Boży Coaching

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Projekt okładki i stron tytułowych

Fahrenheit 451

Zdjęcia na okładce

front: © Kevin Carden/fotolia.com, © Alicja Marchewicz

Zdjęcie autorki na okładce

(tył) © Wojciech Piotrowski

Ilustracje

Jan Tatura

Redakcja i korekta

Agnieszka Muzyk

Skład i łamanie

TEKST Projekt

Dyrektor projektów wydawniczych

Maciej Marchewicz

ISBN 978-83-8079-459-7

Copyright © Małgorzata Kornacka

Copyright © for Fronda PL Sp. z o.o., Warszawa 2019

Wydawca

Fronda PL, Sp. z o.o.

ul. Łopuszańska 32

02-220 Warszawa

Tel. 22 836 54 44, 22 877 37 35

Faks 22 877 37 34

e-mail: kontakt@wydawnictwofronda.pl

Konwersja

Epubeum

www.wydawnictwofronda.pl

www.facebook.com/FrondaWydawnictwo

www.twitter.com/Wyd_Fronda

nawigacja po książce

Nawigacja po książce

Na zachętę

Mam napisać książkę…

Góra lodowa i źródło naszych problemów

Program w naszej głowie

Pułapki

Potęga poczucia własnej wartości – kim jestem, co znaczę

Kilka słów o emocjach

Od lęku do wolności

Gniew – efekt uboczny naszej wszechwiedzy

O zmianach i przebaczeniu

O smutku i depresji

Sztuka motywowania

O asertywności i o tym, dlaczego unikamy psychologów

Kogo chcę słuchać?

A co, jeśli myśli automatyczne zastąpimy boskim punktem widzenia…

Dlaczego mi się opłaca?

Twoja metanoja

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

na zachętę

Podobno pierwsze próby coachingu podejmowali polscy ułani, którzy nachylając się nad krzewem Rosmarinus officinalis nakłaniali go śpiewem: „O mój rozmarynie rozwijaj się”.

Dziś to modne słowo w niektórych środowiskach wzbudza prawdziwy popłoch. Czy słusznie?

Nie – odpowiada Małgorzata Kornacka, która strona po stronie ukazuje, w jaki sposób prowadzić zajęcia rozwoju osobistego w sposób głęboko zakorzeniony w Biblii.

Książkę znakomicie się czyta. Może dlatego że Autorka lubi słuchać? „Potrafię godzinami rozmawiać z innymi, uczyć się z ich opowieści, zadawać pytania, z zaciekawieniem patrzeć w oczy, odkrywać czyjś potencjał” – opowiada. Przejęła się słowami piosenki Stinga „If You love somebody set them free”: „Jeśli kogoś kochasz, uwolnij go”.

Boży coaching to opowieść, o tym, czego nie widać. O naszych emocjonalnych „górach i dolinach”. O potężnej ukrytej pod wodą górze lodowej, z której na powierzchni wystaje jedynie biały wierzchołek. Autorka nie boi się nurkowania głębinowego i odkrywania tego co wstydliwe, zakryte, schowane przed ludźmi.

Marcin Jakimowicz, dziennikarz

Książka Boży coaching to świetne lekarstwo dla zagubionych, poszukujących, ale także tych, którzy już się odnaleźli. Ci ostatni utwierdzą się w słuszności swojej drogi, a ci pierwsi i drudzy muszą na Prawdę dopiero się otworzyć. Jeśli to zrobią znajdą spokój, miłość, szczęście i wolność. A prawda jest taka, że Bóg nas kocha, takimi, jakimi jesteśmy, ale też daje nam siłę do zmiany, do uzdatniania samego siebie do miłości. Małgorzata Kornacka napisała wspaniałą, bliską memu sercu książkę, bo dostała niezwykły dar. Bożą instrukcję obsługi człowieka. I korzysta z niej bez oporu. Uważajcie, bo jeszcze i Was, z Bożą Pomocą, uzdrowi!

Dorota Łosiewicz, publicystka „Sieci”, WPolsce TV

Nie jest to katolicki savoir vivre ani też psychologiczny gniot coachingowy. Nie jest też typowym poradnikiem z gatunku „jak przetrwać wśród ludzi i nie zwariować”. Jest to podręcznik poznania samego siebie jako jednej z dróg dotarcia do Prawdy. Pierwsi chrześcijanie lubili się zachęcać: gnothi seautón – poznaj samego siebie, i zaraz dodawali – a w ten sposób poznasz Chrystusa.

