Zakon Krańca Świata. Tom 2Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Ku Drzewu • Rozdział 1

Ku Drzewu • Rozdział 2

Ku Drzewu • Rozdział 3

Ku Drzewu • Rozdział 4

Ku Drzewu • Rozdział 5

Ku Drzewu • Rozdział 6

Ku Drzewu • Rozdział 7

Tam • Rozdział 8

Tam • Rozdział 9

Maja Lidia Kossakowska

Książki Mai Lidii Kossakowskiej

Karta redakcyjna

Okładka



Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział 1

Bezoki bezskutecznie starał się uderzyć dziobem swego trójokiego przeciwnika. Bił dwiema parami skrzydeł i skrzeczał ze złością. Atakowany podskakiwał na jedynej szerokiej, wielopalczastej łapie, strosząc się gniewnie. Otworzył połyskujący metalicznie dziób, z którego wystrzelił długi bicz jęzora. Ślepy ptak, trafiony, potrząsnął łbem, kracząc wściekle. Łańcuszek umocowany do obręczy na jego nodze zabrzęczał cicho. Drugi koniec tkwił mocno w ściance pudła z ciemnego drewna, służącego krukom za ring.

Trójoki ponowił uderzenie, lecz tym razem obły, pozbawiony oczodołów łeb uchylił się zwinnie, a zbrojna w ostre pazury łapa prześliznęła się po piórach na piersi napastnika. Kruk wrzasnął niemal ludzkim głosem i spróbował wzbić się w powietrze, ale łańcuszek nie pozwolił mu odlecieć. W trzech błękitnych ślepiach niby w lustrach odbijał się obraz pomieszczenia. Za każdym uderzeniem skrzydeł rozwścieczonych stworzeń powietrze przepajał oszałamiający, słodki zapach wanilii i kwitnącej czeremchy.

Wysoki mężczyzna o bladej twarzy i włosach czarnych niczym atrament nie zwracał uwagi na walczące ptaki. W skupieniu wpatrywał się w leżącą na stole marmurową tabliczkę, pokrytą połyskliwą szarą substancją. Każdy ruch kruków sprawiał, że na srebrzystej tafli pojawiał się skomplikowany znak. W końcu linie i punkty pokryły całą powierzchnię tabliczki.

Blady mężczyzna zacisnął usta.

Ptaki walczyły, pokrzykując chrapliwie.

Brwi czarnowłosego zmarszczyły się, tworząc ciemną, prostą kreskę.

Wiadomość była jednoznaczna. Drzewo wykazało wzmożoną aktywność. Niewykluczone, że znów kogoś wezwało.

Mężczyzna splótł palce. Zastanawiał się przez chwilę, a potem szybkim ruchem starł znaki, pozostawiając taflę połyskliwą i gładką. Długim, czarnym jak obsydian paznokciem nakreślił na powierzchni marmuru przekreślony dwukrotnie trójkąt. Linie o poszarpanych krawędziach przypominały zadaną szponem drapieżnika ranę.

Zadanie zostało przyjęte. Wiedział, że nie wolno mu odmówić. Gdyby chodziło o zwykłego pozyskiwacza, rozważałby, czy chce podjąć wyzwanie. Ale nie wtedy, gdy w grę mogło wchodzić powołanie. Na pewno nie wtedy.

Kruki nadal walczyły zaciekle, chociaż przekaz przestał już płynąć.

Czarnowłosy wstał od stołu. Spojrzał obojętnie na ptaki. Później rzuci im jakieś ochłapy, psie szczury albo młodego kłapacza, zdecydował. Teraz musi zacząć przygotowania do czekającej go roboty.


To nie ma sensu, pomyślał Berg, gramoląc się z koi. Rozejrzał się niechętnie po azylu. Odrapane, brudne ściany bez okien, ciasnota i zapach stęchlizny. Pomieszczenie wydało mu się bardziej ponure niż chram Mistrza Przemian. Maszyny zawodziły monotonnie, sezam terkotał wstrząsany drgawkami, jakby zaraz miał się rozlecieć. Sprzęt gorszy niż u najbardziej szmatławego pasterza.

Berg spuścił nogi na podłogę i pomasował skronie. Koja miała spieprzoną wentylację, więc w dusznym powietrzu rozbolała go głowa.

Poczekał, aż sezam przestanie się trząść, i uchylił czaszę. Na dnie leżał nowiutki sześcian energetyczny, dwa naładowane talizmany uzdrawiające i średniej wielkości wykrywacz. Pryz raczej przeciętny, chociaż tutaj oczekiwany jak skarb.

Tutaj, pomyślał Lars i skrzywił się. W małym, prowincjonalnym miasteczku daleko na północy. W cholernej dziurze, która nie była niczym więcej niż nadmiernie rozciągniętą wiochą.

