Pod wulkanemTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Żonie mojej Margerie

poświęcam

„Wiele jest dziwów i mocy, i potęg na tym bożym świecie,

największą z nich ludzka potęga.

On na wzburzone wypuszcza się morze

jednej łzy żalu nie roniąc spod powiek,

on matkę ziemię lemieszami orze,

muły i konie zaprzęga,

człowiek.

Płochy ród ptaków on chwyta, mądrze rzuciwszy na nie sidła,

zwierz dziki przed nim umyka,

on grzywiastego konia jarzmem pęta,

na brzeg wyciąga dzieci morskiej fali,

tura górskiego obali i byka.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

On szybkiego jak wiatr dźwięku mowy nauczył się i mądrej, i wieszczej.

Miasta buduje, rynki, agory

i stawia w miastach dachem kryte dwory,

by go wiatr nie zmógł i deszcze,

leki wynalazł na groźne choroby,

wszystko złe mądrym przewalczy sposobem –

nie ujdzie śmierci”.

Sofokles, Antygona

Przekład Ludwika H. Morstina

„Błogosławionym zaiste wydał mi się los psa czy ropuchy; ach, z jakąż radością byłbym wziął na się los psa czy konia, wiedziałem bowiem, że stworzenia te nie mają duszy, którą by zatracić mogły pod wieczystym ciężarem piekła czy grzechu, jak moja dusza zatracić się mogła. Ach, a chociaż to wiedziałem, chociaż to czułem i chociaż złaman byłem tą wiedzą, to przecież większego bólu zaznałem, gdym z całych sił szukał i nie znalazł w duszy mojej chęci wyzwolenia”.

John Bunyan,

Grace Abounding for the Chief of Sinners

(„Obfitość łaski dla głównego z grzeszników”)

„Zbawion być może,

Kto się dążeniem wieczystym trudzi”.

Goethe, Faust

Przekład Emila Zegadłowicza

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

Dwa grzbiety górskie przecinają republikę mniej więcej z północy na południe, tworząc w środku kilka dolin i płaskowyżów. Ponad jedną z tych dolin, nad którą górują dwa wulkany, rozsiadło się na wysokości sześciu tysięcy stóp nad poziomem morza miasto Quauhnahuac. Położone jest sporo na południe od Zwrotnika Raka, mówiąc dokładnie, na dziewiętnastym równoleżniku, mniej więcej na tej samej szerokości geograficznej co Wyspy Revillagigedo dalej na zachód na Pacyfiku albo znacznie dalej na zachodzie południowy kraniec Hawajów – albo na wschodzie port Tzucox na atlantyckim wybrzeżu Jukatanu, w pobliżu granicy brytyjskiego Hondurasu, czy jeszcze dalej w kierunku wschodnim miasto Juggernaut w Indiach nad Zatoką Bengalską.

Mury miasta, które jest zbudowane na wzgórzu, są wysokie, uliczki i zaułki kręte i wyboiste, drogi zygzakowate. Wspaniała amerykańska autostrada wpada do miasta od północy, gubi się jednak w jego wąskich uliczkach i wyłania jako kozia ścieżyna. Quauhnahuac posiada osiemnaście kościołów i pięćdziesiąt siedem cantinas. Szczyci się również terenem do gry w golfa i aż czterema setkami basenów pływackich, publicznych i prywatnych, napełnianych wodą spływającą bezustannie z gór, a także wieloma wspaniałymi hotelami.

Hotel „Casino de la Selva”1 stoi na wyższym trochę wzgórzu tuż za miastem, w pobliżu stacji kolejowej. Znajduje się daleko od głównej autostrady i jest okolony ogrodami i tarasami, z których roztacza się szeroki widok we wszystkich kierunkach. Budowla jest pałacowa, a przenika ją atmosfera minionej świetności. Bo nie jest to już kasyno. Można nawet nie znaleźć okazji do zagrania w kości o szklaneczkę trunku w barze. Dom nawiedzają duchy zrujnowanych graczy. Nikt chyba nie pływa we wspaniałym olimpijskim basenie. Trampoliny stoją puste i smutne. Tereny gry w jai-alai2 są zarośnięte trawą, opuszczone. Zarząd uruchamia w sezonie tylko dwa korty tenisowe.

Tuż przed zachodem słońca w Dzień Zaduszny w listopadzie roku 1939 dwaj mężczyźni w białych flanelowych ubraniach siedzieli na głównym tarasie kasyna, pijąc anís. Rozegrali partię tenisa, potem bilardu, ich rakiety w nieprzemakalnych pokrowcach, w prasach – doktora w trójkątnej, drugiego mężczyzny w kwadratowej – leżały na balustradzie przed nimi. Gdy procesja wracająca z cmentarza krętą drogą w dół stoku za hotelem podeszła bliżej, przeciągłe tony śpiewu podpłynęły do obu mężczyzn; obrócili głowy, żeby spojrzeć na żałobników, którzy po chwili mieli się ukazać tylko jako melancholijne płomyki świec zataczające kręgi pośród dalekich snopków kukurydzy. Doktor Arturo Díaz Vigil podsunął butelkę anís del mono M. Jacques’owi Laruelle’owi, który siedział teraz pochylony, zasłuchany.