Autorka dzięki rzetelnej wiedzy i bogatemu doświadczeniu pomagania innym zna się na ludziach. A to najlepsza rekomendacja dla książki. Proponuje czytelnikowi podróż w głąb siebie z paschalną nadzieją natrafienia na światło Chrystusa wśród mroków egzystencji. A nadziei potrzebuje wiele kwestii stawianych w książce: jak radzić sobie z cieniem własnej przeszłości, jak przepracować dawne bolesne relacje z innymi, jak „chwycić za rogi” byka nadmiernych emocji, gniewu, depresji, jak zgłębić anatomię przebaczenia, jak wziąć w życiu azymut na dobro… Prawdziwa egzystencjalna silva rerum. Na szczęście autorka ma świadomość, że bez wiary w Boga wszystkie ludzkie odpowiedzi mają za krótkie ręce. Nie sięgną istoty sprawy.

ks. dr Robert Skrzypczak


MAM NAPISAĆ KSIĄŻKĘ…

Zacznijmy od szczerego wyznania: długi czas w moim życiu nie lubiłam czytać. Czytanie bardzo mnie męczyło – pewnie z powodu nierozpoznanej dysleksji.

Miałam w sobie wielką ciekawość świata – chciałam się jak najwięcej dowiedzieć. Dlatego umiejętność czytania opanowałam w wieku 5 lat – dobrze pamiętam, jak z dumą podpisywałam się na karcie bibliotecznej, przekręcając litery w moim imieniu (MAŁGOZRATA). Jednak szybko okazało się, że czytanie małych literek było dla mnie czymś bardzo nudnym i żmudnym. Wrodzona potrzeba dostępu do informacji skazała mnie więc na odbywanie częstych rozmów z ludźmi. Zrozumiałam, że spotkanie z drugim człowiekiem jest niezwykłym źródłem wiedzy, inspiracji i radości (a to tak nieoczywiste w dzisiejszych czasach). Choć doświadczyłam nie tylko przyjemnych odczuć podczas spotkań z ludźmi, mimo to zdecydowanie wybierałam bezpośrednie rozmowy zamiast czytania książek. Minęło wiele lat i obecnie nie mogę się nadziwić, jak chętnie sięgam po książkę, a jeszcze bardziej dziwi mnie fakt, że dałam się namówić na jej napisanie…

Lubię… myśleć, lubię, kiedy mam poczucie, że „mam czas” i nic mnie nie goni, lubię leżeć i patrzeć w niebo, śledzić wzrokiem wciąż zmieniające się obrazy z chmur.

Lubię słuchać… Potrafię godzinami rozmawiać z innymi, uczyć się z ich opowieści, zadawać pytania, z zaciekawieniem patrzeć w oczy, odkrywać czyjś potencjał.

Lubię mówić do ludzi, występować przed nimi, inspirować, śpiewać…

I bardzo, bardzo lubię się śmiać – głośno i z całego serca!

Na początku każdego warsztatu lub szkolenia, które prowadzę, proponuję uczestnikom, żeby przenieśli się do jakiejś bajki. Proszę o wyobrażenie sobie alternatywnej rzeczywistości. Często powtarzam, że to wyjątkowa okazja móc zagrać rolę ulubionego bohatera. Przez wiele lat za każdym razem przychodziła mi wtedy do głowy postać mojej imienniczki Małgosi z „Jasia i Małgosi”. Bynajmniej nie dlatego, że została porzucona w lesie przez rodziców. Małgosia wykazała się sprytem, zimną krwią, pokonała Babę Jagę i uratowała Jasia. Ażeby to zrobić, dosłownie „udała głupią”, zadając czarownicy pytanie, jak się siada na łopacie… i tu jest właśnie to podobieństwo. Bardzo często zadaję ludziom oczywiste pytania, które w konsekwencji prowadzą do tego, że „Baby Jagi” z ich myśli giną w płomieniach PRAWDY!!!

A ludzie doświadczają pokoju, radości, wolności…

Sprawia mi to niemałą satysfakcję.

