Powroty nad rozlewiskiem

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Powroty nad rozlewiskiem
Powroty nad rozlewiskiem
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 56  44,80 
Powroty nad rozlewiskiem
Powroty nad rozlewiskiem
Audiobook
31 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

— Jak się nie przyda, nakarmimy nim kaczki! A póki co — niech wisi! Jakubowa tak robiła i co? Przydał się nam w drodze, jak uciekaliśmy. Pamiętasz?

Pamiętam. W naszej kuchni wieczorem Jakubowa zawsze suszyła na stygnącej blasze kromki chleba. Potem chowała do lnianego woreczka i wieszała w spiżarni.

Mama na targu kupiła dwie kury, a za koguta dała kobiecie srebrną łyżkę wazową od kompletu. Kogut był piękny i groźny. Pietuszył te nasze kury, pietuszył, aż dochował się niezłego haremu!

Kury niosły się i było ich coraz więcej. Wkrótce też pojawiła się gęś i dwie kaczki. Ale poznikały nędzne resztki sreber.

Niby wychowana za młodu w mieście, później jako żona tatki w naszym majątku nauczyła się wszystkiego, chociaż była „panią”, a nie służącą. Całe dnie, zanim mnie urodziła, spędzała, zapoznając się i doglądając gospodarstwa. Była jak ekonom, pan Gotfryd, który bardzo lubił mamę i pokazywał jej chętnie wszystko, nawet księgi rachunkowe. Tatko śmiał się, że wkrótce Gotfryd przestanie być potrzebny. Pamiętam, jak chodziła z sierpem na pokrzywy dla naszych kur. Jak skubała gęsi na nasze poduszki. Ja bałam się i pokrzyw, i gęsi.

Była zaradna i zdobywała różne rzeczy w sobie tylko znany sposób. Handlowała, wymieniała, wypraszała. Srebra, co je schowała w podwójnym dnie wózka, jak uciekaliśmy z majątku, poszły teraz za worki z pośladem dla kur, i mąkę dla nas. Mama musiała zawsze mieć coś w spiżarni na czarną godzinę.

Umiała nas zarazić entuzjazmem. Każde zajęcie było wyzwaniem.

Codziennie chodziliśmy do lasu po szyszki i gałęzie, które układaliśmy w zgrabne sągi — na zimę, a szyszki w papierowych workach luzem leżały w oborze na stanowiskach, zamiast krów… Krowę kupiliśmy później.

Pokoje pomalowaliśmy na biało-błękitno, kuchnię na biało. Do farby (skąd ją mama wzięła, do dziś nie wiem, ale przypuszczam, że było to zwykłe wapno z wodą) wsypała ciut farbki do bielizny i taką ledwo błękitną malowaliśmy ściany. Koło pieca, całego z kremowych kafli, mama farbkami dziecinnymi domalowała brązowe gałązki z czerwonymi owocami i zielonymi listeczkami. To chyba miała być jarzębina. Salę świetlicową w szkole też wymalowała w gałązki i liście, jeże i wiewiórki.

Znalezioną na strychu maszynę do szycia Singer nareperowała z pomocą Pawła ze sklepu żelaznego i zaczęła szyć. Już nie musiała chodzić do miasta, do kobiety, co pożyczała jej maszynę za pieniądze.

Strych podarował nam jeszcze sporo ciekawostek! Wielki baniak do wina w wiklinie, słoje i słoiki Wecka, bańki, kołyskę, zwoje sznurka, młynek do kawy bez rączki (Paweł z „żelaznego” pomógł i dorobił) i starą, drewnianą lodówkę z cynowym wnętrzem.

— Mamo! Popatrz! Jak to działa?

— Ano, kochani, w zimie służba wycinała z jeziora lub stawu wielkie kawały lodu i chowała głęboko, do ziemianki, na najniższy poziom, w słomę lub trociny. Latem wyjmowano lód, łamano i kładziono, o, tu — powiedział, uniósłszy pokrywę — a ta zimna woda i zimno lodu schładzały przez cynowe ścianki wnętrze, w którym trzymano piwo, wódkę i szampana!

Oczywiście, obiecaliśmy sobie, że będziemy w zimie wycinać lód, że wykopiemy ziemiankę… Na obietnicach się skończyło.

Wysprzątaliśmy ten nasz strych do czysta. Podłogi szorowaliśmy wodą z mydłem.

— Strych nie musi oznaczać pajęczyn i brudu! — mówiła Bronia, moja dzielna mama.