Nieco na prawo i poniżej nich, pod gigantyczną czerwienią wieczoru, którego odbicia krwawiły się w opustoszałych pływalniach, rozrzuconych tu i tam jak dziwaczne miraże, leżały spokój i słodycz miasta. Z miejsca, na którym siedzieli, miasto wydawało się ciche. Trzeba się było wsłuchać uważnie, jak robił to M. Laruelle, żeby rozróżnić daleki zmieszany odgłos – wyraźny, a jednak w jakiś sposób nierozdzielny od cichutkiego pomruku, od stuku kołatek żałobników – odgłos jak gdyby śpiewu, to wzmagający się, to opadający, i nie milknącego tupotu – wrzawa i okrzyki fiesty, która trwała już cały dzień.

M. Laruelle nalał sobie jeszcze jedną szklankę anisu. Pił anís, ponieważ trunek ten przypominał mu absynt. Na twarzy miał ciemny rumieniec, a ręka drżała mu lekko, gdy ją wyciągnął do butelki, z której kolorowy diabeł na etykiecie wymachiwał do niego widłami.

– Chciałem go namówić, żeby wyjechał i kazał się deal-cooliser – powiedział doktor Vigil. Potknął się o francuskie słowo i ciągnął dalej po angielsku. – Ale sam byłem taki chory tego dnia po balu, że… cierpienie naprawdę, fizyczne… To niedobrze, my lekarze muszą jak apostołowie. Pamiętasz, że graliśmy też w tenisa tego dnia. Więc po tym, jak rozmawiałem z Konsulem w ogrodzie, posyłam chłopca pytać, czy nie przyjdzie i nie zastuka do moich drzwi na kilka minut, byłbym wdzięczny dla on… jak nie, napisać parę słów, jeżeli alkohol go jeszcze nie zabił.

M. Laruelle uśmiechnął się.

– Ale oni wyszli – ciągnął tamten. – Ach, tak, ciebie też chciałem… pytałem, czy byłeś w jego domu.

– On był u mnie w domu, kiedy telefonowałeś, Arturo.

– Tak, wiem, ale myśmy takie straszne pijaństwo poprzedniej nocy, tak perfectamente borracho3, więc myślałem, że Konsul jest chory jak ja. – Doktor Vigil potrząsnął głową. – Choroba jest nie tylko w ciele, jest w tej części, co ją nazywali kiedyś: dusza. Biedny twój przyjaciel roztrwonił swoje ziemskie pieniądze na tyle bezustanne dramaty.

M. Laruelle dopił swój trunek. Wstał i podszedł do balustrady; oparłszy dłonie na rakietach tenisowych, spojrzał w dół i na boki: opuszczone tereny jai-alai z bastionami porosłymi trawą, martwe korty tenisowe, zupełnie blisko, w samym środku alei hotelowej fontanna, przy której hodowca kaktusów zatrzymał i poił konia. Para młodych Amerykanów, chłopiec i dziewczyna, rozpoczęli spóźnioną partię ping-ponga na werandzie przybudówki poniżej. To, co zdarzyło się przed rokiem, dzisiaj zdawało się już należeć do innego stulecia. Można by przypuszczać, że teraźniejsze okropności pochłoną tamto jak kroplę wody. Ale nie. Chociaż tragedia stawała się już nierzeczywista i pozbawiona znaczenia, nadal wydawało się jednak, że wolno wspominać czasy, w których życie jednostki posiadało pewną wartość i było czymś więcej niż omyłką w druku spotykaną w komunikatach. Zapalił papierosa. Daleko po lewej, w kierunku północno-wschodnim, za doliną i tarasowatymi pagórkami Sierra Madre Oriental, dwa wulkany, Popocatépetl i Ixtaccíhuatl, wrastały ostre i wspaniałe w zachód słońca. Bliżej, może w odległości dziesięciu mil poniżej doliny, dostrzegł miasteczko Tomalín przycupnięte poza dżunglą, nad którą unosiła się wąska, niebieska strużka nielegalnego dymu; ktoś wypalał drzewo na węgiel. Przed nim, po drugiej stronie amerykańskiej autostrady, rozciągały się pola i gaje, przez które płynęła skrętami rzeka i które przecinała droga do Alcapancingo. Wieża strażnicza więzienia wyrastała nad lasem pomiędzy rzeką i drogą, która gubiła się nieco dalej – tam, gdzie fioletowe wzgórza raju z rycin Dorégo pięły się ku horyzontowi. W mieście zapłonęły nagle, zamrugały i zgasły, zapłonęły znowu światła jedynego kina w Quauhnahuac, zbudowanego na stoku o ostro rysujących się konturach.

