Zbieracz Burz, tom 2

Tekst
Z serii: Zastępy Anielskie #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Zastępy Anielskie

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Epilog

Książki Mai Lidii Kossakowskiej

Maja Lidia Kossakowska

Karta redakcyjna

Okładka


Zastępy Anielskie

1 Żarna niebios

2 Siewca Wiatru

3 Zbieracz Burz – tom 1

4 Zbieracz Burz – tom 2

Dla mojego Ojca

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


elefon milczał.

Cisza w antykwariacie z każdą uciekającą minutą gęstniała niczym dym. Smog znad pogorzeliska. Paskudny, ciężki swąd zawiedzionych nadziei. Asmodeusz siedział przy biurku, starając się nie wyłamywać palców, nie bębnić po blacie, nie bawić się egipskim skarabeuszem, służącym za przycisk do papierów, a szczególnie nie gapić wyczekująco to na komórkę, to na wielki, czarny przedwojenny aparat ze słuchawką przypominającą osobliwego morskiego ślimaka.

A telefony milczały zawzięcie.

Nie-za-dzwo-ni, stukał w rytm przyspieszonego pulsu złośliwy, uporczywy telegraf przeczucia.

Paskudnego jak pogoda w przeddzień Potopu.

Nie-za-dzwo-ni.

Nie-za-dzwo-ni.

Nie-dzwo-ni.

Nie.

Skarabeusz wyślizgnął się z palców, z łomotem spadł na szklany blat biurka, sztywne płatki papierów posypały się na podłogę, strącona nieopatrznym ruchem komórka rzuciła się w ciemną przepaść między nogami mebla, wciąż milcząca niby bohaterski straceniec.

Nic. Bodaj esemesa. Cholera. Niech to Głębia popieści! Na Seta, Nergala, Hedorę i resztę mrocznego tałatajstwa! La dracu! Ftaghn!

No, toś se, chłopie, poromansował. Nie ma co. Roztoczyłeś wokół oszałamiający opar uroku osobistego. Szczerzyłeś zęby, stawałeś na łbie, fikając nogami, robiłeś z siebie żałosnego balona, to teraz masz. Zeżryj, coś wysmażył.

Zrobiłeś tak piorunujące wrażenie, że laska od trzech dni nie może sięgnąć po telefon i wystukać twego numeru. To z braku tchu pewnie. Normalnie ją zatkało.

Srita, tita, Pan Wielka Tajemnica zaciągnie cię w krzaki, żeby ci pokazać Mitrę. Dobre. Naprawdę dobre. Istny numer na premierę. Tyle że publice chyba się nie spodobało.

Schylił się, podniósł komórkę i ze złością cisnął na biurko.

Hałas obudził widmokota, który spał zwinięty w kłębek na stercie koptyjskich gobelinów. Nefer przeciągnął się, wygiął grzbiet, a potem ziewnął potężnie, prezentując zęby godne tygrysa.

– Nie przejmuj się. To zła kobieta była. Skocz do Głębi na demonice, a zaraz poczujesz się lepiej. I w dodatku nie musisz płacić, nie? Wszystko twoje.

Zgniły Chłopiec obrócił się gwałtownie. Nie włożył soczewek kontaktowych, więc jego nieludzkie, fiołkowe oczy świeciły niczym dwa złowrogie reflektory. Bliźniacze, nabuzowane furią strumienie zabójczych laserów.

– Zamknij się! – warknął wściekle.

Nefer obojętnie polizał łapkę.

– Czego się wkurzasz? Pocieszyć chciałem. Zamiast zapadać się w sobie jak czarna dziura, lepiej byś się ze mną pobawił. Podobno to bardzo odpręża. Trzydzieści minut codziennego igrania z domowym zwierzątkiem zmniejsza o jedną czwartą ryzyko zawału serca albo wystąpienia objawów angina pectoris. A może puchliny kolan? Zapomniałem. Nieważne. Grunt, że to dobrze i zdrowo. No, nie bądź żyła, ciśnij mi suszony łepek polinezyjskiego kanibala. Przecież też ci się chce śmiać, kiedy wepchnięty pod szafę zaczyna kląć i wywracać oczami.

W jednej chwili z Asmodeusza zeszło całe powietrze. Pozostało tylko gorzkie, przytłaczające przygnębienie.

Czego się tak rzucam, pomyślał z niechęcią. Potrzebne mi to? Zadzwoni, nie zadzwoni. Wszystko jedno. Jakoś przeżyję. Za stary jestem na romantyczne porywy otellowskiego gniewu. Za stary i za bardzo przeżarty zdrowym cynizmem Głębianina.

