Ostrożnie z marzeniamiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Maja Kotarska

OSTROŻNIE Z MARZENIAMI

Wydawnictwo Estymator

Warszawa 2021

ISBN: 978-83-66719-41-5

Copyright © Maja Kotarska

Projekt okładki: Olga Bołdok

Na pogrzebie zięcia Sabina Boszko zachowywała się godnie i dystyngowanie. Stała wyprostowana, błądząc spojrzeniem gdzieś ponad głowami niewielkiej grupki żałobników. Na jej twarzy malowała się zaduma przyprawiona odrobiną smutku. Poza jak najbardziej stosowna do okoliczności. Odprowadzała w ostatnią drogę człowieka, który nigdy nie był jej bliski, a po śmierci jedynej córki stał się kimś więcej niż obcym – stał się wrogiem. I kiedy tak spoglądała z góry na zamkniętą już trumnę, była skłonna wybaczyć nieboszczykowi wiele, ale nie wszystko. Trudno jej było pogodzić się z faktem, że trwająca od lat wojna domowa wygasła tak niespodzianie. Kilka spraw pozostało niedokończonych, kilka sporów nierozstrzygniętych. Na otarcie łez pozostała jej tylko satysfakcja, że nie dała się draniowi wpędzić do grobu. To nie jej grano „Marsza żałobnego”, nie jej...

*

Sabina Boszko stała w oknie i zza niedokładnie zaciągniętej firanki obserwowała poczynania wroga. No, proszę, co za maniery, pomyślała. Ledwo wstało słoneczko, a ta wstrętna dziewucha już tu jest i węszy. Pewnie się nie mogła doczekać, żeby zobaczyć na własne oczy, co też ukochany wujaszek zostawił jej w spadku. Kompletny brak manier i zwykłej ludzkiej przyzwoitości. Taka to wyrwie nieboszczykowi poduszkę spod głowy, zanim zwłoki zdążą ostygnąć. Ale czego można się spodziewać po krewnej Tadeusza?

– Jedna krew, jedna zaraza, tfu! – prychnęła gniewnie. – Ty też jesteś na tej liście – poinformowała szarą kotkę kręcącą się po kuchni. – Jesteś jedyną rzeczą, którą ta Agnieszka jakaś tam dostała w całości. Teraz ma pół domu, pół sadu, pół trawnika i całą kotkę. Ale nic się nie martw, kochana, pani nie pozwoli cię skrzywdzić. Nie z takimi dawałyśmy sobie radę, co, Matylda? – Sabina wzięła kotkę na ręce i powędrowała do kolejnego okna, bo obserwowany obiekt na moment zniknął jej z oczu.

Dziewczyna najwyraźniej gdzieś się spieszyła, bo jej wizyta na Sławińskiej trwała najwyżej dziesięć minut. Pokręciła się jeszcze trochę po sadzie, ponownie zadzwoniła do drzwi wejściowych i nie doczekawszy się odzewu, wsiadła do samochodu i odjechała.

Sabina nie miała wątpliwości, że wróci, może nawet dzisiaj, dlatego bez zwłoki zabrała się do realizacji swojego najnowszego pomysłu. Postanowiła obrzydzić tej przybłędzie pierwsze chwile w nowym domu. Kolejne oczywiście też, ale nic na siłę. Najpierw należało rozpracować wroga, poznać jego słabe strony i wszelkimi dostępnymi środkami zmusić do odwrotu.

Wyjęła z puszki po herbacie pęk kluczy, które znalazły się w jej posiadaniu już dawno i nie całkiem legalnie, i zeszła na parter.

W dawno nie wietrzonym wnętrzu panowały upał i zaduch, co niezwykle ją ucieszyło. Do pełni szczęścia brakowało jej jeszcze rozkładających się zwłok, ale tym deficytowym towarem niestety nie dysponowała. Postawiła więc na cuchnące naftaliną kulki na mole i stare szmaty przesycone stęchlizną. Na dzień dobry powinno wystarczyć, a potem się pomyśli, zdecydowała, kierując się prosto do piwnicy będącej prawdziwą kopalnią rzeczy, które już dawno powinny skończyć swój żywot w śmietniku, ale z jakichś powodów ktoś się nad nimi ulitował.

