Wenecja. Miasto, któremu sie powodziTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Należy paskudztwo Bauera ominąć wzrokiem, jak muzułmanie zawinięte w bekon ciało Świętego Marka. I życzyć mu udanego zanurzenia, bo przypomina pancernik podwodny. Plomby architektoniczne, nieliczne w Wenecji, są porażką. Wenus jest boginią miłości, ciepłego, rozgrzebanego łoża, nie betonowych sarkofagów.

Hotelowy bunkier Bauer.

Kolor koszmaru

Oddalając się od tej katastrofy ulicą Calle Larga XXII Marzo, dochodzi się do pomalowanego ochrą hotelu Saturnia. Od pięciu pokoleń prowadzi go ta sama rodzina. Jego położenie, standard i księga gości są warte wynajęcia pokoju, nie droższego niż w okolicznych pensjonatach. Piszę o nim z dwóch powodów: filozofii i kuchni. Albo raczej psychozy kulinarnej. Za Sartre’em mieszkającym w Saturnii biegał ulicami Wenecji gigantyczny homar. Filozof tak opisał swoją przygodę: „Wenecja jest jedynym miastem, w którym mam wrażenie, mógłbym żyć. W 1934, byłem tam szalony i nieszczęśliwy, przechadzając się nocami, prześladowany przez znacznej wielkości homara trzaskającego za mną szczypcami. Nigdy dotychczas nie myślałem o samobójstwie, ale tamtej nocy o tym pomyślałem”.

Pomijam komizm sytuacji: lewicujący Francuz goniony przez burżuazyjną potrawę. Sartre nad laguną był naprawdę doprowadzony do kresu wytrzymałości i nocy. Twórca egzystencjalizmu prześladowany przez kastracyjnego homara – symbol albo parodię egzystencji. W kilku zdaniach wyznaje, gdzie mógłby żyć, ale i się zabić.

Taka jest Wenecja, płynna w przechodzeniu od euforii do skrajnej rozpaczy.

Sartre przyjechał tu z dwudziestoparoletnią kochanką – Simone de Beauvoir, jednak seks nie był pocieszeniem w życiowym kryzysie. Wenecję postrzegał jako wielką matkę, do której często wracał. Rzym był dla niego ojcem. Homar absurdem egzystencji. Albo zemstą laguny.

Niczego nie zwiedzał. Wystarczył mu jeden obraz: Ukrzyżowanie Tintoretta. Zachwyt przykuł go do pisania. Nie o zmysłowości miasta, jego pięknie, ale o... ekonomii, czyli finansowych perypetiach dawnego artysty. Esej Uwięziony w Wenecji jak homar w swojej skorupie jest pozornie o Tintoretcie, jednym z najwybitniejszych malarzy weneckich, a naprawdę o przerażonym życiem Sartrze. Artyście, myślicielu miażdżonym przez społeczeństwo i władzę pieniądza.

Sądzę, że w swojej psychozie weneckiej uznał się za Chrystusa mistrzowsko ukrzyżowanego na obrazie Tintoretta. Chociaż bardziej przypominał drewnianego lwa z hotelowej restauracji La Caravella. Ma on krótkowzroczne spojrzenie francuskiego filozofa i podobny wyraz wzgardliwej zadumy.

Egzystencjalizm wyznawany przez Sartre’a był mdlącą udręką. Miasto na wodzie również: „Wody Wenecji dają temu całemu miastu kolor koszmaru”. Piekło to inni – pisał, Wenecja – koszmar. „Jest tam, gdzie mnie nie ma”. Zbyt nieuchwytna, kobieca. „Potrzebuję ciężkiej, masywnej obecności. Czuję się pusty wobec tych piórek malowanych na szkle. Wydają się ciągle przemieszczać”. Sartre buntownik (odmówił przyjęcia Nagrody Nobla) nie trawił Wenecji, doprowadzającej go do zawrotów głowy, halucynacji. Zarazem jej pragnął. Zanurzenia w kobiecości laguny. Wolał o niej pisać, niż ją oglądać. Obracać w szczypcach pojęć.

La Caravella, restauracja hotelu Saturnia, zgodnie ze swoją nazwą (właścicielem pałacu był w XVII wieku admirał) ma wystrój starego statku. Niewykluczone, że przez jej okienne luki widać przepływające homary, po butelce, dwóch. Monet, impresjonista wyczulony na kolorystyczne efekty, uważał, że weneckie kanały są wypełnione denkami butelek szampana.