Kiedy przybył tu prawie trzy tygodnie temu, nie przypuszczał, że zostanie dłużej niż kilka godzin. Akurat tyle, żeby naprawić przednie koło Achillesa. Ale utknął na dobre. Bo cholerny pech sprawił, że spotkał Zekego. Małego, łysawego człowieczka z końską twarzą, który sam siebie nazywał burmistrzem i trząsł całym tym parszywym miasteczkiem. I bardzo się ucieszył na widok prawdziwego pozyskiwacza, wlokącego się leśnym traktem na popsutym motocyklu. Zaproponował nieoczekiwanemu gościowi nocleg, kolację i wannę pełną gorącej wody. A potem z życzliwym uśmiechem obserwował, jak oczy przybysza płoną niczym gwiazdy na myśl o wszystkich tych cudach cywilizacji. Po posiłku wypytywał uprzejmie o wieści z wielkiego świata i mimochodem napomknął, że ma wygodny, nowoczesny azyl, tylko pozyskiwaczy kiepskich i całkiem pozbawionych talentu. Gdyby więc szanowny Grabieżca zechciał nieco podreperować swój budżet, przeprowadzając jeden czy dwa abordaże, to on, Zeke, byłby naprawdę zaszczycony. A senny Grabieżca, który dopiero teraz poczuł, że naprawdę jest bardzo zmęczony, z trudem odzyskiwał czucie w skostniałych dłoniach. W kominku płonęły suche świerkowe szczapy wysokim, jasnym płomieniem. Z kuchni dochodził cudowny zapach pieczonego drobiu. Na niskim stole stał kubek pełen grzanego wina z miodem. Ściany z solidnych belek chroniły przed hulającym na zewnątrz zimnym wiatrem. Fotel, w który Berg zapadł, był wielki i wygodny, a łagodny głos gospodarza zdawał się przytaczać same rozsądne argumenty. Grabieżca przymknął oczy. Dawno nie czuł się tak dobrze. Dwa tygodnie spędzone na trakcie wydawały się paskudnym, nużącym snem, który właśnie dobiegł końca. Na samą myśl, że miałby spędzić następną noc w namiocie, Berg poczuł dreszcze.

W końcu co w tym złego, jeśli zdecyduję się zostać na trochę. Wykonam kilka abordaży, zarobię parę groszy i odpocznę, pomyślał sennie. Koncepcja wydała mu się doskonała. Prawdziwe zrządzenie losu. Odemknął z trudem powieki i spojrzał serdecznie na drobnego burmistrza. Dobrze spotkać naprawdę życzliwego człowieka. Zwłaszcza po dwóch tygodniach włóczenia się po lesie w czasie parszywej, zimnej jak diabli wczesnej wiosny.

Rozparty w sąsiednim fotelu Zeke obiecywał pomoc w naprawie Achillesa. Kiedy tylko mechanik wróci z wyprawy do swojej rodzinnej wioski. Niedługo. Pewnie za kilka dni. Grabieżca kiwał potakująco głową. Nie słuchał. Znów zamknął oczy i pozwolił, żeby ogarnęła go rozkoszna, leniwa senność.


Maszyna burczała coraz ciszej, od czasu do czasu wstrząsana atakiem dychawicznej czkawki. Berg westchnął i ponownie roztarł skronie. Po cholerę się w ogóle zgadzałem? – pomyślał ze złością. Trzy tygodnie psu w dupę.

Achilles stał w szopie Zekego, nawet nietknięty ręką mechanika, który, co Berg zaczął w końcu podejrzewać, okazał się istotą mityczną, widywaną w mieścinie równie często, co jednorożec. Osławiony, dobrze wyposażony azyl był brudną norą pełną zebranego naprędce, zdezelowanego sprzętu, a Grabieżca tracił czas na bezsensowne abordaże.

– Dość tego – powiedział półgłosem. – Czas ruszyć tyłek, Berg.

Przez szczeliny w deskach wpadały do szopy długie smugi słonecznego światła. W powietrzu tańczyły drobiny kurzu. Berg mocował się z kołem Achillesa. Na szczęście awaria okazała się niezbyt groźna. Rozlazło się łączenie doprowadzające oddech energetyczny z kryształów bezpośrednio do osi. Zaburzenia w cyrkulacji mocy blokowały koło.

Grabieżca wcisnął palce pod metalową osłonę i spróbował pochwycić cienki błękitny kabelek dyndający pod cięgłem reduktora. Już prawie dotykał jarzącego się słabym niebieskim blaskiem oplotu, gdy nastąpiło wyładowanie. Iskra strzeliła białym zygzakiem i na podobieństwo rozzłoszczonego owada ukąsiła Berga w palec. Grabieżca odruchowo cofnął rękę, a ostra krawędź osłony zostawiła na skórze płytkie nacięcie. Kabelek zakołysał się i napiął, chowając się między zagiętymi blachami. Widać było tylko cienką błękitną strunę oplotu. Berg spojrzał na nią z nienawiścią. Potem westchnął i uniósł wzrok na górującą nad nim bryłę motocykla.

