Powroty nad rozlewiskiem

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Powroty nad rozlewiskiem
Powroty nad rozlewiskiem
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 56  44,80 
Powroty nad rozlewiskiem
Powroty nad rozlewiskiem
Audiobook
31 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Gdy pastor skończył, głos zabrała najstarsza z nas — Ewelina Gola i w pięknym przemówieniu dziękowała dziadkom i rodzicom, a także naszemu pastorowi, za wychowanie nas i prowadzenie do Boga. Niektórzy to nawet płakali, a najgłośniej dziadek Eweliny, bo ją sam wychowuje. Ona jest całkowitą sierotą, a w gospodarstwie robi wszystko jak dorosła kobieta, nawet chleb piecze.

Czułam, jak latają mi kolana pod sukienką, gdy mówiłam słowa ślubowania. Starałam się, żeby mój głos wydał się gruby i dorosły, ale skrzypiałam jak mysz i dusiłam się z nerwów.

Pastor jednak udawał, że jest wspaniale, patrzył mi w oczy z dobrotliwym, ale poważnym wyrazem twarzy i lekko uniósł brodę, żebym i ja swoją uniosła, bo zawsze się kulę, jak mi coś nie wychodzi.

Utka się jednak tak zalękła, że szeptała — prawie płacząc z nerwów. Ona jest bardzo lękliwa. Więc dopiero jak pastor położył dłoń na jej głowie, to się uspokoiła. Na jej głowie trzymał ręce najdłużej, by przestała dygotać.

Starszym dziewczynkom, oczywiście, poszło wszystko pięknie i głośno, ale na nie nikt już od dawna nie krzyczy „kurczaku, myszo, dzieciuchu” — jak na mnie i Uttę. Jak jestem z Wandą i Wieśkiem, to nikt mnie tak nie woła, bo Wanda jest spora i zawsze potrafidać komuś w łeb, kiedy mnie przezywają, i Wiesiek też. Na przykład Reinholdowi Swarcowi albo Józkowi Szymaniakowi to nie raz dała workiem od kapci. Ale jak sama jestem bez niej, śmieją się, że jestem kurczak. Ja się złoszczę i wyklinam ich, a Utka zaraz beczy.

Po wyznaniu wiary już mi się nogi nie trzęsły, byłam bardzo poważna i wszystko już poszło jak na próbach. Po absolucji przyjęliśmy komunię, a po nas członkowie naszych rodzin.

Czułam, że jestem już inna. Po prostu poczułam to, o czym mówił pastor wielokrotnie, że wraz z dojrzałą decyzją stałam się pełnoprawnym członkiem naszej wspólnoty. Nawet wydawało mi się, że jestem ciut wyższa i odważniejsza. Nie będę reagować na zaczepki złością. Po prostu popatrzę na Józka albo Reinholda tak przenikliwie — jak pastor i odejdę dumna.

Po uroczystości przeszliśmy z pastorem przed kościół, gdzie czekał fotograf. A po zdjęciu z pastorem rodzice pozabierali nas do domu! Z nami poszli Wanda z Wieśkiem i ich mama, bo stali i czekali na mnie pod kościołem. Piotrek przyjechał z Torunia, a Hanka nie mogła, ale przysłała mi ładny list.

Na moim świadectwie widniał fragment z I Listu do Tymoteusza, który sobie wybrałam za radą mamy, wypisany pięknym gotyckim pismem:

„Staczaj dobry bój wiary, uchwyć się żywota wiecznego, do którego zostałeś powołany i złożyłeś dobre wyznanie wobec wielu świadków”.

Mama postawiła świadectwo obok zdjęcia tatki, ucałowała mnie tysięczny raz dzisiaj i poszła do kuchni.

— Basiu! — krzyknęła. — Przebierz się, bo zaplamisz sukienkę!

Był obiad — barszcz buraczany z fasolką i kura z ziemniakami, pieczona w brytfannie, kompot i szarlotka, a później wszyscy — my i chłopaki z tartaku — bawiliśmy się w podchody, aż do nocy.

Zdjęcie gdzieś przepadło. Szkoda.