Jesienią zarządzała wyprawy do lasu na grzyby, jeżyny i maliny. Później wszystko lądowało na stole w kuchni, a my obok z kozikami, gazetami czyściliśmy te skarby długo w noc. Kapelusze osobno, nóżki osobno, małe, duże. Do octu, do suszenia, do zasolenia. Następnego dnia od rana mama gotowała zalewy i parzyła słoiki. Grzyby w słojach szły do spiżarni, a te na sznurkach suszyły się na czystym strychu. Za naszym obejściem w stronę lasu rosły wielkie kanie. Nigdzie takich nie widziałam. Stara Felicja pokazała nam, jak z nich zrobić kotlety. To był cud! Czegoś takiego nigdy dotąd nie jadłam!

Lubiłam jesienne kiszenie kapusty, bo właziłam do beczki i duźdałam ją nogami. Wszyscy żartowali, że będzie śmierdząca. Tatko brał moją stopę, wąchał i mówił:

— Eeee! Wytrzymamy jakoś!

Stała później ta beczka w ostatnim pokoju-składziku. Także ogórki, w słojach. Mąka żytnia na strychu w worze, wystana w długiej kolejce i przywieziona w tym, co zostało z żółtego wózka. Jak było marnie z pieniędzmi, ta mąka i to, co zebraliśmy w lesie, stanowiło dla mamy materiał do wymyślania. Kluski z żytniej mąki, zacierka ze skwarkami i koprem, żur, który kisiła, był najlepszy na świecie, zarzutka kapuściana, zacierka na mleku z dynią. Placki pieczone na blasze. A jak zaszalały u nas kury i kaczki — jedzenie było już zawsze.


Autobus zatrzymał się na kolejnym przystanku.

— Już blisko Warszawa — odezwała się moja sąsiadka.

— Pierwszy raz będę. Nawet nie wiem, jak trafić — odezwałam się cicho.

— Pójdziemy razem, tylko skończę, przepraszam! Muszę oddać tę książkę dziś jeszcze mojej siostrze.

— Co ty tak połykasz? — spytałam w końcu.

Dżumę Alberta Camusa. Czytałaś?

— Nie.

— Fan-tas-tycz-ne — wypowiedziała to z emfazą. — Będziemy o tym gadać i gadać. To boskie! Wpadnij do mnie i siostry! Zapiszę ci adres!

— Dziękuję, muszę jutro raniutko wracać, ale może innym razem? A… pokażesz mi drogę na uniwerek?

— Pokażę, nie martw się! A jak ci na imię? Bo mnie — Malina.

— Baśka, miło mi!

Całe szczęście, że Malina wiedziała, jak i co. Na uniwersytet poszłyśmy razem. Cały czas gadałyśmy, chociaż starałam się zapamiętać drogę, żeby trafić jutro z powrotem na ten przystanek. Malina okazała się jednak straszną gadułą. Zdawała na polonistykę. Jej adres zgubiłam i już nie spotkałyśmy się tego roku. Ten nasz uniwerek okazał się sporym miasteczkiem.

Złożyłam swoje dokumenty w dziekanacie w ostatniej chwili przed zamknięciem, ofuknięta przez dosadną panią w okularach okrągłych jak u Bieruta. Później pytając i pytając, trafiłam do ciotki na Mokotowską.

Drogę do Warszawy pokonywałam jeszcze nie raz. Stała się jakaś krótsza, znajoma.

A! I zawsze brałam ze sobą, jak Malina, książkę. Oczywiście pierwsza przeczytana w podróży to był Mały książę.

O mojej mamie i jeszcze o powojennym dzieciństwie…


Ona umiała wszystko. Po prostu wszystko! Nie było dla niej tajemnic.

Miała taki swój „Kalendarz gospodyni”, do którego dołączyła zeszyt z notatkami i wklejkami. Jak czegoś nie wiedziała, umiała znaleźć odpowiedź. Ojciec gubił się trochę, ale początkowo, zanim ruszył wodociąg, wziął na siebie noszenie wody i nawet wystrugał sobie koromysło, żeby brać po dwa wiadra od razu. Mama — czyścioszek — zużywała zawsze mnóstwo wody!

Ach! Nad rozlewiskiem była już woda w kranie! Właśnie zreperowano wodociągi i już nie trzeba było ciągać wody wiadrem ze studni, jak w domu kowala. Mama była szczęśliwa. W soboty tatuś musiał zawsze nagrzać dużo wody, bo sobota to był dzień kąpielowy. W piecu po południu już dudnił ogień, tatko podkładał drewna. Grzał się wielki gar wody. Koło pieca mama stawiała na podłodze cynową balię. Zaczynało się!

Pierwsza Kaśka, po niej ja. I zmiana wody. Teraz obie zawinięte w ręczniki siedziałyśmy na szlabanku obok pieca i schłyśmy. Ojciec rozczesywał nam włosy i czytał wiersze Tuwima. Kaśka uwielbiała Konopnicką. Na jagody znała na pamięć i zawsze pomagała ojcu, bucząc:

Każda białą sukieneczkę

I czerwoną ma czapeczkę,

Każda warkoczyki złote,

Każda w ręku ma robotę

I to samo pilnie czyni,

Co i pani Ochmistrzyni.

