Kocie chrzcinyTekst

Z serii: Reportaż
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Bal u prezydenta

6 grudnia 2016 roku. Co roku Finowie zapraszają znajomych na imprezę z okazji Dnia Niepodległości. Jest alkohol, są talerze przekąsek z malutkimi flagami – czekoladki Fazer, czekoladowo-miętowe cukierki Marianne czy salmiakki. Salmiakki to czarne, wyjątkowo słone lukrecje z dodatkiem chlorku amonu. Mają charakterystyczny zapach i smak, który większość Finów kocha, a większość cudzoziemców odrzuca. Do tego oczywiście pierożki karelskie i chlebowy ser, czyli śliski i zwarty leipäjuusto, podgrzewany z dżemem z moroszki.

W mieszkaniu Miisy chodzi za mną delikatny, metaliczny zapach starych rur. Sufit jest wysoki, podłoga ze zmatowiałego drewna. Stara zabudowa. Dookoła niebieskie baloniki z białymi literami – „Suomi Sata”. Sto lat Finlandii. Chociaż to dopiero za rok, już teraz Finowie kupują wino, czekoladki, pamiątkowe kubki i kremy do rąk z tym napisem.

Dziewczyny mają na sobie czarne drogie sukienki i wysokie obcasy. Blond, prawie białe, naturalnie proste włosy ułożyły w skomplikowane fryzury. Na twarzach najmodniejszy makijaż w stylu Kim Kardashian – gęste brwi, ciemny kontur, sztuczne rzęsy. I oczywiście rozświetlacz. Dzięki temu na zdjęciach, które robią, otwierając butelki wina, jaśnieją jak gwiazdy w światłach reflektorów. Faceci nie wyglądają gorzej. Wszyscy noszą najmodniejszą w tym roku fryzurę, z dłuższym przodem i wygolonymi na krótko bokami. Do tego zabawne koszule w koty, lizaki czy jaszczurki. Spod rękawów wysypuje się skórzana i metalowa biżuteria.

Flirtują, wymieniają się kontaktami na Facebooku, ale najważniejsze odbywa się na ekranie telewizora, który stoi pośrodku sali jak honorowy gość. Życie żadnej z obecnych tu osób nie jest tak interesujące jak to, co się dzieje po drugiej stronie ekranu. Coroczny bal u prezydenta. Zaproszeni są tylko najznamienitsi obywatele Finlandii. Dwa tysiące ludzi, w tym politycy, artyści, sportowcy, komicy, gwiazdy tradycyjnej, nostalgicznej piosenki nazywanej iskelmä, weterani wojenni. Komentujemy ich stroje, kiedy ustawiają się w długiej kolejce po uścisk dłoni prezydenta. Potem będą też występy, toasty, tańce i muzyka. My będziemy stać i oglądać ich do końca wieczoru i nie zatańczy nikt.

Rok później fiński Dzień Niepodległości świętuję z Jessicą w Szwecji, w średniej wielkości salce na Uniwersytecie Sztokholmskim. Są toasty, złote dekoracje i stoły pełne małych przystawek ułożonych na niebiesko-białych serwetkach. Śpiewamy iskelmä razem ze stowarzyszeniem starszych miłośniczek Kalevali. Kiedy kończy się dwugodzinna rezerwacja salki, jedziemy świętować niepodległość do kina. Dzisiaj premiera długo wyczekiwanego Żołnierza nieznanego.

Żołnierz nieznany, czyli Tuntematon sotilas, to być może najważniejsza książka w historii Finlandii, zaraz po Kalevali. Nowela wojenna autorstwa Väinö Linny doczekała się ponad sześćdziesięciu wydań i trzech adaptacji filmowych. Opowiada o losach żołnierzy uczestniczących w wojnie kontynuacyjnej. Jest w niej miejsce nie tylko na bohaterstwo, ale również na tchórzostwo, nieudolność i pijaństwo żołnierzy. A ponad tym wszystkim na bezsensowność i bezbrzeżną nudę wojny. Linna luźno oparł książkę na własnych doświadczeniach z linii frontu, a mimo wszystko zarzucano mu tworzenie fałszywego obrazu wojny.