O tym, że lubiłam zimy


Zimą było, mimo wszystko, więcej czasu na zabawę. Latem trzeba było pracować w polu, przewracać siano, zbierać, kopać, sprzątać, pielić. Zimą uczyć się i… rozrabiać!

Lekcje odrabiałam wieczorem.

Ze szkoły zimą wracaliśmy równie długo, jak latem. Chyba że było naprawdę zimno i wietrznie. Odprowadzaliśmy się wszyscy do domów, zaśmiewaliśmy się i rzucali kulkami ze śniegu. Na końcu zostawałam ja, Wanda i Wiesiek. Oni szli do siebie albo do nas nad rozlewisko — różnie. Najczęściej do nas, szczególnie gdy ich matka dostała już robotę woźnej w sądzie. Pracowała na popołudnia, więc było jej na rękę, że Wanda z Wieśkiem są u nas.

Nad rozlewisko szliśmy już szybko. Najczęściej byliśmy lekko przemoczeni i głodni. Po przyjściu błyskawicznie wkładaliśmy suche ciuchy i siadaliśmy do kuchennego stołu, do obiadu.

Mama robiła takie dobre dania! Lubiliśmy zupę rybną.

Kiedy wracała od rybaka, już się cieszyłam, bo niosła w koszu cały „nabór” na zupę rybną. Musiało być pięć różnych ryb! Do tego wielkie grzanki z cebulą albo czosnkiem. Później jedliśmy racuchy albo kisiel i na dwór!

Zimą dom pachniał grochówką, fasolówką. Zalewajką, zarzutką, a jeszcze zacierką. Wszystko na „z”! Wszystkie zupy były gęste i sycące. Do tego naleśniki, „jabłka w szlafrokach”, omlety albo kluski „żelazne” ze słoniną. Uwielbiałam je! Mama mówiła na nie „żelazne”, a stara Felicja „przecieraki”. Mama kładła je na wodzie łyżką, a Felicja smarowała grubą warstwę ciasta na desce i ściepywała nożem, do garnka, kawałki.

PRZECIERAKI VEL ŻELAZNE KLUSKI

Utrzeć ziemniaki do miski i odlać ciut wody. Na przykład włożyć w tę

masę cedzak i wyłyżeczkować całą wodę. Dosypać krochmalu albo mąki

żytniej. Wbić jajko, albo dwa, zależnie od ilości ziemniaków. Wymieszać

masę i kłaść na osolony wrzątek łyżką. Nabierać brzeżkiem i strząsać do

wody. Zagotować, i jak wypłyną, wyjąć łyżką cedzakową na miskę. Polać

skwarkami ze słoniny.

Ja lubiłam je z kruszonym twarogiem albo kwaszonym ogórkiem, a jak jest

bogato, można z gulaszem…

JABŁKA W SZLAFROKACH

Małe jabłka wydrążyć i włożyć do środka cukier z cynamonem, dżem

albo miód. Lekkie, drożdżowe ciasto rozwałkować i naciąć w kwadraty.

Na kwadracie stawiać jabłko i zalepić ten kwadrat u góry, jak pierożek,

brzeżkami.

Stawiać na tłustej blaszce daleko od siebie, bo podczas pieczenia rosną!

Upiec i posypać cukrem pudrem.

RACUCHY ZIEMNIACZANE

Jak wyżej, zetrzeć ziemniaki, odcedzić wodę, dodać jajo i mąkę (pszenną albo razową). W garnuszku z mlekiem i mąką rozczynić drożdże. Wlać do masy. Niech ciasto rośnie. Kłaść na rozgrzany tłuszcz łychą i smażyć jak placki. Będą puchate. Podawać ze śmietaną (bogata wersja) lub maślanką, solą, kapustą kiszoną, cukrem, dżemem — co kto lubi.

ZUPA RYBNA MAMY

Do garnka włożyć sprawione drobiazgi — karaski, płotki, miętuski. Także marchew, cebule (sporo!), pietruszkę. Gotować z dodatkiem ziela angielskiego i liścia bobkowego. Przetakiem wyjąć wszystek rybny drobiazg, aby została włoszczyzna i liść, i ziele. Delikatnie włożyć duże, sprawione dzwonka ryb — jazia, suma, węgorza, karpia, co tam jeszcze. Gotować długo i delikatnie, aby tylko ta zupa lekko drgała. Oczywiście sól, pieprz, do smaku. Może być garść kopru.