Schnąc, zawsze piliśmy sok z brzozy na ciepło, herbatę, jeśli była, i rozmawialiśmy, grzejąc się tacy czyści, odświętni! Później szłyśmy spać i wtedy kąpała się mama i tatko.

Kiedyśmy się wprowadzali do tego domu nad rozlewiskiem, Paweł (okropny, bezczelny cham, ale pomocna dusza) dał nam, o dziwo, nowe fajerki, klamkę i zawiasy do drzwi. Pomógł też mamie nareperować piec, a właściwie utrącony narożnik. Mama pilnie się Pawłowi przez ramię przyglądała. Dużo później, jak babci Bujnowskiej spod lasu wnuk Janek rozwalił piec siekierą, mama sama go naprawiła. Bo już umiała!

Niestety, nie tylko piec wymagał naprawy. Okazało się, że w ostatnim pokoju, tym rozwalonym, po prawej stronie domu, tam gdzie podobno kiedyś były klasy, trzeba zrobić nową więźbę. Mama westchnęła i powiedziała:

— Michale, ja tu nic nie poradzę, bez cieśli ani rusz!

Wówczas podsunęłam rodzicom pomysł:

— W lesie mieszkają Karolaki, są cieślami, i na pewno wiedzą, jak to zrobić.

Tak poznaliśmy się z naszymi sąsiadami.

Przyszedł Karolak, młody wesoły chłop, i obejrzał dach i sufit. Potem przyjechał z wozem pełnym desek, kantówek, jakichś szczap i wlazł na drabinę. Podawałam mu gwoździe i młotek, ojciec przytrzymywał materiał, i po dwóch dniach mieliśmy naprawiony dach i tylko sufit był do podklejenia tekturą, którą… spaliliśmy. Wówczas mama rozrobiła glinę, po którą poszła z babcią Bujnowską na wyrobisko, za cmentarzem, i tym wymazała deski sufitowe. Nakładała tak warstwy gliny i gazety, aż uznała, że dość. I tak była tam nasza spiżarnia-składzik. Okna były powybijane, więc je mama zabiła deskami i uszczelniła słomiankami.

 

Nie lubiłam pleść słomianek. Mama była nieprzejednana.

— Basiu, inaczej wejdzie mróz i przetwory popękają!

Na daszku od obory uwiązywała nam cztery rzędy sznurka, co zwisał podwójnie i nie mógł dotykać trawy (bo był papierowy i nasiąkał wodą). Później pęki słomy wiązało się tymi sznurkami tak, że powoli (strasznie powoli) powstawała słomiana, gruba mata. Tymi matami mama uszczelniała wszystko.

W kuchni w oknach mama powiesiła zazdroski — przywiozła z majątku trochę koronkowych firanek w tym żółtym wózku. Zrobiła z nich później mnóstwo różnych rzeczy — zazdroski do pokoi, a nawet zdobienia przy sukienkach, które sama nam szyła.

Ściany naszej kuchni były białe. Pośrodku stał drewniany, spory stół z surowego drewna, milion razy szorowanego szarym mydłem. Pięć krzeseł i fotel tatki. Znaleźliśmy go tu w kuchni, miał ułamaną nogę, co leżała obok, więc się ją przybiło. Fotel był zgniłozielony i jak się go trzepało, kurz buchał kłębami. Mama uprała go wodą z mydłem, więc miał lekkie zacieki, ale i tak tatko bardzo go polubił.

Pod ścianą kredens nareperowany i pomalowany przez mamę na biało. Oczywiście domalowała mu niebieskie gałązki jakby czarnego bzu, z baldachami kwiecia.

Zastawy stołowej dorobiliśmy się powoli, już tutaj, bo mama z majątku nie zabrała porcelany, zresztą już jej prawie nie było. Niemcy wzięli…

Mieliśmy jakieś skorupy, ale dopiero tu, nad rozlewiskiem, Felicja dała nam trochę swoich.

Felicja przyjaźniła się i usługiwała niegdyś starej Niemce, która umierając, zapisała jej wszystko, ta zaś sama strasznie stara, zrobiła zapis swojego dobra na mamę, bo ostatnie lata żyła z nami jako nasza babcia. Rodziny chyba nie miała. Dzieci na pewno nie, dlatego nas — mnie i Kaśkę — pokochała jak wnuczki. Nie wiem, co się stało z jej gospodarstwem. Chyba zrobiła zapis na kościół.

Mama musiała mieć kogoś do pomocy, gdy szła do szkoły. Tato był stary i umiał zrobić wszystko wkoło siebie, dbał o naszego nowego konia, o stajnię, śpiewał też Kasi i karmił ją kaszą jaglaną z mlekiem, ale nic ponadto. Ja chodziłam do szkoły, więc stara Felicja doglądała wszystkiego. Utyskiwała tylko, że „takie państwo, a konia nie mają!”.