Starsza pani starannie przeczesała wszystkie pomieszczenia, szczególnie te użytkowane przez zięcia, i po niespełna godzinie mogła ogłosić koniec poszukiwań. Sporo czasu zajęło jej przetransportowanie tego wszystkiego na górę i wkomponowanie w wystrój mieszkania, ale z efektu końcowego była bardzo zadowolona.

Na pierwszy rzut oka w pomieszczeniu niewiele się zmieniło. Stary dywan z nowym zamieniły się miejscami, wróciła lampa z płóciennym abażurem, a w szafie zawisło wyliniałe futro i kilka od dawna już niemodnych sztuk odzieży. Ale najbardziej śmierdziała stara spleśniała kołdra, dla niepoznaki przebrana w czyściutką powłoczkę.

Sabina była już gotowa do wyjścia, kiedy przyszła jej do głowy jeszcze jedna świetna myśl. Z wnęki przy schodach zabrała używaną kocią kuwetę i umieściła pod kuchennym stołem.

– Kuweta zostaje, ale jeszcze dzisiaj kupię ci nową – powiedziała do Matyldy nieśmiało obwąchującej swoją własność. – Ale nie krępuj się, kochana, jeszcze raz możesz skorzystać – zachęciła. – Bardzo ładnie – pochwaliła kotkę. – Pamiętaj, że walczymy o większą przestrzeń życiową i jeśli każda z nas stanie na wysokości zadania, ten dom będzie nasz i tylko nasz!

*

Michał zadzwonił tuż przed północą. Przeprosił za późną porę, ale nie mógł wcześniej ze względu na obowiązki służbowe. Agnieszka westchnęła. Tak właśnie wyglądały ich kontakty przez ostatnie miesiące. Czułe słówka szeptane do słuchawki i najwyżej jeden wspólnie spędzony weekend w miesiącu. Powinna się już do tego przyzwyczaić, ale ostatnio złapała się na myśli, że coraz trudniej jej znieść samotność. Szczególnie teraz, kiedy zwaliło się jej na głowę tyle spraw. Pocieszenie, że dziewczyny marynarzy widują swoich chłopców jeszcze rzadziej, nie na wiele się zdało. Pozostało jej tylko zacisnąć zęby i jakoś wytrzymać tych kilka ostatnich miesięcy rozłąki.

– Oho! Ktoś jest dzisiaj w kiepskim humorze! – Michał doskonale wyczuł nastrój Agnieszki. – Powiesz mi, co się stało, czy mam zgadywać?

– Byłam obejrzeć ten dom...

– I co, jak to wygląda? – Michał nie potrafił powstrzymać ciekawości. Wizja lokalna miała zdecydować, czy w ogóle warto zawracać sobie głowę tym całym spadkiem. Testament testamentem, ale rzeczywistość mogła wyglądać całkiem inaczej. Jeśli ten niesympatyczny wujek podarował Agnieszce jakąś ruderę na peryferiach, to gra nie była warta świeczki. – Dom stoi?

– Stoi, stoi – potwierdziła.

– Entuzjazmem to ty jakoś nie tryskasz. Jest aż tak źle?

– Nie o to chodzi. Dom jest w porządku, zaraz wyślę ci fotki, to sam ocenisz. Martwi mnie co innego. Chyba nie najlepiej zaczęłam znajomość z sąsiadką. Wiesz, z tą staruszką, która mieszka na górze.

– Mam nadzieję, że nie witałaś się z nią po staropolsku – chlebem i solą? Mam oczywiście na myśli chleb twojego wypieku. – Michał delikatnie wypomniał jej jeden z nieudanych eksperymentów kulinarnych.

Agnieszka usiadła na łóżku, stanowczym ruchem odrzucając na bok kołdrę.

– Michał, ty sobie żartujesz, a ja mówię poważnie. Naprawdę się starałam i nie wiem, dlaczego mi nie wyszło. Ona mnie nie lubi, to pewne. A przez kota to o mało nie dostałam zawału...

Agnieszka była tego dnia na Sławińskiej dwukrotnie i za każdym razem miała wrażenie, że wkracza na cudzy teren. Po raz pierwszy wybrała się tam rano, jeszcze przed pracą. Zależało jej, żeby wizyta wypadła naturalnie i niezobowiązująco. Z Sabiną Boszko spotkała się już u notariusza, ale wtedy nie udało im się zamienić nawet słowa. Teraz zamierzała naprawić to niedociągnięcie: wpaść z króciutką wizytą, przedstawić się starszej pani oficjalnie i zapowiedzieć, że następnym razem pojawi się na dłużej. Ale już na samym wstępie Agnieszkę opanowała jakaś dziwna trema. Zaparkowała samochód na granicy między posesjami i dwukrotnie przemierzyła całą długość ulicy, zanim zdecydowała się otworzyć furtkę oznaczoną numerem siedemnastym.