No se puede vivir sin amar4 – powiedział M. Laruelle. – …Jak ten estúpido5 napisał na moim domu.

– Dalej, amigo6, wyrzuć to, co ci leży na sercu – odezwał się za jego plecami głos doktora Vigila.

– Kiedy, hombre7, Yvonne wtedy wróciła! Tego nigdy nie potrafię zrozumieć. Wróciła do tego człowieka! – M. Laruelle podszedł do stołu i nalał sobie szklankę wody mineralnej z Tehuacán. Powiedział: – Salud y pesetas8.

– Y tiempo para gastarlas9 dodał w zamyśleniu jego przyjaciel.

Laruelle spoglądał na doktora, który ziewając, półleżał na leżaku – przystojna, nieprawdopodobnie przystojna, śniada, nieprzenikniona meksykańska twarz, dobre, głębokie, brązowe oczy, a przy tym niewinne jak oczy tych rzewnych, pięknych dzieci, oaxacańskich, które widuje się w Tehuantepec (idealna miejscowość, gdzie kobiety pracują, a mężczyźni kąpią się cały dzień w rzece), smukłe drobne dłonie o delikatnych przegubach, dłonie, na których szorstkie, czarne włoski były niemal zaskoczeniem.

 

– Bardzo dawno wyrzuciłem to, co mi leżało na sercu, drogi Arturo – powiedział M. Laruelle po angielsku, wyjmując papierosa z ust cienkimi, nerwowymi palcami, na których – zdawał sobie z tego sprawę – nosił za dużo pierścieni. – Co mnie bardziej… – M. Laruelle zauważył, że mu papieros zgasł, i znowu nalał sobie anisu do szklanki.

Con permiso10. – Doktor Vigil wyczarował płonącą zapalniczkę z kieszeni ruchem nieprawdopodobnie szybkim, mogło się zdawać, że była już tam zapalona, że wyciągnął ogień z siebie, że gest ręki i zapalenie były jednym ruchem; podał ogień M. Laruelle’owi. – Nie byłeś nigdy w kościele dla tych, co osieroceni? – spytał nagle. – Gdzie Najświętsza Panna za tych, co nikogo tu mają?

M. Laruelle potrząsnął głową.

– Nikt tam nie chodzi. Tylko jak nie ma kogo nikt – powiedział wolno doktor. Wsunął zapalniczkę do kieszeni i spojrzał na zegarek, zgrabnym ruchem odwracając do góry przegub dłoni. – Allons-nous-en – dodał. – Vámonos11 – i zaśmiał się, ziewając i jednocześnie wykonując głową skłony, które zdawały się przemieszczać stopniowo jego ciało do przodu, póki głowa nie spoczęła mu w dłoniach. Potem podniósł się i stanąwszy obok M. Laruelle’a przy parapecie, głęboko wciągnął powietrze w płuca. – Ach, lubię tę godzinę, kiedy słońce schodzi, kiedy ludzie zaczynają śpiewać, a psy zaczynają ściekać…

M. Laruelle zaśmiał się. Gdy rozmawiali, niebo na południu pociemniało, groźne i burzowe, żałobnicy zeszli ze stoku wzgórza. Ociężałe snem sępy wysoko nad głowami odfrunęły na wietrze.

– Więc koło wpół do dziewiątej. Może pójdę na godzinę do kina.

Bueno12. Spotkamy się wieczorem tam, gdzie wiesz. Pamiętaj, nie wierzę, że jutro odjeżdżasz. – Wyciągnął rękę, którą M. Laruelle uścisnął mocno, bo go kochał. – Przyjdź wieczorem… jak nie, zrozum, proszę, zrozum, że chodzi mi o twoje zdrowie.

Hasta la vista13.

Hasta la vista.

Gdy M. Laruelle był już sam i stał na brzegu szosy, którą przed czterema laty przejechał końcową milę długiej obłąkanej, pięknej podróży z Los Angeles, też nie mógł uwierzyć, że wyjeżdża. Myśl o jutrze była prawie druzgocąca. Gdy namyślał się niezdecydowany, którędy iść do domu, mały przepełniony autobus Tomalín–Zócalo minął go i podskakując, zaczął zjeżdżać z pochyłości w kierunku barranca14, zanim wspiął się na stok i wjechał do miasta. M. Laruelle nie chciał iść dzisiaj w tym samym kierunku. Przeszedł na drugą stronę ulicy i ruszył w kierunku dworca. Chociaż nie miał jechać pociągiem, znowu zaczęła mu ciążyć świadomość odjazdu, groźba jego nieuniknioności, gdy omijając jak dziecko punkty złączenia szyn, przecinał na ukos tory. Promienie zachodzącego słońca odbijały się od cystern i padały na porosły trawą nasyp w głębi za nimi. Peron spał. Tory były puste, sygnały podniesione. Niewiele wskazywało na to, że pociągi zajeżdżają kiedykolwiek na tę stację, jeszcze mniej, że ją opuszczają.