 

– Nie pomagasz mi, stary – mruknął z wyrzutem.

Wytarł skaleczony palec o spodnie, rozmazując czerwoną kreskę krwi. Sięgnął po wąskie, wydłużone szczypce i szósty czy siódmy raz spróbował dosięgnąć za ich pomocą kabla. Parszywa niebieska smużka wcisnęła się głębiej w szczelinę w osłonie.

Lars zaklął. Odłożył szczypce i przesunął ręką po twarzy.

– Dobra – powiedział pod nosem. – Spróbujmy wygiąć haczyk z drutu. Zaczepimy drania i pociągniemy. Co ty na to, Achilles?

Przez długie, spędzane na trakcie dni nabrał nawyku gawędzenia z motorem. Czasem żałował, że nie podróżuje na koniu czy innym żywym stworzeniu, w którym tliłaby się choć iskra świadomości.

Motocykl stał nieruchomo na podpórkach. Grabieżca leżał na brudnej podłodze szopy, otoczony rozrzuconymi niedbale narzędziami. Starał się właśnie zaczepić wygięty kawałek drutu o kabel, gdy drzwi otwarły się ze skrzypnięciem.

Berg usłyszał odgłos drobnych kroków i tuż przed sobą zobaczył noski wyglansowanych trzewików burmistrza. Zeke przykucnął. Na bladej, końskiej twarzy, która pojawiła się w polu widzenia Larsa, malowało się zafrasowanie.

– Aaa, Bergerson – zaczął z naganą w głosie. – Po co leżysz na tej brudnej, zaśmieconej podłodze? Poczekaj, aż wróci mechanik...

– Jasne – burknął Lars. – Właśnie widzę, jak bardzo się śpieszy. Spuszcza się po linie z samego księżyca.

Malutki burmistrz żachnął się, wyraźnie urażony.

– No wiesz, Bergerson. Chciałem tylko pomóc.

Lars wyczołgał się spod Achillesa i wstał. Oczy miał chłodne niczym stawy w czasie roztopów.

– Wyjeżdżam, Zeke. Gdy tylko zdołam naprawić motor. Jeszcze dziś, a najpóźniej jutro rano.

Burmistrz rozłożył ręce. W jego głosie dawało się słyszeć rozczarowanie.

– Dlaczego tak nagle? Poczekaj trochę. Kilka dni. Wróci mechanik, naprawi motor i wtedy...

Berg potrząsnął głową.

– Jaki mechanik, Zeke? Ten sam, co składał trumnę dla Królewny Śnieżki? Nie macie tu żadnego mechanika, burmistrzu. Nasz układ się skończył. Już dla ciebie nie pracuję.

Na twarzy małego człowieczka pojawił się uśmiech zrozumienia.

– Chcesz pogadać o podwyżce, tak? Dobra, zastanowię się...

Lars pochylił się nisko, żeby spojrzeć w oczy pracodawcy.

– Zeke, nie zgrywaj idioty. Muszę jechać. I tak zostałem znacznie dłużej, niż było trzeba. To koniec współpracy. Zrozumiałeś?

Burmistrz wsadził ręce w kieszenie starannie skrojonego garnituru z drelichu.

– Co ci się nie podoba, Bergerson? Do tej pory nie narzekałeś. Pracujesz, zarabiasz, masz gdzie mieszkać i co jeść. Dokąd się nagle spieszysz?

– Nie twój interes, kolego. Przyjechałem, popracowałem i wyjeżdżam, jasne?

Zeke podrapał się w policzek. Przez chwilę sprawiał wrażenie, jakby zastanawiał się nad odpowiedzią.

– Nie bardzo. Źle ci u mnie? Porządna robota, klarowne warunki...

– Posłuchaj... – Mięśnie szczęk Berga zadrgały. – Jestem Grabieżcą. Gdybym szukał roboty, zostałbym w mieście, a nie trafił do twojej zakazanej dziury. Było miło, ale to koniec. Obaj odnieśliśmy korzyści z tej krótkiej znajomości. Ty zarobiłeś, ja zarobiłem. Wspaniale. A teraz odsuń się, muszę dokończyć naprawę.

Burmistrz cofnął się posłusznie. Wyglądał żałośnie, jakby nagle zeszło z niego powietrze.

– Lars – zaczął słabym głosem – to miasto cię potrzebuje. Potrzebuje twego talentu...

– Jasne – warknął Berg. – Codziennie rano gromady wdów i sierot szlochają z rozpaczy, gdy pomyślą, że mogłoby mnie tu zabraknąć. Uszanuj moją inteligencję, Zeke, i nie wciskaj mi takiego gówna.