Dom jak dom, niczym specjalnym się nie wyróżniał. Piętrowy, koloru brudnej żółci, kryty czerwoną dachówką. Ani ładniejszy, ani brzydszy od innych. Z leciutkim rozczarowaniem stwierdziła nawet, że na razie nie poczuła do niego jakiejś szczególnej sympatii. Żadnego radosnego piknięcia w sercu, przekonania, że oto znalazła swoje miejsce na ziemi, i takich tam sentymentalnych głupot, jakby powiedział Michał. Nadal była tu raczej gościem, który zjawia się bez zapowiedzi, a nie pełnoprawną właścicielką domu z ogrodem. Współwłaścicielką, poprawiła się w myślach.

Cyknęła komórką kilka fotek dla Michała, obeszła budynek dookoła i trochę zamarudziła na schodach. Wyjęła z reklamówki skromne prezenty dla tutejszych mieszkanek: bombonierkę dla pani Sabiny oraz paczkę whiskasa dla kotki Matyldy – i łokciem nacisnęła guzik dzwonka. Odczekała cierpliwie kilka minut, dając staruszce czas na pokonanie schodów, i zadzwoniła ponownie, ale jakoś tak bez przekonania. Kiedy i trzecia próba nie przyniosła rezultatu, dała za wygraną. Widocznie nikogo nie zastała. Wcześniej była przekonana, że widziała czyjąś twarz w oknie na piętrze, ale może jej się tylko wydawało.

Popołudniowa wizyta to już była totalna katastrofa, o której Agnieszka wolałaby jak najszybciej zapomnieć. A tak się do niej przygotowywała. Ułożyła sobie nawet całą mowę powitalną, ale na widok zaciętej twarzy staruszki straciła cały animusz. Może gdyby odeszła zaraz po tym, jak starsza pani pomyliła ją z akwizytorką, zatrzaskując jej drzwi przed nosem, zyskałaby kolejną szansę. A tak, szkoda gadać! Ponownie nacisnęła dzwonek i została tak z wyciągniętą ręką, zaskoczona faktem, że tym razem drzwi otworzyły się błyskawicznie. Wykazała się jednak refleksem i uprzedzając atak, szybko wyjaśniła nieporozumienie, dokonując wyczerpującej autoprezentacji. Na koniec w celu przełamania lodów wręczyła staruszce skromny prezent.

– Nie wiedziałam, jakie pani lubi, więc wybrałam wielosmakowe...

– Nie jadam kociej karmy! – odpowiedziała Sabina Boszko z godnością.

– Whiskas oczywiście dla kota, ale oddaję w pani ręce. A dla pani mam czekoladki od Wedla, tylko mi się pudełka pomyliły – usprawiedliwiła się, zastanawiając się, czy starsza pani ma chociaż odrobinę poczucia humoru. Jakoś na to nie wyglądało.

– A gdzie kot? – zapytała Agnieszka, żeby jakoś podtrzymać rozmowę.

 

– Jaki kot?

– Kotka wujka, Matylda. Notariusz mówił, że pani się nią opiekuje...

– Ciekawe, bo mnie nic takiego nie powiedział – zdziwiła się Sabina. – Zresztą i tak wyjeżdżałam.

– Jak to pani wyjeżdżała? – zapytała Agnieszka drewnianym głosem. – Przecież ona nie mogła zostać sama... – jęknęła.

Od śmierci wujka minęło już tyle czasu. Jeśli kotka została w ogrodzie, to mogła mieć jakieś szanse, ale jeśli siedziała zamknięta w mieszkaniu, to... Poraziła ją myśl, że przez karygodny brak wyobraźni wszystkich zainteresowanych żywa istota została skazana na śmierć głodową. Powinna przyjechać tu zaraz pierwszego dnia, sprawdzić, zaopiekować się...

– Kici, kici! – zawołała desperacko, nasłuchując choćby najcichszego pisku, szelestu, jednym słowem jakiegokolwiek znaku życia.

Zamiast tego coś miękkiego i puchatego energicznie otarło jej się o nogi.

– Matylda?! – zawołała z radosnym niedowierzaniem.