QUAUHNAHUAC

Ale przed niespełna rokiem miejsce to było widownią rozstania, którego M. Laruelle nigdy nie zapomni. Kiedy Yvonne i Konsul pierwszy raz przyprowadzili Hugh do domu M. Laruelle’a na Calle Nicaragua, przyrodni brat Konsula nie spodobał mu się – tak samo, wiedział już teraz, jak on nie spodobał się Hugh. Dziwaczny wygląd młodego mężczyzny – chociaż M. Laruelle tak był wtedy wstrząśnięty ponownym spotkaniem Yvonne, że wrażenie owej dziwaczności nie dotarło do niego na tyle silnie, żeby mógł natychmiast rozpoznać później Hugh w Parián – wydawał się jedynie karykaturalną ilustracją przyjaznych, na pół gorzkich słów, w jakich opisywał go Konsul. A więc to jest owo dziecko, o którym – M. Laruelle pamiętał to jak przez mgłę – wspomniano mu przed laty! Po półgodzinie uznał go za nieznośnego nudziarza, „kawiarnianego marksistę”, próżnego i nieśmiałego, który jednak przybiera romantyczne pozy ekstrawertyka. Natomiast Hugh, który z różnych względów nie został „przygotowany” przez Konsula na spotkanie z M. Laruelle’em, zapewne widział w nim bardziej jeszcze afektowany typ nudziarza, podstarzałego estetę, swobodnego w sprawach seksualnych starego kawalera o jakby obleśnym i zachłannym stosunku do kobiet. Ale w ciągu trzech bezsennych nocy przeżyli wspólnie wieczność; głęboki smutek i zdumienie nad niepojętą katastrofą zbliżyły ich do siebie. W ciągu kilku godzin po odebraniu telefonu Hugh z Parián M. Laruelle poznał dobrze tego chłopca; poznał jego nadzieje, jego lęki, złudzenia, rozpacz. Kiedy Hugh odjeżdżał, dla M. Laruelle’a było to tak, jak gdyby stracił syna.

Nie zwracając uwagi na biały strój tenisowy, M. Laruelle wspiął się na nasyp. Miał jednak rację, powiedział sobie, przystanąwszy na szczycie, żeby zaczerpnąć tchu, wtedy po „odnalezieniu” Konsula (chociaż tymczasem wytworzyła się żałośnie-groteskowa sytuacja: w Quauhnahuac zabrakło konsula brytyjskiego, kiedy po raz pierwszy był tu naprawdę potrzebny), miał jednak rację, że Hugh powinien był pominąć wszelkie konwencjonalne skrupuły. Powinien był wykorzystać fakt, że „policja” objawia tak zadziwiającą niechęć do aresztowania go – a raczej, bo na to wyglądało, gorąco pragnie pozbyć się Hugh w chwili, gdy wszelka logika nakazywałaby go zatrzymać jako świadka w przynajmniej jednym aspekcie tego, co z perspektywy czasu można było niemal nazwać „sprawą” – i możliwie jak najśpieszniej wsiąść na pokład statku, który opatrznościowo czekał w Veracruz. M. Laruelle obrócił się i spojrzał na stację; po Hugh została luka. Można powiedzieć, że w pewnym sensie uciekł, zabierając ostatnie z jego złudzeń. Bo Hugh w dwudziestym dziewiątym roku życia nadal wierzył, nawet wtedy, że jego czyny zmienią świat (nie ma na to innych słów), podobnie jak Laruelle w czterdziestym drugim roku życia nie wyzbył się jeszcze wtedy cząstki nadziei, że zmieni świat za pomocą wielkich filmów, które jakoś zamierzał stworzyć. Ale dzisiaj te marzenia wydawały się absurdalne, zuchwałe. Ostatecznie w przeszłości stworzył wielkie filmy, wielkie jak na tamte czasy. A przecież ani trochę nie zmieniły one świata. Niemniej przywykł do pewnego stopnia utożsamiać się z Hugh. Jak Hugh jedzie teraz do Veracruz; jak Hugh nie jest pewien, czy jego okręt zawinie kiedykolwiek do portu…