Podawać z ziemniakami z wody lub grzankami z pytlowego chleba natartymi czosnkiem.

BIEDA ZUPY

ZACIERKA NA MLEKU I DYNI

Dynię obrać i poszatkować w kosteczkę. Zalać wodą i gotować. Wsypać zrobione ręcznie zacieraczki i po kilku minutach, jak się trochę pogotują, wlać mleko. Zacierki powinny być sprężyste, a nie rozklejone, i nie mogą stać na drugi dzień, bo się zrobi glajcha.

Jadłam to z cukrem — oczywiście.

ZACIERKI

Mama brała miseczkę i do niej mąkę. Dodawała wodę i mieszała palcem aż do gęstości. Później już miesiła ciasto, dodając stale mąki, aż się zrobiła pecyna twardego ciasta. Wsypywała ciut suchej mąki i drobiła zacierki. Odrywała kawałeczek ciasta i skręcała w palcach we wrzecionko. Po kilkanaście mieszała, żeby się osypały suchą mąką. Aż do wyrobienia ciasta.

CEBULANKA

Zeszklić na maśle z olejem cebule — tyle sporych, ile osób. Wlać wodę do garnka, ile osób, tyle szklanek. Posolić i zagotować z tą cebulą. Wetrzeć gałkę muszkatołową, aby do smaku. Ciut.

Posolić i złamać słodki smak cebuli sokiem z cytryny (gdy byłam mała — octem winnym) lub (wykwintna wersja) białym winem, bardzo wytrawnym.

Zrobić do tego grzanki z bułki — maślane albo chlebowe z czosnkiem — i zalać te grzanki cebulanką. Mama nie lubiła cebuli rumienić, tylko szkliła, żeby zupa miała jasny kolor. Zaciągała roztrzepanym jajkiem (bogata wersja) lub nie. Pietruszka zielona w lecie może być.

ZACIERKA

Z żytniej mąki, mieszanki lub zwykłej pszennej, zagnieść twarde ciasto z wodą. W miseczce. Stale posypując mąką. Jajo niepotrzebne.

Zagotować w wodzie pokrojone w kostkę ziemniaki, w międzyczasie stopić słoninkę z cebulką na patelni. Robić z tego ciasta zacieraczki. Jak ziemniaki będą półtwarde, wrzucić zacierki do ziemniaków i gotować do miękkości. Zalać to wszystko skwarkami z cebulką. Absolutnie żadnych kostek maggi, kości, włoszczyzny!

To bieda-zupa. Latem wrzucić garść kopru. Dużą.

ZALEWAJKA

Odmiana żurku. Postna właściwie, gdyby nie skwarki.

Nastawić zakwas. W glinianym lub szklanym naczyniu zalać ciepłą wodą mąkę żytnią grubo mieloną. Dodać czosnek posiekany i skórkę ciemnego chleba. Nakryć lnianą ściereczką lub nakrywką stosowną do naczynia. Postawić w dość ciepłym miejscu na tydzień. Zapach powinien nęcić. Powinien być kwaśny, czosnkowy, apetyczny. Pianą się nie przejmować, musi być, bo zakwas tak właśnie pracuje.

Ugotować w osolonej wodzie pokrojone w kostkę ziemniaki. Gdy są już miękkie, wlać zakwasu. Na kilo ziemniaków jakieś pół litra, zresztą zależy to od mocy i kwaśności. Każda z nas ma swoją miarkę. Zeszklić na patelni słoninkę bez cebuli. Wlać do zupy. To najklasyczniejsza wersja. Dodaje się też majeranek, liść, szkli cebulę, takie tam… Ja lubię taką prostą, pieprzną.

ZARZUTKA

 

W wodzie zagotować ochłapy wieprzowe, jeśli są. Może być ucho, skóra, ogon. Można wykorzystać wodę po gotowaniu szynki lub białej kiełbasy. Może nie być tego wcale. Liść bobkowy i ziele może być. Kostka maggi — ostatecznie. Gotować w tym wywarze poszatkowaną kapustę mocno ukiszoną, a zwłaszcza sos spod niej. Zeszklić na patelni słoninkę drobno krojoną i dużo cebuli. Dodać mąkę, żeby się zrumieniła z cebulą. Zaciągnąć tym zupę. Niech nie będzie za gęsta!