Przykucnęła przy cudownie ocalonej kotce i obejrzała ją ze wszystkich stron, nie szczędząc jej przy tym pieszczot i ciepłych słów.

– Czy to na pewno Matylda?

Pytanie, tym razem skierowane do człowieka, zawisło w powietrzu, bo Sabina gdzieś się zdematerializowała. Widocznie uznała rozmowę za skończoną i wróciła do siebie.

Drzwi stały otworem, więc Agnieszka poczuła się zaproszona. Wzięła Matyldę na ręce i ruszyła na zwiedzanie domu. Zaraz za progiem natknęła się na trzy pełne kocie miski i wszystko stało się jasne. A może jeszcze bardziej zawikłane?

*

Agnieszka Starzyk siedziała w kawiarni nad rozpuszczoną porcją lodów i myślała tak intensywnie, że od tego myślenia rozbolała ją głowa. Baśka dzwoniła, że spóźni się jakiś kwadrans, i to było dokładnie dwa kwadranse temu. Ale to nie był jej największy problem. Od kilku dni gryzła się sprawą spadku i potrzebowała porady kogoś, kto będzie w stanie spojrzeć na problem z dystansem. Przyjąć czy odrzucić? Oto jest pytanie! Słuchać ostrzeżeń matki, opartych wyłącznie na intuicji, czy racjonalnych argumentów narzeczonego?

– Nie śpij, bo cię ukradną! – zawołała Baśka, meldując się przy stoliku. – Sorry za spóźnienie, ale miałam dziś sporo pacjentów, a potem korki, korki i jeszcze raz korki – usprawiedliwiła się. – Lody ci nie smakują?

– Nawet nie wiem – westchnęła Agnieszka. Odruchowo zamieszała łyżeczką zawartość pucharka i odstawiła go na bok.

– Martwisz mnie, dziewczyno. Fortuna się do ciebie uśmiechnęła, a ty zamiast skakać z radości, siedzisz z ponurą miną, jakby rozbolały cię zęby. Jeśli to rzeczywiście zęby, to zapraszam do gabinetu – zażartowała, próbując rozruszać przyjaciółkę.

– Bo ja wciąż nie wiem, czy ta fortuna się do mnie uśmiecha, czy tylko ostrzegawczo szczerzy zęby – podjęła temat Agnieszka. – Mama i Michał mają na ten temat odmienne zdania, a ja wciąż nie mam żadnego. Czas leci, wszyscy oczekują, że podejmę w końcu jakąś decyzję, ale mam coraz większy mętlik w głowie. Jeśli mi czegoś nie doradzisz, to zwyczajnie rzucę monetą i będzie po sprawie.

– Albo i nie – stwierdziła Baśka. – Do monety w razie czego nie będziesz mogła mieć pretensji, a do przyjaciółki pewnie tak, ale podejmę to ryzyko. Coś jest nie tak z tym spadkiem?

– Mama ma złe przeczucia – zaczęła Agnieszka ostrożnie. – Bo widzisz, żeby coś z tego zrozumieć, musisz najpierw poznać nasze skomplikowane relacje rodzinne. O wujku i testamencie już wiesz. Ten wujek, Tadeusz Daszycki, był przyrodnim bratem mojej mamy. Mieli tego samego ojca, ale wychowywali się oddzielnie i – jak to zwykle bywa w takich wypadkach – nie pałali do siebie sympatią. To znaczy Tadeusz nie pałał, bo mama mi mówiła, że nawet swego czasu próbowała się z nim zaprzyjaźnić, lecz nic z tego nie wyszło. Jeśli Tadeusz darzył mamę jakimś uczuciem, to była to czysta nienawiść. Winił ją za rozpad związku swoich rodziców, za to, że musiał się dzielić ojcowską miłością, i to nierówno, bo przecież ona miała ojca na co dzień, a on tylko od święta. Jednym słowem za wszystko. A na wspólnych spacerach z tatusiem nie szczędził przyrodniej siostrze wyzwisk i kuksańców. W miarę dorastania oddalali się od siebie coraz bardziej, a po śmierci mojego dziadka całkiem zerwali kontakty. Wujek wyjechał i nie dał nawet znaku życia. Aż do teraz. Jeśli zawiadomienie o śmierci w ogóle można tak nazwać. Ja nie miałam okazji go poznać. Wątpiłam nawet, czy wie o moim istnieniu, a tu nagle dowiaduję się, że zapisał mi spadek! Całkowity szok! I to nie jakieś rodzinne pamiątki, gromadzone przez kilka pokoleń Daszyckich, tylko coś, co ma sporą wartość materialną. Dostałam mieszkanie wujka z całym wyposażeniem i z kotem na dokładkę. Wyobrażasz sobie?!