Jak to jest zabić człowieka? „Nie wiem, ja zabijam tylko wrogów” – tłumaczy na ekranie doświadczony żołnierz Rokka, a ze zgromadzonych w kinie fińskich serc wydobywa się głębokie westchnienie. Film kończy się źle, tak jak wojna. Dziesięć minut po zakończeniu seansu widzowie nadal tkwią w fotelach i ocierają łzy. Tuntematon sotilas to opowieść, która trafia do Finów, bo rodzina każdego z nich w jakiś sposób związana jest z wojną. Nawet jeżeli tego nie chce. A większość chce. Przy okazji rozmów o historii najlepiej widziane jest karelskie pochodzenie, ale równie dobry okazuje się pradziadek w wojnie zimowej. Tak jak w Polsce każdy ma swojego „dziadka w powstaniu”.

Finowie, podobnie jak Polacy, z namaszczeniem przeżywają swoje wielkie porażki. Pierwsza to setki lat okupacji szwedzkiej. Herman Lindqvist, autor książki När Finland var Sverige [Kiedy Finlandia była Szwecją], przekonuje, że Finlandia nie mogła się znaleźć pod żadną okupacją, bo taki kraj po prostu nie istniał, a język nie miał w tamtych czasach znaczenia. Faktem jednak jest, że przez przynależność do Szwecji Finlandia wciągana była w szwedzkie wojny. Do dzisiaj stosunki szwedzko-fińskie są trudne. Z jednej strony Szwedzi mówią o svenskhatet, czyli nienawiści do Szwedów, a Finowie odpowiadają im, że emancypacja Finlandii pozostawiła w Szwedach kolonizatorskie poczucie winy. Z drugiej strony Finowie jednocześnie marzą o Szwecji i jej nienawidzą. Chętnie przeprowadzają się tam, ale witani są często wciąż z niechęcią.

W książce Den första veckan grät jag… [Przez pierwszy tydzień płakałam] szwedzkojęzyczne Finki, które wyemigrowały do Szwecji po II wojnie światowej, wspominają, jak Szwedzi nie chcieli usiąść z nimi przy tym samym stole, prześladowali je, a w najlepszym wypadku wyśmiewali ich dialekt. Obecnie szwedzki rasizm wobec Finów jest już w zaniku. Dlaczego? Wraz z falą nowej imigracji w Szwecji pojawili się „gorsi” od nich.

Druga spektakularna porażka Finów to wojna domowa w 1918 roku. Valkoiset, biali, wspierani byli przez Niemcy, a punaiset, czerwoni – przez Rosję Radziecką. Wojna zakończyła się zwycięstwem tych pierwszych, ale do dzisiaj budzi kontrowersje. Finowie nadal nie są pewni, dlaczego tak krótko po odzyskaniu ukochanej niepodległości podzielili się wewnętrznie.

– Robiliśmy dziwne pokazy, przebieraliśmy się w stroje z epoki i kombatanci, biali, przychodzili nas oglądać jak w zoo. Na szczęście w wojsku byłem tylko pół roku – tak wspomina obowiązkową służbę wojskową Jussi, pracownik laboratorium chorób nowotworowych z Salo. Przy obiedzie opowiada mi historię Finlandii w okruszku. Mówi też o rodzinie. Ich akurat ominęły wszystkie wojny. – Linia podziału biegła przez Tampere, całe południe było czerwone. W Finlandii czasem lepiej nie mówić, skąd się pochodzi, żeby nie ujawniać, po której stronie stali twoi przodkowie. Wynik wojny ma do dzisiaj wpływ na politykę. Wielu polityków to potomkowie białych. Oficerowie wojsk lądowych, w których służyłem, wywodzili się z rodzin z tradycjami wojskowymi. Białymi tradycjami. I nazywali wojnę domową vapaussota, czyli wojną o wolność. Po fińsku mówi się raczej sisällissota albo kansalaissota, czyli wojna domowa, bardziej neutralnie.