– Idź w cholerę, Nefer. Sprawdź, czy cię nie ma w sarkofagu. Albo lepiej za drzwiami. Od zewnątrz, gdybyś nie zrozumiał.

Kot prychnął.

– Niewdzięcznik! Taka odpłata za moje szczerozłote egipskie serce. W dzisiejszych czasach nikt już nie umie docenić porządnego kota. Wiesz, co pisał Herodot o moim rodzinnym, nieodżałowanym Czarnym Kraju? Lud znad Nilu tak ukochał swoje nieocenione kicie, że w razie pożaru domu najpierw ratował dzieci i koty, a dopiero potem resztę dobytku. Rany, gdzie te piękne czasy? Wokół sama, czarna jak przeklęty Anubis, niewdzięczność...

Zgniły Chłopiec spojrzał podejrzliwie na swoje martwe od wieków domowe zwierzątko.

– Nefer, czyś ty przypadkiem nie dobrał się do flakonika najczystszej ambrozji, co? Tego, który przyjechał wczoraj razem z lekytem białogruntowanym zawierającym resztki duszy Orfeusza i dokerką wydzierganą ze złotego runa przez znudzonego Jazona? Przyznaj się! Obrobiłeś moją najnowszą dostawę greckich artefaktów?!

Widmokot oblizał pyszczek różowym jak plaster szynki językiem.

– Jasne! – oznajmił radośnie. – To dziwne blade mleko wychłeptałem co do kropelki! Było nawet niezłe, tylko trochę ciągnęło piwnicą. A czapeczka jest tutaj. Spałem na niej.

Podniósł na jednym pazurku utytłany w kurzu i pajęczoszarawej sierści smutny, bezkształtny woreczek.

Asmodeusz jęknął w duchu.

Super. Mam teraz w firmie pijaną zjawę starożytnego kota i zmarnowany helleński chłam za kupę forsy. A ten cholerny telefon nie dzwoni.

– Drrryń! – powiedział nagle morski ślimak słuchawki.

Mod rzucił się do aparatu.

– Halo? – szepnął bez tchu.

– Pan Markolf? Saturnin Markolf? – spytał mocno schrypnięty męski głos.

Nie, palancie! Pieprzony demon Asmodeusz w wyjątkowo podłym humorze! – miał ochotę wrzasnąć Zgniły Chłopiec, ale zdołał się powstrzymać.

– Antykwariusz. Słucham? – rzucił oschle.

– Bardzo się cieszę – ciągnął ochrypły. – Pańskie usługi polecił mi przyjaciel, który nie mógł się nachwalić...

Asmodeusz przestał słuchać.


Kiedy jesteś samotnym demonem na pustej, zimnej, niegościnnej Ziemi, kiedy za towarzystwo masz milczący telefon i nawalonego, widmowego kota, możesz nabrać ochoty, żeby się po prostu upić. I to nie żadnym tam ziemskim sikaczem, tylko porządną głębiańską gorzałą. Taką, którą potrafi pędzić w chwilach melancholii stary, poczciwy Mefisto. Złotą jak płomień lata, zjadliwą niczym ironia, złą niby twoje własne, demoniczne serce.

Tyle że właśnie postanowiłeś bawić się w człowieka. Porzucić dom, kumpli, dobrze prosperujący interes i przeprowadzić się z trzaskiem na zapyziałą, biedną trzecią planetę od Słońca, żeby leczyć swoje urojone neurozy. No bo właściwie, po diabła to zrobiłeś? Dla tej biednej, małej ifrytki, którą twoja szanowna mamusia miała fantazję zamordować jakieś trzy czy cztery wieki temu? Daj spokój, stary. Miej tyle uczciwości, żeby przyznać przed sobą, że nie bardzo już pamiętasz, co właściwie widziałeś w tej niby miłości twego życia. No słodka była i śliczna, i całkiem taka sama jak setki podobnych. Dżinnii, ifrytek, Głębianek, nawet skrzydlatych, niech Otchłań przetrąci te zimne, napuszone, świętoszkowate gidie.

Ziemianki. No, one przynajmniej są inne. Ostre. Wyraziste. Z charakterem. Różnorodne jak ryby w Jeziorze Płomieni. Nigdy nie wiesz, co złowisz. I czy zdobycz nie odgryzie ci aby palca, śmignąwszy z powrotem w bystre fale życia.

Taa. Cholerne Ziemianki.

Powiedziałeś: „bystre fale życia”? Ty, który pomagałeś Boccacciowi pisać „Dekameron”? Demon z ambicjami literackimi? Rany, chłopie, odstaw tę wódę, bo robi ci z mózgu wodę z zęzy Arki Noego.