No właśnie. Nowy koń. Ojciec znał się na koniach, więc jak się zgadał z Karolakiem, ten odsprzedał mu za ojcowy sztucer źrebaka-klaczkę. Niewielką, ale ładną i z charakterem. Ojciec ożył. Wreszcie poczuł, że jest potrzebny. Więcej zachodu było ze zrobieniem wozu, ale jak Karolak obejrzał to, co zostało z naszego, machnął ręką i powiedział, że z niego zrobić można najwyżej mały wózek, taki do drewna, do pojechania na targ. Taką dwukółkę, bo jedna ośka całkiem się rozwaliła, więc żeby zrobić porządny wóz, trzeba by jechać aż do Myszyńca po nową ośkę. Oczywiście przywieźli ją stamtąd, a resztę zrobili sami. Pomagał im leśniczy Zawoja z leśniczówki, pół godziny drogi od nas.

Dłubali przy wozie okropnie długo, bo Zawoja próbował zdobyć gumowe koła, i ostatecznie kupił je za dwie bańki bimbru w Biskupcu. Od maszynowego, co pracował na kolei. W końcu na podwórku stanął wóz, piękny i lśniący nowością.

Felicja z mamą były zachwycone. Fela zaraz zaczęła namawiać ojca na kupno pługa, ale ojciec nie był na to przygotowany. Karolak powiedział, że pług pożyczy.

Pamiętam, jak Fela z mamą weszły na ten wóz i dotykały go, sprawdzając czy mocny, porządny. Mają na nim zdjęcie. Mama macha ręką, a Fela w chustce patrzy poważnie w obiektyw. W końcu to ona uczyła nas wszystkiego, co było ogrodnictwem i gospodarowaniem.

Dożyła dziewięćdziesięciu pięciu lat! Przed śmiercią jeszcze pieliła ogród. A mamie pokazała swój strój pośmiertny przygotowany zawczasu. Sukienkę czarną, wełnianą, odprasowaną, pończochy, bieliznę i buty.

— Bronia, powiedz, że pięknie będę wyglądać — prosiła mamę i mama potwierdzała poważnie:

— Będziesz wyglądać jak elegancka pani!

Pamiętam, że mnie to bardzo dziwiło, że Fela w ogóle nie bała się śmierci.

Kiedy zmarła, mama poszła ze mną do jej domu, na czuwanie. Felicja jakaś inna, żółta i skurczona, leżała na stole z podwiązaną szczęką, jakby ją bolały zęby.

Na czarno ubrane babki wkładały jej sukienkę jak lalce — podnosiły ręce, obracały nią jak kukłą. W woskowożółtych dłoniach umocowały jej gromnicę. Stałam pod ścianą i patrzyłam bez lęku.

— Nie boisz się? — zapytała któraś z babek.

— Nieee. To nasza Fela przecież!

— To dobrze, panienko, to dobrze. Musisz się nauczyć przysługi ostatniej. Jak ci nudno, to zmów Zdrowaś Mario. Zaraz siadamy.

Wniesiono trumnę i włożono do niej Felicję. Wyglądała niczym w pościeli, tylko że ubrana odświętnie, jak do kościoła.

Babki zaczęły zawodzić pieśni i to było okropnie nudne. Skrzekliwymi głosami ciągnęły jakieś psalmy, a mnie się wydawało, że Felicję aż korci, żeby wstać i porozganiać je wszystkie, bo ona za życia była szybka i wesoła.

— Mamo? — spytałam cicho. — Po co ja tu?

— Ciiicho. Każda matka powinna nauczyć córkę obsługi zmarłych. Taka powinność. Kto mnie przygotuje do trumny, jak umrę? Ty albo Hania, ale ona w Toruniu…

— A czemu Fela ma podwiązaną szczękę? — zmieniłam temat, bo słuchanie o śmierci mamy było czymś okropnym.

— Bo zmarła we śnie, z otwartymi ustami, a w trumnie kiepsko by to wyglądało, więc trzeba przytrzymać.

Śmiać mi się chciało, jak wyobraziłam sobie Felicję w trumnie z otwartym dziobem, jak u szpaka. Zostawiłyśmy kiwające się i zawodzące babki i poszłyśmy do domu.

Pogrzeb Felicji był dla mnie dużym przeżyciem. Nigdy wcześniej nie byłam na pogrzebie, a że Felicja nie miała nikogo, tylko nas, więc mama urządziła stypę. Był na niej pastor, ksiądz, kilka staruszek z kościoła, kum Felicji i my. Mama zrobiła pasztet z gęsi i królika, na gorąco w kruchych babeczkach, i barszcz czerwony. Do tego szarlotka z pianką, kawa, herbata, i już! Po stypie.