Mały człowieczek wyprostował się.

– W porządku – burknął. – Ja cię potrzebuję. Muszę mieć dobrego pozyskiwacza. Bez ciebie daleko nie zajadę.

– Masz Schiffera.

Zeke prychnął oburzony.

– Dobrze wiesz, że to stary pijak. Jest skończony.

Berg klęknął na podłodze i sięgnął po szczypce.

– Jakoś sobie radziłeś, zanim przyjechałem.

Burmistrz zniecierpliwiony machnął ręką.

– Świetnie to ująłeś. Jakoś. A teraz...

– Przeżywasz chwilowy okres prosperity, bo trafił ci się na tym zadupiu Grabieżca – warknął Lars. – I powinieneś za to dziękować losowi. To był bonus, Zeke. Prezent. A teraz żegnaj, kolego. Jestem zajęty.

Zeke przykucnął na podłodze.

– Zostań. Co ci szkodzi? Chociaż trochę.

Berg przesunął dłonią po twarzy.

– Zeke, jesteś rozsądnym facetem. Czego właściwie nie rozumiesz? Sądziłeś, że będę tu siedział w nieskończoność? Dobrze wiedziałeś, że to układ na krótko. Najwyżej kilka dni. I co? Chcesz mnie zatrzymać siłą?

Czarne jak u krewetki oczy burmistrza wydawały się bezbrzeżnie smutne.

– Zostań, Berg. Błagam. Nie możesz odejść. Nie teraz. Tyle kasy, takie zyski. Nie rób mi tego.

Pięknie, skonstatował ponuro Lars. Zwariował.

Potrząsnął głową.

– Nie ma mowy. Koniec współpracy. Rozumiesz?

Chuda pierś opięta drelichem poruszyła się w bezgłośnym westchnieniu.

– Trudno. Idź swoją drogą. Ale zostań chociaż do jutra. Zaraz zrobi się ciemno.

Lars spojrzał na drzwi. Rzeczywiście, wpadające do szopy światło było już czerwone i złote jak świąteczny serwis obiadowy.

Wzruszył ramionami.

– Zobaczę. Zależy, o której skończę. Jeśli zejdzie mi do nocy, może zostanę.

Zeke westchnął.

– Dobrze, Lars. Ale pomyśl jeszcze nad tym.

– Przykro mi – mruknął Berg. – W sumie miło było cię poznać, Zeke.

Wyciągnął do burmistrza dłoń, a ten zacisnął na palcach Grabieżcy małą, wilgotną łapkę.

– Szkoda tracić takiego pozyskiwacza. Ale co poradzę. Na razie.

Berg patrzył, jak Zeke idzie do drzwi, szurając nogami.

Chyba naprawdę miał nadzieję, że zostanę, pomyślał. Biedny świr.

Ukląkł i znów zanurzył szczypce w trzewiach motocykla.

Kiedy wreszcie skończył, okazało się, że na zewnątrz panuje gęsty niczym melasa mrok. Nawet księżyc skrył się za chmurami.

Lars wycierał w szmatę ubrudzone smarami ręce.

Nici z wyjazdu, stwierdził. W tej cholernej ciemności nie tylko nie znajdę ścieżki, ale zabiję się o własne nogi.

Z westchnieniem podniósł latarnię i ruszył do swojej kwatery w rozległym parterowym domu, który Zeke upierał się nazywać ratuszem.

Światło, widoczne w szczelinie zamkniętych drzwi, przypominało fosforyzujący sznurek. Berg zatrzymał się i potarł w zamyśleniu policzek. Kiedy wychodził do szopy, było jeszcze jasno, więc z pewnością nie zostawił zapalonej lampy. Ostrożnie nacisnął klamkę.

– Witaj, Berg. Myślałam, że się nie doczekam – powiedziała Lizbeth głębokim, gardłowym głosem. Przywodził na myśl dojrzały owoc zanurzony w miodzie. Ilekroć Lars słyszał kochankę burmistrza przemawiającą w ten sposób, miał przed oczami wielkie złociste morele, ociekające lepką słodyczą.

Zawahał się i zamarł w progu. Pokój, oświetlony mnóstwem grubych woskowych świec, wyglądał jak kaplica. Osobliwa kaplica, bo na zastawionym licznymi srebrami i kryształami stole siedziała Lizbeth, wyciągając przed siebie długie jak autostrada nogi opięte prawdziwymi koronkowymi pończochami. Cieniutka czerwona sukienka była tak obcisła, że wydawała się namalowana na pięknym, smukłym ciele kobiety.

Żeby się odezwać, Berg musiał najpierw przełknąć ślinę, bo gardło zrobiło się nagle wyschnięte na wiór.