Co z tobą właściwie? Dotknął cię kryzys wieku średniego? Przecież masz dopiero kilkaset tysięcy lat. Za wcześnie na takie numery.

 

Rzuć to w czorty i wracaj do Głębi. Lucek cię potrzebuje. Wygląda na to, że znów wpakuje się w coś cuchnącego. Coś, co przyklei się do niego na dobre parę wieków. Albo na infernalne zawsze.

Wystawiasz jedynego prawdziwego przyjaciela. I to dla kogo? Dla ludzkiej lafiryndy. Tej małej Blanki Krammer, z fryzurą tyfusowego dziecka i oczami jak niebo nad Królestwem.

Dlaczego ona nie dzwoni? Przecież obiecała. Powiedziała na odchodnym: „Odezwę się”. Szlag, a może: „Odezwij się”? Do diabła, do cholery, Mod! Ty idioto! Ty zapijaczony synu pary najgorszych kanalii we wszechświecie! Przypomnij sobie. Co ona, do całego kosmicznego chłamu, powiedziała? No?

Nie pamiętał. Siedział przy biurku, gapił się na własne palce zaciśnięte na szklance i nie pamiętał.

A przepojona melancholią gorzałka Mefistofelesa buzowała mu w głowie jak flara. Dwie pochodnie Kautesa i Kautopatesa. Raz w górę, raz w dół. Życie i śmierć. Śmierć i życie.

Trzeba wybrać.

Warto wybrać.

Naprawdę.

Więc sięgnął po komórkę, teraz, nagle, szybko, zanim odurzające złoto wyparuje, zostawiając tylko smutek i gigantycznego kaca, wybrał numer i czekał. A jego demoniczne, złe serce czekało wraz z nim, zamarłe, nie ośmieliwszy się uderzyć.

– Halo? – powiedział odległy, stłumiony głos.

– Blanka? To ja, Saturnin – nic więcej nie potrafił wykrztusić.

– Saturnin? – powtórzył głos.

I była w nim ulga, i niepokój, i wyczekiwanie, i jeszcze coś, czego Zgniły Chłopiec nie potrafił określić, coś słodkiego, ulotnego i cenniejszego nad wszystkie skarby Ofiru.

A wtedy trzecia planeta od Słońca drgnęła, zawirowała jak karuzela, rozjarzyła się tysiącem świateł, barw i zapachów. Wypiękniała. Naprawdę, otworzyła się jak pąk piwonii. A krew w żyłach demona, który liczył sobie przecież zaledwie kilkaset tysięcy lat, znów mogła popłynąć wartko i żwawo. W stronę nadziei. W kierunku życia.


To był stary dom. O wysokich oknach i spadzistym dachu. W mansardowe lukarny na strychu wprawiono kolorowe szybki. Kominy wyciągały się ku światłu jak osobliwe pędy. Białe gzymsy wieńczyły framugi, parapety zrobiono z solidnego kamienia, pośrodku litych, drewnianych drzwi tkwiła wykrzywiona gęba kołatki. Ganek rozwierał szeroko ramiona balustrady. Werandę oplatał gąszcz dzikich róż.

Tak, to z pewnością był stary dom, opatulony niczym pledem zielonym, kosmatym ogrodem.

Dobry dom, żeby w nim żyć i snuć marzenia.

A także, być może, umrzeć. Kiedyś.

Leokadia Welman nie czuła się jeszcze tak wiekowa, żeby o tym myśleć. W każdym razie nie za często.

Lubiła swoje kwiaty, kominki i bibeloty. Porcelanę, skórzane fotele, sofę z poduchami. Lubiła stylową, ulotną aurę spokoju otaczającą posesję.

Ucieszyła się, gdy w starej szopie, zwanej niegdyś szumnie „domkiem dla gości”, zamieszkały koty. Cały klan popielatych jak babie lato zwierzaków o turkusowych i szmaragdowych oczach. Postawiła im zaraz miseczki z mlekiem, karmą i resztkami z kuchni. W końcu ogród był bardzo duży. Nie znalazła powodu, by nie dzielić go z nowymi lokatorami. Przynajmniej szczury się wyprowadzą.

Suczka Funia i kotka Pusia, rezydujące w domu, tak przyrosły do kanapy, że rzadko wychylały nos poza werandę, a w okolice domku dla gości nie zapuszczały się nigdy, więc odpadał problem terytorialnego konfliktu.

No i jeszcze ten sen.

Ten ciepły jak wrześniowe popołudnie, ożywczy sen, po którym Leokadia obudziła się spokojniejsza i weselsza niż zwykle. Przepojona nagłym poczuciem, że nie jest już sama, że w domu pojawił się gość. Łagodny, serdeczny, przyjazny opiekun. Anioł. No pewnie, że anioł. Co z tego, że niski, chuderlawy, biały jak mgła, z włosami przypominającymi rozczapierzonego mopa?