A w kościele, jak pamiętam, było chłodno i dopiero na dworze, gdy szliśmy za trumną, zrobiło mi się cieplej. Zastanawiałam się cały czas, co czuje stara Felicja, dochodząc do nieba. Żal jej nas? Pasymia, ogrodu, Kaśki, mamy, rozlewiska? Czy to dobrze i radośnie iść do męża? Podobno czekał na nią w niebie. Mówiła o nim, że był to „święty człowiek”. I bardzo mnie to trapiło — co z jej pierwszym mężem, który ją odumarł wcześniej na gruźlicę? Też tam na nią czeka? I co, nie pobiją się obaj?!

Felicja tak kochała obu mężów, że zaniosła do fotografa swoje ślubne zdjęcie z Jürgenem i kazała dokleić Innocentego — pierwszego męża o melancholijnym spojrzeniu. Ta dziwaczna ślubna fotografia Felicji z jej dwoma mężami wisiała jeszcze do niedawna nad jej łóżkiem. Mama zapakowała zdjęcie do skrzynki z pamiątkami po niej i wstawiła na strych. Był tam album z fotografiami, koronkowa torebka balowa, owo zdjęcie, książeczka do nabożeństwa, tekturowa teczka z dokumentami i niemiecka książka o pielęgnacji ogrodu.

Teraz maszerowałam za trumną i zastanawiałam się, co to jest dusza. Mięso i kości idą do ziemi i zgniją, ale z czego jest dusza?

Kaśka nie widziała, że zakopują Felicję. Tatuś poszedł z nią alejką na spacer i rozmawiał o czymś. To znaczy mówił do Kasi, a ona słuchała. Nie zrozumiałaby tego grzebania zwłok.

— Dusza? To myśli, intencje i wartość człowieka, Basiu — odpowiedziała mi mama wieczorem, zmywając.

Słuchała radia, więc jej nie nękałam, ale to nie było dla mnie całkiem jasne. Chciałam jeszcze wiedzieć, jaki ma kształt, formę, z czego jest. Jakiś obłok? Dym? Co się z nią dzieje po śmierci? Przecież niebo jest umowne…

„Nadaliśmy kolejny odcinek powieści Matysiakowie na następny zapraszamy…”

PASZTET NA CIEPŁO Z GĘSI I KRÓLIKA

Mięso podzielić na podroby i resztę. Dokupić podgardla. Upiec z cebulą

i marchewką, zostawiając wątrobę gęsią i króliczą jako surowe.

Do duszenia dać liść bobkowy, ziele, podlać wodą i dusić do miękkości.

Mięso oddzielone od kości przekręcić przez maszynkę przez dwa sita

— zwykłe i „pasztetowe”. Dodać wątrobę surową, również skręconą przez

maszynkę, a także bułkę nasączoną sosem. Wetrzeć gałkę muszkatołową,

tymianek, ciut imbiru, sól. Gotować dość długo w kąpieli wodnej.

Upiec na blado w foremkach kruche babeczki ze słonego ciasta, lekko tylko

słodkawe. Napełnić pasztetem i podpiec jeszcze. Resztę pasztetu upiec

w formie wysmarowanej smalcem lub wyłożonej wędzonym boczkiem.

SURÓWKA Z KISZONEJ CZERWONEJ KAPUSTY NA SZYBKO

W słoju ułożyć warstwami niewielkie kawałki liści kapuścianych

(nie szatkować — rwać), Cienkie plastry buraka i czosnku. Odrobinę

kminku. Posypać solą jak do kiszenia ogórków. Łyżka na litr wody

albo rozpuścić ją w tej wodzie i zalać ciepłą. Skórka razowca przyspieszy

proces kiśnięcia. Robić małe porcje.

Mama mi to dawała „na czyszczenie krwi i anemię”. Dobre do wszystkiego,

nawet do chleba ze smalcem!

BARDZO WAŻNA UWAGA

Pytałam mamy aż dwa razy i zawsze mi tłumaczyła, że kobiety podczas

miesiączki nie powinny robić przetworów i że to nie jest ciemnogród,

tylko praktyka.

U niej w domu i później, w majątku, przestrzegano tego. Jak kiedyś

zrobiłam tę surówkę z kapusty, mając „babskie dni”, zepsuła się, zrobił się

taki kisiel z soku i musiałam ją wyrzucić.

Po śmierci Felicji zagościło u nas bogactwo nie do opisania! Dostała się nam biała pościel, kredens rżnięty, dębowy do pokoju paradnego, bieliźniarka i stół z sześcioma krzesłami. Także zielona otomana, wytarta już, ale dostojna i szkło — mnóstwo takich tam, sosjerek, cukiernic, talerzy — cała zastawa i sztućce. A! Serwantka, cała ze szkła, i wielki cud techniki — radio!