Trzecia z porażek Finów to przegrane wojny: zimowa i kontynuacyjna, a w ich konsekwencji utrata Karelii, czyli fińskich „Kresów”. Finowie nie tylko musieli przyłączyć się do nazistów, ale wcześniej w wyniku przegranej wojny zimowej zmuszeni byli oddać tereny wschodniej Finlandii Związkowi Radzieckiemu. Ponad czterysta tysięcy Karelczyków, dziesiąta część ówczesnej populacji Finlandii, zostało ewakuowanych. Rodziny dostawały czasem dwie–trzy godziny na to, żeby spakować dobytek całego życia. Wszystko, co łatwopalne, wykorzystano do podpalenia wiosek, by nie zostawiać ich Rosjanom. Dzieci żegnały się z krowami, a potem z pociągu oglądały, jak ich domy płoną.

Trauma utraty Karelii do dzisiaj inspiruje poetów, pisarzy i muzyków. Najbardziej znanym utworem na ten temat jest Karjalaisten laulu [Piosenka Karelczyków]. Autor Pekka Juhani Hannikainen napisał w niej pod koniec XIX wieku, że w Karelii „nie ma bogactw, nie ma dobrego ziarna, ale jest obfitość pieśni” i choć życie jest trudne i pełne prześladowań, to przecież Karelia jest matką opowieści o Väinämöinen i magicznym Sampo. Marzył też o powrocie Karelii do „słodkiej Finlandii”.

Finowie chętnie wyjeżdżają do swojej ziemi utraconej. Najczęściej w zorganizowanych wycieczkach autokarowych, w wyłącznie fińskim towarzystwie. Chcą zrozumieć historię rodzinną, są zainteresowani wojną albo pragną zobaczyć krainę Kalevali. Z szacunkiem odnoszą się do obecnych mieszkańców Karelii, a w zamian Rosjanie z cierpliwością wysłuchują ich rzewnych, nostalgicznych pieśni wyśpiewywanych w barach. Nawet młodzi Finowie czują więź z historyczną krainą, chociaż jej godło znają tylko z puszki piwa Karjala.

Kiedy w końcu wychodzimy z sali kinowej, Jessica odkrywa w sobie na nowo dumę z bycia Finką. Od dwóch lat mieszka w Sztokholmie i czuje się tutaj doskonale, lecz nadal wyczekuje tygodni fińskich w Lidlu, słucha fińskiego rapu i wydaje okrutnie wysokie sumy na ubrania fińskiej firmy Marimekko.

– Dlatego kocham fińskich mężczyzn. Słyszałaś tego kolesia za nami? Miał niski głos jak pięćdziesięciolatek, wyglądał na szesnaście, a ma pewnie około dwudziestu pięciu lat.

W drodze powrotnej Jessica włącza na komórce Finlandię. Utwór został skomponowany w 1899 roku przez Jeana Sibeliusa jako akompaniament do historii Finlandii i w odpowiedzi na rozszerzającą się cenzurę Imperium Rosyjskiego. Do dzisiaj jest chyba najlepiej kojarzonym fińskim utworem. Zaraz obok Sandstorm oczywiście.

– I to powinien być nasz hymn, a nie Maamme. W tym jest prawdziwa fińska dusza.

Tego wieczoru Jessica pierwszy raz bierze się do czytania Żołnierza nieznanego.

Szwedzki Zamek Fiński

Suomenlinna to po fińsku Zamek Fiński, a po szwedzku Sveaborg, czyli Zamek Szwedzki. Morską fortecę zaczęli budować w XVIII wieku Szwedzi jako odpowiedź na założenie Petersburga przez Imperium Rosyjskie. Nazwę zmieniono po uzyskaniu niepodległości w 1917 roku. Suomenlinna leży na ośmiu wyspach, które przed zabudowaniem były nagie, całkowicie niezalesione i wietrzne. Dzisiaj to idealne miejsce na sobotnią wycieczkę, romantyczną randkę, a nawet ślub.