Anioł to anioł. Liczy się sztuka, nie wygląd.

Poza tym miał naprawdę dobre oczy.

– Możemy tu zamieszkać? – spytał, gdy śniła. – Tylko na jakiś czas. Na krótko. Postaramy się nie sprawiać za dużo kłopotów.

Usiadła na łóżku, wcale nieskrępowana nocnym negliżem.

– Och, oczywiście. Bardzo się cieszę. Zostań, jak długo chcesz.

Uśmiechnął się i to był także piękny, prawdziwy uśmiech. Taki, jakim tylko anioły potrafią wyrażać radość.

– Dziękuję – powiedział. – To wspaniale. Jestem bardzo wdzięczny. Urządzimy się w szopie na tyłach ogrodu, dobrze?

– Nie, nie! – zaprotestowała. – Ty, posłaniec z Nieba, i twoi przyjaciele, kimkolwiek są, powinniście przecież mieszkać w domu. Zaraz przygotuję pokoje.

Potrząsnął głową, nie przestając się uśmiechać.

– Od wieków nie byłem w Niebie, Leokadio. A moim przyjaciołom będzie znacznie wygodniej w szopie. Naprawdę. Dziękuję za gościnę. Pewnie nie zabawimy długo. Do zobaczenia.

Poczuła ukłucie żalu pod mostkiem.

– Nie odchodź! – zawołała.

– Wcale nie odchodzę. Przecież pozwoliłaś mi tu mieszkać – oznajmił poważnie.

A potem rozwiał się jak opar.

Rankiem szare koty już buszowały po ogrodzie.


Unosił się głęboko w wodzie, ciemnej jak butelkowe szkło. Gładkiej, gęstej, ciepłej toni snów i majaków. Gorączki.

Światło znajdowało się gdzieś nieskończenie wysoko, widoczne tylko czasami przez lepki mrok mętnej toni. Były chwile, gdy bardzo chciał wyrwać się ku niemu, popłynąć w górę, zaczerpnąć tchu, wciągnąć w płuca prawdziwe, ożywcze powietrze, a nie tę dławiącą, rozpaloną maź. Były chwile, gdy naprawdę wierzył, że potrafi to zrobić. Ale nie miał siły. Dryfował pod powierzchnią świadomości, niezdolny się ocknąć, poruszyć, otworzyć oczu.

Ciężka woda zalewała go, ciągnęła ku dnu, pełnemu rozgrzanego błota, kleistego mułu i odwiecznych potworów. Gdyby się tam znalazł, już nigdy nie ujrzałby słońca. Stałby się cieniem wśród cieni. Topielcem w bagnie gorączki.

Nie walczył jednak. Był zbyt słaby, żeby stawiać opór. Trwał, a wokół niego przelewały się mętne fale choroby.

Czasem, w brudnozłotej poświacie nad sobą, widział wykrzywioną, szpetną twarz, otoczoną mdłym nimbem żółtego blasku niczym szyderczą aureolą. Malował się na niej wyraz troski i współczucia. Przypominała odbicie oglądane w wypukłej, metalowej powierzchni. Może misce lub puszce z wypolerowanego metalu. Jedno oko, małe i kaprawe, było tylko wygiętą w łuk szramą, drugie, wyłupiaste, blade, spoglądało cierpliwym, pustym wzrokiem ryby. Pod płaskim nosem otwierały się zdeformowane, bezkształtne usta, przywodzące na myśl otwór wyszarpany w sparciałej, brudnej gąbce. Zajęcza warga odsłaniała pożółkłe, długie jak u nutrii zęby.

Mimo uderzającej brzydoty istota nie była zła. Nie, z pewnością nie należała do świata koszmarów. Starała się pomóc.

Czuwała nad nim, ta śmietnikowa święta. Nieustannie, spokojnie, łagodnie była obok, żeby odganiać stwory z dna mętnej wody, żeby nie pozwolić mu pogrążyć się w odwiecznej głębinie.

Nie miał pojęcia, w jaki sposób tego dokonuje, ale wiedział, że po to właśnie została powołana. Aby nie pozwolić mu osunąć się w mrok.

I nie pozwoliła. Bo chociaż brudna, lepka toń wciąż zalewała go do nowa, światła było coraz więcej. Mżyło niewyraźne niczym widoczna przez brudną szybę zapyziała, pokryta strupami martwych much żarówka. Ale wciąż go przybywało. Z każdym dniem przybywało, na kształt zimowego słońca po dniu przesilenia.