– Miło, że Zeke chce się podzielić tym, co ma najlepszego, ale dzięki – powiedział. – Jutro wyjeżdżam i nie chciałbym nadużywać jego gościnności.

Zaśmiała się cicho i zsunęła ze stołu. Obcasy zastukały o deski podłogi, a Berg po raz kolejny zdziwił się, jak wysoka jest kochanka burmistrza. Przy tej ogromnej niczym walkiria blondynce Zeke wyglądał wyjątkowo pokracznie.

– Nie wyobrażaj sobie za dużo, Berg. – Uśmiechnęła się serdecznie. – To tylko pożegnalna kolacja. Zeke chce, żebyś przyjemnie wspomniał pobyt u nas. Usiądź, pewnie jesteś głodny. Niestety, Zeke nie może przyjść. Jako burmistrz ma wiele obowiązków. Nawet po zmroku. Ale ja dotrzymam ci towarzystwa. Żebyś się nie nudził.

Jeszcze jeden olśniewający uśmiech i mnóstwo chłodu w niebieskich, czystych jak szkło oczach.

Berg poczuł nagłe ukłucie niepokoju. Coś nie jest w porządku, pomyślał. Albo ta mała gnida Zeke oszalała, albo planuje coś paskudnego. Tylko co? Lizbeth ma mnie otruć, zadusić czy zasztyletować? Opanuj się, Bergerson. To nie przedstawienie kukiełkowe o rozgrywkach gangów pasterzy. Jesteś w zapadłej dziurze na prowincji, gdzie nikt nie rozumie znaczenia słowa „intryga”.

Wszedł do środka i zamknął drzwi. Lizbeth sięgnęła po wysokie kryształowe kieliszki.

– Za twoją podróż, Lars. Obyś znalazł to, czego szukasz.

Długie, smukłe palce musnęły jego brudną od smaru rękę.

Berg poczuł dreszcz przebiegający po skórze niczym wyładowanie elektryczne.

Nie walkiria, pomyślał. Ale córka Lodowego Olbrzyma. Do diabła, jest trudniej, niż przypuszczałem.

Lizbeth uśmiechała się samymi ustami. Tuż przed sobą widział jej oczy niebieskie niczym arktyczny ocean. Chłodne i przenikliwe. Ale w głębi, za błękitem, czaiło się dziwne napięcie.

Nagle poczuł nieprzyjemne mrowienie w lewym ramieniu. Dobrze znane mrowienie.

Coś jest w tym cholernym winie, pomyślał.

Serce zabiło mocniej, blizna po tatuażu ćmiła.

Lizbeth umoczyła wargi w trunku. Upiła łyk i cofnęła się o pół kroku. Dziwne napięcie w jej wzroku znikło.

Lars uniósł kieliszek i powąchał ciemny, rubinowy płyn. Pachniał słodko aromatem dojrzewających w słońcu porzeczek. Przykre mrowienie w ramieniu ustało.

Nie świruj, Bergerson, skarcił się w myślach. To zwykłe wino. Popadasz w paranoję. Przecież po prawdziwej stronie końska czaszka nie może działać. Jest bezużyteczna.

Pociągnął mały łyczek. Trunek miał głęboki, łagodny smak.

– Pyszne, prawda? – rzuciła Lizbeth. – Zeke trzyma je na naprawdę specjalne okazje.

Eksplozja bólu w ramieniu zapłonęła niby dotknięcie suchego lodu. Berg drgnął, z trudem powstrzymując się, żeby nie zacisnąć palców na bliźnie. Cholera, zdecydowanie nie służyło mu to wino.

– Coś się stało? – spytała Lizbeth i choć jej głos nadal był słodki i kuszący niczym morele w syropie, Lars wyraźnie wyczuł w nim niepokój.

– Nie, skąd. – Uśmiechnął się możliwie naturalnie. – Mam strasznie brudne ręce. Całe w smarze. Umyję i zaraz wrócę.

Obrócił się ku drzwiom, a wtedy Lizbeth upuściła na podłogę kieliszek. Zadzwonił przy uderzeniu o deski i rozsypał się na mnóstwo srebrzystych kryształków.

Berg sięgnął do klamki.

Kochanka Zekego miała twarz ściągniętą i bladą.

– Wybacz – powiedziała zdecydowanie za głośno. – Straszna ze mnie niezdara.

Drzwi otworzyły się z trzaskiem. Berg zdążył tylko kątem oka dostrzec, że Lizbeth zwinnie usuwa się za stół. Czterech rosłych facetów wpadło do środka. Lars rozpoznał Iwona i Sebastiana, najbardziej zaufanych ochroniarzy burmistrza, cwałujących ku niemu jak rozpędzone byki. Grzmotnął w pysk najbliższego napastnika i spróbował uskoczyć w bok, ale tam już stał Sebastian. Berg zderzył się z nim, odbił i stracił równowagę.