 

Ale nie zawsze tak było. Jestem absolwentką psychologii. Wielu ludzi kończy psychologię i nie ma z tym problemu. Ja jednak miałam, ponieważ jestem wierzącym psychologiem. Przez długi czas czułam się niezrozumiana w moim środowisku zawodowym – jasno opowiadałam się za pewnymi wartościami. Jakby tego było mało, z uwagi na zawód, który wykonuję, doświadczyłam wielu nieprzyjemności ze strony ludzi wierzących. W każdym z tych środowisk czułam się jak glonojad. Nie wiem, czy kiedykolwiek widzieliście glonojada? Ja miałam kiedyś akwarium: wszystkie ryby pięknie i z wdziękiem pływają a on w poprzek, przyklejony do ściany zlizuje szlam. Ani nie wygląda (gdyby się przyśnił w nocy, to niejednego mógłby nieźle przestraszyć), ani nie porusza się zachęcająco. Lecz choć ciągle sam i jakby niezrozumiany, to przecież on czyści obraz i te wszystkie piękne rybki mogą być zauważone …

Kiedy byłam na studiach, poznałam niezwykłą osobę – dystyngowaną starszą panią. Była historykiem sztuki i… traciła wzrok. Sposób, w jaki znosiła swoje cierpienie, wzbudził mój podziw. Pamiętam, że jak tylko się poznałyśmy, ona mówiąc o swojej chorobie dodała – „wiesz Małgosiu, ilekroć spotkało mnie w życiu coś trudnego, to Pan Bóg zawsze chciał mi przez to dać coś dobrego i tak teraz zastanawiam się, co dobrego On przygotował, skoro tracę wzrok…”.

Wiele się od niej nauczyłam. Kiedy czułam się taka niezrozumiana i inna jako glonojad-psycholog, zaczęłam się zastanawiać, co Pan Bóg chce mi przez to dać. Wiedziałam, że nie wybrałam moich studiów przez przypadek (choć podobno przypadek, to świeckie imię Ducha Świętego) i że chcę znaleźć sens tego, co obecnie przeżywam. Zaczęłam szukać odpowiedzi: gdzie i jak przebiega granica między cudownymi interwencjami „nie z tej ziemi” a zwykłymi procesami myślenia i działania. „Praw fizyki pan nie zmienisz… nie bądź pan głąb” – fakt, że spadam na ziemię wynika z prawa grawitacji, a nie nadprzyrodzonej interwencji. I choć wierzę, że autorem tego prawa jest Bóg, to przecież cudem byłoby według mnie samoistne wznoszenie się, a nie spadanie.

Psychologia jako nauka stara się opisać pewne prawa, zrozumieć człowieka, pomóc mu znaleźć jego własne odpowiedzi na nurtujące pytania. Ja natomiast wykorzystując wszystko, czego do tej pory nauczyłam się w mojej praktyce zawodowej, postanowiłam uzupełnić zdobytą wiedzę „biblijnym punktem widzenia”. Wyszłam z założenia, że producent jakiegoś urządzenia dołączając do niego instrukcję obsługi, wyposaża nas w odpowiednią wiedzę, w celu optymalizacji pracy tego urządzenia. A skoro uważam, że człowiek jest Bożym dziełem, postanowiłam wykorzystać Jego instrukcję obsługi podczas „naprawy”.

Zapraszam Cię do podróży, która może zamienić się w metanoję.

Moim wielkim pragnieniem jest, abyś w wyniku tej podróży przybliżył się do PRAWDY.

GÓRA LODOWA I ŹRÓDŁO NASZYCH PROBLEMÓW

Ukryte i jawne. Myśli automatyczne – prawdziwa przyczyna tego,

co czujesz, co robisz i co się dzieje z twoim ciałem.

Fakty i interpretacje, czyli wielkie znaczenie „znaczenia”,

jakie nadajesz sytuacji. Potencjalne problemy dyslektyków.

W trakcie terapii dzielę się zadaniami z moimi klientami: ja jestem specjalistą od opisywania mechanizmów i praw, które rządzą naszą psychiką, a moi klienci są specjalistami od swoich problemów. Część mojej pracy polega zatem na tym, aby jak najrzetelniej przekazać klientowi wiedzę niezbędną do rozwiązania problemu.