Szampana i wino proponuje w La Caravelli sommelier. Dania przedstawiają kelnerzy o wdzięku Piratów z Karaibów i podobnie eleganckiej nonszalancji ludzi obeznanych z najczarniejszą stroną swego fachu. Objaśnią skład sosu, w którym ugotowano pająka morskiego. Łypną ostrzegawczo przy deserowym finale – suflecie czekoladowym obsypanym 24-karatowym złotem. Takie jadalne złoto, w postaci cienkiej folii, dostawali skazani przez Republikę. Wybrańcy, którym oszczędzono tortur i dano szansę na honorowe samobójstwo.

Obsługa La Caravelli dba o gości jak matka o rozpieszczonego bachora. Zabawia, sprawdza, czy smakowało, czy czegoś jeszcze potrzeba. W efekcie cofasz się mentalnie w dzieciństwo i dopadają cię wyrzuty sumienia wobec własnych rodziców, nawet jeśli wyrzutów brak. Dochodzisz do wniosku, że nie zdążyłeś się im odwdzięczyć wystarczająco. Zostawiasz więc astronomiczny napiwek. Wkraczałeś na pokład Caravelli wyróżnionej Michelinem, schodzisz niby dziecko syte błogością. Za rachunek niewiele większy niż u prawdziwych piratów kulinarnych, oferujących garkuchnię turystyczną wokół Piazzy.

II.

NIEZATAPIALNA PIĘKNOŚĆ

.


Recepcjonista naszego hotelu w oczekiwaniu na potop.

Powódź

Nazwa La Caravella nabiera dodatkowego sensu jesienią, gdy otacza ją woda. Piazza i okolice są jednym z najniżej położonych miejsc Wenecji. Podtapianych regularnie przez sezonową aqua alta – wysoką wodę.

Bez przesady, nie jest bardzo wysoka i nie zatapia miasta. Wysokie kalosze wystarczą. Zwykłe buty opakowuje się za parę euro foliowymi nakładkami od ulicznych handlarzy zjawiających się natychmiast po syrenie alarmowej. Te chińskie buciki w neonowych kolorach psują się po przejściu kilku ulic. Błyszczą, szeleszczą i zamieniają dorosłych ludzi w szurających przedszkolaków przebranych za wybrakowanych kosmonautów. Lepiej kupić kalosze, jeszcze lepiej przywieźć własne, wychodzone.

Pewna swojej wielosezonowej wiedzy i apki hi!tide Venice, monitorującej poziom pływów w Wenecji, zabrałam ze sobą córkę. Zadaniem Poli było zrobienie dodatkowych zdjęć do tego przewodnika. Chciałam jej zafundować w pakiecie aqua alta. Matczyny psikus wyciągający z komfortu rodzinnych wyjazdów. Zarezerwowałam hotel nad niewielkim kanałem, z dala od pływalni, w jaką zamienia się jesienią Piazza. Wybrałam pełnię księżyca – wiadomo, wspomaga przypływy. Na wszelki wypadek wynajęłam pokój od strony ogrodu. W recepcji zapewniono nas, że tam woda prawie nie dociera. Kilka centymetrów chlupotu będzie ekscytującym przeżyciem dla dziecka.

Wieczorem drzwi wejściowe już zablokowano metalowym, półmetrowym progiem wystawianym podczas aqua alta. Recepcjonista w foliowych butach zgarniający mopem posadzkę, jakby usuwał nadmiar mydlin, był dla Poli egzotyką.

Z miną bywalczyni jesiennych podtopień upewniłam się, że nic nam nie grozi.

– Nic a nic. Tylko te pokoje od strony kanału załapią trochę, u was spoko. – Recepcjonista w garniturze i foliach popijał wino, częstując nim gości. – Aqua alta – objaśniał zjawisko.

Uspokojone usiadłyśmy na wielkim barokowym łożu naszego pokoju. Oglądanie telewizji przerwało wycie syreny.

– Mamo, co to?

– Nic, alarm, woda się podnosi.

– Wiem. Pytam, co tak bulgocze?

Spod marmurowej posadzki zaczęły wydobywać się bąble, byłyśmy nimi otoczone. Przy oknie buchnęło źródełko.

– To jest właśnie aqua alta – objaśniłam pełnoletniemu od tego roku dziecku. – Zaraz opadnie.

Wiedziałam, że syreny z trzygodzinnym wyprzedzeniem ostrzegają o maksymalnym poziomie wody, tak by każdy zdążył zabezpieczyć firmę i wrócić do domu. Ale nas powyżej kostek nie zaleje.

Kiedy trysnęło kolejne źródło, odwiedziłyśmy recepcję, szukając otuchy. Tam już bulgotało ze wszystkich stron, jakby ktoś zagotował hotel.

