Robert i Róża

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Robert i Róża
Robert i Róża
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 53,90  43,12 
Robert i Róża
Robert i Róża
Audiobook
Czyta Klaudia Kulejewska
24 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Copyright © Małgorzata Klunder

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Monika Orłowska

Projekt okładki

Miokołaj Piotrowicz

Skład i łamanie

Maciej Martin

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2020

eISBN 978-83-66481-19-0

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań

tel./faks 61 868 25 37

replika@replika.eu

Pamięci Pani Marii Pruszkowskiej,

autorki Przyślę Panu list i klucz,

z zapewnieniem,

że to życie, a nie literatura, jest

największym w świecie plagiatem.



Rozdział I

Tata

To nieprawda, że róża pod innym imieniem także by pachniała. W przypadku taty wszystko zaczęło się od nazwiska.

Tata nazywa się Niziołek, Robert Niziołek. Imię jak imię, niezłe, ale nazwisko przesądziło o jego całym życiu.

Tak się bowiem złożyło, że kiedy mały Robuś miał ze trzy latka, babci Niziołkowej wpadło w ręce świeżutkie tłumaczenie Władcy Pierścieni. Siedziała sobie zatem w cieple domowych pieleszy, jak porządnemu Niziołkowi wypadało, i czytała ze smakiem bodajże Powrót króla – tego już ani babcia, ani tym bardziej tata nie pamiętają.

– Co robisz? – zainteresował się Robuś, porzucając budowę wieży z klocków.

– Czytam książkę – krótko i zwięźle powiedziała babcia, będąc w tym momencie duchem na Gorgoroth, a nie na Poznańskiej 38.

– A o czym ta książka? – uparcie dopytywał się potomek.

– O dwóch dzielnych hobbitach – odpowiedziała niezbyt ściśle babcia, mając wielką ochotę spławić Robusia, ale nie pozwoliło jej na to nieczyste sumienie, że ona tu sobie, prawda, czyta jakieś bzdury, zamiast opiekować się dzieckiem i pilnować, żeby klocków do buzi nie wpychało, szczególnie tych, które uprzednio wylizał pies Bari. Nie przewidziała, biedaczka, co zaraz nastąpi.

– A co to jest hobbitach? – skrupulatnie powtórzył Robuś.

Nauczycielskie nawyki nie pozwoliły babci tak tego zostawić.

– Kim są hobbici – poprawiła mechanicznie, nie odrywając oczu od kartki.

– A kim są hobbici? – grzecznie powtórzył mały tata.

Chyba już wiecie, do czego nieuchronnie zmierzał ten dialog.

– Hobbici to tacy mali ludzie. Niziołki – odpowiedziała babcia i w tym momencie zorientowała się, że otworzyła puszkę Pandory.

– Czytasz o nas?! – zachłysnął się Robuś. – Opowiedz!

No i babcia musiała zacząć opowiadać. Opowieści rozłożyły się na wiele, wiele wieczorów, a mały tata po raz dziesiąty i dwudziesty potrafił zamawiać sobie:

– A opowiedz o tym, jak Samwise Mężny walczył z wielkim pająkiem! – Po czym z kwikiem zakrywał się z głową pierzynką. Albo:

– A opowiedz jak Frodo czołgał się pod górę i nie mieli co pić, i nie mieli co jeść, i byli strasznie zmęczeni!

Babcia opowiadała. Chyba trochę cenzurowała, a trochę konfabulowała, bo tata wspominał, że kiedy wreszcie po raz pierwszy samodzielnie brnął przez Wyprawę, bo tak zatytułowana była w tamtych czasach Drużyna Pierścienia, prawdziwym szokiem było dla niego, że Boromir jest taki zły.

Do legend rodzinnych przeszło, że Robercik umiał czytać, mając zaledwie sześć lat. W tak młodym wieku mimo wszystko nie był to Władca, dziadkowie zapewne podsuwali mu coś z repertuaru Poczytaj mi mamo. Cha, cha, poczytaj mi mamo! Babcia była doskonałym, doświadczonym pedagogiem: tak zmanipulowała Robusia, że ten uznał samodzielne czytanie za dumę, honor i oznakę dorosłości. A babcia mogła spokojnie oddawać się własnej namiętności, jaką były krwiste kryminały z jamnikiem i kluczykiem.