Droga M. Laruelle’a prowadziła przez na pół uprawne pola obrzeżone wąskimi, porosłymi trawą ścieżkami, które wydeptywali wracający z pracy hodowcy kaktusów. Do tego punktu było to jego ulubione miejsce przechadzek, chociaż ostatni raz szedł tędy jeszcze przed deszczami. Liście kaktusów zachwycały świeżością; zielone drzewa podświetlone wieczornym słońcem wyglądały jak płaczące wierzby na porywistym wietrze, który zerwał się nagle; jezioro żółtego światła słonecznego wezbrało w oddali pod ładnymi wzgórzami jak bochny chleba. Ale było teraz coś bolesnego w tym wieczorze. Czarne chmury wynurzyły się na południu. Słońce chlusnęło roztopionym szkłem na pola. Wulkany w groźnym blasku zachodu były przerażające. M. Laruelle szedł prędko w swoich ciężkich, solidnych pantoflach tenisowych, które powinien już był zapakować, wymachując rakietą. Opanowało go znowu uczucie lęku, uczucie, że po tylu latach, w tym swoim ostatnim dniu jest tutaj wciąż obcy. Cztery lata, blisko pięć, a wciąż czuje się jak przybysz z obcej planety. Nie znaczy to wcale, że dzięki temu będzie mu mniej trudno wyjechać – chociaż, jeśli Bóg pozwoli, niedługo zobaczy znów Paryż. Ach, zresztą! Wojna nie budziła w nim wiele emocji, może tylko uczucie, że jest czymś złym. Wygra jedna strona albo druga. W obu wypadkach życie będzie ciężkie. Chociaż, jeśli przegrają alianci, będzie może trochę cięższe. I w obu wypadkach własna walka będzie trwała nadal.

Jak bezustannie, jak zaskakująco zmienia się krajobraz. Pole było teraz pełne kamieni; ciągnął się długi rząd umarłych drzew. Porzucony pług, którego sylwetka rysowała się ciemno na tle nieba, w niemym błaganiu wyciągał ku górze ramiona; inna planeta, pomyślał znowu M. Laruelle, osobliwa planeta, na której wystarczy przenieść wzrok trochę dalej, za Tres Marías, żeby ujrzeć jednocześnie wszystkie odmiany krajobrazu – Cotswolds, Windermere, New Hampshire, łąki Eure-et-Loire, nawet szare diuny Cheshire, nawet Saharę; planeta, na której w mgnieniu oka można zmienić klimat i – jeśli chciało się o tym pomyśleć – zmienić trzy cywilizacje, przechodząc na drugą stronę szosy; ale piękna, nie można było jej odmówić piękna, fatalnego lub oczyszczającego, jak popadnie, piękna raju na ziemi.

Czegóż on jednak dokonał w tym raju na ziemi? Zawarł kilka przyjaźni. Zdobył meksykańską kochankę, z którą zerwał, i mnóstwo bożków majańskich, których nie będzie mógł wywieźć za granicę, a poza tym…

M. Laruelle pomyślał, że może spadnie deszcz; niekiedy, chociaż rzadko, padał deszcz o tej porze, na przykład w zeszłym roku, kiedy nie powinien był padać. A te chmury na południu są burzowe. Wydało mu się, że czuje zapach deszczu, i nagle pomyślał, że nic nie sprawiłoby mu większej przyjemności, że pragnąłby zmoknąć w ulewie, przemoknąć do skóry, iść przez ten dziki krajobraz w przylegającym do ciała białym flanelowym ubraniu – mokry, ociekający deszczem. Obserwował chmury, ciemne, śmigłe konie wspinające się na niebo. Gwałtowna burza wybuchająca nie w swojej porze! Taka jest miłość, pomyślał; miłość przychodząca za późno. Tylko że nie przychodzi po niej ozdrowieńczy spokój jak po burzy, kiedy wieczorne zapachy czy senne słońce i ciepło wracają na zaskoczoną ziemię! M. Laruelle znowu przyśpieszył kroku. Ale gdy taka miłość uderzy cię jak grom i ogłuszy, oślepi, odbierze zmysły, zabije – żadne porównanie literackie nie zmieni twojego losu! Tonnerre de dieu15 Nie ugasisz ani cząstki pragnienia, jeżeli powiesz, jaka jest ta miłość, która przychodzi za późno.