Podać osobno gotowane ziemniaki. W szkołach gotowano w wodzie ziemniaki i jak były miękkie — wkładano kapustę i gotowano dalej.

Do bieda-zup jakoś nie pasują zieleniny. Chyba że koper do zacierki.

Po takich zupach i kluskach albo racuchach wybiegaliśmy z domu, aby zdążyć jeszcze przed zmrokiem pobawić się. Byliśmy ciepło ubrani. Swetry matki dziergały nam z resztek wełen, niepiękne, ale „żeby były”, bo i tak zaraz powyrastamy i trzeba będzie znów pruć i przerabiać.

Wiesiek miał skórzaną kurtkę ojca przewiązaną paskiem. Wanda i ja płaszcze, oczywiście przerabiane — ona z jesionki po zmarłym ojcu, ja po Hance. Na głowach chustki zawiązane na „babuszki”. Jeśli nie byliśmy z sankami na wyrobisku piaskowym, to nad jeziorem albo na polach. Tam kulaliśmy wielkie kule ze śniegu. Trzeba było mnóstwo wysiłku, bo były wielkie i ciężkie, a już najtrudniej było je ustawić jedne na drugich. Później rzeźbiliśmy okienka, wykusze, słowem barbakan albo zamek. Nasze twierdze do bitew na kule. Po przeprowadzce nad rozlewisko często paliliśmy małe ogniska i byliśmy zawsze w zasięgu głosu mamy. Gdy już było późno i ciemno, z domu słychać było:

— Dzieeeeci! Do domu!

— Mamo! Jeszcze trochę!

— Nie! Już ciemno i wilcy na drodze!

To był znak, że koniec dyskusji.

Wanda i Wiesiek zjadali z nami podwieczorek, chleb ze smalcem albo margaryną i marmoladą, czasem słodkie bułki z dżemem, pili gorące mleko i szli do domu. Czasem jeszcze siadaliśmy wspólnie do lekcji. Ich mama pracowała do późna. W kuchni przy stole rozkładaliśmy zeszyty.

Moja mama siedziała na szlabanku, koło pieca, i zazwyczaj robiła na drutach lub szydełkiem. Kaśka siedziała na małym stołeczku koło taty i mruczała do swojego miśka, tato czytał albo reperował uprząż. Cicho grało radio, potrzaskując, gdy padał deszcz albo śnieg. Ciche, dobre godziny.

Nie zdawałam sobie sprawy, że ten czas, ta aura naszego domu, mądrych kochających rodziców to moje bogactwo. Że ten nastrój spokoju, zapach kuchni i pieczonego w niej chleba, a też wody kolońskiej tatki, będzie moim najczulszym wspomnieniem z dzieciństwa. Czas absolutnego bezpieczeństwa i beztroski.

Pewnej zimy, już nad rozlewiskiem, Święty Mikołaj sprawił, że wszyscy poszaleliśmy z radości. Otóż dostaliśmy skórzane buty! I ja, i Wanda, i Wiesiek. To zresztą nie buty były bezpośrednią przyczyną naszego szaleństwa, a przykręcane do nich specjalnym kluczem… łyżwy! Te łyżwy przyszły do domu kultury w Pasymiu w paczkach od jakiejś organizacji i mama kupiła mi je od jednej pani, co nimi handlowała po cichu, a Wandzia i Wiesiek dostali te, z których wyrośli Hania i Piotrek.

Trzeba było tylko mieć buty z takim żelaznym „klopsem” w podeszwie, żeby te łyżwy przykręcić specjalnym, metalowym kluczem. I mama takie buty kupiła! Dla mnie! Wandzi i Wieśkowi mama sprezentowała buty po Hance i Piotrku, używane, ale dobre. Ja i Wandzia miałyśmy małe nogi, a Wiesiek — jak Piotr, spore „szpadle”. Matka Wandy oczywiście uparła się, że zwróci mamie pieniądze za nie. Jednego miesiąca za jedne, drugiego za drugie. I tak buty były im na zimę potrzebne, a te jeszcze dodatkowo miały ten „klops”. No i zaczęło się, gdy tylko ściął mróz!