Aż wreszcie martwa woda wzburzyła się, zakipiała i wyniosła go na powierzchnię, gdzie była jasność, powietrze i ból, który natychmiast znów pozbawił go przytomności.


Rany, jaka ta Ziemia piękna! – myślał Zgniły Chłopiec. Co za fantastyczne miejsce do życia!

Chodniki lśniły po porannym deszczu, kamienice wystawiały na słoneczne promienie świeżo umyte, jasne fasady. Drzewa mrugały srebrem i zielenią liści. Nigdy przedtem nie zauważył, ile w mieście jest drzew.

Witryny sklepowe tryskały barwami, szyldy i reklamy wydawały się takie jasne, wesołe. Kup sobie coś fajnego! – zdawały się zachęcać. Jasne, że zamierzał ich posłuchać. Bo to był właśnie taki dzień. Dzień, w którym warto zrobić sobie przyjemność. I komuś. Komuś bliskiemu. Zafundować mały drobiazg, niespodziankę. Sprawić radość.

Popołudnie otwierało się przed nim niczym lunapark. Wszędzie kręciły się karuzele, fruwały baloniki, a powietrze miało smak cukrowej waty.

Asmodeusz szedł szybkim krokiem, wcale nie kulejąc, i uśmiechał się do ludzi. Wyglądali tak rześko, krzepko, serdecznie, gdy mijali go na ulicy. Tacy różnorodni, pełni życia, ciekawi.

Ludzie. Fantastyczne stworzenia. Naprawdę niezły pomysł Jasności.

A kobiety. Dziewczyny! Cholera, ależ ładne są te Ziemianki. Krążą po mieście takie ciepłe, rasowe, ponętne. Prawdziwe. Z mnóstwem wad i słodkich, małych zalet.

Miał ochotę podarować każdej z nich kwiatek. Klejnot. Uśmiech. Błogosławieństwo wcale nie starego, wcale nie złośliwego diabła.

Trzymajcie się ciepło, ludzie, mówił w duchu do mijanych przechodniów. Niech was Mrok ukoi. Bez was jesteśmy tylko bandą zgorzkniałych, stetryczałych, przedwiecznych cieni. Nikim. Duchami z zakisłych zaświatów. Wisimy na was. Żerujemy na blasku bijącym z waszych dusz. A wy wcale tego nie dostrzegacie. Więcej, nie doznajecie żadnego uszczerbku. Jesteście jak mikroskopijne słońca. Prywatne, buzujące mocą solarium Jasności. Piękni w jakiś niedoskonały, pociągający sposób.

Bawiło go, że w tym śpieszącym dokądś lub snującym się bez celu tłumie nikt nie widzi mnóstwa niematerialnych istot żyjących od wieków na Ziemi.

Zielony dżinn podpierał ścianę, w smagłej dłoni trzymał brzuchaty bukłaczek. Jego złote oczy patrzyły jednak chytrze i czujnie. Kilka śmietnikowych skrzatów starało się dzikimi minami i wrzaskami odpędzić od ciastka upuszczonego przez jakieś dziecko syczącą i prychającą chimerę. Skrzydlata w stroju stróża holowała przez jezdnię staruszkę pełznącą przed siebie z uporem żuka toczącego kulkę. Dwa geniusze kłóciły się zaciekle w cieniu zaułka.

Życie. Wszędzie wokół kipiało, kłębiło się, buzowało życie. Ziemskie. Nieskomplikowane. Po prostu fajne.

A demon Asmodeusz, książę Otchłani, Wielki Zwierzchnik wszystkich kasyn i burdeli w Głębi, doradca i osobisty przyjaciel Lucyfera miał teraz tylko jeden problem. Jaki prezent sprawić Blance Krammer? Coś tak trywialnego jak kwiaty i czekoladki odpadało od razu. Biżuterię? Ryzykowne. I także dość pretensjonalne. Lot balonem? A jeśli ma lęk wysokości? Weekend na karaibskiej wyspie? Nie, cholera, na to jednak za wcześnie. To musi być rzecz osobliwa i niezwykła. Fascynująca. W jej stylu. Więc co, do diabła?

Nie miał na razie pojęcia.

Ale to wcale nie psuło mu humoru. Ani trochę.

Przecież do wieczora zostało jeszcze kilka godzin tego cudownego, furkoczącego wokół balonikami i karuzelami szczęścia popołudnia.


Daleko, gdzieś na północnym skraju miasta, wysoki, smukły, czarnoskóry anioł w skupieniu wdychał powietrze przesycone słabym aromatem dymu z komina. Piękne, szmaragdowo-granatowe skrzydła trzymał ciasno złożone na plecach. Głowę miał odrzuconą do tyłu, oczy zamknięte, twarz nieruchomą jak rzeźba z obsydianu. Tylko usta poruszały się bezgłośnie w monotonnej inwokacji.