Posługuję się wtedy metaforą góry lodowej.

Upraszczając: właśnie do góry lodowej można porównać naszą psychikę. Płynąc statkiem, widzimy tylko tę część, która wystaje z wody – ta część jest jawna, czyli dostępna naszej świadomości. Mieszczą się w niej nasze emocje (czyli to, co czujemy, np. gniew, lęk, radość) oraz nasze zachowania (czyli to, co robimy, np. nerwowo chodzimy po pokoju albo uśmiechamy się).

Reszta jest ukryta – nieświadoma…

To, co ukryte, jest jednak zróżnicowane pod względem poziomu głębokości.

Na pierwszym poziomie, czyli tuż pod powierzchnią wody, znajdują się nasze myśli. Nikt z nas nie posiada na czole ekranu, który by je wyświetlał – co więcej, wiele z tych myśli nie jest dostępnych naszej świadomości. I tu zaczyna się zabawa. One mogą w każdej chwili stać się nam dostępne, podobnie jak w każdej chwili możemy zdać sobie sprawę z tego, że oddychamy. Robimy to zazwyczaj nieświadomie, ale przecież mamy zdolność, aby to sobie uświadomić. Te właśnie myśli, nazywane automatycznymi (bo powstają automatycznie, bez udziału naszej woli czy świadomości) są kluczowe w pracy nad sobą, ponieważ to one powodują, że pojawiają się w nas emocje.

Co więcej – myśli automatyczne wpływają nie tylko na nasze emocje – czyli na to, jak się czuję, ale również na to, jak się zachowuję i na reakcje fizjologiczne, które zachodzą w moim organizmie.

Myśl „pewnie stało się im coś złego” może spowodować zmiany w zakresie mojego zachowania: przestanę się uśmiechać, zacznę nerwowo chodzić po pokoju, dzwonić po szpitalach, podniesionym głosem rozmawiać z innymi. Na poziomie reakcji fizjologicznych ta myśl może spowodować, że zacznę płakać, szybko i płytko oddychać, zaczną mi się pocić lub drżeć ręce lub boleć mnie brzuch i głowa. Oczywiście nie wszystko naraz, ale po jakimś czasie, kiedy jedna myśl nakręci drugą, mogę jak bohaterka filmu „Amelia”, zacząć snuć wizję, że porwali nas Talibowie…


Wyobraźmy sobie sytuację, w której trzy osoby wybrały się na wycieczkę: Ola, Wandzia i Jurek. Nagle te trzy osoby spotykają w lesie (bo wycieczka prowadziła do lasu) dużego białego psa. Jak wytłumaczysz fakt, że na widok tego psa Ola poczuła lęk i zaczęła uciekać, Jurek poczuł wstręt i wykrzywił twarz, a Wandzia radość i podbiegła do psa?

To nie sytuacja wywołuje w nas emocje, ale ZNACZENIE, JAKIE JEJ NADAJEMY.

Jeszcze raz: TO NIE SYTUACJA WYWOŁUJE EMOCJE, ALE ZNACZENIE, JAKIE JEJ NADAJEMY. Przypomnijmy sobie panią Romę – traciła wzrok i spokojnie zastanawiała się, co dobrego może ją spotkać w tej sytuacji.

Czy możliwe są jakieś alternatywne zachowania w tej sytuacji?

W jaki sposób ty podchodzisz do trudności, które cię spotykają?

Do choroby, problemów z pracą, z relacjami, z dziećmi, z pieniędzmi…

Wracając zatem do naszej trójki bohaterów – Ola poczuła lęk, bo POMYŚLAŁA SOBIE: „pewnie zaraz mnie ugryzie”, Jurek poczuł wstręt, bo POMYŚLAŁ SOBIE: „jego futro musi strasznie cuchnąć”, a nasza Wandzia POMYŚLAŁA SOBIE: „jaki piękny pies, chętnie się z nim pobawię”…

Jedna sytuacja – trzy znaczenia i trzy różne reakcje.