Ojciec był szczęśliwy i odtąd całymi dniami, gdy wracał z obory, słuchał wszystkiego — wiadomości, różnych audycji, muzyki...

W naszych pokojach było dotąd pustawo. Tylko nasze łóżka, zbite z desek, jakichś kołków, i moje żelazne, skrzypiące. Po Felicji dostało się rodzicom matrimonio — wielkie, podwójne łóżko i nocne szafeczki. Mama była taka dumna, jak je z Karolakiem i tatą zestawili w pokoju.

— Pięknie! Nareszcie żyjemy tak, jak do tego Michał nawykł. Jak ludzie…

Ja dostałam wtedy żelazne łóżko rodziców. Kaśka moje, a jej poszło na opał!

Było mi głupio, bo moja koleżanka z klasy Wanda z bratem Wieśkiem nic od nikogo nie dostali i żyli w wielkiej biedzie. Ich matka była wdową i hodowała gęsi, w małym domu za wieżą ciśnień. Miała za pierze i tusze jakieś grosze, ale strasznie mało.

Uczyli się dobrze i byli moimi najbliższymi przyjaciółmi. Często jadali u nas, bo, jak mówiła moja mama: „Szkoda latania do domu, zostańcie na obiedzie!”.

Mimo wszystko dobre czasy


Kochałam mój nowy dom. Już go kochałam. Za ciepły piec, za biały kredens, w którym zawsze był chleb i marmolada, za moje łóżko i kąpiele sobotnie, i za to, że było w nim dobrze, spokojnie. Rodzie nigdy nie podnosili głosu, nie kłócili się, dużo czytaliśmy i książek, i gazet. Mama nie lubiła gazet, ale tatko mówił, że trzeba wiedzieć, co w trawie piszczy.

Nasze obejście zakwitło kwiatami, które mama dostała od Felicji i innych kobiet — gospodyń. Od frontu zawsze kwitły wielkie georginie, a między nimi kosmosy z liśćmi jak koper. Z boku domu był sadzik poprzecinany już porządnie i nakarmiony gnojem. Zaczął nagle dawać mnóstwo pysznych śliwek, fioletowych i soczystych, jabłek zimówek, czerwonych i twardych — akurat na choinkę, a latem papierówek, od których nas brzuchy bolały.

Od podwórka na kawałkach zieleni pod płotami i zabudowaniami rosły łubiny i prymule dość kolorowo i bezładnie. Podwórko porządnie wysprzątane zrobiło się przestronne i takie… moje. A gumno i obora nie miały tajemnic. Spenetrowane od klepiska po poddasze!

— Mamo? — pytałam czasem pełna lęku. — A jak wrócą dawni właściciele?

— Nie wrócą — mówiła mama.

— A skąd wiesz?

— Bo jeśli jeszcze żyją, to są za żelazną kurtyną.

— A co to?

— To taka umowa, jak w waszej grze na podwórku, że danej linii się nie przekracza.

— A jak nadepnie, to skucha?

— Nie, robaczku, w polityce nie ma „skuch”. Po prostu Zachód jest od nas odgrodzony tak na niby żelazną kurtyną i jesteśmy bezpieczni.

 

— Sama mówisz „na niby”.

Jakoś niedługo potem mama załatwiła tę hipotekę. Widocznie zasiałam w niej ziarno niepewności, a księgi wieczyste to wieczyste! Tym bardziej że te przedwojenne spaliły się i myśmy już figurowali w nowych!

To były jednak takie dobre czasy!

Po wojnie wszyscy byli ubodzy i wszystko się kombinowało, ale wierzyło się, że jakoś to będzie. Dla mamy najważniejsze było, żebyśmy byli mądrzy i dobrzy, więc oprócz pracy musieliśmy się pilnie uczyć. Nawet jak miałam odrę, a mama szła do pracy, do szkoły, tatko siadał obok mnie, na łóżku, i czytał mi na głos lektury.

Kiedy byłam już dużą pannicą, dostałam zapalenia oskrzeli. Stara Felicja (żyła jeszcze wtedy) sucha, pomarszczona i już ledwo chodząca — postawiła mi bańki.

Musiałam odleżeć po bańkach jeszcze cztery dni. Tato uśmiechał się i czytał mi książkę, która początkowo wydała mi się nudna, ale jak się okazało, że rozbitek jest samiutki na bezludnej wyspie, dostałam wypieków i pokochałam Robinsona całym sercem. Długo z Wandą i Wieśkiem bawiliśmy się w rozbitków.