Tata, indagowany przez nas o swoje najwcześniejsze lektury, odpowiadał na odczepnego, że nie pamięta. No pewnie, że nie pamięta. Władca rzucił mu się na mózg tak skutecznie, że na zawsze ukształtował jego prywatną gradację literatury: najpierw Tolkien, potem długo, długo nic, potem Sienkiewicz, a potem cała reszta. I tak zresztą Robert czytał na okrągło co się dało, a robił to całym ciałem, całą duszą i całym sercem. W odróżnieniu od taty babcia pamiętała doskonale, jak znalazła skulonego w szafie potomka, który trzymając w trzęsącej się ręce latarkę, czytał potworny kryminał Śmierć i Kowalski. Sama po latach wyciągnęłam to babci z półki i byłam tą staroświecką ramotą wstrząśnięta – jacyś zboczeńcy zwabiali swoje ofiary do garażu, truli, a ciała betonowali w kanale. Makabra. Do szafy też nieraz właziłam – cudownej, wspaniałej, wielkiej brązowej szafy z rzeźbionymi listkami na drzwiach – tylko że ja czytałam w niej, co nietrudno zgadnąć, Opowieści z Narnii.

W każdym razie babcia musiała zrewidować swoje poglądy, które dałoby się streścić w ten sposób, że kiedy dziecko fizycznie potrafi coś przeczytać, to i duchowo sprosta tej lekturze. W przypadku piekielnego Robusia recepta taka zawiodła. Kryminały wycofano do tylnego rzędu, a tacie podsunięto Hobbita, właśnie kupionego w antykwariacie na Starym Rynku. Tata rzucił się na niego niezwykle łapczywie, przeleciał przez pierwsze kilkanaście stron, zwolnił, po czym powiedział z zażenowaniem:

– Mamusiu, ale to jest dla dzieci, o krasnoludkach!

Miał rację, bo w roku 1960, kiedy pani Maria

Skibniewska dopiero zaczynała swoją przygodę z Tolkienem, nie wyczuła proporcji i nie czarujmy się, mocno Bilba i spółkę zinfantylizowała. No i faktycznie przetłumaczyła dwarves jako „krasnoludki” („krasnoludki umieją dźwigać bardzo ciężkie brzemiona”). „Krasnoludy” pojawiły się dopiero rok później we Władcy.

Mam w rękach ten egzemplarz, bo choć „dla dzieci”, ale wszak na wieki wpisany został do kanonu tatusiowych ksiąg świętych i pyszni się na półce na honorowym miejscu. Oprócz „krasnoludków” jest tam karłowaty Smaug i skrzydlate elfy na ślicznych skądinąd rysunkach Jana Młodożeńca. Zaryzykowałabym, że orszak krasnoludów z Bilbem to czysta antycypacja filmu!

Ale babcia wkurzyła się na smarkacza, że nie docenia jej wysiłków, i potem, po latach długo kazała się prosić, zanim przekazała Robertowi Hobbita w posagu. Na razie zaś podsunęła mu Curwooda, żeby sprawdził, skąd wzięło się imię wilczastego kundla, rozpaskudzonego przez wszystkich domowników. Rozpaskudzenie przejawiało się tym, że Bari byle czego nie jadł, co prawda bez przesady, nie był tak paskudny jak Tjuzdejek z Puc, Bursztyn i goście, który tolerował tylko siekaną cielęcą wątróbkę.

Ano właśnie, jedną z pierwszych tatusinych książek musiały być właśnie opowiadania Grabowskiego, bo w rodzinnych wspomnieniach przetrwała właśnie taka anegdota:

– Zrób na obiadek cielęcą wątróbkę – poprosił grzecznie Robercik i dodał z żelazną precyzją: – Siekaną cielęcą wątróbkę.

Babcia, a przede wszystkim prababcia, która i wtedy, i przez wszystkie następne lata, także długo po upadku komuny, kiedy kartek dawno już nie było, czuła się odpowiedzialna za aprowizację, zafrasowały się. Vis-à-vis kamienicy numer 38 przy Poznańskiej znajdował się zaprzyjaźniony rzeźnik, ale cielęca wątróbka to była przesada. Wtedy to ojczulek został uświadomiony po raz pierwszy: powiedziano mu z brutalną szczerością, że pan Grabowski żył przed wojną, a teraz to może dostać co najwyżej wątrobę wieprzową. Niesiekaną.