Inny przykład: wyobraź sobie, że czekasz na gości, którzy się spóźniają, wszystko już przygotowane, stół nakryty, stygną potrawy… Co czujesz? Co sobie myślisz? I znów Twoje emocje mogą być bardzo różne w zależności od tego, co sobie pomyślałeś. Jeśli przyjdzie ci do głowy: „lekceważą mnie, mają w nosie to, że się staram” – poczujesz gniew. Myśl: „żeby tylko nic im się nie stało, może mieli wypadek” spowoduje, że zaczniesz odczuwać lęk. A może pomyślisz: „no dobra, przecież oni często nie radzą sobie z czasem, mam chwilę dla siebie, mogę jeszcze się zrelaksować” i wtedy będziesz odczuwać spokój.

Dlaczego tak trudno jest przewidzieć reakcje innych ludzi w konkretnych sytuacjach? Co człowiek, to inna interpretacja, inne znaczenie… Ile razy pełni dobrych intencji podejmujemy działania lub wypowiadamy jakieś słowa, a konsekwencje są po prostu opłakane? Za każdym razem bezpośrednim źródłem czyjejś reakcji nie są nasze intencje tylko jest nim znaczenie, jakie ktoś nadaje sytuacji.

Kluczem jest rozróżnienie dwóch elementów – faktów i ich interpretacji. Faktem jest, że widzę psa, faktem jest, że goście się spóźniają – cała reszta to różne warianty interpretacji, która pojawia się w naszej głowie automatycznie i niemal równocześnie z zauważeniem jakiegoś faktu. Problem polega na tym, że my często nie zdajemy sobie z tego sprawy i mylimy jedno z drugim: to, że widzę psa, nie musi przecież oznaczać, że mnie ugryzie. To, że goście się spóźniają, nie jest równoznaczne z tym, że mnie lekceważą, albo że mieli wypadek.

Często zdarza się, że kiedy zadaję pytanie o przyczynę smutku czy lęku, nie otrzymuję odpowiedzi:

– Czego się boisz? Co jest powodem Twojego smutku?

– Nie wiem.

Dzieje się tak dlatego, że myśl, która wywołuje konkretną emocję jest właśnie „pod wodą”. W zanurzonej części naszej góry lodowej. Żeby ją znaleźć, potrzebujemy wykonać pewien wysiłek – zanurkować lub po prostu odrobinę zanurzyć się. Nie potrzebujemy do tego stroju płetwonurka tylko pewnych umiejętności: zatrzymania się i uważnego zastanowienia się nad tym, co ja takiego myślę? Co mi przeszło przez głowę? Czego się obawiam? Czym się martwię?

Znalezienie odpowiedzi na to pytanie to pierwszy krok prowadzący do zmiany.


OBRAZY I SŁOWA

Szczególną trudność mogą mieć osoby, które myślą obrazami a nie słowami. Upraszczając – ci bardziej kreatywni. Jak wiadomo obraz zawiera o wiele więcej informacji niż słowo i wyartykułowanie tego, co się widzi, zabiera dużo więcej czasu – można rzec, że człowiek nie nadąża za własnymi myślami – jedna goni drugą i czasem odnaleźć tę pierwszą, która wprawiła nas w zły nastrój, to nie lada sztuka. Doświadczenie pokazuje, że nie warto się zrażać. Dobrze jest, jeśli masz świadomość, że myślisz obrazami, przyjąć do wiadomości fakt, że możesz potrzebować włożenia w proces wyłapywania myśli trochę więcej wysiłku niż ktoś, kto myśli w inny sposób. I tyle.

(Więcej ciekawych informacji o tych i innych trudnościach osób, które myślą obrazami, znajduje się w książce Ronalda Davisa „Dar dysleksji”).

Może na początek będziesz potrzebować więcej czasu, głębszego zastanowienia, ale jeśli jesteś człowiekiem (a ufam, że nim jesteś), to z całą pewnością masz psychikę podobną do góry lodowej. W twojej głowie pojawiają się myśli automatyczne i to one wpływają na to, jak się czujesz, jak się zachowujesz w danej sytuacji i na to, jak reaguje twoje ciało (reakcje fizjologiczne).

Przypomina mi się opowieść o tym, jak na rynku w Krakowie zdyszany młodzieniec z futerałem na skrzypce pyta przechodnia: „Bardzo przepraszam, jak trafić do filharmonii?”. Na to pada odpowiedź: „Młody człowieku, trzeba ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć!”.