– Wyobrażam – potwierdziła Baśka.

– Właściwie to pół domu...

– Pół bliźniaka – podpowiedziała Baśka.

– Nie, bo to jest stary dom, jeszcze poniemiecki. Na górze mieszka teściowa wujka, a dół... dół może być mój. Tylko...

– Tylko co? – podchwyciła Baśka od dłuższej chwili próbująca dociec, gdzie jest pies pogrzebany, bo na razie wszystko wyglądało aż za dobrze.

– Mama mówi, że ludzie aż tak się nie zmieniają. Nie wierzy w dobre intencje wujka i straszy mnie, że kryje się za tym jakiś perfidny podstęp. No, wiesz, jakieś monstrualne długi czy inne cholerstwo. Taka pułapka na głupiutkie chytre myszki: mały zysk, wielka strata. Słyszy się sporo o takich sprawach, więc zaczęłam się zastanawiać, co będzie, jeśli ma rację.

– A co na to Michał?

– Michała nigdy nie ma, jak jest potrzebny! Co mi po jego światłych radach, jeśli nawet nie wiem, od którego końca się do tego zabrać! – rozżaliła się Agnieszka. – Jemu się wydaje, że to wszystko jest takie proste, że wystarczy zapukać do właściwych drzwi i poprosić o wydanie opinii. Złe przeczucia mamy to dla niego żaden argument. Mam się postarać o opinię biegłych i wyłącznie na tej podstawie podjąć decyzję. A jeśli wszystko będzie w porządku, potem muszę się tylko zastanowić, czy chcę tam zamieszkać z Michałem, czy nie. Ech... – westchnęła żałośnie.

– A nie chcesz? – zdziwiła się Baśka.

Wprawdzie nie podzielała zachwytów przyjaciółki nad wybrankiem jej serca, ale miała pięć długich lat na to, żeby pogodzić się z myślą, że drogi tych dwojga kiedyś zejdą się na zawsze.

– Oczywiście, że chcę! – potwierdziła Agnieszka. – Tylko czemu to wszystko jest takie skomplikowane? – westchnęła ponownie. – Czemu jak normalna kobieta nie mogę mieć chłopaka na co dzień, a nie tylko od wielkiego święta? Mieć z kim pójść do kina, na imprezę czy choćby do notariusza jak teraz. Z Michałem u boku czułabym się o wiele pewniej, a zamiast tego czekam na niego jak na rzadkiego gościa, który i tak może w ostatniej chwili zadzwonić i odwołać wizytę. Bo ktoś tam w Brukseli nie będzie mógł się bez niego obejść. A ja mogę? Dobrze, że chociaż mam ciebie, bo nie miałabym do kogo ust otworzyć.

– Nie przesadzaj, nie jest aż tak źle.

– Ale dobrze też nie – upierała się przy swoim Agnieszka.

– Sama jednak przyznasz, że najgorsze masz już za sobą. Teraz to już poleci z górki. No bo co to jest pięć miesięcy! Jak się zajmiesz urządzaniem waszego przyszłego gniazdka, to nawet nie zauważysz, jak ten czas minie. A potem, jak to mówią, będziecie żyli długo i szczęśliwie...

– Czyli radzisz mi przyjąć spadek? – upewniła się Agnieszka.

– Radzę ci to samo co Michał. Zanim podejmiesz jakąkolwiek decyzję, sprawdź wszystko pięć razy. I nie zabieraj się do tego sama, tylko wynajmij jakiegoś fachowca. Lepiej zapłacić i mieć pewność, że wszystko jest w porządku, niż potem żałować. Sama nie znam nikogo odpowiedniego, ale popytam znajomych i jakby co, dam ci znać.

*

Dopiero gdy opadły emocje związane z przyjęciem spadku, do Agnieszki dotarło, że ma się z czego cieszyć. Została właścicielką domu z ogrodem! Nie był to wprawdzie mały biały domek, o jakim marzyła od dawna, ale na początek powinien wystarczyć. Odczuwała dumę, że jej wkład w nowe życie jest całkiem pokaźny. Mogła spokojnie zacząć wić gniazdko i czekać, aż narzeczony wróci z zagranicznych wojaży.