– Dobrze – spolegliwie przystał tata, ale po kilku dniach wystąpił z nowym dezyderatem, tym razem ściśle po linii tolkienowskiej:

– A jak się robi potrawkę z króliczków?

– Z króliczków? – ucieszyła się prababcia. – Dobrze, postaram się na Rynku Jeżyckim o królika. – Po czym zaczęła snuć długą i barwną opowieść, jak to w czasie ostrzału artyleryjskiego w czterdziestym piątym ona jedna miała odwagę, żeby pójść do klatek z królikami i zrobić właściwy użytek z ich lokatorów. Od skórowania poczynając…

Dla mnie i opowieść ta była mocno obrzydliwa, i potrawki z królików bym nie tknęła, chociaż wyobrażam sobie, że była bez porównania lepsza niż ta zrobiona przez Sama – nie miał biedak przecież w zasadzie żadnej przyprawy prócz soli, może listki jakieś. A nie, listki to wrzucał tylko na filmie, w książce Gollum kategorycznie odmówił zdobywania przypraw. Ale film Jacksona to dużo, dużo późniejsza sprawa i zasługuje na osobny rozdział, a może i dwa.

Na razie Robert po biblijnemu wzrastał w latach i roztropności, a objawiało mu się to w ten sposób, że gdzieś tak w trzeciej klasie podstawówki postanowił nauczyć się angielskiego, żeby móc, rzecz jasna, czytać sobie Tolkiena w oryginale.

– Ależ kochanie, to za trudne będzie dla ciebie – zaczęła babcia, ale zreflektowała się, że to niepedagogicznie i rozejrzała się za kimś sensownym dla dziecka, żeby go nie zraził do języka, tylko potrafił zachęcić. Wybór padł na przyjaciela rodziny, pana Wiktora, byłego lotnika, który godzinami potrafił czarować wszystkich opowieściami o swoich wojennych szlakach. Jeżeli chodzi o nauczanie angielskiego, był w całym tego słowa znaczeniu naturszczykiem i myślę, że właśnie dlatego tata nie mógł trafić lepiej. Pana Wiktora nie obchodziła gramatyka, czasy i cała ta reszta, którą obrzydzają nam życie w budzie. On gadał swoje, Robercik chłonął całym sobą, odpowiadał bez cienia skrępowania, nie zważając, że prawda, szyk przestawny i Past Continuous by się należał. Pan Wiktor spokojnie poprawiał, Robercik całą frazę lokował w odpowiednim miejscu swojego pojemnego rozumku i da capo al fine. Po trzech latach już swobodnie wymieniali się wrażeniami, jeden o tym, jak gdzieś tam w Iranie szczury wspinały się po linie pod sufit, żeby wyżreć żołnierzom konserwy, a drugi… cóż, łatwo się domyślić, o czym paplał drugi. W trzech przypadkach na pięć o dzielnych niziołkach wędrujących w siną dal, w czwartym na przemian o Andrew, son of Kmita ewentualnie Zbig from Godsbounty[1], a dopiero w piątym o czymś bardziej normalnym, jak wynik meczu. W końcu rodzina znieść już tego nie mogła, bo Robert zawłaszczał pana Wiktora dla siebie, a o szczurach i lotach zwiadowczych, i wielu innych fascynujących przygodach, tak barwnych w gomułkowskiej szarzyźnie, chcieli posłuchać wszyscy. Posłano zatem tatę do normalnej nauczycielki, która wspominana była z łezką w oku, bo nawet gramatykę – teraz już jak najbardziej na miejscu – sprzedawała niczym pasjonującą szaradę. Poza tym miała tę niebagatelną zaletę, że pożyczała wdzięcznemu uczniowi książki po angielsku.

 

– Czytaj bez słownika – nakazywała tacie. – Zrozumiesz połowę. Wtedy czytaj drugi i trzeci raz. Dopiero wtedy wolno ci zacząć sprawdzać słówka.