Jeśli masz trudność w określeniu swoich myśli automatycznych, to nie zrażaj się: po prostu trzeba ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć!

Reasumując:

To nie sytuacja tylko znaczenie, jakie jej nadaję jest źródłem moich problemów.

Na nasze zachowanie (czyli na to, co robię), uczucia (czyli na to, co czuję), reakcje fizjologiczne (czyli co się dzieje z moim ciałem) wpływają myśli automatyczne.

Dzieje się to bez udziału mojej świadomości i woli.

Pierwszy krok do zmiany polega na tym, żeby zamiast poddać się swoim nastrojom i reakcjom, zdać sobie sprawę z tego, co mnie tak naprawdę gnębi w mojej głębi. Pomoże mi w tym zatrzymanie się i poszukanie odpowiedzi na pytanie: co dzieje się w mojej głowie?


PROGRAM W NASZEJ GŁOWIE

Skąd się właściwie biorą myśli automatyczne? Dlaczego nie doceniamy swoich sukcesów i chronicznie skupiamy się na porażkach? Dlaczego tak niechętnie zmieniamy nasze przekonania? Dlaczego tylko wydaje nam się, że jesteśmy logiczni? Czym jest dysonans poznawczy?

No tak, ale od czego zależy to, jaka myśl automatyczna pojawia się w naszej głowie? Skoro dzieje się to bez udziału mojej woli i świadomości, to skąd ona się bierze?

Tym razem zapraszam do łodzi podwodnej – potrzeba, abyśmy naszej górze lodowej przyjrzeli się z bliska. Głęboko pod wodą znajdują się myśli, które ja nazywam naszym indywidualnym programem. Ten program nabywamy w dzieciństwie lub pod wpływem jakiejś traumy. Tworzą go przekonania o sobie samym, o innych ludziach i o świecie. Na przykład najmłodsze dziecko z rodzeństwa, które najwolniej biega i najsłabiej się bije, może przyjąć przekonanie o sobie: „jestem gorszy, inni są lepsi”. Oczywiście nie dzieje się to świadomie, czyli ono nie siada na kanapie, nie drapie się w głowę i nie myśli: „skoro najwolniej biegam, to od dzisiaj już zawsze będę o sobie myślał, że jestem gorszy od innych”. Przebiega to bez udziału naszych świadomych decyzji. Jednak jest bardzo ważnym procesem, bo od tego, jakie mam przekonania, czyli jaki mam program w głowie, zależy to, jakie będą moje myśli automatyczne i w jaki sposób będę funkcjonował w życiu.

 

Jeżeli chcemy w telewizji zobaczyć jakiś film, to najpierw sprawdzamy w programie, o której będzie emisja. To, co jest w programie, znajduje się też w emisji (przynajmniej zazwyczaj tak jest).

Podobnie z naszym indywidualnym programem – co zawiera nasz program – to znajdzie się w naszym życiu.

Osoba, która w głębi serca uważa, że jest gorsza, do niczego, że nic jej się nie należy, będzie realizowała ten program w swoim życiu. W jaki sposób? Pomogą jej w tym myśli automatyczne, spójne z programem, które będą pojawiały się w głowie przy każdej możliwej okazji.

Kiedy odniesie jakiś sukces: np. zda egzamin na prawo jazdy lub skończy studia lub podejmie pracę albo naprawi samochód lub upiecze pyszny sernik, nie pomyśli o tym: „ale super, cieszę się, bo naprawdę fajnie mi to wyszło, mogę być z siebie zadowolona…”.

Oj, nie pomyśli.


Ale za to z całą pewnością będzie starała się umniejszać znaczenie tego, co zrobiła: „w sumie to nic wielkiego, po prostu mi się udało, miałam szczęście, trafiło się ślepej kurze ziarno, można było to zrobić już dawno temu, to przecież mój obowiązek, zawsze można to zrobić lepiej…”.

Najlepszy tekst w tej kategorii, który usłyszałam w moim gabinecie, brzmiał: „każdy idiota może skończyć medycynę”.

Myśl automatyczna wynika zatem z programu, który posiadam w mojej głowie.