Miasto było teraz niemal w prostej linii po jego prawej i ponad nim, bo M. Laruelle od wyjścia z „Casino de la Selva” szedł cały czas w dół. Z pola, które teraz przecinał, dostrzegał nad drzewami na stoku wzgórza, poza ciemnym zamkowym masywem Pałacu Cortesa, wolno obracające się, już oświetlone koło diabelskie na głównym placu Quauhnahuac. Zdawało mu się, że słyszy płynący z wnętrza świetlistych gondoli dźwięk śmiechu ludzkiego, a potem znowu owo dalekie szaleństwo głosów śpiewających, cichnących, umierających na wietrze, niedosłyszalnych w końcu. Smętna melodia amerykańska – może St. Louis blues – płynęła do niego poprzez pola, chwilami jako łagodna, niesiona wiatrem fala muzyki, od której odrywały się bryzgi bełkotu i która nie rozbijała się o ściany i wieże przedmieść, tylko w nie łomotała; potem nikła znów wessana w dal. Był teraz na ścieżce prowadzącej przez teren browaru i wypadającej na drogę do Tomalín. Wyszedł na szosę do Alcapancingo. Przejeżdżał samochód i gdy M. Laruelle stał z twarzą odwróconą i czekał, aż opadnie kurz, przypomniała mu się tamta przejażdżka samochodem w towarzystwie Yvonne i Konsula… przejażdżka wzdłuż brzegów jeziora, które samo było kraterem gigantycznego wulkanu, i zobaczył znów horyzont wyłagodzony pyłem, autobusy mknące poprzez skłębiony kurz, podskakujących chłopców z tyłu na platformach ciężarówek, trzymających się kurczowo, aby nie spaść, z twarzami osłoniętymi od kurzu (a była w tym jakaś wspaniałość, zawsze tak to odczuwał, jakaś symbolika przyszłości, do której ten heroiczny naród naprawdę czynił wielkie przygotowania, bo przecież wszędzie w Meksyku widziało się te rozpędzone ciężarówki z młodymi budowniczymi – stali wyprostowani, na mocnych, szeroko rozstawionych nogach, pęd powietrza szarpał nogawkami ich spodni) i w słońcu na zaokrąglonym pagórku zbliżający się samotny słup kurzu, przyciemnione kurzem pagórki nad jeziorem, jak wyspy w ulewnym deszczu. Konsul, którego dawny dom M. Laruelle dostrzegał teraz na stoku wzgórza za barranca, też zdawał się wtedy dość szczęśliwy, wędrował po Choluli, gdzie było trzysta sześćdziesiąt kościołów i dwa zakłady fryzjerskie, „Czystość” i „Harem”, a później wspiął się na ruiny piramidy, dowodząc z dumą, że jest to historyczna wieża Babel. W jak godny podziwu sposób ukrywał to wszystko, co było zapewne „wieżą Babel” jego myśli!

Dwaj obdarci Indianie nadchodzili pośród kłębów kurzu; sprzeczali się, ale w owym głębokim skupieniu profesorów uniwersytetu wędrujących przez letni zmrok po dziedzińcach Sorbony. Ich głosy, ruchy ich delikatnych, przeraźliwie brudnych rąk były nieprawdopodobnie pańskie, wytworne. Postawą przywodzili na myśl azteckich książąt, ich twarze przypominały mroczne rzeźby na ruinach Jukatanu.

 

– …perfectamente borracho…

– …completamente fantástico16.

– Sí, hombre, la vida impersonal… 17

– Claro, hombre… 18

– ¡Positivamente! 19

Buenas noches20.

Buenas noches.

Odeszli w mrok. Koło diabelskie zniknęło z pola widzenia; odgłosy jarmarku, muzyka, zamiast przybliżyć się, chwilowo umilkły. M. Laruelle spojrzał na zachód; czując się jak rycerz starożytny z rakietą tenisową zamiast tarczy i latarką elektryczną zamiast sakiewki, marzył przez chwilę o bitwach, z których dusza wychodziła zwycięsko, aby tam później odbywać wędrówki. Miał zamiar skręcić w prawo, w alejkę prowadzącą obok wzorowej farmy, na której łąkach wypasały się konie „Casino de la Selva”, prosto do jego ulicy, Calle Nicaragua. Ale nagły impuls kazał mu skręcić w lewo, w ulicę biegnącą obok więzienia. W jakiś niejasny sposób zapragnął nagle pożegnać się tego ostatniego wieczoru z ruinami Pałacu Maksymiliana.

Na południu olbrzymi archanioł, czarny jak burza, wynurzył się z Pacyfiku. A jednak mimo wszystko burza niosła swój własny, tajemny spokój… Namiętność do Yvonne (nie miało znaczenia, czy Yvonne byłaby czy nie byłaby coś warta jako aktorka, bo mówił prawdę, kiedy jej powiedział, że byłaby doskonała we wszystkich filmach, które on kręcił) wskrzesiła w jego sercu, chociaż nie umiałby wyjaśnić dlaczego, wspomnienie owej chwili, kiedy idąc samotnie przez łąki z Saint Près – małej francuskiej mieściny kanałów, śluz i nieczynnych, szarych młynów, gdzie mieszkał – ujrzał wyrastające powoli, przecudownie i w nieskończonej piękności nad ścierniskami pełnymi polnych kwiatów, wyrastające powoli w słońcu, jak wyrastały przed wiekami, gdy patrzyli na nie pielgrzymi, którzy szli przez te same łąki, bliźniacze wieże katedry w Chartres. Jego miłość przyniosła spokój, zbyt krótki spokój, w dziwaczny sposób przypominający tamto dawne urzeczenie, oczarowanie samym Chartres, w którym kochał każdą uliczkę czy kawiarenkę, skąd widział wieże katedry nieprzerwanie płynące na tle chmur – urzeczenie, którego nie zniweczył nawet fakt, że M. Laruelle był wtedy po uszy w długach! Podobnie jak żadne skrupuły czy wyrzuty sumienia wobec Konsula nie zniweczyły w piętnaście lat później tego drugiego urzeczenia w Quauhnahuac! Zresztą, pomyślał M. Laruelle, pojednały go na jakiś czas z Konsulem już po wyjeździe Yvonne bynajmniej nie obopólne wyrzuty sumienia. Pojednało ich coś innego: być może, przynajmniej częściowo, pragnienie owej iluzorycznej pociechy, dającej taką mniej więcej satysfakcję jak próba gryzienia bolącym zębem, pociechy, którą czerpali z dwustronnej, milcząco odgrywanej komedii, że Yvonne jest wciąż z nimi.