Nie pozwalała mu jednak wziąć się za Władcę w oryginale, zupełnie jak nauczyciel gry na fortepianie, który najpierw każe odbębnić tonę palcówek, a ty rwiesz się do Ave Maria albo Marzenia. Wobec tego tata postanowił zdobyć zakazany owoc samodzielnie, tylko że pamiętajmy, który to był rok. Maksymalnie siedemdziesiąty czwarty. Gdzie tu znaleźć Tolkiena po angielsku?! Na pomoc dziadków liczyć nie mógł, bo babcia, sama nauczycielka, z żelazną konsekwencją przestrzegała lojalności zawodowej (do czasu, ale to też zupełnie inna historia). W filii Biblioteki Raczyńskich przy ulicy Słowackiego „tak dostojnego towaru” nie było, to oczywiste, bo inaczej dorwałby się do niego już dawno. W znanym nam skądinąd antykwariacie na Starym Rynku został spalony, kiedy to uprzejmy pan księgarz, nieświadom rodzinnych układów, zaraportował dziadkowi:

– Proszę powiedzieć Robertowi, że The Lord of the Rings niestety ciągle nie ma.

Trzeba było sforsować podwoje Biblioteki Uniwersyteckiej.

W tym celu tata skorumpował niejakiego Miecia z czwartego piętra, który w zamierzchłych czasach uczył go na podwórku gry w oko, a teraz szpanował indeksem studenta prawa. Tata zaproponował mu wszelkie usługi lingwistyczne, na co Miecio poszedł z okrzykami radości, bo lektoraty łaciny i ruskiego szły mu wystarczająco ciężko, zaś język zachodni w postaci angielskiego, jak przystało na emancypowane czasy Gierka, to była dla niego zgroza i koszmar (biedakowi zapewne na dzień dobry zaaplikowano gramatykę). Zaopatrzony w instrukcje, jak to się pisze, zdobył co trzeba, poderwawszy przy okazji dziewczynę z wypożyczalni, zachwyconą jego erudycją.

Jak niegdyś do kryminału w szafie, tak teraz Robert dopadł zdobytego z takim trudem Tolkiena.

Dopadł i przepadł. Na początku świadomość, że książkę dostał na miesiąc, wcale mu nie przeszkadzała. Pięćset stron, nawet po angielsku, spacerkiem załatwiał w dwa tygodnie. Po tygodniu, kiedy ciągle jeszcze był w Shire i poczuł za plecami tykający zegar, zaczął oszukiwać i czytać symultanicznie ze Skibniewską. W żaden sposób nie przyspieszyło to lektury, przeciwnie, po raz pierwszy doświadczył, czym jest analiza tłumaczenia i tak go to wciągnęło, że zaopatrzywszy Miecia w kolejną porcję ściąg, wydębił przedłużenie terminu. Spisek został wykryty tak mniej więcej przy zwierciadle Galadrieli, ale wtedy nawet babcia nie miała serca oderwać syneczka od jego procederu. Tata udowodnił, że potrafi, że nie odpuści i że chce kontynuować. Wobec tego odpuszczono i jemu, nawet tróję z geografii, bo tolkienowskie szaleństwo nie przeszło bez szkolnych konsekwencji. Geografię Śródziemia miał wszak w małym palcu…

Wtedy też Robert ostatecznie zadecydował, co będzie robił w życiu. Oczywiście skończy anglistykę i zostanie tłumaczem.

– A teraz chcę się uczyć walijskiego – oznajmił stanowczo.

Dziadkom i pradziadkom opadły szczęki.

– Dlaczego akurat walijskiego? – wyszeptała słabo babcia.

– Mamo, no przecież na podbudowie walijskiego powstał sindarin – krótko i zwięźle odparował Robert.

– Teraz już wszystko jasne, nieprawdaż? – mruknął pradziadek. Biedak nie był świadomy tego, że w grę potencjalnie mógł wchodzić jeszcze fiński, pierwowzór quenyi.

– Może najpierw niemieckiego? – pragmatycznie zaproponował dziadek.

Tata łypnął ponuro, ale babcia miała w tym momencie przypływ geniuszu.