Wyprawa na Suomenlinnę to raczej podróż w przeszłość niż wyjście do muzeum. Szczególnie latem wyspy odwiedza wielu turystów, a mimo to można się tutaj poczuć samotnie. Prom z Helsinek zawozi mnie tam z Iiną w piętnaście minut. Znajdujemy się blisko miasta, ale jest cicho i spokojnie. Otulone mchem mury towarzyszą nam niemo przez większość niespiesznego spaceru po wyspie. W najszerszym miejscu tworzą kształt z lotu ptaka przypominający połowę gwiazdki zerwanej z choinki. Skała, z której są wykonane, ociosana jest w grube, nierównomierne bloki. Zielone wyspy połączone są wybrukowanymi drobnym kamieniem mostami.

 

Za drogą i dziewiętnastowiecznymi drewnianymi budynkami rozciągają się długie zielone pola zapraszające na piknik. Krajobraz wydaje się jeszcze bardziej rozległy dzięki wyjątkowo rzadko rozsianym drzewom. Więcej jest tutaj niskich, ciemnozielonych, bezowocowych krzaczków. Nagą wyspę aż do późnego wieczoru doskonale oświetla słońce. W sielankowej atmosferze historia przypomina o sobie widokiem armat, piwnic do przechowywania prochu strzelniczego i stoczni morskiej.

Zielone pola pofałdowane są niczym fale morskie rozbijające się o brzegi wyspy. Wyglądają prawie sztucznie w swojej perfekcyjnej obłości, niczym usypane kurhany. Dołączamy z Iiną do pijących na polach studentów. To tutaj, pośród wojennych murów i dziewiętnastowiecznej architektury, jest najlepsze miejsce na świętowanie zdanych egzaminów. Kiedy siedzimy na kocyku z nowymi przyjaciółmi, słuchamy rapu i pijemy rozgrzane przez popołudnie karhu, Iina zauważa moje zmieszane spojrzenie.

– Oj, ktoś się chyba za dużo napił. – Odwraca się i razem ze mną obserwuje wymiotującego ze szczytu pagórka studenta w fioletowym kombinezonie. Letnie słońce bezlitośnie eksponuje wszystko to, co powinno oblec się mrokiem nocy.

Naszą uwagę odwracają gęsi, które właśnie doczłapały do kocyka i kradną chleb. Dzielimy się z nimi, w zamian oczekując chwili czułości.

– Nie powinno się karmić ptaków chlebem – stwierdza Iina kategorycznie.

Dostała się na studia medyczne w Turku, pochodzi spod Helsinek. Ma rzadkie, typowo fińskie włosy, które farbuje na czarno, i małe stopy, które wyglądają komicznie przy jej wzroście. Nosi ze sobą wszędzie książkę kolorowankę do anatomii.

– To jest podejście Finów do historii – tłumaczy mi Iina. – Obserwować, być w środku, ale bawić się nią. Co mamy tutaj robić, oglądać te armaty? Iść do muzeum? Lepiej zróbmy piknik, poleżmy, poobserwujmy niebo. Oddamy tak lepszy hołd żołnierzom niż w tym muzeum. Oni też by woleli pić karhu, niż składać jakieś hołdy.

Leśni ludzie

Zapach grillowanego łososia nie daje mi spokoju. Wyczuwam w nim delikatnie uwędzone mięso, drewno i żywy ogień. Na kartce przybitej nożem do drewnianej beczki wypisany jest po rosyjsku cennik. Z tego, co rozumiem, poza rybą zjeść tu możemy wieprzowinę i drób. Przebrane w średniowieczne stroje Finki przewracają szaszłyki z warzywami i kurczakiem. Na rożnie, po drugiej stronie stoiska, kręci się ciemnoczerwona, zwęglona świnia owinięta folią aluminiową. Za piętnaście euro można dostać na plastikowym talerzyku odkrojony kawałek z pieczonymi ziemniakami.