Ach, zdawałoby się, że wszystko to było dostatecznie dobrym powodem do tego, żeby obaj uciekli z Quauhnahuac na koniec świata! Nie wyjechali jednak. A teraz M. Laruelle miał uczucie, że brzemię ich bólu napiera na niego z zewnątrz, jak gdyby zostało w jakiś sposób przeniesione w te fioletowe, otaczające go zewsząd góry – tak tajemnicze ze swoimi ukrytymi kopalniami srebra, takie dalekie, a jednak bliskie, takie ciche – i z tych gór emanowała dziwaczna, melancholijna siła, która próbowała go tutaj zatrzymać, fizycznie zatrzymać, która była ciężarem tego brzemienia, ciężarem wielu rzeczy, ale głównie smutku.

Szedł teraz przez pole, na którym stał podsunięty pod żywopłot na stoku wyblakły granatowy ford, zupełny wrak; dwie cegły wsunięte pod przednie koła zabezpieczały go przed nie zamierzonym odjazdem. Na co czekasz, chciał spytać, czując jak gdyby powinowactwo, jak gdyby więź łączącą go z tymi trzepoczącymi na wietrze strzępami płóciennego dachu… „Kochany, dlaczego wyjechałam? Dlaczego pozwoliłeś mi wyjechać?” Te słowa Yvonne na spóźnionej o długie miesiące kartce pocztowej nie były skierowane do M. Laruelle’a – na kartce, którą Konsul musiał w jakiejś chwili wsunąć mu złośliwie pod poduszkę tamtego ostatniego ranka, ale czy można odgadnąć kiedy, jak gdyby Konsul uplanował to wszystko, jak gdyby wiedział, że M. Laruelle znajdzie kartkę dokładnie w tym momencie, kiedy Hugh, zrozpaczony, zatelefonuje z Parián. Parián! Po prawej wznosiły się teraz mury więzienia. Na wieży strażniczej dwaj policjanci spoglądali przez lornetki na wschód i zachód. M. Laruelle przeszedł przez most na rzece i zaczął iść skrótem przez dużą polanę w lesie, najwyraźniej rozplanowanym jako ogród botaniczny. Ptaki wracały stadami z południowego wschodu: małe, czarne odrażające ptaki, jakby za długie – trochę jak monstrualne owady, trochę jak wrony – o nieproporcjonalnie długich ogonach i falistym, podskakującym, niezdarnym locie. Niszczyciele ciszy przedwieczornej, ptaki te wracały, łomocąc gorączkowo skrzydłami, jak co wieczór, żeby spędzić noc na wiązach na zócalo21, który aż do nocy rozbrzmiewał ich świdrującym, mechanicznym, nie milknącym skrzekiem. Rozlazłe po lesie plugastwo przetoczyło się, przewaliło obok M. Laruelle’a. Zanim dotarł do pałacu, słońce zaszło.