Ślub mogliby wziąć na Wielkanoc... Dalej plany Agnieszki nie sięgały. Zresztą po co miała zaprzątać sobie głowę dalszą przyszłością, skoro i tak wszystko zależało od Michała. Od tego, czy po powrocie dostanie wymarzoną pracę i jak mu pójdzie wspinaczka po szczeblach kariery zawodowej. Michał bowiem był niezwykle ambitny i nie zamierzał poprzestać na sukcesie w wymiarze lokalnym. Przeprowadzka do stolicy była tylko kwestią czasu, a dzięki spadkowi Agnieszki zyskają wolność ekonomiczną i po sprzedaży nieruchomości będą mieli z czym wystartować w Warszawie. A co będzie potem, to się dopiero okaże. Trochę bała się tych przyszłych zmian i tego, jak odnajdzie się w nowej rzeczywistości, ale o tym nie wspomniała nawet przyjaciółce.

Oczywiście wolałaby pojechać na Sławińską z Michałem, ale niestety znowu zatrzymały go obowiązki służbowe. Dobrze, że chociaż miała pod ręką Baśkę, bo trochę się obawiała kolejnego spotkania z Sabiną Boszko.

– Jak myślisz, może powinnam kupić jakieś ciasto, bo głupio tak z pustymi rękami – zastanawiała się głośno. – Ale nie jedziemy przecież w gości. Poprzednio wręczyłam jej bombonierkę, ale nie wyglądała na zadowoloną. Nawet nie zaprosiła mnie do środka...

– Nie przesadzaj! Nie sądzisz chyba, że całkiem obca osoba powinna skakać z radości na twój widok. Na dobrą sprawę trudno jej się nawet dziwić, że przy pierwszym spotkaniu potraktowała cię nieufnie. Postaw się w jej sytuacji: może liczyła na część spadku, a tu nagle wyskakujesz jej u notariusza niczym królik z kapelusza i zgarniasz całą pulę.

– Przecież wiesz, że byłam równie zaskoczona jak ona.

– Wiem! – uspokoiła przyjaciółkę Baśka. – I dlatego obie musicie sobie dać trochę czasu. Twoja sąsiadka nie może mieć do ciebie najmniejszych pretensji. Twój wujek miał prawo rozporządzać swoją częścią domu i ona dobrze o tym wie. W końcu nie poleciała do sądu, żeby obalić testament, nie powiedziała ci też nawet jednego złego słowa...

– Dobrego też nie – uściśliła Agnieszka. – Sama zresztą zobaczysz. Od niej po prostu wieje chłodem. I to arktycznym! No, jesteśmy na miejscu! – poinformowała Baśkę i z miłą świadomością, że jej ten zakaz nie dotyczy, zaparkowała przy zielonej bramie z napisem: „Uwaga! Nie blokować podjazdu!”. Kolejna tabliczka ostrzegająca przed groźnym psem lekko ją zdeprymowała.

– Skąd tu się nagle wziął pies? – wyraziła głośno swoje wątpliwości. – Ostatnio chyba tego nie było...

– Chyba czy na pewno? – chciała wiedzieć Baśka.

Tabliczka błyszczała nowością, a z obrazka łypała na przechodniów wściekła bestia nasuwająca skojarzenia z psem Baskerville'ów.

– Chyba na pewno. Psa w każdym razie nie było. Ale może... – zastanowiła się Agnieszka.

– Może co? – ponagliła ją Baśka.

– Wtedy nie było ani psa, ani tabliczki, a teraz jest i tabliczka, i pies. To by było nawet do niej podobne.

– Eee, raczej nie. Sama mówiłaś, że tam jest kot, a koty i psy chyba nie przepadają za sobą. Zresztą zrobimy test – wpadła na pomysł Baśka.

Przejechała znalezionym patykiem po metalowych prętach ogrodzenia, czyniąc sporo hałasu, i kiedy nie wywołało to żadnych konsekwencji, śmiało pchnęła furtkę.

– Idziemy, droga wolna. Na co czekasz? – ponagliła Agnieszkę.

– Nabieram sił do konfrontacji z groźniejszym przeciwnikiem.

– Czy ty aby nie przesadzasz?