Targ Średniowieczny w Turku to coroczna podróż w przeszłość. Nie kupimy tutaj „pamiątek z epoki”, ale własnoręcznie wyrabiane tradycyjnymi technikami wysokiej jakości nowe produkty. Przechodząc obok stoisk w parku w centrum miasta, możemy obserwować przy pracy kowala, garbarza, prządki i stolarzy. Kupimy tu świeżo wystrugany łuk, skóry reniferów, poroża baranów, a nawet harfę. Sprzedawcy ubrani są jak średniowieczni fińscy chłopi i rycerze. Stoiska to tak naprawdę nie stoiska, tylko namioty wyściełane skórami, obozowiska zgromadzone wokół głębokiego kotła z tajemniczą zupą albo magazyny broni niczym w trójwymiarowej grze RPG. Nad nami miesza się dym ze stu różnych kotłów. Ptaki śpiewają z poruszenia, nie do końca rozumiejąc, co sprowadza takie tłumy do ich parku. Parę razy w ciągu dnia odbywa się przedstawienie. Ja i Johan obserwujemy, jak pop w wysokiej, czerwonej czapce przyjeżdża w orszaku i tłumy mieszczan padają na kolana, aby oddać mu cześć. Potem chłopi zapraszają nas na śpiewy i tańce pomiędzy miejskimi zabudowaniami. Stare budynki Turku doskonale tworzą średniowieczną atmosferę. Tańczymy w kółko, klaszczemy, zbliżamy się i oddalamy, rozdzielamy na półkola i wracamy. I bez znajomości fińskiego można się odnaleźć w tej zabawie. Młodsze dzieci w tym czasie kręcą się na karuzeli w wiklinowych koszykach, a starsze biorą udział w konkursie strzelania z procy.

Wielu Finów poważnie traktuje świętowanie czterech dni targu. Ci mniej pomysłowi zaplatają włosy w warkocze i hodują brody. Ci najbardziej kreatywni miesiącami tworzą wyszukane stroje, do których co roku dodają nowe elementy. Finowie uwielbiają przebieranki. Fanów cosplayu przebranych za kotki, postaci z mangi czy Muminki spotkać można nawet na targach książki czy czterodniowym święcie śledzia.

Na targi trafiają także turyści po obowiązkowym zaliczeniu Turun Linna, czyli zamku w Turku. Kupują metalową biżuterię albo drewniane pierścionki z symbolami runicznymi i jedzą zalane czerwonym lukrem jabłka na patyku. Rosjanie przyjeżdżają na większe zakupy. Można ich rozpoznać po drogich dresach i dużych torbach sportowych, w które upychają zwierzęce futra.

Kiedy Johan znajduje dla siebie tradycyjny nóż z drewnianym lakierowanym trzonkiem i pokrowcem z reniferowej skóry, idziemy do pubu. Pub to najciekawsze miejsce na targu. Otoczony ławami zbudowanymi z pieńków, na których rozłożono zwierzęce skóry, gromadzi wyłącznie doświadczonych wędrowców odpoczywających w drodze. Są tutaj prawdziwi wikingowie z brodami zaplecionymi w długie warkoczyki, mający srogie spojrzenia i kochający trunki. Piana wylewa się z glinianych kufli, kiedy uderzają nimi o siebie, krzycząc: „Kippis!”, czyli „na zdrowie”. Niektórzy noszą białe lniane szaty w stylu Jezusa. Inni mają na sobie całą zbroję, łącznie z kolczugą.

Karczmarki udają, że nie zauważają naszych współczesnych ubrań i zwracają się do nas poetyckim dialektem. Nalewają prosto z wielkiego metalowego kotła porcję czegoś, co być może zawiera alkohol, na pewno zawiera jednak smołę. Napoje są drogie i niezbyt smaczne, ale autentyczne i uwarzone z darów fińskich lasów. Atmosfera średniowiecznego pubu i gryzący w oczy dym z kominka ogrzewającego nas w chłodny letni wieczór są za darmo.

Styl i ubiór średniowiecznych wikingów dookoła przypomina mi członków zespołu Korpiklaani. Grupa ta od lat tworzy muzykę, która miesza metal i folk w całkowicie oryginalny, fiński sposób. Melodie często zapożyczają ze skocznej polki, a do ciężkich utworów dołączają wesoły akordeon. Najciekawsze są ich teksty, w których od lat są wierni fińskiej estetyce. Najwięcej śpiewają o naturze, polowaniach, mitologii i o najważniejszym z fińskich zajęć, czyli piciu. Nazwa zespołu to po polsku Leśny Klan. Kiedy dzielę się z Johanem moim spostrzeżeniem, uśmiecha się półgębkiem.