Odśnieżyliśmy rozlewisko i zaczęła się jazda. Najpierw powoli, „na rozkrakę”. Próbowaliśmy ślizgu, ale nogi się nam wywijały w kostkach i padaliśmy, mnożąc siniaki. Wreszcie, po tygodniu, jakoś poszło, a dalej było już coraz lepiej. Nie było dnia, żebyśmy się nie ślizgali. Przychodziły do nas inne dzieciaki i było gwarno i wesoło, aż przyszedł leśniczy Zawoja i jak nie burknie:

— A wy tu co?

— Jeździm sobie — Wiesiek był najodważniejszy.

— Ale to niebezpieczne, szczególnie tam, gdzie woda z lasu wypływa! Na brzeg! Wybiegać stąd! Już!

— To niech je pan poznaczy, a nie wygania nas, paaanie leśniczy! — poprosiłam ładnie.

Popatrzył na nas i burknął znów:

— „Panie leśniczy”, widzicie ją! A jak synka przyprowadzę, nauczycie go jeździć?

— A łyżwy ma? — Wiesiek podjął pertraktacje.

— Ma. Mały jest, trzeba go pilnować, z matką całymi dniami siedzi w domu, a tak pobiegałby z wami.

— Pewnie! Nauczymy go i popilnujemy — Wanda też nabrała odwagi.

Zawoja czasem rzeczywiście przyprowadzał nam swojego kajtka — Tomusia. Trochę nieufny maminsynek, ale z czasem okazało się, że nie przeszkadza i jest w miarę mało absorbujący. Sikać w krzaki chodził z Wieśkiem i w ogóle jego się trzymał. Z nami — mną i Wandzią — jakoś nie znalazł wspólnego języka.

Przyznał się Wieśkowi dlaczego:

— Głupie baby, wiesz? Traktują mnie jak gluta. Mówią „Tomuś”, a ja jestem już duży! I nawet mama już na mnie mówi „Tomek”, bo jej kazałem!

A Wieśkowi sięgał do pasa… Tomuś. Maluch. Glut.

Nie mogłam nawet przypuszczać, że kiedyś…

Wracałam z naszego lodowiska ze skorupą śniegu na swetrze, taką samą na włosach, co mi wystawały spod czapki, i gębą czerwoną jak pomidor.

Zawsze przed wyjściem na łyżwy szłam do mamy na smarowanie. Mama siadała na taborecie i wyjmowała z kredensu sporą zieloną puszkę wazeliny i nakładała mi ją na twarz. Okropne! Niestety, ręce przedstawiały sobą obraz nędzy i rozpaczy mimo smarowania. Skórę na nich miałam szarą i spękaną od przemrożenia. Rękawiczki zawsze trzymałam w kieszeniach. Gołymi łapami lepiej było robić kule, łapać kolegów, odkręcać łyżwy.

Raz na tydzień, w soboty, mama robiła mi kompresy na ręce z gotowanych, ciepłych ziemniaków rozgniecionych na papkę, a na noc smarowała je gliceryną, i owijała płótnem. Rano miałam porządne zdrowe rączki. Do czasu! Po dwóch dniach zabaw na lodowisku znów moje ręce przyprawiały mamę o rozpacz. Mówiła:

— Basiu! Już taka panienka jesteś, a o dłonie nie dbasz?

Wiosnę przywitaliśmy z niechęcią. Zabezpieczone smarem i zawinięte w gazetę łyżwy spoczęły na strychu. Żałowaliśmy bardzo. Ręce wróciły do normy.

Cywilizacja, czyli wanna, ubikacja i rower!


Któregoś dnia, wiosną właśnie, mama wróciła z pracy później, szczęśliwa jak dziecko. Dostała przydział na cement!

— Wreszcie zrobimy porządną łazienkę! — oznajmiła.