– Teraz! – krzyknął Iwo.

Przed oczami Grabieżcy mignął przezroczysty, lśniący kastet obejmujący grube palce Sebastiana, a potem oślepiającym błyskiem eksplodował ból. Lars upadł na podłogę. Rzeczywistość wokoło pociemniała gwałtownie, rozleciała się na strzępy czerni i głębokiej zieleni.

– Mamy go, Zeke – zabrzęczały unurzane w miodzie szklane morele.

A wtedy mroczna, bagienna toń zamknęła się nad Larsem i świat zgasł.


Razem z mdłym, żółtawym światłem nadpłynął ból głowy. Czaszka zdawała się wypełniona potłuczonym szkłem, które przesypywało się przy każdym ruchu.

Berg zamrugał. Leżał na szorstkiej drewnianej podłodze. W ustach czuł nieprzyjemny żelazisty posmak. Usiadł z trudem i spróbował lekko potrząsnąć głową, żeby rozproszyć oszołomienie. Ostre kawałki zabrzęczały boleśnie.

 

Kastet Settiego, pomyślał z goryczą. Niezawodny paralizator. Cholera, sam go dostarczyłem tej pieprzonej gnidzie Zekemu. Dobry Jezu, przecież to kompletny świr! Niewolnika sobie znalazł!

Poczuł napływającą falę wściekłości.

– Skurwiel! – warknął. – Mały, pieprznięty skurwiel! Ależ cię urządził, Bergerson!

Rozejrzał się po pomieszczeniu. Było ciasne, pozbawione okien, ze ścianami z grubych drewnianych bali, za to wysokie na jakieś trzy i pół metra. Za podłogę wystarczały krzywo ułożone, nieheblowane dechy. Nikłe światło wpadało przez wąską, zakratowaną szczelinę pod samym sufitem, ciągnącą się przez całą długość ściany. Otwór powstał prawdopodobnie przez usunięcie jednego tramu.

W kąt pomieszczenia wepchnięto krzywą drewnianą pryczę, zaścieloną derką. Obok stało wiadro. Innych sprzętów nie było.

Jak ja się tu dostałem? – zastanowił się niemrawo Lars. Przecież nie przecisnęli mnie przez kraty u góry.

Dźwignął się z trudem i obmacał ściany. Półmrok panujący w celi utrudniał zadanie, ale w końcu Berg znalazł dwie pionowe szczeliny w belkach, prawdopodobnie zamaskowane i zabezpieczone od zewnątrz drzwi.

– No to pięknie – powiedział cicho. – Niedźwiedź by tego nie sforsował.

Usiadł na pryczy i ścisnął palcami skronie. Ból głowy zmienił się w tępe pulsowanie. Sytuacja wydawała się beznadziejna. Lars westchnął. Nie miał pojęcia, co zrobić. Zeke wyraźnie oszalał. Mógł go tu trzymać latami albo, wiedziony jakąś niepojętą żądzą zemsty, po prostu zamorzyć głodem.

Dobiegający z góry szelest sprawił, że Grabieżca uniósł wzrok. Pomiędzy kratami pojawiła się zatroskana twarz burmistrza. Berg porwał się na nogi.

– Zeke! – krzyknął z wściekłością. – Co to ma znaczyć, do kurwy nędzy?!

Usta małego człowieczka wykrzywił przepraszający uśmieszek.

– Och, Berg, nawet nie wiesz, jak mi przykro...

Dłonie Grabieżcy bezwiednie zacisnęły się w pięści.

– Przykro ci, bydlaku?! – wrzasnął z furią. – Powiadasz, że ci przykro?! Ty skurwielu! Ogłuszyłeś mnie i zamknąłeś w jakiejś pieprzonej norze, a teraz ci przykro?!

Zeke zamachał rozpaczliwie rękami.

– Ty nic nie rozumiesz, Berg! Potrzebuję cię! Nie mogłem pozwolić, żebyś odszedł. Przecież próbowałem załatwić wszystko jak trzeba. Dałbym ci nawet podwyżkę. Ale ty się uparłeś. Nie miałem wyjścia, sam widzisz!

Lars poczuł, że wściekłość cofa się niczym fala odpływu. Zastąpiła ją ciężka, przygnębiająca rezygnacja. Zeke naprawdę miał nierówno pod kapeluszem. A dyskusja z szaleńcem zdawała się stratą czasu.

Usiadł na pryczy.

– Chcesz mnie tu trzymać w nieskończoność? – spytał ponuro.

Burmistrz potrząsnął energicznie głową.

– Nie, jasne, że nie. Wypuszczę cię, gdy trochę ochłoniesz, zrozumiesz, co jest korzystne dla nas obu. Mam nadzieję, że jak najprędzej.