W długich, szczupłych palcach prawej dłoni obracał sznur zielonkawych paciorków. Lewa ręka wprawiała w ruch obrotową kołatkę. Głuchy, niegłośny klekot brzmiał groźnie, niczym przekleństwa, które mogłyby wydobywać się z ust kościotrupa.


Gdyby ktoś zrozumiał, o czym mówi kołatka, zadrżałby. Bowiem Mambea, czarny mag, szpieg i uczeń Razjela, istotnie pytał o radę umarłych. A gdy już ją uzyskał, zaprzestał śpiewnej, niesłyszalnej recytacji, strzepnął dłonie, jakby pozbywał się niewidzialnych kropel, i otworzył złociste, lwie oczy. Oczy polującego drapieżcy.

A potem uśmiechnął się.

W tym samym momencie nagrobna płyta, na której stał, pękła z trzaskiem. Lecz Mambea już zeskakiwał na trawę, zwinnie jak żbik.

 

Opuścił stary cmentarz, nawet się nie odwróciwszy, obojętny jak wiatr, który niesie w sobie odległy swąd spalenizny.


Sabatel przechadzał się leniwie ulicą, szeroką niby przejście przez Morze Czerwone. Wokół połyskiwały wyniosłe, lśniące niczym zakrzepła woda, lustrzane ściany wieżowców. Tłum ludzi mieszał się, przenikał, splatał z tłumem istot z zaświatów. Głębian, Niebian, gnomów, sylfów, geniuszy, ifrytów, koboldów, skrzatów, a nawet salamander. Tu zawsze tak było. Rojno i gwarno. Wielkie miasto przyciągało wszystkich. Uczciwych skrzydlatych i szumowiny. Stróżów i demonicznych kusicieli. Ciężko pracujące ptactwo niebieskie oraz barwną, przeżartą dekadencją artystyczną bohemę. Dilerów trawki z Fatimy i mafiosów zajmujących się sprzedażą cięższego towaru. Gangsta bossów z Limbo i Otchłani, kroczących obok anielskich meneli, proroków wieszczących koniec dziejów i dżinnów stręczących przechodzone Głębianki.

Sabatel, agent cywilnego wywiadu Królestwa, jeden z asów Razjela, przez wieki przebywania na Ziemi zdążył się przyzwyczaić do tego kolorowego bezprawia, radosnego szaleństwa życia bez nakazów i reguł Królestwa. Co więcej, bardzo mu tego brakowało, nawet gdy opuszczał posterunek na ledwie kilka dni, by osobiście zdać raport z ważnych wydarzeń samemu Księciu Magów.

Na szczęście jednak od dłuższego czasu na jego odcinku nic specjalnego się nie działo.

Byle tak dalej, bracie, pomyślał, zatrzymując się przed straganem ulicznego sprzedawcy, starawego gnoma o czerwonym nosie pijaka. Nabył lukrowanego pączka i kubek cienkiej, głębiańskiej kawy.

Skrzywił się, upiwszy łyk ciemnej, kwaśnawej brei. Straszna lura, stwierdził, uśmiechając się do siebie. Kupował tu drugie śniadanie od kilkunastu lat i nieustannie narzekał na jakość napoju, choć nigdy nie przyszło mu do głowy zmienić nawyków. Niektóre rzeczy powinny na zawsze pozostać na swoim miejscu.

Przynajmniej pączki były rewelacyjne. Odgryzł kawałek i żując, ruszył przed siebie.

Kiedy zobaczył przed sobą wysoką, zwalistą postać Lemuela, pomachał na powitanie. Stary żołnierz, weteran wielu bitew z Głębianami, po zakończeniu służby przeniósł się na Ziemię, żeby odpocząć od blichtru Królestwa. Często rozgrywał sobie z Sabatelem partyjkę szachów lub popijał piwo w pobliskim barze, zacisznej knajpce zwanej „Wielbłąd w Uchu”.

Oczywiście agent doskonale wiedział, że Lemuel pracuje dla wywiadu Michaela, ale nie wyrywał się z tymi rewelacjami. Oficjalnie przecież także przedstawiał się jako emerytowany stróż, który z sentymentu zdecydował się spędzić parę lat na ukochanej planecie Jasności. I obu było z tym znacznie wygodniej.

Stary żołnierz zbliżył się, a Sabatel natychmiast zauważył poszarzałą cerę i cienie pod oczami kolegi.

Chory biedak czy co? – zastanowił się.