Wszyscy byliśmy zmuszeni bawić się, posługując się wyobraźnią. Zabawek nie było i nikt się tym nie przejmował. Zabawkę trzeba było wystrugać sobie kozikiem, uszyć ją albo ulepić. Kiedy mieszkaliśmy jeszcze w domu po kowalu, namiętnie bawiliśmy się w wojsko. Ojciec wyrzeźbił nam piękne karabiny i mogliśmy latać po ruinach i starym cmentarzu i strzelać do wroga. Wkładaliśmy wtedy kalosze, że niby to są oficerki.

Ta nasza zabawa w wojnę zaniepokoiła mamę. Usiadła kiedyś na ławeczce przed domem i zawołała nas:

— Dziewczynki! Proszę do mnie! O, tutaj usiądźcie i nauczymy się szycia. Wandziu, Basiu, to wasze przybory. Jeśli odnajdziecie wasze lalki, to spróbujemy dla nich poszyć sukienki!

Lalki?! My, takie dorosłe, mamy się bawić lalkami? Ale pomysł mamy tylko przez chwilę wydał nam się niedorzeczny. Niby byłyśmy dorosłe, zajmowałyśmy się czasem Kaśką, ale dla niej nie trzeba było nic szyć, a lalkom…

Nastała nowa era zabaw zapomnianymi lalkami! Teraz to nie były lale, tylko damy, którym szyłyśmy sukienki z falbankami i urządzałyśmy życie.

W pudełku po landrynkach mama przygotowała nam poduszeczkę z igłami, szpilki i dwie szpulki nici. Miałyśmy nawet nożyczki! W koszu obok leżały kolorowe gałgany. Poznałam bluzkę mamy, tę odświętną, co się podarła, poszewkę na jasiek i kawałek szlafroka Felicji.

— Pokażę wam podstawowy ścieg, zwany fastrygą. Proszę, chwyćcie materiał, o tak! I wbijcie igiełkę.

Lekcja była długa i nudna, a my nieziemsko cierpliwe. Już widziałam oczyma duszy, co uszyję mojej odkurzonej Wiśce!

Od tej pory siadywałam z Wandzią na naszej werandzie i szyłyśmy. Byłyśmy złe, gdy tylko odrywano nas od naszej pracy. Wiesiek był zły, bo też się nudził sam. Poprosiłyśmy go więc, żeby robił meble dla naszych lalek.


Szło mu koślawo, ale za jakiś czas sklepał z deseczek łóżka, szafę… Nasze lalki weszły nagle w posiadanie garderoby i pościeli.

Kiedy Kaśka koniecznie zapragnęła bawić się moją lalką, mama kupiła jej misia. Był śliczny, puszysty i żółty! Byłam zazdrosna, bo mój gdzieś przepadł, ale mama szybko mi wyjaśniła, że to dla dobra mojej lalki.

Nasze „damulki” szybko dorobiły się pięknej zastawy obiadowej — z gliny.

Kiedy mama podpowiedziała nam ten pomysł, zwariowałyśmy z radości. Wymiesiłyśmy glinę na miękką masę i zaczęło się! Piękne talerze z rzeźbionym wzorkiem rysowanym szpilką do włosów mamy, głębokie i płytkie, także sosjerki, maleńkie solniczki i cukiernice, tylko waza nam nie wychodziła i dzbanek do herbaty. Później wszystko wysychało na słońcu i było malowane wieczorem kolorowymi farbkami. Biały kolor, niestety, się nie przyjmował. Wiesiek międlił tę glinę i międlił bez pomysłu, aż wymiędlił zwierzaki. Kota, psa, króliki.

— Wasze idiotyczne lalki muszą mieć zwierzęta w obejściu! — tłumaczył.

— W jakim obejściu? — syczałyśmy. — Nasze lalki są damami!

— No, ale kota i psa mogą mieć — uciął dyskusję.

Później zapisał się do drużyny harcerskiej i znikał nam z oczu na długie dnie.

Nasze lale były bogate. My — biedne, ale szczęśliwe.

Każde z nas coś donaszało, a to po siostrze, po bracie, a to cudem jakimś sąsiadka odpaliła coś po swoich dzieciach. Buty z reguły były za ciasne albo za duże, pończochy bawełniane, grube, opadały, rolowały się i wisiały smętnie podtrzymywane szelkami. Nikt nie zwracał na to uwagi. Żadne z nas nie wyśmiewało drugiego za ubiór. Pełna równość w biedzie!

Któregoś razu wszystkie dziewczynki ze szkoły, to znaczy my, te młodsze, chodziłyśmy kilka dni w chustkach, jak stare babki, bo miałyśmy wszy! Pani pielęgniarka przejrzała nam głowy i orzekła, że jesteśmy zawszone. Najbiedniejsze dostały po butelce czegoś, a ja pobiegłam do domu z nową wieścią:

— Mamo! Mamy wszy!

— Kto? — zdumiała się.