Lars przesunął dłonią po twarzy.

No to koniec, pomyślał. Muszę coś wymyślić, zanim ten świr mnie wykończy.

Podniósł wzrok i spojrzał wprost w ciemne, zakłopotane oczy burmistrza.

– No dobra, Zeke – zaczął sucho. – Powiedz tylko, jak mnie zmusisz, żebym dla ciebie pracował?

Na zapadniętych policzkach Zekego pojawiły się rumieńce wstydu.

– Och, Berg. Liczyłem, że do tego nie dojdzie. Ale rozumiesz... są sposoby. Różne sposoby. Tak mi przykro, naprawdę. Proszę, nie zmuszaj mnie, żebym któregoś użył. Bardzo cię lubię, ale muszę cię skłonić do współpracy. Sam powinieneś zrozumieć, jakie to ważne. Przemyśl wszystko, dobrze? Porozmawiamy rano, kiedy opadną emocje. Powiadają, że ranek jest mądrzejszy od wieczora. Zastanów się nad wszystkim, a jutro znów pogadamy. Dobranoc, Berg.

– Hej! Zaraz! – krzyknął Grabieżca, gdy zasmucona, końska twarz zniknęła z widoku.

– Dobranoc! – zawołał Zeke i niczym jakiś szalony, przekorny bóg powołał do życia mrok. Ciemność zapadła momentalnie, czarna i gęsta jak atrament. Przed oczami Larsa przez chwilę tańczyły kolorowe rozbłyski. Usłyszał, że gdzieś na górze szczęknęła zasuwa. Położył się na pryczy, macając dłońmi siennik.

Zdawało mu się, że znalazł się niespodziewanie na dnie zamkniętej kamienną płytą studni albo w trumnie zakopanej głęboko w ziemi. We wszystkich tych przypadkach miałby mniej więcej takie same szanse na odzyskanie wolności.


Ani poranna, ani kolejne rozmowy z Zekem nie poprawiły sytuacji. Burmistrz nie miał najmniejszego zamiaru wypuścić więźnia. Kiedy po raz kolejny zostawił Grabieżcę w ciemności, Lars ze złością zacisnął zęby. Wcześniejsza rezygnacja znów zamieniła się we wściekłość.

Jednego był pewien. Niewolnicza praca dla tego małego skurwiela nie wchodziła w grę. Wiedział, że jeśli ulegnie, burmistrz każe po prostu wstawić sprzęt do celi i Berg nigdy już nie zobaczy słońca. Pryzy będzie wsadzał do koszyka spuszczanego pomiędzy kratami na linie. W ten sposób podawano mu posiłki i opróżniano kubełek z nieczystościami.

Gorzej niż w jakimś cholernym lochu.

Siedział więc w celi niczym pieprzony szczur w zaczopowanej rurze i zastanawiał się, w jaki sposób uciec. Ale nic rozsądnego nie przychodziło mu do głowy. Nie miał nawet łyżeczki, żeby zacząć wygrzebywać podziemny tunel. A poddać się nie chciał. Honor Grabieżcy w żadnym wypadku nie pozwalał.

Ale się wdałeś, Bergerson, myślał ponuro. A wszystko z chęci zysku. Po diabła ci była forsa małego gnoja? Zachłanność to paskudna cecha, nie nauczyli cię w gildii, panie Przezorny?

Na szczęście miał pudełko zielonych pigułek. Starał się łykać lekarstwa oszczędnie, ale na samą myśl, że kiedyś się skończą, robiło mu się zimno.

Próbował liczyć, jak długo tkwi w celi, ale szybko stracił rachubę. Oceniał z grubsza, że dwa, może trzy dni.

Po jakimś czasie Zeke z wielkim smutkiem, wzdychając głośno i apelując do rozsądku więźnia, zapowiedział, że jest zmuszony ograniczyć racje żywnościowe. Berg znajdował w koszyku już tylko suchary i podpleśniały ser. Pokrojony w cienkie plastry od czasu, gdy Lars, rzuciwszy celnie twardą jak kamień gomółką, podbił burmistrzowi oko.

Zeke wydawał się naprawdę wstrząśnięty. Blada, końska twarz wykrzywiła się żałośnie.

– Och, Berg! – zajęczał. – Nie musiałeś tego robić. Myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi. Przecież nie chcę zrobić ci krzywdy. Pragnę tylko, żebyś wykorzystywał talent, realizował prawdziwe powołanie pozyskiwacza. Niesienie pomocy potrzebującym. Tylko tyle.

Ponieważ Lars okazywał niezrozumiałą zatwardziałość, Zeke z wielkim bólem przestał go w ogóle karmić, a racje wody ograniczył do kubka dziennie.

Z początku Grabieżca myślał, że burmistrz blefuje. Lecz szybko się przekonał, że koszyk z jedzeniem naprawdę przestał zjeżdżać w dół.