Już otwierał usta do powitania, gdy Lemuel odrzucił połę płaszcza. Seraf 3 ciężki, nieco pokraczny niebiański pistolet z tłumikiem wlepił w niego nieruchome, złe ślepie lufy.

– Wybacz, bracie – wymamrotał pobladły weteran.

Zaskoczony agent Razjela nie zdążył nawet krzyknąć. Seraf kaszlnął znacząco, Sabatel poczuł w głowie dziwne ciepło i głuchy, dudniący dźwięk, a potem chodnik poderwał się do pionu i uderzył go z impetem w twarz.


Maruchowi trzęsły się ręce. Źle, sprawy wyglądały źle. Fatalnie. Odebrany sygnał był jednoznaczny. Wszystkie kontakty spalone.

Zakręciło mu się w głowie. Wszystkie? Jak to, na Jasność? Niemożliwe. W całym swoim długim życiu agenta i szpiega nie zetknął się z taką sytuacją. W starannie tkanej, przez wieki cyzelowanej sieci wywiadowczej Razjela zdarzały się niekiedy dziury, ale nigdy tak wielkie. Wpadki to rzecz normalna. Ale tutaj doszło chyba do jakiejś cholernej katastrofy. Jakby wielka fala tsunami powstała nagle z niczego na środku oceanu stabilizacji i zmiotła strukturę budowaną przez pokolenia. Owszem, praca w wywiadzie była trudna, obfitowała w niebezpieczeństwa, lecz teraz nie chodziło już o utratę kilku agentów czy nawet wybuch wielkiej afery, ale o przetrwanie.

Wojna? – pomyślał z trwogą Maruch. Niech nas Światłość broni, czy to oznacza wybuch kolejnej wojny?

Nawet przez chwilę nie chciał dopuścić tak strasznej możliwości. Kiedyś, podczas buntu Lucyfera, okrutna, bratobójcza walka wyniszczyła Królestwo i Głębię na całe tysiąclecia. Agent był wtedy młodym skrzydlatym, prostym szeregowym niebieskim, ale dobrze pamiętał grozę tamtej wojny. A przecież wtedy mieli do dyspozycji jedynie miecze, rydwany merkawot i starą, konwencjonalną broń jeszcze z epoki przedludzkiej. Teraz, gdy na pole bitwy wkraczała najnowocześniejsza, często zakazana, czarnomagiczna technika, w obliczu wszystkich współczesnych, coraz doskonalszych dział, karabinów automatycznych i wymyślnego sprzętu nowa wojna jawiła się jako koszmar, który może na zawsze zrównać z ziemią zarówno Królestwo, jak i Głębię.

Maruch zadrżał.

Nie umiał sobie nawet wyobrazić, do czego to wszystko by doprowadziło. Dlatego tak ważne jest, żeby zostawił wiadomość. To już ostatni punkt kontaktowy. Potem będzie mógł się ukryć i zaczekać na dalsze instrukcje.

Byle przekazać ostrzeżenie i zapaść w bezpiecznej kryjówce. Już niedługo. Za chwilę. Po wykonaniu ostatniego zadania.

Na twarzy miał wystudiowany wyraz sennej obojętności. Mogło się wydawać, że drzemie. Oczy pod ciężkimi, półprzymkniętymi powiekami nie spoglądały czujnie ani bystro, gapiły się bezmyślnie w szarość zmierzchu, zmęczone, puste jak dwa szkiełka. Ot, zwykły, niepozorny skrzydlaty w burej, znoszonej tunice stróża miejskiej zieleni wracający z szychty na kwaterę. Niebieski ptak. Każdy. Nikt.

Tylko w klatce żeber tłukło się niespokojne, strwożone serce wytrawnego agenta.

Spokojnie. Na razie było spokojnie. Żaden cień za nim nie pełzł. Żaden wróg nie śledził. Czysto.

Tramwaj z mozołem gramolił się pod górę, sapiąc i dzwoniąc, pełzł wąskimi uliczkami niczym znużona gąsienica. Fasady starych, ogromnych kamienic, uginające się pod ciężarem kamiennych puttów i girland oszpeconych gołębim guanem marmurowych owoców, stawały się coraz bardziej odrapane, obskurne i brudne. Wysokie okna liniały płatami obłażącej farby. W wielkich, paradnych bramach zwisały na urwanych zawiasach wykrzywione od wilgoci i upływu lat drewniane drzwi. Z gzymsów i balkonów, smętnie jak łupież, sypał się odpadający tynk. Barwne bazgroły graffiti na ścianach wyglądały jak symptomy wstydliwej choroby.