– Proszę się nie martwić, aqua alta, tak bywa. – Recepcjonista coraz mocniej wiosłował mopem.

Woda na zewnątrz podpływała pod półmetrowy próg. Z piętra zbiegła grupka Hiszpanek goniąca faceta w podkasanych spodniach. Położył sobie walizkę na głowie, bez zastanowienia przekroczył progową barierę. Uciekał, brodząc w wodzie i ciemnościach.

– Felipe! Felipe! – krzyczały za nim Hiszpanki.

Tratwą na dworzec.

Pomyślałyśmy, że zbzikował. W takie zimno i noc iść zalanymi ulicami nieróżniącymi się już od kanałów? Wróciłyśmy do pokoju. Zarządziłam przespanie aqua alta, ale coś eksplodowało w łazience.

Napór wody wyrwał ścianę, przez którą wpływał... piasek z laguny. Pola przyjrzała się dokładniej dziurze.

– Mamo, tam widać drzewa.

– Fundamenty. Wenecja jest zbudowana na pniach drzew – mądrzyłam się. – Republika bobrów, powiedział Goethe. – Przypomniałam sobie jego różne cytaty i te słynne, o braku światła, powiedziane tuż przed śmiercią. – Najważniejsze, że światło jest. – Zgasiłam je nad ruiną łazienki.

W recepcji woda przelała się przez zaporę w drzwiach. Załoga hotelu, zajęta jej wylewaniem, traciła kontrolę nad sytuacją.

– Nie, nie wiemy, co robić – odpowiadał chłopak zza kontuaru. – To opadnie, trzeba czekać.

W ciepłym klimacie nieodzowna jest klima. W wodnym – system odsysający, pompa odprowadzająca nadmiar aqua alta. Wyposażone są w nie weneckie domy. Roję sobie, że te hotelowe zabezpieczenia się zepsuły. Ale i tak woda opadnie. Nie napływa falami. Unosi się i maleje zgodnie z rytmem Księżyca, wiatru, pływów. Wszystko jest do przewidzenia, opanowania.

Otwieram apkę... Godzinę temu było: „Wyjątkowo wysoko”. Po maksimum musi przyjść falujące minimum.

Udaję, że śpię. Pola czuwa. Wyją syreny. Pierwsze przeciągłe wycie oznacza 110 centymetrów. Drugie, o ton wyższe – 120 centymetrów, trzecie – powyżej 130. Dźwięk jest upiorny, nocą czy w dzień. Przypomina odgłosy wynurzającej się spod wody bestii. Nawet nie próbujesz jej sobie wyobrazić, gdy po pierwszym ostrzeżeniu – nadchodzę, drugim – jestem i trzecim – zaraz cię pożrę rozlega się przeciągły lament krakena, zachłyśniętej falami strzygi spółkującej z mokrym upiorem.

 

Felipe biegnący w stronę dworca, przy jeszcze nie najwyższej fali, przestał się nam wydawać szalony. Miał swój plan ucieczki.

Jestem matką, osobą racjonalną, więc dla bezpieczeństwa znowu sprawdzam apkę hi!tide Venice. Po Exceptionally high kończy się skala. No to ruszamy w nieznane.

– Mamo, łóżko płynie.

– Niemożliwe, za ciężkie.

Pokój jest historyczny, łoże zabytkowe.

– Mamo, zderzamy się z drzwiami.

Wyskakuję w kaloszach, wlewa się w nie lodowata struga. Woda sięga ponad kolana. Myślę o elektryczności, gniazdka są już zanurzone. Gaśnie światło, w całej Wenecji. Latarka telefonu pokazuje nam, gdzie dryfujemy, co się da jeszcze uratować od zamoknięcia. (Pola, krzycząc: „Nie zostawiaj mnie!”, nagrała to, filmik do zobaczenia w sieci pod tytułem Wenecja. Miasto, któremu się powodzi).

Jest trzecia nad ranem, wycie syren, ciemność. Za drzwiami Amerykanie z całkowicie zalanych pokojów od strony kanału pływają na stolikach restauracyjnych i palą dla relaksu trawę.

My obijamy się między ścianami barokowym łożem. Pola podśpiewuje melodyjkę ze szwedzkich promów, gdzie pobudką jest wycharczana z głośników piosenka Sailling Roda Stewarta.

Za potrzebą nie ma potrzeby wychodzić, kibel zakryła fala. Podniesienie klapy byłoby gestem czysto symbolicznym. W dodatku żadne kalosze nie uchronią przed wodą niewiele cieplejszą od zimnej kranówy. Wychylamy się jednocześnie z dwóch stron łoża, dla zachowania chybotliwej równowagi przemoczonych materacy, i sikamy w odmęty czterogwiazdkowego hotelu. Ubikacja jest właściwie wszędzie. Biały kij szczotki toaletowej mija nas przy lewej burcie.