Mimo całej amour propre22 natychmiast zaczął żałować, że przyszedł. W półmroku zdawało się, że pogruchotane, różowe kolumny czekają, aby na niego runąć; że sadzawka, pokryta zieloną rzęsą, o stopniach oderwanych i wiszących na jednej przegniłej belce, zamknie się nad jego głową. Rozwalona, cuchnąca kaplica zarośnięta chwastami, o popękanych ścianach spryskanych uryną, na których czaiły się skorpiony – połamane belkowanie, żałosne archiwolty, śliskie stopnie pokryte ekskrementami – to miejsce, w którym kiedyś rozpamiętywała miłość, zdawało się częścią koszmaru. A Laruelle miał dość koszmarów. Francja, nawet w austriackim przebraniu, nie powinna się przenosić do Meksyku, pomyślał. Zresztą Maksymilian, biedaczysko, nie miał szczęścia do swoich pałaców. Czy drugi fatalny pałac, ten w Trieście, też musieli nazwać Miramar – tam, gdzie Carlotta popadła w obłęd, a wszyscy, którzy kiedykolwiek w nim mieszkali, od cesarzowej Elżbiety austriackiej do arcyksięcia Ferdynanda, umarli śmiercią gwałtowną? A mimo wszystko, jak oni musieli kochać tę ziemię, ci samotni wygnańcy w królewskiej purpurze, w końcu zwykłe istoty ludzkie, kochankowie wyrwani ze swojego żywiołu – wyrwani z raju, który w ich oczach zmieniał się powoli w więzienie, chociaż nie bardzo wiedzieli dlaczego, i zaczął cuchnąć browarem, aż w końcu pozostał im już tylko jeden majestat, majestat nieszczęścia. Duchy. Duchy na pewno tu mieszkają jak w „Casino de la Selva”. A jeden duch powtarza wciąż: „Przeznaczenie kazało nam tu przyjechać, Carlotto. Spójrz na tę falistą, zachwycającą krainę, na te wzgórza, doliny, na wulkany nieprawdopodobne w swojej piękności. Pomyśleć, że to wszystko nasze! Bądźmy dobrzy, bądźmy konstruktywni, pokażmy, że jesteśmy warci tej ziemi”. Albo są to duchy skłócone. „Nie, kochałeś siebie, kochałeś swoje nieszczęście bardziej niż mnie. Skrzywdziłeś nas świadomie”. „Ja?” „Tak, ty. Zawsze byłeś otoczony ludźmi, którzy o ciebie dbali, którzy cię kochali, wykorzystywali cię, kierowali tobą. Słuchałeś wszystkich z wyjątkiem mnie, która cię naprawdę kochałam”. „Nie, jesteś jedyną osobą, którą kochałem w życiu”. „Jedyną? Kochałeś tylko siebie”. „Nie, ciebie, zawsze tylko ciebie, uwierz mi, proszę, musisz mi uwierzyć. Pamiętasz chyba, że zawsze planowaliśmy ten przyjazd do Meksyku. Pamiętasz? Tak, masz słuszność, jedyną moją szansę miałem z tobą. Taka szansa nigdy się już nie powtórzy!” I nagle duchy wybuchnęły płaczem, stały, płacząc rozpaczliwie.

Ale głos, który M. Laruelle słyszał niemal we wnętrzu pałacu, był głosem Konsula, nie Maksymiliana; i przypomniał sobie, gdy szedł dalej, szczęśliwy, że idzie wreszcie po Calle Nicaragua, chociaż po tym jej najdalszym krańcu, przypomniał sobie ów dzień, gdy natknął się tam na złączonych w uścisku Konsula i Yvonne; było to bardzo niedługo po ich przyjeździe do Meksyku i jakże inny wydawał mu się wtedy pałac! M. Laruelle zwolnił kroku. Wiatr ucichł. M. Laruelle rozpiął płaszcz z angielskiego tweedu, kupiony jednak w Mexico City, i rozluźnił granatowy szalik w kropki. Wieczór był nieprawdopodobnie parny. I jaki cichy. Ani jeden dźwięk, ani jedno wołanie nie docierało do jego uszu. Nic, tylko nierówny, ssący odgłos jego kroków… Było mu też trochę gorąco, piły go spodnie. Zaczął tyć, właściwie już się roztył w Meksyku, co dla pewnych ludzi mogło stanowić jeszcze jeden dziwaczny powód do chwycenia za broń, powód, o którym nigdy nie będą pisały gazety. Bezsensownie zamachnął się rakietą, zaserwował, odbił; ale było mu za ciężko, zapomniał o prasie. Minął wzorową farmę po prawej, budynki, pola, wzgórza niewyraźne teraz w szybko gęstniejącym mroku. Ukazało się znów koło diabelskie, sam wierzchołek, płonęło milcząco na samym szczycie wzgórza, niemal na wprost niego, potem zniknęło za drzewami. Droga, nierówna i pełna wybojów, schodziła tu stromo w dół; zbliżał się do małego mostku spinającego brzegi barranca, głębokiej rozpadliny. W połowie mostku zatrzymał się; zapalił nowego papierosa od nie dopalonego, oparł się o poręcz i spojrzał w dół. Było za ciemno, żeby dojrzeć dno, ale: oto zaprawdę ostateczność i rozdarcie! Pod tym względem Quauhnahuac było jak czas – gdziekolwiek się obrócić, otchłań czeka tuż obok. Miejsce noclegu sępów i królestwo miejskiego molocha! Kiedy krzyżowano Chrystusa (tak brzmiała przywieziona zza morza kapłańska legenda), rozwarła się ziemia w Meksyku, chociaż wtedy ta zbieżność nie mogła na nikim zrobić takiego znowu wrażenia! Na tym właśnie mostku Konsul podsunął mu kiedyś myśl nakręcenia filmu o Atlantydzie. Tak, przechylając się przez poręcz jak on teraz, pijany, ale opanowany, przytomny, trochę obłąkany, trochę zniecierpliwiony – był to jeden z tych przypadków, kiedy Konsul upijał się na trzeźwo – mówił mu o duchu otchłani, o bogu burzy, o Huracanie, który „w tak sugestywny sposób dowodzi istnienia wzajemnych stosunków pomiędzy obiema stronami Atlantyku”. Cokolwiek chciał przez to powiedzieć.