drzwiach i nieśmiało powiedziała:

– Ja szukać moja męża, Abdula Tongo del Abdiz Bongo. – Wszyscy zamilkliśmy i otworzyliśmy usta.

Nawet tata. Nawet Krzysiek, Marek i Leszek. No, bo było na co popatrzeć. Kleopatra miała ze sto osiemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu i taką figurę, że klękajcie narody. Usta Angeliny Jolie, biust lepszy od Pameli Anderson.

Wszystko to jednak stworzyła natura, a nie chirurgia – podkreślał tata, gdy panowie na gorąco komentowali wydarzenie. No cóż, tata nawet wspomniał, że nabrał szacunku do mamy, że wygryzła z pozycji żony taki cud natury.

Panowie zresztą rzucili się gromadnie na Kleopatrę, posadzili ją na kanapie, zaproponowali piwo, obiad i małżeństwo w ramach zadośćuczynienia. Nastąpił totalny zamęt i dopiero po dobrej półgodzinie przesłuchiwania jej w trzech językach sytuacja nieco się wyjaśniła. Polskim, którym Kleo trochę się posługiwała, bo, jak się okazuje, przez jakiś czas mieszkała w naszej ojczyźnie u boku niewiernego małżonka, oraz angielskim i francuskim, o których miała pewne – tak to nazwijmy – pojęcie, podobnie jak kombo pt. tata i przyjaciele.

Jej historia była dość prosta.

Przebywała z mężem w Polsce już prawie dwa lata, gdy Abdul pod jakimś pretekstem wywiózł ją do Afryki i zniknął. Od jego kolegów dowiedziała się o naszej matce i romansie. Wtedy sprzedała kury, osła i resztę dobytku i ruszyła w świat, szukać niewiernego. Wędrówka ta zakończyła się na naszym progu.

– Wyjechać, wyjechać – powtarzała przerażona. – Gdzie wyjechać? Do Afryka?! Ja przyjechać, on wyjechać. On nie wrócić do mezą, on go do Bolanda, Polanda, Poloń.

Potem zaczęła strasznie płakać.

– What I do, what I do, co ja zrobić, co ja zrobić…

Rzeczywiście, co robić?

Piękna i nieszczęśliwa Kleopatra nie miała ani pieniędzy, ani dokąd pójść. Została u nas, ku radości taty i zawodowi jego kolegów. Wszyscy ją chcieli przygarnąć, nawet ci żonaci. Nie miałam sumienia pytać, czy umie gotować. Była taka śliczna. Chodziła po mieszkaniu i wszystko ją dziwiło. Musiałyśmy ją nauczyć, jak działają urządzenia mechaniczne w domu. Pralkę szybko zaakceptowała i posługując się jednym, tak samo zresztą jak my, programem, potrafiła zrobić przepierkę. Kuchenka mikrofalowa pozostała jednak dla niej po wsze czasy tajemnicą. Jedyną rzeczą, którą upiekła w niej z sukcesem, była rączka do wyjmowania talerza z jedzeniem. Rozlała się obok frytek i stanowiły razem intrygującą martwą naturę z elementami abstrakcji – tak się wyraził kumpel taty, Krzysiu, który zawsze podkreśla, że jest niespełnionym historykiem sztuki. Jej podgrzewane bułeczki lub na przykład pizza o zmienionej strukturze białka powinny według Krzysia stanowić trwałą inspirację dla twórców New Age. Byłoby to symboliczne przekształcenie prostych form, stworzonych z pszenicy, w hybrydalne dziwadła, mogące być symbolem manipulacji genetycznych, i w ogóle bezsensownych ingerencji człowieka w naturę.

Chyba mu się udało zrealizować swoje ambicje, gdy recenzował osiągnięcia kulinarne Kleopatry. Krzysiu był zresztą dosyć namolny i od jej przybycia do naszego domu niechętnie go opuszczał. Kleo nie bardzo rozumiała, co on mówi, bo Krzyś, nie wiedzieć czemu, postanowił poderwać ją na intelekt. Może wynikało to z jego niezrealizowania właśnie.

– Ja nie rozumieć, co ty mówić – szeptała, oblizując górną wargę.

Potem kręciła rąbkiem bluzki i wlepiała w Krzysia swoje wielkie oczy. Tata twierdził, że to właśnie prowokowało jego przyjaciela do wygłaszania mętnych uwag i opinii.