Nienawidzę tego syfu, pomyślał z nagłym obrzydzeniem Maruch. Kiedy tylko to wszystko się skończy, wrócę do Królestwa. Poproszę o urlop, a może nawet przeniesienie. Należy mi się jak psu zupa. Na Jasność, przecież nie byłem w domu od dobrych pięćdziesięciu lat.

Tramwaj był prawie pusty. W wagonie kołysało się sennie ledwie pięciu synów Adama i trzech nieludzi. Mały gnom, skulony w kącie z samego tyłu, rozmamłana sylfida, wyglądająca na przechodzoną lafiryndę, i chudy, pokasłujący gruźliczo geniusz.

Maruch z ulgą wysiadł na znajomym przystanku. W zaułku było pusto jak na pustyni Moab. Po obu stronach ciągnęły się wysokie, ceglane mury, upstrzone napisami i bardziej lub mniej sprośnymi muralami.

Anioł rozejrzał się, szybkim ruchem wyciągnął zza pazuchy magiczny, niewidzialny dla postronnych spray i zaczął kreślić tajemne znaki ostrzeżenia.

„Wszystkie kontakty spalone. Kryć się na własną rękę”.

Skończył, schował pojemnik głęboko w wewnętrznej kieszeni. Resztki czarodziejskiej farby nieprzyjemnie kleiły mu palce.

To już, zrozumiał. Zadanie wykonane. Teraz mogę zająć się ratowaniem własnego tyłka.

Odwrócił się, żeby odejść, i wtedy zrozumiał, jak bardzo się pomylił.

Nie będzie zasłużonego urlopu, przeniesienia, awansu. W ogóle nic nie będzie.

No to po mnie, stwierdził.

Bo u wylotu uliczki stało czterech rosłych skrzydlatych. Czarne, motocyklowe kurtki z oderżniętymi rękawami lśniły oleiście w mdłym świetle latarni. Trzech intruzów nosiło charakterystyczne długie, czarne i czerwone włosy, na głowie największego sterczał pomarańczowy irokez. Pokryte wybroczynami tatuaży, grube jak męskie udo ramiona trzymali skrzyżowane na piersi. Spod rozchełstanych kamizelek wyłaniały się muskularne, nagie torsy. Skórzane spodnie i ciężkie, nabijane blachami buciory dopełniały całości. Gdyby złożyli farbowane na kolor smoły skrzydła, pokrywające je nieregularne białawe plamy i linie, które przywodziły na myśl ubarwienie ćmy, utworzyłyby charakterystyczny emblemat trupiej główki.

Maruch doskonale wiedział, z kim ma do czynienia.

Demony Niebios. Nielegalna formacja, a właściwie cała subkultura zrzeszająca byłych żołnierzy, weteranów najcięższych kampanii Królestwa.

Piekielna czwórka w milczeniu rozplotła ramiona, ukazując zaciśnięte w dłoniach potężne, magicznie tuningowane anielskie pistolety Pax Vobiscum. Tłumiki nałożone na krótkie, tępe lufy przypominały kagańce.

Potem rozległa się seria dyskretnych kaszlnięć odbita echem przez ceglane mury, brzmiąca niczym stłumione oklaski. Ten akt dramatu dobiegł już końca. Definitywnie.

Ciekawe, gdzie zostawili motory, zastanowił się agent w ostatnim przebłysku świadomości. Nie słyszałem silników.

A potem cisza ogarnęła go na zawsze.


Anai z rozkoszą wyciągnęła na leżaku swoje gibkie, piękne ciało. Dobrze, że wreszcie mogła odpocząć. Naprawdę wspaniale było przyjechać do tego księżycowego kurortu na wakacje i nie musieć wdzięczyć się do nadętych, narcystycznych głębiańskich dupków z rządu czy mafii, żeby wydobyć z nich użyteczne dla Razjela informacje.

Pociągnęła przez słomkę różowego niczym jej humor drinka.

Ale w końcu, dla Królestwa wszystko.

W sumie przecież kochała tę niebezpieczną, ekscytującą robotę. Drogie ciuchy, klejnoty, wytworne rezydencje i ekstrawaganckie powozy też miały tu coś na rzeczy, musiała uczciwie przyznać. Anai pławiła się w luksusie, codziennie narażając życie, a chwała Jasności rosła.

Czasem dobrze być patriotką. Zwłaszcza na rzetelnie zasłużonych wakacjach.

Roześmiała się cicho sama do siebie.

Mare Nectaris szumiało kojąco, piasek był biały jak tron samej Światłości i rozgrzany niczym piekło.

Anai poczuła, że ogarnia ją błogi spokój. I uczucie senności. Tak, tutaj mogła sobie pozwolić na całkowity brak czujności. Kurorty księżycowe leżały w samym sercu dominiów Gabriela. Bezpiecznie jak w uchu.