Właściciel hotelu zagląda o świcie. Wyszedł z domu, gdy tylko zrobiło się bezpieczniej.

– Madonna – wzdycha załamany widokiem zniszczeń i naszego łóżka przeniesionego nurtem wody.

– Palazzetto Madonna. – Pola sądzi, że Włoch chciał przypomnieć nazwę hotelu.

Nawet podczas powodzi życie płynie, swoim nurtem.

Przeprowadzono nas na suchy ląd pierwszego piętra, zwolnionego przez turystów przerażonych powodzią. 187 centymetrów – do rekordu sprzed 50 lat brakowało siedmiu centymetrów.

Wszyscy pokazują tę różnicę na ścianach i murach sklepów, skąd wylewają wiadrami wodę. Podtopione ponad 80 procent miasta. Przy dwóch metrach zalałoby całą Wenecję.

Żaden system odwadniający nie przetrzyma powodzi. Knajpy pozamykane, w hotelu nie będzie śniadania – transport, nie tylko świeżych bułeczek, nie działa. Co nie przeszkadza ściągnąć z nas przy wymeldowaniu opłaty klimatycznej.

Wenecja, miasto handlu, tonie i liczy.

Nocą najgorsza była wszędzie wdzierająca się lodowata woda i brak suchych ubrań. Rano – jeszcze niewielki głód. Katastrofie nadano cywilizowaną kategorię „klęski żywiołowej” i nad Wenecją latają helikoptery. Nie zrzucają paczek z jedzeniem.

W zdewastowanych barach, sklepach właściciele pozbywają się wody i przeliczają straty. Wkrótce dostaną 20 tysięcy euro odszkodowania. Każdy powodzianin 5 tysięcy. Ci od pierwszego piętra, czyli piano nobile – dla „szlachetnie urodzonych” – nie ucierpieli.

Płacimy eurokrocie za niejadalne śniadanie, jakieś ledwo odgrzane mrożonki. Elektryczność już działa. Nocą zginęły dwie osoby, jedna właśnie od prądu. Miasto puste. Vaporetto nie pływa, bo ulice stały się zdradliwymi kanałami. Chodzą tylko ci, co muszą. Desperaci próbujący przedostać się do dworca utknęli w wodnej pułapce. Uczepieni tratew z palet oczekują opadnięcia fali.

Wycie wygłodniałych syren reguluje rytm dnia chorego na aqua alta. Wykres poziomu wody podnosi się i opada jak gorączka. Regularnie i do przewidzenia. Jedyne, czego się nie da przewidzieć, co przerasta miarę aqua alta, to wysokość wody. Czy znowu pobije rekordy?

Wenecjanie wyciągają rybackie, gumowe kombinezony. Turyści kroczą nieporadnie, podtrzymując na nogach czarne, plastikowe worki sięgające ud. Wyglądają w nich niczym początkujący, przezorni topielcy noszący ze sobą pośmiertne opakowanie. My też. W poszukiwaniu jedzenia rozglądamy się za hotelowymi restauracjami, tylko one są czynne.

Spacer w basenie należy do ćwiczeń odchudzających. Wodny spacer w butach spala kalorie natychmiast. Ból obtartych łydek amortyzujemy opatrunkiem z podpasek maxi night i ręcznikami włożonymi między rany a kalosze.

Pola twierdzi, że worki na śmieci nas spowalniają. Podziurawiły się, więc bez nich jest tak samo zimno i mokro. Zrzuca je przy moście Rialto. Robię to samo. Błąd. Woda jest łupiąco zimna. Worki jednak utrzymują ochronną warstwę ciepła. Moje dziecko miało tak przemoczone nogi, że straciło w nich czucie. Idziemy na palcach, żeby nie zamoczyć tyłków. Ostrożnie, bojąc się wpaść do jakiegoś dołu albo podtopić w niewidocznym kanale.

Szeleszcząc butami.

Ruchome piaski

Cieplej byłoby płynąć. Pół godziny brnięcia przez morską wodę nie skończyło się przeziębieniem. Adrenalina robi swoje, wymieszana z aspiryną i gorącym prysznicem.

Leonardo da Vinci zaprojektował dla Wenecji strój podwodnego obrońcy. Dla armii nurków czuwających wokół miasta. Skórzany kombinezon, bukłaki z powietrzem, rura wydechowa. Nikt tego nie zastosował w jego czasach, ale w XXI wieku wenecjanom może się przydać coś więcej niż gumowe spodnie. Do powodzi 2019 roku oprócz typowych dla aqua alta pływów, wiatru – bora z Węgier i sirocco z Syrii – dołożyła się pełnia. Woda nie zalewa miasta falą. Podnosi się wszędzie jednocześnie, zasysana przez różnicę ciśnień i Księżyc.