Coś nawet powiedział o ukrytej pedofilii i słabości do niezbyt rozgarniętych dziewczynek. Posunął się za daleko i Krzyś się obraził. Ale nie na długo, bo rozumiał świetnie, że tatą też kierowała „samcza zazdrość”. To z kolei komentarz Fryderyki, której opowiedziałam o rozgrywających się u nas potyczkach słownych, zainspirowanych urodą naszej królowej Saby (jeden z komplementów, jakimi ją obdarzano). Krzyś nie był jedynym wielbicielem naszego gościa.

Kleo wyrzucała odpadki przez okno (podobno tam u nich wszyscy tak robią) i strasznie się dziwiła, gdy nasz dozorca, pan Teoś, przyleciał z awanturą. Zresztą zaraz się uspokoił, jak ją zobaczył, i jak wszystko mu wyjaśniłyśmy. Kleo tłumaczyła:

– Moja maman wyrzucała, grandma wyrzucała. – A ja dodałam, że tam, w Egipcie, wszystko błyskawicznie wysycha w sześćdziesięciostopniowym upale i że mają taki zwyczaj, że śmieci za okno. Pan Teoś zachwycił się, jakie to praktyczne, i odtąd co dzień przychodził zapytać, czy nam nie wynieść śmieci, a nawet zaproponował, że on może wziąć Kleo do dozorcówki, bo ma bardzo przyjemną. Odpowiedziała, że nie, że dziękuje, bo ma męża, chociaż niewiernego.

Kleo w sprzątaniu była beznadziejna, ale o dziwo, nieźle gotowała różne egzotyczne potrawy, kuskus czy faszerowane warzywa. Była miła i wesoła. Dużo lepsza od Ilonki. Wszyscy ją bardzo lubiliśmy. Tylko Fredka, jak przyszła na inspekcję i trafiła na Kleo, to zaniemówiła. Nie myślałam, że kiedyś coś takiego zobaczę. A potem zrobiło jej się słabo i Artur ją zabrał. Później dzwoniła, ale tatuś wyłączył telefon. Powiedział, że ona go męczy. Ja myślę.

Było bardzo wesoło, bo Kleo zaczęła występować z taty grupą, i okazało się, że jest po prostu świetna. Kiedy się pokazała na estradzie – w dżellabie i z tamburynem – i zatańczyła, to publiczność po prostu oszalała. Była boska. Matka ziemia i symbol seksu – to najczęściej pojawiające się na łamach gazet określenia. Kolorowa prasa ścigała ją wszędzie. Od ślubu księcia Harry’ego nie mieli lepszego tematu. Polska Iman – tak ją nazywali.

Jeden reporter kazał się nawet podnieść na wysięgniku, aby sfotografować Kleo w zaciszu domowym, czyli u nas w mieszkaniu. Ekscytująca, cudowna, tajemnicza Kleo nie schodziła z ust całej Polski. Stoch przestał się liczyć. Nastąpiła moda na african etno i zespół tatusia, a o balcan etno nikt nie chciał już słyszeć. Kayah podobno strasznie histeryzowała, a Goran wyemigrował do Australii, gdzie stworzył duet z pewną Aborygenką. Ale nie jestem pewna. Bracia Golcowie dwie godziny stali po autograf Kleo. Dostali od niej po buziaku i tatuś był strasznie zazdrosny.

Uratował ją jednak z rąk Margaret, gdy ta chciała jej oczy wydrapać na rozdaniu Fryderyków.

Niestety, przez wścibstwo reporterów i paparazzich musieliśmy, ku wielkiemu żalowi pana Teosia, wyprowadzić się z bloku i przenieść do willi w Zalesiu Dolnym. Było to konieczne, chociaż nie takie złe, bo Zaleśko jest piękne, szkoła fajna, a tata ma studio nagrań przy domu. Zamieszkaliśmy w ślicznym białym dworku, każda z nas ma pokój super, tylko tata jęczy, że do końca życia będzie spłacał kredyt.

Mamy bardzo miłą kucharkę. Właściwie jest to pani do wszystkiego, ale najlepiej gotuje. Honorata jest grubiutka i wesoła. Lubimy ją bardzo, a jej czebureki i pierogi po prostu uwielbiamy. Myślę, że tak właśnie wygląda szczęśliwe życie. Cisza, spokój i dostatek. Wszystko na swoim miejscu. No, oprócz mamy. Ciekawe, jak jej się wiedzie? Czy też jest szczęśliwa tak jak my?