— Ja i Wanda, i wszystkie dzieci ze szkoły!

Mama kazał mi uklęknąć i położyć głowę na swoich kolanach, włożyła okulary i poszukała. Znalazła cztery i kilkadziesiąt gnid. Wzięła nafty i natarła mi głowę.

Później przejrzała Kaśkę, ale ona była czysta. Oczywiście zawiązała mi chustkę. Wieczorem tak szorowała ten mój łepek, że wrzeszczałam i piszczałam wniebogłosy. W GS-ie kupiła taki prostokątny, gęsty grzebyczek i czesała codziennie.

Chłopcy byli ogoleni na łyso, a my chodziłyśmy kilka dni w chustkach. Bardzo nam się to wszystko podobało. Mamie mniej. Szczęście, że my, dziewczynki, nie musiałyśmy się ogolić na łyso, bo niedługo konfirmacja!

Pamiętam ją.

Pastor Wittenberg umyślił ją na Wielkanoc, akurat teraz, gdy uzbierało się nas tyle, żeby ją urządzić. Robiono ją raz na kilka lat, bo u nas dzieci w odpowiednim wieku było mało.

Mama uszyła mi sukienkę z białego obrusu adamaszkowego, kupionego na targu od jakiejś pani za dwie kury. Sukienka była skromna jak zakonna szatka. Ozdobiła ją dyskretnie mereżką przy szyi i rękawkach.

Niektóre moje koleżanki, na przykład Ula i Lotka Weissenówny z odległej kolonii za Trelkówkiem, i Inga Kussow (przemianowana na Kusiak, żeby ich nie wygnali) przystąpiły do konfirmacji w czarnych sukienkach. Na znak żałoby po ojcach i wujach. Takie były zwyczaje… Ale ja byłam bielutka! W naszej grupie było tylko czterech kawalerów, reszta to panny.

Pastor prowadził całą nasza grupę do kościoła dostojnie i poważnie.

Nasze mamy, i całe rodziny, czekały już w kościele. Wszyscy odświętnie poubierani, bardzo podekscytowani. Ale najbardziej — my. Pastor nam tłumaczył wiele razy, że to najważniejszy dzień w życiu dorosłego człowieka. Że właśnie w dniu konfirmacji, kiedy świadomie i odpowiedzialnie — jak DOROŚLI — decydujemy się na wstąpienie do naszej wspólnoty i stajemy się członkami naszego społeczeństwa i Kościoła.

Ja byłam najmniejsza i najmłodsza w naszej grupie i wyglądałam dość dziecinnie, więc nareszcie idąc razem z dziewczynkami starszymi i wyglądającymi już poważnie, sama też czułam się jedną z nich! Już nikt nie będzie mógł sarknąć „Ty dzieciuchu!”. No, bo jak? Po konfirmacji?!

Szłam w ostatniej parze z Uttą, też taką małą jak ja. Jednak obie miałyśmy głowy dumnie uniesione i poważne miny. Mama splotła mi wysoko warkocz i upięła w koszyczek, żebym się wydawała wyższa. Wie, że cierpię z powodu wzrostu. Za nami szli chłopcy, też przejęci. Gerard Obara, wielki i już jakby dorosły, Jurek, syn szewca, i bliźniacy — Janek i Henio z Elganowa — w moim wieku. Chłopcy szli jakoś zwyczajnie, a my to dopiero byłyśmy wyniosłe i dumne! Takie śliczne, dumne i przejęte zostałyśmy wprowadzone do kościoła.

Wtedy wszyscy zaśpiewaliśmy moją ulubioną pieśń:

Ujmij mą dłoń! Jam słaby i bezsilny,

Nie ważę się bez Ciebie ni na krok.

Ujmij mą dłoń, a wtedy, miły Zbawco,

Nie będzie miejsca w sercu mym dla trwóg!

Ujmij mą dłoń. Przyciągnij mnie do Siebie,

W bliskości serca Twego pragnę być!

Ujmij mą dłoń, inaczej zbłądzić mogę,

Po drodze prawej Sam przede mną idź!

Śpiewałam chyba najgłośniej ze wszystkich, aż mi mama pokiwała ze swojej ławki, śmiejąc się. Potem zabrał głos pastor.

Mówił o tym, że chrzcząc nas, rodzice zadecydowali o naszej przynależności. Ale konfirmacja to „wasza, świadoma i przemyślana decyzja, drodzy moi” — powiedział podczas kazania i patrzył nam wszystkim w oczy. Mówił pięknie! Zawieszał głos. Wtedy dotarło do mnie z całą siłą, że jestem dorosła, skoro pastor uważa, że mogę sama zadecydować, złożyć przysięgę i przystępując świadomie do Stołu Pańskiego, wyrazić moją wiarę i tę dojrzałość — na której mi tak zależało.