Poziom oceanów rośnie, a z nim poziom aqua alta. Wenecja to nie Malediwy, nie zatonie. Miasto przynoszące rocznie 2 miliardy euro dochodów, zbudowane przez kupców i kupczące teraz sobą, znajdzie sposób na przetrwanie. Jeśli będzie trzeba, podniesie się poziom ulic i parterów. Przecież tak powstała Wenecja. Na palach i przez podnoszenie lądu. Republika bobrów.

W najgorszych prognozach za sto lat poziom mórz wzrośnie o metr. Metr aqua alta oznacza w Wenecji chodzenie w zwykłych kaloszach. Tama MOSE lub coś nowocześniejszego, działającego na zasadzie pól magnetycznych, a nie rdzewiejących rur, odgrodzi lagunę od Adriatyku.

Gorzej, gdyby woda wyschła. Wtedy zgniją konserwowane przez nią fundamenty z pali. Wenecja stoi w dobroczynnej dla niej solance. Jest swego rodzaju tysiącletnią kiszonką architektoniczną.

Zdarzają się lata, gdy kanały wysychają. I to jest problem. Miasto cierpi wtedy na coś porównywalnego z paradontozą. Psują się odsłonięte korzenie budowli. 100 tysięcy drzew ociosanych w pale podtrzymuje Campanilę, 80 tysięcy pni dźwiga most Rialto. Te kilkusetletnie drzewa „pracują”. Wystarczy przejść się po Akademii, by poczuć uginającą się podłogę. Aktorzy występujący gościnnie w Feniksie (Teatro la Fenice), niszczonym kilkakrotnie przez ogień, nie wodę, narzekają na „trampolinę” sprężynującej pod skokami sceny. Jej deski wydają się im deskami tratwy.

MOSE – Mojżesz i zarazem skrót od MOdulo Sperimentale Elettromeccanico. Tak jak przed Mojżeszem rozstąpiło się Morze Czerwone, tak przed tą tamą ma zatrzymać się nawet trzymetrowa fala wpływająca z morza do laguny. MOSE ma być konstrukcją 78 skrzynek napełnianych w razie zagrożenia wodą. Unosząc się, stworzą szczelną, prawie dwukilometrową zaporę. Gdyby jednak którykolwiek moduł zawiódł, Wenecję zmiażdży fala tsunami. Wątpię, żeby ktoś wziął na siebie taką odpowiedzialność. Poza tym oddanie tamy do użytku (miało nastąpić w 2016 roku) pozbawiłoby pracy 4 tysiące osób. Jej koszty z jednego miliarda euro podskoczyły do 5,5 miliarda i rozpłynęły się jak lody Arktyki. Łapówki, mafijne powiązania stały się mentalnym mikroklimatem Włoch. Z tego powodu nie może powstać most łączący Sycylię z lądem. Przy Rialto, moście obywatelskiego oporu, wisi dwuznaczny jak na katolicki kraj transparent „Wenecka mafia nie jest święta”.

Politycy urządzają pokazowe podniesienie zapór przy spokojnym morzu, gdy woda opada, a ich popularność ma wzrastać. 80 procent mieszkańców regionu marzy o oderwaniu się od reszty kraju w zamożnej Lidze Północnej. Powódź 2019 roku i bezradność władz sprowokowała wenecjan do prośby o międzynarodową pomoc. Wenecja chciałaby separacji od Włoch. Jako zabytek najwyższej klasy, dziedzictwo ludzkości, woli być zarządzana przez UNESCO. Niestety UNESCO nie jest ONZ-etem i nie przyśle swoich sił rozjemczych – Niebieskich Beretów.

„Wenecka mafia nie jest święta”.

Wenecja nie tonie. Dryfuje jak nasze barokowe łoże, odbijając się od ścian korupcji i niemożności. Przypomina Marilyn Monroe. Najpiękniejszą, pożądaną przez wszystkich, umierającą na oczach świata. Wołała o ratunek, ale nikt nie mógł pomóc. Zostały po niej powielane w nieskończoność fotografie i kiczowate pocztówki.