Przyjechał wozem majster. Rozstawił na podwórku giętarkę, gwintownicę i się zaczęło! Okazało się, że przedwojenna instalacja bardzo dobrze się trzyma. Nowe rury przeciągnął do prawej części domu. Majstrowi podobało się u nas i to, że dostaje obiad, więc poszeptał coś z mamą i po tygodniu zajechał, wioząc na wozie sedes, metalową umywalkę i wannę. Używane, co prawda, zaniesione rdzawymi naciekami, które szorowałyśmy kilka dni sodą i popiołem. Skąd je wziął? Nie zdradzał, tylko puszczał oko i mówił:

— Głowa jest, żeby myśleć, się wie!

Po tygodniu z części pokoju po prawej stronie sieni zrobił prawdziwą łazienkę. Boże! Ile było radości! Później zauważyłam, że znikła rżnięta karafka i cukiernica po Felicji… Mama była pragmatyczna. Życie w cieple, z bieżącą wodą było dla niej ważniejsze niż srebra.

O wiele łatwiej i przyjemniej szło pranie, a już kąpiele w łazience to dla mamy powrót do normalności. Naturalnie czuliśmy się szczęśliwi, że mamy prąd i wodę, bo na oddalonych koloniach i tego nie było. Nie wszyscy moi koledzy żyli w takich luksusach.

Wraz z łazienką przyszła pora na reperowanie pieca po drugiej stronie domu. Z Orżyn mama ściągnęła zduna i po tygodniu mieliśmy odbudowany wielki piec do grzania prawej części domu — pełen szybrów i drzwiczek. Można było napalić w nim i grzał tylko łazienkę i pokój obok, można było powyciągać wszystkie szybry i grzał cały dom. W samej kuchni zdun zamontował wężownicę i gdy napaliło się w piecu, mieliśmy gorącą wodę.

Łączyło się to z większą ilością drewna, więc prawą część domu traktowaliśmy jako składzik na opał — spiżarkę. Często Wanda z Wieśkiem przychodzili się kąpać, bo u nich gorącej wody w kranie nie było.

Karolakowa przyszła, obejrzała i zaraz też Karolak dogadał się z tym majstrem i założyli ciepłą wodę u siebie. Mało kto miał takie cuda! My tak, bo nasza mama miała głowę jak encyklopedia.

Często kąpałam się z Wandą. To właśnie podczas takiej kąpieli powiedziała mi o tym, że kobiety nie zawsze mogą się kąpać i ćwiczyć na wuefie i że to się nazywa miesiączka. I kiedy już się to ma, to jest się zupełnie inną niż dzieciaki!

Wanda to już miała… Byłam oszołomiona i oczywiście wieczorem zagadnęłam mamę, która spokojnie wszystko wyjaśniła mi do końca:

— Od takiego dnia jesteś naznaczona jako przyszła matka, Basiu! To dar od Boga dawać życie. Na razie tylko masz kobiecą gotowość, a jak spotkasz tego, który jest ci przeznaczony, pokochasz go całym sercem jak ja tatkę, urodzisz dziecko, a to piękna chwila dla kobiety. Będziesz je później kochać jak ja ciebie, córeńko — mama była łagodna i wzruszona, mówiąc mi to wszystko.

— A czemu niektóre nie mają dzieci, mamo?

— Jak Felicja? To jakaś skaza na zdrowiu. Patrz, jaka ona była niepełna bez macierzyństwa. Was pokochała, bo spragniona dzieci, wnuków jak każda, normalna kobieta. Śpij już, dziecko, a jak coś się wydarzy, przyjdź do mnie i powiedz, mam już przygotowane gałganki.

Do kąpieli potrzeba było dużo drewna, więc nauczyłam się ciąć siekierą obladry, czyli odrzuty z tarcia drewna na deski. Dostawaliśmy ich sporo z tartaku, oczywiście za opłatą. To był mój obowiązek pociąć je na szczapki. Szybko się paliły.

Na rozpałkę szykowaliśmy przed zimą wiązki gałęzi sosnowych. Najpierw ciągnęliśmy z wyrąbiska tą naszą dwukółką gałęzie z uciętych drzew. Leżały koło naszej drogi, koło ścieżki nad rozlewisko. Na pniaku cięłam je na małe odcinki i z Wandą, a czasem z Wieśkiem, wiązaliśmy sznurami słomianymi.