– Może trochę – przyznała Agnieszka. – Ale wolałabym, żeby tej pani nie było w domu. Cały czas miałabym wrażenie, że patrzy mi na ręce i w ogóle...

Sabina Boszko nie tylko była w domu, ale najwyraźniej ucieszyła się z wizyty gości. Zaprosiła przyjaciółki do siebie na górę i ucięła sobie z nimi miłą pogawędkę, wypytując przy okazji o to i owo. Wykazała się przy tym ogromnym taktem i wyczuciem sytuacji. Pokazała im strych i piwnicę, ale do mieszkania po zięciu nie weszła. Pożegnała się w progu, życząc dziewczynom miłego dnia.

– I co, łyso ci? – zapytała Baśka, kiedy wreszcie zostały same.

– Trochę łyso – przyznała Agnieszka. – Rzeczywiście, tym razem była o wiele sympatyczniejsza. Chyba nawet ją polubię.

– Ona ciebie też, zobaczysz!

Agnieszka otworzyła na oścież wszystkie okna i kiedy mdły zaduch wreszcie ustąpił, jeszcze raz obeszły wszystkie kąty.

– Całkiem przyjemne mieszkanko – podsumowała Baśka. – A tej słonecznej kuchni i przestronnej łazienki to ci nawet trochę zazdroszczę. I co tak zamilkłaś? Podoba ci się w końcu czy nie?

– Podoba, pewnie, że podoba. Tylko... – zawahała się Agnieszka – jakoś nieswojo się tu czuję. Jakbym weszła do cudzego domu pod nieobecność właściciela. A teraz, jak się dowiedziałam od pani Sabiny, że wujek umarł tutaj, to już w ogóle. Mam wrażenie, że nagle w zamku zazgrzyta klucz i jakiś facet zapyta, co ja tu właściwie robię. Wyobrażasz sobie, że ja nawet nie wiem, jak wyglądał wujek Tadeusz?

 

– O to się nie martw. Najważniejsze, żeby on cię poznał. Lepiej późno niż wcale – zażartowała Baśka.

– Bardzo zabawne, bardzo. Jak będziesz dalej mnie straszyć, to spędzisz tu ze mną pierwszą noc, a może nawet kilka następnych.

– A nie wolisz z Michałem? – droczyła się Baśka.

– Pewnie, że wolę, ale niestety sama wiesz, jak jest. Znowu mu coś wypadło, więc z tego weekendu nici i kolejnego chyba też. A ja nie mogę czekać z przeprowadzką, bo umówiłam się z moimi gospodarzami, że do końca miesiąca zwolnię pokój.

– W pierwszą noc zrobimy sobie seans spirytystyczny. Zgasimy światła, zapalimy świece i zapytamy ducha, jak ma na imię...

– Iłaał! – zawyło coś w odpowiedzi i złowieszczo zazgrzytało.

Zanim zdążyły wrzasnąć z przerażenia, drzwi od gabinetu wujka otworzyły się gwałtownie i do pokoju wparowała Matylda. Właściwie to wjechała na ich skrzydle, uczepiona klamki przednimi łapami, i kiedy osiągnęły określony punkt, odpadła od nich jak dojrzały owoc i wylądowała na podłodze, głośnym miauczeniem anonsując swoje przybycie.

– No i mamy naszego ducha w całej okazałości! – zachichotała Baśka. – To się nazywa mocne wejście. I to w iście filmowym stylu. Aż mi ciary przeszły po plecach.

– Mnie też. Jak mi kiedyś wytnie taki numer w nocy, to jak nic popędzę na górę do starszej pani i poproszę o przechowanie do rana.

– „Bo ja się boję sama spać” – fałszywie zanuciła Baśka. – Nawet nie wiesz, koleżanko, jakiego nam stracha napędziłaś – pogroziła palcem kotce. – Fajna jest, nie? Taka ufna, jakbyśmy od dawna były dobrymi znajomymi.

– Wita nas w swoim domu. I pewnie ma nadzieję na jakiś smaczny poczęstunek. Zaraz dostaniesz, zaraz. Jej miski stoją na korytarzu, ale czas znaleźć dla nich nowe miejsce, bo od dzisiaj przechodzi na moje utrzymanie. A swoją drogą, ciekawe, skąd ona się wzięła w tamtym pokoju.

– To akurat żadna tajemnica, wskoczyła przez okno – oświeciła ją Baśka. – To jest parter i tak na dobrą sprawę każdy może wleźć. Powinnaś się zastanowić nad jakimiś zabezpieczeniami.