Zalany plac Świętego Marka już się opatrzył. Światową karierę zrobiło zdjęcie burmistrza i patriarchy zanurzonych w powodzi 2019 roku. Podpis: „Wenecja poniżona”. Ani politycy, ani druga siła polityczna Włoch, a pierwsza nadprzyrodzona – Kościół – nie zaradzili klęsce. Jezus przynajmniej umiał chodzić po wodzie. Lew Świętego Marka ma skrzydła, na wszelki wypadek. Zwykłym ludziom zostały kalosze i kładki.

„Wenecja poniżona” razem z burmistrzem i patriarchą.

Podczas aqua alta wzdłuż najważniejszych tras funkcjonują platformy wsparte metalowymi rusztowaniami. Tworzą naturalne skrzyżowania, wymuszając na chodzących po nich uprzejmość wymijania, żeby ruch był płynny, również nad wodą. Gdy jej poziom się znacznie podnosi, same odpływają.

Zanim wywieszą białą flagę, mieszkańcy Wenecji bronią się przed wycieczkowcami.

Trzytysięczne dildo

Katastrofa jesiennej powodzi, największej od 50 lat, spowodowała następną, turystyczną: anulowanie zimowych rezerwacji. Wenecja jest wciąż na granicy klęski. W połowie XIX wieku obawiano się, że trzeba będzie wybudować dla przyjezdnych duży hotel...

Najwięcej jest turystów jednodniowych. Nie śpią w Wenecji, nie jedzą. Zjawiają się obejrzeć weneckie dziwactwo. Miasto romantycznej miłości gwałcą gigantyczne dilda kilkupiętrowych statków wycieczkowców. Wpływają pod sam plac Świętego Marka. Wychodzi z nich trzy tysiące ludzi. Rozchodzą się po okolicy, podnosząc poziom zakorkowania ulic nie gorzej od aqua alta. Straż miejska zamyka przejścia i kieruje ruchem, przepuszczając turystów grupkami. Inaczej stratowaliby się albo pospychali do kanałów, zwłaszcza w trójkącie bermudzkim Piazza – Rialto – Campo Santo Stefano.

Wenecja stała się mount everestem turystyki. Trzeba ją zaliczyć, schodząc z pokładu wycieczkowca, postawić stopę niby na upolowanym jednorożcu i walnąć selfiaka. Podobnie dzieje się z Mount Everestem w sezonie. Masówka dla każdego, kogo stać wnieść najwyżej swoje ego. Maski z tlenem plus mieszanka ambicji. Niektórzy od nich giną, na oczach kilkusetosobowej kolejki przesuwającej się do zdobycia szczytu.

Maski bez tlenu i gustu, karnawałowe made in China, można kupić w Wenecji wszędzie.

No comments...

Wenecka samoobrona.

Turystyczna katastrofa

Latem nie potrzeba wielkich wycieczkowców, żeby zakorkować centrum. Wprowadzona od sezonu 2020 dodatkowa opłata za pobyt w Wenecji niewiele pomoże. Chyba że wprowadzono by drogie wizy, jak za wjazd do chroniącego się przed zdeptaniem Bhutanu czy Mustangu.

 

Serenissima nie jest muzeum i nie wymaga muzealnych kapci. Ale z szacunku dla jej unikatowego piękna wypadałoby nosić kalosze zamiast neonowych plastików wyrzucanych byle gdzie.

Wenecja jest miastem ciszy i muzyki. Brak samochodów, czas zatrzymał się na włoskich godzinkach XVIII wieku. Uszanuj to i nie bębnij po bruku kółkami walizki. Plecaki są wygodniejsze.

Latem nie musisz wszędzie chodzić z plastikową butelką. Nie jesteś odwodnionym noworodkiem. Co parę metrów są bary, kafejki, gdzie po ludzku się napijesz i nie zaśmiecisz ulicy. Patriarcha Wenecji, tutejszy papież, prosił turystów o umiar. Nie wypadało mu powiedzieć: weźcie na wstrzymanie, zwiedzajcie we Włoszech co innego, na przykład Watykan, a nam dajcie odetchnąć. Zdesperowani mieszkańcy wywieszają kartki, prosząc barbarzyńców o ciszę, uszanowanie zwyczajów tubylców. Niestety piszą po włosku: „Aby uniknąć nieprzyjemnego zaśmiecenia, zachęcamy naszych klientów do postępowania w zgodzie z dobrym wychowaniem i szacunkiem względem innych osób i miasta Wenecji”.

Sezony

Czy dwadzieścia parę milionów turystów rocznie zniszczy Wenecję? Podobne obawy wysuwano prawie półtora wieku temu. Gdy w 1886 roku zaczęło działać połączenie kolejowe Wenecji z lądem, stacja Santa Lucia miała przyjmować „hordy wizytujących”. Było to w czasach belle époque, spacerów po sielskim Lido, nie dzikich tłumów w przepoconych klapkach.