– Bo Korpiklaani nie tworzą nic nowego, tylko czerpią z fińskiej duszy i doprowadzają jej obraz do skrajności. Każdy Fin gdzieś w głębi serca marzy, żeby być takim leśnym człowiekiem. Jeździć na polowania, a potem wygrzewać się w saunie. I pić to coś, cokolwiek my teraz pijemy.

Lato Muminków

– Zanim zająłem się programowaniem zawodowo, siedem lat pomagałem w firmie ojca. Pracowałem parę dni w tygodniu, wieczorami, czasami nocą. Rodzice zrobili mi w swoim domu pracownię z oddzielnym wejściem, żebym mógł przyjść o każdej porze. W firmie robimy zdjęcia domów z lotu ptaka. Drukuje się je potem, oprawia i sprzedaje. W ciągu roku zajmowałem się oprawianiem.

Samo robienie ram było monotonne, ale podobało mi się. Słuchałem muzyki i podcastów historycznych, całkiem relaksujące zajęcie. Tylko mimo wszystko było ciężko, bo jak tu studiować matematykę, uczyć się programowania i jeszcze pracować po nocach? Przed egzaminami właściwie nie spałem.

Latem pracowałem bardziej intensywnie. Jeździłem na Alandy sprzedawać bezpośrednio. Podróż była trudna. Najpierw parę godzin na promie, potem dojazd do hotelu. Wstajesz o świcie, a tego samego dnia musisz zacząć sprzedaż. Przez siedem lat nie miałem wakacji. Jeździłem po wyspach i pukałem do drzwi. Opowiadałem ludziom o zdjęciach, pokazywałem im je, zapraszali mnie na kawę, na obiad. Głównie starsi ludzie, w wieku mojego ojca. Zdjęcia ich domów robiliśmy wcześniej, to nie kosztuje tak dużo, ale cena gotowego produktu zaczyna się od pięciuset albo i tysiąca euro. Dużo? Takie zdjęcie to historia, historia domu i rodziny. To jest bardzo ważne.

Wszyscy są oczywiście bardzo mili na Alandach, ale to było męczące zajęcie, cały czas się uśmiechać, słuchać, stosować różne małe triki. Na przykład mówiłem, że mam długopis, i po chwili wyjmowałem go z kieszeni. To dobry sposób na zdobycie zaufania. Tak jakoś działa ludzki mózg.

Niektórzy opowiadali ciekawe historie, zwłaszcza starsi. Dużo się nauczyłem od nich o życiu. Ale samo jeżdżenie od rana do nocy, w upale, przy tej wilgotności, było wyczerpujące. Pracowałem po dwanaście, po piętnaście godzin. Musiałem sprzedać wystarczająco dużo, żeby zarobić na cały rok i opłacić podróż na Alandy. Sam hotel kosztował pięćdziesiąt euro dziennie. Oczywiście miałem kryzysy, czasami płakałem. Rok temu nie wytrzymałem, wróciłem po miesiącu. Bałem się, że ojciec będzie zawiedziony. Był. Zatrudniał mnie oficjalnie, na umowę, ale płacił mniej niż reszcie pracowników. Powinienem był już wcześniej złożyć podanie o podwyżkę, ale nie chciałem prosić własnego ojca. Zresztą rodzice kupią mi czasem buty czy kurtkę.

Zanim zatrudniłem się u ojca, pracowałem w fabryce. Pracowałem, odkąd tylko to było legalne, czyli od piętnastego roku życia. Tylko w wakacje. Mieszkałem z rodzicami, więc nie miałem wielkich wydatków. To nie było takie złe zajęcie. Powtarzalne czynności, mechaniczna praca przy taśmie, całymi godzinami i dniami. Składałem elektronikę. Nie musiałem wiedzieć nic o tym, co składam, albo jak to działa, wykonywałem pięć ruchów i tyle. Faceci, z którymi pracowałem, byli już głusi od niskich dźwięków. A ja po wakacjach czułem, że ręce mi się automatycznie układają do tej maszyny.