– Potraktuj go jak Czarną Mowę – zaproponowała słodko. – Ein Ring, sie zu knechten, sie alle zu finden, ins Dunkel zu treiben und ewig zu binden![2]

Bardziej zaimponować Robertowi nie mogła i w ten sposób problem nauki walijskiego został odsunięty na kolejne dwa-trzy lata. Tata był jednak konsekwentny i na początku liceum wyłowił z grupy przysłanych na wymianę uczniów pewnego Walijczyka, Brendana. Sam Brendan co prawda za bardzo języka ojców już nie znał, ale polski kumpel, który w odróżnieniu od innych bezbłędnie nawijał po angielsku, jednocześnie go zawstydził i zaraził swoją pasją. Dwa lata trwała bardzo specyficzna korespondencja, którą obaj delikwenci traktowali trochę jak siódme wtajemniczenie, a która polegała na pisaniu o d…. Maryny, ale oczywiście po walijsku. Przy czym każdy list zaczynał się i kończył osobliwym salutem w postaci nazwy pewnej walijskiej wsi, ponoć najdłuższej w Wielkiej Brytanii, jeżeli nie na świecie, której ja nigdy nie potrafiłam napisać poprawnie, a wymawiało się ją mniej więcej tak: Sanwair-puskundies-goger-horentropos-santysylio-gogogoch. Dlaczego żadna cenzura nie zainteresowała się czymś, co mogło podpadać pod wyrafinowany szyfr, Bóg raczy wiedzieć. Pikanterii dodawał jeszcze fakt, że Brendan nazywał się Bach, co po walijsku znaczy po prostu „mały”. Tak to Niziołek z Małym uprawiali sobie sztukę epistolograficzną…

Wreszcie i tata doczekał się wyjazdu do bratniej szkoły, a Brendan postarał się o lokum u swojego wuja. Po prawdzie, pokrewieństwo między nimi było takie bardziej jak między Bilbem a Frodem, mianowicie ojciec Brendana był ciotecznym siostrzeńcem, ewentualnie stryjecznym bratankiem gospodarza, jak kto woli, ale za to rzeczony wuj mówił płynnie po walijsku. Przy czym dzieci nie miał, jak Bilbo, i jak Bilbo darzył Brendana wujowym afektem.

Tata był tak szczęśliwy, że z pieśnią na ustach odwalił całą przedwyjazdową biurokrację: najpierw musiał wyrobić sobie tymczasowy dowód osobisty, bo brakowało mu kilku tygodni do osiemnastu lat. Zaraz potem ten dowód mu zabrano i wydano paszport, surowo przykazując, że po powrocie do Polski ma go zdać w ciągu siedmiu dni. Zupełnie jak w Misiu.

Potem zmobilizował całą rodzinę do realizacji dezyderatu pani profesor, która mianowicie zadysponowała, aby uczniowie zabrali dla swoich gospodarzy prezenty.

– To ma być coś, co pozytywnie utrwali wizerunek Polski! – zażądała twardo.

– I najlepiej, żeby było z Cepelii – zrelacjonował skrupulatnie Robert.

Tak nazywały się za komuny sklepy z rękodziełem ludowym.

– Ciupagę? – prychnął dziadek.

Babcia z prababcią popatrzyły na siebie znacząco.

– Żadną ciupagę – oznajmiła stanowczo babcia. – Załatwimy to inaczej.

Na Rynku Jeżyckim nabyto koszyk. Prababcia wygrzebała z szuflady kredensu przepiękną białą serwetę z haftem richelieu. Wyłożono nią koszyk jak do święconki, a w środku umoszczono babcine spécialité de la maison: konfitury poziomkowe, z owoców dzikiej róży (z owoców, nie z płatków) i z rokitnika. Nimi to swego czasu podbiła szturmem serce teściowej, robi je do dzisiaj, a tajemnicę receptury obiecała mi zapisać w testamencie. Natomiast dziadek dołożył nieco wstydliwie swój własny przebój – piersiówkę dereniówki, całkiem jak z Rodziewiczówny.

Tak wyekwipowany tata wyruszył na podbój Albionu.

Wujostwo Brendana przyjęło tatę z otwartymi ramionami. Koszyk z polskim żarciem wprawił ich w zachwyt pomieszany z zażenowaniem.

– Ależ mój drogi, to za wiele – szeptała wzruszona ciotka.

Konwersacja przy kolacji szło gładko, po angielsku i walijsku, według ścisłych brytyjskich kanonów, z omijaniem tematów tak drażliwych jak polityka i religia – tata brylował swoimi lingwistycznymi talentami, tłumacząc, co to takiego rokitnik i dereń (w domu przed wyjazdem skrupulatnie posprawdzał nazwy w wielkim słowniku), a pan domu zdegustował nalewkę, cmokając w ekstazie.