Kiedy najlepiej odwiedzać Wenecję? Nie tratować, nie rzucać się desperacko w fale tłumu?

Listopad jest ryzykowny, ale wart przygody z aqua alta. Kalosze powyżej uda, krótka, ciepła kurtka i zapas książek albo własne wi-fi wystarczą. Internet w zalanych hotelach zawodzi.

Grudzień i styczeń bywają testem: nastawienie optymistyczne – mgła nie całkiem zasłania zabytki, pesymistyczne – zasłania je do połowy, a może całkiem. Gdyby ktoś był smakoszem mgieł, oceniłby tę wenecko zimową caglio jako schłodzone solone mleko. Wodne miasto staje się wtedy oparami chłodu. Sylwetki krążące ulicami tracą kontury i pewność epoki. Oświetlone reflektorami vaporetta pojawiają się na przystaniach jak UFO i pochłaniają pasażerów. Dla wielbicieli Wenecji sezon konieczny do obejrzenia.

Luty – karnawał. Zamaskowany smutek przemysłu rozrywkowego. Agencje podróży gwarantują „niezapomnianą zabawę”. Poprzebierani za arlekiny, damy i tajemnicze postaci snują się w poszukiwaniu autentycznej, niereklamowej wesołości.

Początek marca i koniec października – są „wenecjalne”, wtedy da się uniknąć traumy turystycznej, chociaż główne szlaki są już zatłoczone. Sezon polowania na piękno trwa tu cały rok.

W oczach wenecjan wyglądamy tak...

Krzyże Świętego Marka w krużgankach Pałacu Dożów.

Pałac Dożów

Wiele wycieczek zaczyna się i kończy między Canal Grande, Piazzą a Piazzettą. To najważniejsze budowle i pałacowy szlak wodny. Władza polityczna, religijna, bogactwo. Taka trasa, chociaż zbyt krótka, ma swój sens. Ponieważ Wenecja jest złożona z fraktali. Poznając kawałek, można dowiedzieć się o całości. Na przykład pierwszy zabytek napotkany w drodze z laguny na Piazzettę: Pałac Dożów. Zgłębiając historię jego powstania, przeznaczenie sal i dekoracje, poznaje się tysiącletnie dzieje Republiki. A nawet więcej – świata, bo Wenecja była najważniejsza w świecie i światem samym w sobie. Stworzyła coś więcej niż kulturę, mniej niż cywilizację.

Kapitele kolumn Pałacu Dożów powstały w XV wieku. 600 rzeźb. Katalog astrologiczny, biblijny, ludy zamieszkujące średniowieczne krainy, typy kobiet, grzechów, zawody, zwierzęta, owoce. Dawny interfejs wszechświata dostępny dla niepiśmiennych. Podbudowa pałacu władzy, znak, że stoi nad nią Bóg, gwiazdy i logika dziejów. Konieczne argumenty rządów bez królewskiego namaszczenia, z wyłącznie kupieckim rozsądkiem.

Kto lepiej zarządzi handlem od handlarzy? Nie było jeszcze florenckich bankierów – Medyceuszy – gdy weneckie rody zdobywały szlachectwo Republiki dzięki odwadze na morzu i przezorności na lądzie. W XII wieku były 24 rody uważane za wenecką arystokrację, w XVI wieku – 200.

Pałac Dożów, ufundowany przez kupiecką republikę pieniądza, ma jak każda moneta swój awers i rewers. Rewers – lewa strona monety – z wyrytą wartością, nominałem. To ukryta część pałacu. Pomieszczenia, gdzie podejmowano decyzje, zmieniano rządy i politykę. Wnętrze zdobiono zgodnie z modą. Awers – strona oficjalna i niezmienna. Dla czujących awersję do polityki i bardziej ceniących sztukę.

Zewnętrzna strona tego cudu architektonicznego jest niezmiennym pięknem i znakiem rozpoznawczym weneckiej władzy. Za ażurową fasadą ukrywają się jej żelazne zasady, jak żelazne narzędzia tortur używane do przesłuchań w Pałacu Dożów. Rzadki przykład politycznej szczerości – rządzimy, wymuszamy i więzimy.

Ale najpierw to, co widać z zewnątrz. Parterowe arkady nadają budowli lekkości, wyżej krużganki. W narożnikach ażurowe, białe krzyże kadrują niebo. I taka jest ich symbolika. Cztery koliste ramiona odnoszą się do wiary w Ojca Niebieskiego, Ducha i Syna, czwarte oznacza świat. Te charakterystyczne weneckie krzyże, zwane Krzyżem Świętego Marka, powtarzają się w słynnym Ca’ d’Oro, Bazylice, wielu innych weneckich budowlach.