W końcu zrozumiał, że Zeke faktycznie chce go zagłodzić.

Nie wierzę, pomyślał osłupiały. To jakiś pieprzony koszmar. Zatrułem się i mam zwidy.

Ale wkrótce koszmar stał się codziennością.

Zeke odwiedzał więźnia i błagał, żeby ten poszedł po rozum do głowy, a Berg z każdym dniem nabierał większej ochoty, żeby zacisnąć palce na chudej szyi prześladowcy i skręcić mu kark jak kurczakowi. Miał kłopoty ze snem. Czasami, kiedy wreszcie zapadał w krótką, niespokojną drzemkę, męczyły go natrętne majaki. Roił, że goni burmistrza, który zamienia się w gulgoczącego głośno indora albo wielką gadającą krewetkę. Budził się wtedy zmęczony, z bólem głowy. Większą część czasu spędzał w całkowitej ciemności, snując plany zaduszenia małego człowieczka w drelichowym garniturze, z wolna graniczące z obsesją.

Myśl o tym, żeby się złamać i znów pracować dla gnoja, była i kusząca, i nienawistna. Zwłaszcza że jedyny plan, który zaczynał z wolna kiełkować w głowie Grabieżcy, wymagał dostępu do azylu. Ale był to plan ryzykowny i niebezpieczny. Nie tylko dla Berga, ale także dla przyjaciół Zekego i mieszkańców całej wioski. Mogło zginąć wielu niewinnych ludzi, więc Lars postanowił zrealizować pomysł jedynie w ostateczności. Na razie spróbuje wytrwać i przetrzymać tego małego szaleńca.

Udręczony ciasnotą i ciemnością, na całe godziny przenosił się do ogrodu. Kiedy pierwszy raz przecisnął się przez szczelinę w skałach i zobaczył zalaną słońcem kotlinę, poczuł się naprawdę szczęśliwy. Znalazł się w domu, bezpiecznym i spokojnym, pośród przyjaciół, którzy pocieszą go i pomogą znaleźć drogę ucieczki z pułapki. Bardzo potrzebował rady od swoich zwierząt mocy. Liczył, że razem wymyślą skuteczny plan.

Jednak ogród zdawał się zupełnie pusty. Lars obszedł wkoło kotlinę, a potem ruszył ku morzu. Fale łagodnie lizały piasek, woda była zielona i gładka niby szkło. Berg wdrapał się na omszały głaz.

– Hej! – zawołał – Max! Felis! Gdzie jesteście?

Odpowiedziała mu cisza.

– Wróciłem! – krzyknął głośniej. – Co z wami?

Fale pluskały miękko, wiatr pędził po niebie nieliczne obłoki. Przez chwilę Bergowi wydawało się, że widzi w oddali sylwetkę biegnącego Maksa, ale koń się nie zjawił.

Lars zeskoczył z kamienia i wrócił na łąkę. W korzeniach drzewa zauważył jakiś ruch.

– Euzebiusz? – spytał z nadzieją.

Szczur podniósł wąski pyszczek. Błysnęły czarne paciorki ślepek. Berg otworzył usta, żeby spytać, czemu Max i Felis nie przyszli, gdy Euzebiusz odwrócił się i znikł w norze pod korzeniem.

Lars zagryzł wargę. Nie miał wątpliwości. Zwierzęta dlaczegoś nie chciały z nim gadać.

Rozdrażniony, wzruszył ramionami.

– Nie, to nie – rzucił na pozór obojętnie, chociaż zrobiło mu się przykro.

Jednak nie miał zamiaru przejmować się fochami futrzaków. Odetchnął głęboko czystym powietrzem. Nad głową, niby czasza namiotu, rozpinało się niebo, niebieskie jak na rysunkach dla dzieci. Cudownie było czuć pod stopami trawę i rozgrzany piasek, zanurzyć się w wodzie, posiedzieć w cieniu rosnącego pośrodku kotliny drzewa i spróbować soczystych, słodkich prawie-śliwek. Spacerował brzegiem morza, siedział na kamieniach i patrzył w dal, pływał. Dopiero w ogrodzie zdał sobie sprawę, do jakiego stopnia bardzo brakuje mu kąpieli i czystych ubrań. Musiał lepić się z brudu i cuchnąć. Doskonale wiedział, że cudowna kotlina to tylko miejsce w jego umyśle. Ucieczka była pozorna, ale dawała wytchnienie od ponurej rzeczywistości. Tam musiał zostać sam z oszalałym, nienawistnym Zekem. Coraz częściej pokraczny, chuderlawy burmistrz jawił mu się w snach jako diabeł. Siadał na pryczy, śmierdząc siarką i bredząc o prawdziwym powołaniu pozyskiwacza.