Wreszcie tatę wyprawiono na spoczynek do pokoju gościnnego. Stał tam regalik z książkami i oczywiście tata nie byłby sobą, gdyby nie zaczął go penetrować, chociaż – to również rzecz jasna – w lekturę na podróż zaopatrzony był w sposób dostateczny i przemyślny – lekką w jak najbardziej dosłownym tego słowa znaczeniu. Z uśmieszkiem satysfakcji powywlekał Londona i Twaina, po czym dotarł do drugiego rzędu, sięgnął po książkę w niebiesko-zielonej obwolucie i osłupiał.

Trzymał w rękach pierwsze wydanie Hobbita z 1937 roku z własnoręcznym podpisem Tolkiena. Zaczął dygotać jak Nel w febrze i niewiele myśląc, tak jak stał, ledwo narzuciwszy szlafrok, runął na dół.

Wuj Brendana kontynuował degustację dereniówki, a ciotka chrupała grzankę z konfiturą. Oboje zastygli nieco zawstydzeni, ale tata miał oczy pokryte mgłą i nie zwróciłby uwagi na słonia w kapeluszu, a co dopiero na ten maleńki akt obżarstwa.

– Proszę państwa… – Pierwszy raz, odkąd zaczął uczyć się angielskiego, zabrakło mu słów. – Ta książka… To Tolkien…

– Być może, synku – powiedział serdecznie wuj. – My się na tym za bardzo nie znamy.

– A tak. – Ciotka przyjrzała się książce. – To kiedyś dawno temu dostałam w prezencie, ale nie podobało mi się, więc stoi tak sobie od lat w gościnnym pokoju…

Tata trząsł się z emocji i zimna, bo gospodarze, jak w kryminałach Agaty Christie, poprzestawali na ogrzewaniu kominkowym. Był chłopcem dobrze wychowanym, świadomym przy tym, że Bóg mu powierzył honor Polaków, poznaniaków i pierwszego liceum, więc nie był w stanie wydusić z siebie: jak tak, to mi ją dajcie. Musiał mieć jednakże emocje wypisane na twarzy, bo ciotka jak prawdziwa lady powiedziała z dobrotliwym uśmiechem:

– Weź ją sobie, kochanie, skoro tak ci się podoba. My i tak pozostaniemy dłużnikami twojej rodziny.

Tata nie wytrzymał nerwowo, wybełkotał podziękowania i umknął z łupem, ale w nocy ruszyły go wyrzuty sumienia.

– Słuchaj, stary – zwierzał się następnego dnia Brendanowi. – Twoi wujostwo dali mi Hobbita Tolkiena. Pierwsze wydanie. To nie wypada, ja nie mogę tego przyjąć.

– Jak ci dali, to bierz – stanowczo uciął Brendan. – Dopiero by im było przykro, jakbyś odrzucił ich dar. Tego właśnie tutaj nie wypada robić!

– Ale to za drogie. – Tata wił się w męczarniach pożądania i skrupułów jednocześnie. – Na pewno kosztuje w antykwariacie kupę forsy…

– Twoja serweta też nie taka najtańsza – ripostował Brendan. – Przecież to stara ręczna robota!

– Ale ona ma podpis autora… – brnął z opóźnionym zapłonem tata, a miał na myśli, rzecz jasna, książkę, a nie prababciną deczkę.

– Potraktuj to jak lokatę kapitału – zakpił Brendan. – A jak za trzydzieści lat będziesz ją chciał spylić, to pamiętaj o mnie, odpalisz mi za pośrednictwo i będziemy kwita.

Słowa Brendana były prorocze, ale finał przygody z Hobbitem też zasługuje na osobną opowieść, więc na razie pozostańmy przy tym, że tata odjechał do Polski ze swoim niewyobrażalnym trofeum, a cztery razy do roku, odpowiednio do wegetacji drzew owocowych i okresu przetwórczego derenia, ekspediował do Anglii okazałe paczki, pozostając we wdzięcznej pamięci wujostwa Brendana do końca ich dni.

Tymczasem zdał maturę, dostał się na anglistykę i tak dotarł do punktu, w którym historia naszej rodziny zaczęła się naprawdę.