Dlaczego jednak, jeśli mamy w głowie negatywny obraz siebie, a po drugiej stronie fakty, które świadczą o jakimś sukcesie, to i tak umniejszamy ich wartość, bądź pomijamy je? Dlaczego ulegamy tym myślom?

Dlatego, że mamy taką potrzebę, aby być logiczni, spójni. Skoro twierdzę, że jestem beznadziejna i głęboko w to wierzę, to przecież nie mogę równocześnie odnosić sukcesów – bo to się nie zgadza. No więc, jak mi coś wyjdzie, to będę to deprecjonować, żeby utrzymać spójny obraz siebie. A co zrobię, kiedy mi coś nie wyjdzie? Właśnie na tym skupię się najbardziej – no bo jakby nie było, to przecież kolejny dowód na to, jaka „naprawdę jestem”. A jeśli będę koncentrować się na swoich porażkach i pomijać swoje sukcesy, to jak będę widzieć siebie? No właśnie konsekwentnie będę gromadzić dowody na to jaka / jaki jestem beznadziejna lub beznadziejny i utwierdzać się w tym przekonaniu.

Nie jest możliwe, aby rozwinąć skrzydła i optymalnie wykorzystać swój potencjał, mając w głowie negatywny obraz siebie. Aby być w zgodzie z tym obrazem, nie tylko będziemy umniejszać znaczenie naszych sukcesów – przede wszystkim w ogóle ich tak nie nazwiemy. Dużą trudność sprawi nam ich dostrzeżenie, ale za to z niewiarygodną łatwością wymienimy całą plejadę naszych porażek. Będziemy mieć tendencję do pomijania sprzyjających okoliczności, do niewykorzystywania nadarzających się okazji, do niepodejmowania wyzwań. Po co, skoro i tak nic mi nie wyjdzie, zakończy się porażką, tylko się ośmieszę, a nawet jeśli podejmiemy się czegoś, to i tak nasze nastawienie skaże nas na porażkę.

Przypomina mi się opowieść o zajączku, który postanowił pożyczyć sekatorek od wiewiórki. Miał pewne wątpliwości, czy mu się to uda, ale potrzeba była silniejsza, więc podjął wyzwanie. W drodze do sąsiadki cały czas powtarzał sobie, że to bez sensu, że ona na pewno mu nic nie pożyczy, że ostatnio krzywym okiem patrzyła na jelenia, wytargała za ucho borsuka, nakrzyczała na srokę…, na pewno nie pożyczy. Dotarł do jej drzwi. Puka. Otwiera mu uśmiechnięta wiewiórka, a zajączek na to: „Wiesz co, wypchaj się tym sekatorkiem!!!”.

Zrobił wszystko, żeby pomimo podjętego trudu ponieść porażkę – ale za to MIAŁ RACJĘ – był spójny ze swoim programem.

Dlaczego tak niechętnie zmieniamy nasz program?

Jeśli jakieś informacje przeczą sobie nawzajem, potrzebujemy podjąć decyzję, którą wersję rzeczywistości wybieramy. Sprzeczne z programem informacje wywołują u nas tak zwany dysonans poznawczy. To bardzo nieprzyjemny stan napięcia emocjonalnego.

Dlatego uruchamiamy proces redukcji dysonansu. Czyli podważamy znaczenie dowodu sprzecznego z naszym programem albo dużo rzadziej: zmieniamy nasz program.

Zmiana programu wymaga przejścia przez ten stan napięcia. A my nie chcemy się w niego wprowadzać, bo to jest bardzo nieprzyjemne, bo możemy odczuwać dyskomfort i równocześnie nie mieć świadomości tego, co się z nami dzieje, możemy nie wiedzieć, jak konstruktywnie z niego wyjść. Wolimy dostosowywać fakty do naszych przekonań, a nie przekonania do faktów.

W taki oto sposób nasz program wpływa na nasze życie. Patrzymy na siebie, innych, świat przez jego pryzmat, jak przez jakieś zniekształcające okulary. Wydaje się nam, że jesteśmy logiczni. I z całą pewnością mamy rację: tak nam się tylko wydaje!

No dobrze, czy w związku z tym jest dla mnie jakaś nadzieja? Czy naprawdę ten program mogę zmienić? W jaki sposób mogę dowiedzieć się, co on zawiera?