Jeszcze zanim zacząłem pracować w fabryce, wykonywałem drobne manualne prace w mökki ojca. Za parę euro. Pod koniec kwietnia zaczynają się przygotowania do lata. Trzeba podłączyć wodę, ogrzać budynki, sprawdzić wychodki. Ja pomagałem w heblowaniu desek, bo ojciec zawsze coś budował. Na przykład tę saunę i ten domek dwupiętrowy. Sam też zbudowałem komórkę na narzędzia. To miał być mój domek, wyszła komórka. Ale zrobiłem też rampę do jazdy na desce, z tego jestem dumny! Rozbudowywałem ją w każde wakacje, pewnie ze trzy lata. Do dzisiaj tam stoi.

Najlepszą pracę miałem, kiedy byłem zupełnie mały. W wakacje, gdy ojciec pracował i byliśmy w mieście, mama zabierała nas do parku na puszki. Siedziała na kocu albo rozmawiała z koleżankami, a ja z bratem biegaliśmy z wielkimi torbami na śmieci. W Finlandii jest z tego niezła kasa, dwadzieścia pięć centów za puszkę i pięćdziesiąt za większą butelkę po coli. Najlepsze były wieczory i święta. Puszki leżały wszędzie. Ścigaliśmy się, kto nazbiera więcej. Ja oczywiście wygrywałem, bo jestem starszy. Może dzięki tym dziecięcym łowom dzisiaj lubię biegać. Nigdy nie wyrzucam puszek, nawet jakbym musiał nosić je cały dzień w plecaku. Zawsze w bagażniku mam torbę. Wieczorem, jeżeli nikt za mną nie jedzie, czasami się zatrzymuję, wyskakuję z samochodu i zabieram jakąś leżącą przy drodze.

Lubię oszczędzać. Bez celu, po prostu kocham mieć pieniądze. Mógłbym pracować od rana do wieczora, w weekendy, aż do zawału, aż wpadnę w depresję, aż będę chciał się zabić. Byle mieć więcej pieniędzy. Po co? Po prostu. Nie po to, żeby zbierać na dom czy na wyjazd. Po nic. Pracować, żeby pracować. Innego sensu życia nie widzę.

Nigdy nic nie wyrzucę. Nawet brudne ścierki upiorę i będę ich używać. Przyciski w mikrofalówce muszę naciskać po trzy razy, ale jej nie wyrzucę. Nie wyrzucę nic tylko dlatego, że jest brzydkie, stare i zniszczone. Nawet koszulki. Marki nie mają dla mnie znaczenia, ubrania mogę kupować w Lidlu. Widzisz te buty? Wyglądają na drogie, skórzane, a kupiłem je w Stockmannie[4]. Musiałem, w poprzednich zrobiły się dziury.

Trzy lata temu zacząłem grać na giełdzie. Kupiłem akcje paru firm, między innymi H&M, wydałem może ze dwieście euro. Dobrze na nich zarabiałem, ale nie mam już czasu, do tego trzeba bardzo dużo czytać, wiedzieć, co się dzieje w świecie ekonomii, kto co poleca. I patrzenie na cyferki było zbyt uzależniające. Ale się nie poddaję, w internecie są pieniądze. Gram w pokera, wygrałem już sto euro na czysto. I inwestuję w kryptowalutę dogecoin. To taki bitcoin, tylko z pieskiem Doge. Dlaczego akurat w tę? No zobacz, jaki Doge jest słodki!

 

W świeckiej Finlandii religią jest praca. Pracę trzeba znaleźć wcześnie, jak Nicklas, chodzić do niej punktualnie i nie narzekać, tylko piąć się powoli po drabinie awansu. W oczekiwaniu na tę dobrą, w wielkiej firmie, bez wstydu można zatrudnić się w kiosku czy na straganie z owocami. Liczy się to, żeby coś robić i aktywnie uczestniczyć w życiu społeczności. Żeby się przydawać. Ten, kto jest bezrobotny, a nie ma ku temu większych powodów, traktowany jest z podejrzliwością.