Mianowicie na wuef zapisał się na pływalnię, może nie dlatego, że był to jego ulubiony sport, bo takowym pozostawało łażenie po górach, ale za to zajęcia trwały tam tylko czterdzieści pięć minut zamiast półtorej godziny, jak gdzie indziej, a czas można było przecież wykorzystać na tak zbożne cele, jak czytanie. Okazało się, że trafił do grupy koedukacyjnej z dziewczynami z matematyki.

 

– Oooo… – Lubiliśmy drażnić się z tatą, ile razy wspominał tę historię. – Nieźle!…

– E tam! – machał ręką tata. – Wtedy były obowiązkowe białe stroje. Diabli wiedzą po co, chyba żeby nie farbowały. Wyobrażacie sobie, jak koszmarnie wyglądaliśmy w trójkątnych płóciennych badejkach wiązanych na tasiemki po bokach?

Trener zgromadził pierwszoroczniaków na brzegu basenu i zaczął z wysiłkiem odcyfrowywać ręcznie sporządzoną listę obecności. Tata błądził myślami wokół wypożyczonego właśnie ze znanej nam skądinąd Biblioteki Uniwersyteckiej Silmarillionu (po angielsku, rzecz jasna, był rok 1979 i to był i tak rarytas jak na tamte czasy, polskie tłumaczenie wyszło dopiero w 1985). Z błogostanu wyrwało go głośne:

– Koton, Róża!

Tata poderwał głowę i poszukał wzrokiem dziewczyny o tak nieprawdopodobnym imieniu i nazwisku.

– Kotoń! – sprostowała wdzięcznie panienka w stroju, a jakże, białym, ale z naszytą uśmiechniętą od ucha do ucha żabą. – Jestem!

Tata zastygł wgapiony w nią jak cielę w malowane wrota, a potem próbował utrzymać równe tempo na torze, co nie bardzo mu wychodziło, bo panienka śmigała kraulem aż miło, a on preferował stateczny styl klasyczny.

Róża pod innym mianem także by pachniała? Nie sądzę.

Po wyjściu z basenu tata nie wahał się ani chwili. To nie mógł być zbieg okoliczności, to był dar Boży. Piorunem wciągał ciuchy na mokre ciało i potem warował z pół godziny pod damską szatnią, przerażony tylko, czy wśród zwyczajnie ubranych dziewczyn, z włosami, to jest w normalnym uczesaniu, a nie w obcisłych gumowych czepkach, rozpozna tę Różę. Na szczęście ona poznała jego, uśmiechając się tak miło, jak tylko prawdziwa Różyczka Cotton by potrafiła. Ośmielony pan Niziołek ruszył do ataku z animuszem godnym Samwise’a Mężnego, zapraszając ją do herbaciarni na Starym Rynku. Trasa z ulicy Chwiałkowskiego na Szkolną tylko umocniła jego determinację, bo okazało się, że dziewczyna lubi książki i wędrówki górskie, a nazwisko Kotoń pochodzi od szczytu w Beskidzie Makowskim.

Potem wszystko poszło piorunem. Byłaż to historia stara jak świat czy też może czar pierścienia i róży? Ewentualnie Pierścienia i Róży? A może po prostu: Róży i Roberta?

Pocałowali się pierwszy raz tydzień później.

Miesiąc później powiedzieli sobie, że po studiach się pobiorą.

W maju uznali, że właściwie po co czekać tyle lat.

No i we wrześniu, po pierwszym roku, wzięli ślub, a w podróż poślubną pojechali do Zawoi, żeby zdobyć Babią Górę i Kotoń.

Kiedy zdarzały im się mniejsze lub większe utarczki słowne, mama sięgała po żelazny argument:

– Bo ty ożeniłeś się ze mną dla nazwiska!

Na co tata rozbrajał ją sprostowaniem:

– Dla imienia i nazwiska, skarbie!

[1] Gdybyś się, drogi Czytelniku, poczuł skonfundowany, kto zacz Zbig from Godsbounty, zajrzyj, proszę, na koniec, znajdziesz tam wiele wyjaśniający tezaurus.

[2] Jeden, by wszystkimi rządzić, Jeden, by wszystkie odnaleźć, Jeden, by wszystkie zgromadzić i w ciemności związać. Wg tł. Marii Skibniewskiej.