Prześwity fasad, wysokie łuki i okna z wpisanym w nie krzyżem są nie tylko ozdobą bizantyjskiego gotyku Wenecji, ale i jej znakiem rozpoznawczym. Inaczej buduje się na lądzie, inaczej na piasku. Okładzina z kamienia zbytnio obciążyłaby budynek wzniesiony na palach. Florenckie pałace obłożone płytami granitu mają masywność sejfów. Nie tylko dlatego, że to miasto potęgi bankierów. Weneckie domy są domami na drzewach, na 10 milionach pni wbitych fundamentów. Każdy kilogram fasady więcej byłby obciążeniem jak dla statku. Wenecja jest lekka. Bywała zbyt lekka w podejściu do życia. Ale o tym dalej, gdy nadejdzie dekadencja karnawału.

Rządzenie Najjaśniejszą

Pałac Dożów był administracyjnym ciałem władzy. Jej zbiorowej władzy, w końcu to republika. Losy Pałacu są zadziwiająco podobne do losów urzędujących w nim dożów. Było ich 120. Pierwszy, wybrany w roku 697, zarządzał z zamku na mokradłach. Otoczonym naturalną fosą rzeki dzielącą przyszły plac Świętego Marka. Wiek IX to osuszanie bagien, docieranie się kupieckiej demokracji i lista dożów więzionych, oślepianych, skazywanych na banicję. W X wieku Pałac spłonął razem z żądnym jednowładztwa dożą i jego synem.

Obawa przed weneckim ludem zdolnym zabić za knowania przeciw ustrojowi Republiki przyhamowała tyrańskie zapędy. W XI wieku przewiny dożów są na tyle wybaczalne, że pozwala się im abdykować. Albo za przegraną bitwę zamyka w klasztorze.

Od XII do XVIII wieku Pałac się powiększa. I przez te 600 lat tylko jednemu doży przyszedł do głowy niecny pomysł, za co tę głowę stracił między kolumnami Piazzetty. Marino Faliero został pochowany w nekropolii dożów, bazylice Santi Giovanni e Paolo (Świętych Jana i Pawła, po wenecku San Zanipolo). W tak skromnym grobie, że jego ciało gdzieś się zawieruszyło podczas remontów. Dla odróżnienia od reszty, porządnie zmarłych, oczekujących tam na Sąd Ostateczny, Faliera pochowano z odciętą głową między kolanami. Żeby jednak mógł ją sobie założyć, gdy rozlegną się trąby anielskie.

Głowy i twarzy pozbawiono go także w Pałacu Dożów. W wielkiej sali, gdzie o ciągłości władzy świadczyły portrety wszystkich dożów, jest jeden zamalowany czernią potępienia.

Dokładnie na wprost tronu przypomina o tym, co czeka zdrajcę. Ciemność i zgrzytanie zębami odciętej głowy.

Zasłużony odpoczynek dożów w ich nekropolii.

Piekło arsenału

Dla uzmysłowienia, czym zarządzali Senat Wenecji, jej Rada Dziesięciu i doża, warto przejść się do arsenału. W XV wieku, czasach jego świetności, pracowało tam 16 tysięcy robotników – arsenaloti. Świetnie opłacanych i tak sprawnych, że w jeden dzień potrafili zbudować statek dla floty weneckiej. Arsenaloti oprócz wielu przywilejów mieli jeden wyjątkowy – nie musieli się kłaniać doży.

Słowo „arsenał” przywieziono w kupieckim bagażu doświadczeń z krajów arabskich. Oznaczało „miejsce budowy”. Wenecki arsenał, największe przedsiębiorstwo ówczesnego świata, nazywano „maszyną”. Tysiące robotników powtarzających dzień w dzień te same ruchy. Industrialny gotyk i przemysłowy renesans. Nic dziwnego, że Dante, opisując piekło, wzorował się na weneckim arsenale. Cztery kilometry murów tworzących dantejski, ósmy krąg piekła to ogrodzenie tej stoczni. Chociaż dla Petrarki Wenecja była prawie Niebem: „Najpiękniejsze miasto, jakie widziałem”. Sprzeczność? Wenecka natura miasta, nigdy niejednoznaczna, zawsze powielająca swój wizerunek – lustrem, odbiciem w wodzie.

Republika, pół tysiąca lat przed Fordem, opracowała bezbłędną linię produkcyjną. W chwili największej swej potęgi posiadała 3300 statków. Opanowała szlaki handlowe, sprowadzając do Europy przyprawy, jedwab, mydło, kruszce.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?