Leżały pod werandą, a także przy ścianie domu, żeby było blisko. Na rozpałkę było to najlepsze. Tylko ręce bolały, gdy nie posłuchałam mamy i nie włożyłam rękawic. Były wielkie, brezentowe, jak na chłopa, i spadały mi z rąk. Nie lubiłam ich. Pokłute ręce bolały. Mama robiła napar z rumianku i smarowała je śmierdzącym linomagiem.

Równie brzydko śmierdział tran, który mama dostawała w szkole z darów i podawała nam codziennie — Kasi, Wandzie, Wieśkowi i mnie. Stawaliśmy w rządku i mama nalewał łychę tego tranu, podawała do potrzymania butlę, a sama brała delikwenta za nos i wlewała, jak tylko mogła głęboko, do gardła. Na talerzyku już czekała zakąska — chleb z margaryną albo smalcem i cebulą, i solą.

Już wtedy rzadko, prawie wcale nie chorowałam. Myślę, że to ostre powietrze i własne warzywa, i owoce, a przede wszystkim niepieszczenie się ze sobą. Ileż to razy biegłam na bosaka zimą do kurnika po jajka do ciasta.

Felicja za życia bardzo to zachwalała i mama jakoś nie zrzędziła, chociaż sama musiała mieć nogi w cieple. Po powrocie Felicja kazała mi wycierać nogi ręcznikiem i pytała:

— Czujesz, dzieciaku, jak ci krew wrze?

Zimowe wieczory spędzone przy piecu były zawsze efektywne. Mama uczyła mnie wszystkich kobiecych prac. Najpierw pod jej okiem szyłam w ręku. Zdobyłam doświadczenie, szyjąc lalce ubranka, ale to mama nauczyła mnie staranności i wykańczania. Siedziała obok, taka łagodna, mądra, spokojna i chwaliła:

— Ślicznie! Jak ty szybko się uczysz!

Zaraz potem było mereżkowanie i hafty.

Później były robótki na drutach. Początkowo szło mi kiepsko, ale się zaparłam. Już wiedziałam, że mogę robić tak prezenty gwiazdkowe. Najpierw wychodziło mi wszystko za ciasno, dopiero później, jak rozluźniłam palce — poszło tak jak należy. Pierwszy szalik zrobiłam dla taty. Był brzydki! Na początku wąski, dalej szeroki i taki paskudny w kolorze.

Tato jednak nosił go jak order. Każdemu nowo napotkanemu mówił:

— Córeczka mi zrobiła! Sama!

Później przyszedł czas na skarpety i rękawiczki, dziane na pięciu drutach. To była wyższa szkoła jazdy, ale poradziłam sobie! Mama to robiła nawet ciepłe pończochy i majty pod spódnice, o swetrach nie wspomnę. Zima jest dłuuuga.


Pewnego roku, na gwiazdkę, pojawił się nam pod choinką rower, niby że dla mnie, więc piszczałam na cały regulator. Okazało się jednak, że musiałam pożyczać go mamie tak często, że stał się rowerem mamy aż do następnego roku, kiedy stać nas było na kupienie drugiego — używanej, starej damki.

 

Ja i mama jeździłyśmy na rowerach sprawnie. Nauczenie Kasi było nie lada problemem, choćby ze względu na jej wzrost. Uparła się jednak, trenowała kilka razy dziennie, upadała boleśnie, aż wreszcie ujechała sama kawałek i złapała, na czym ta zabawa polega.

Teraz po zakupy jeździłam razem z mamą, bo Kaśka zostawała w domu. To było naprawdę moje ulubione zajęcie. Byłyśmy tylko we dwie i wtedy ona rozmawiała ze mną, tak po dorosłemu: „Jak myślisz, Basiu, będzie to pasowało na tatkę?”, „Czy pamiętasz może, jak stoimy z naftą?”, „Popatrz, córeńko, jakie porządne buty, może kupimy Kasi, jej już się rozwalają?”.

Prowadziłyśmy obładowane rowery i rozmawiałyśmy sobie spokojnie i poważnie. Jak dwie równolatki. Czułam się taka dorosła!