– Krat nie wstawię, a te okna można uchylać, zamiast otwierać na oścież. Poza tym z Matyldą u boku będę się czuła o wiele pewniej. Nie martw się, jakoś wytrzymam do przyjazdu Michała.

– A skoro już tu jestem, to może zaczniemy robić wstępne porządki – zaproponowała Baśka. – Nie wiem jak ty, ale ja wolałabym się pozbyć większości tych rzeczy. Wiesz, żeby poczuć się u siebie.

– Może masz rację... – zgodziła się z przyjaciółką Agnieszka, choć jakoś tak bez przekonania. – Ale mam, ot tak, wyrzucić rzeczy po wujku na śmietnik i udawać, że nigdy nie istniał? – wyraziła swoje wątpliwości.

– A kto mówił o wyrzucaniu?! – zdziwiła się Baśka. – Nie słyszałaś o organizacjach charytatywnych? Oni tam potrzebują wszystkiego, więc na pewno ucieszą się z ubrań, pościeli, butów czy ręczników. A dokumenty i inne pamiątki włóż do pudła i zanieś na strych. W każdej chwili będziesz mogła po nie sięgnąć, gdy będziesz chciała dowiedzieć się o wujku czegoś więcej.

*

Agnieszka jechała do firmy ze świadomością, że zawaliła obowiązki służbowe i jak nic podpadnie szefowi. W piątek zwolniła się wcześniej z pracy, obiecując solennie, że dokończy projekt w domu, ale jak to zwykle bywa, zaszły szczególne okoliczności i nie miała do tego głowy. Już się widziała na dywaniku, a tu, proszę, zdarzył się cud. Jak głosiła biurowa plotka, Bartosz Maryński zabalował na konferencji w Krakowie i prawdopodobieństwo, że zaszczyci ich dzisiaj swoją obecnością było bliskie zera.

Agnieszka podziękowała losowi za przychylność i rezygnując nawet z porannej kawy, od razu zabrała się do pracy. Potrzebowała co najmniej trzech godzin na nadrobienie zaległości, a potem spokojnie mogła się zająć sprawami bieżącymi. Nie przewidziała tylko, że zgodnie z przysłowiem: „Gdzie kota nie ma, tam myszy harcują”, w biurze zapanuje ogólne rozprzężenie, a tematem przewodnim będą oczywiście jej sprawy spadkowe.

– A ty wiesz, że ta twoja Sławińska jest jakieś dziesięć minut jazdy samochodem od mojego osiedla? Jak dobrze pójdzie, będziemy sąsiadami – ucieszył się Andrzej.

– A, to rzeczywiście bliskie sąsiedztwo – roześmiała się Agnieszka. – No, dobrze, to już wam powiem wszystko, bo widzę, że i tak nie dacie mi spokoju – skapitulowała. – Klamka zapadła! Przyjęłam spadek i w przyszłym tygodniu zamierzam się wprowadzić do mojego nowego domu.

– O kurczę, to super! – Monika pierwsza ruszyła z gratulacjami, a za nią w kolejce ustawili się pozostali: Kornel, Andrzej i Gośka.

– A będzie jakaś parapetówa?

– Pewnie. Terminu jeszcze nie ustaliłam, ale wszyscy czujcie się zaproszeni – rzuciła spontanicznie Agnieszka, choć po chwili namysłu pożałowała, że zaproszenie objęło również Gośkę. Ale trudno, słowo się rzekło.

Agnieszka nie należała do osób, które swoje sprawy prywatne lubią roztrząsać na forum publicznym. O spadku zamierzała wspomnieć, dopiero gdy sama będzie wiedziała, na czym stoi. Wyjątek zrobiła tylko dla szefa, bo jakoś musiała uzasadnić prośbę o krótki urlop, a Smętek nigdy nie zadowalał się ogólnikami w stylu „ważna sprawa rodzinna”. Tę ich prywatno-służbową rozmowę prowadzoną przy lekko uchylonych drzwiach podsłuchała Gośka. A skoro wiedziała Gośka, to było tylko kwestią czasu, kiedy dowiedzą się inni. I tak wieść o spadku otrzymanym przez Agnieszkę wkrótce obiegła całą firmę i – jak to się mówi – wyszła na miasto.

Radek Morus pojawiał się w swoim byłym miejscu pracy rzadko i tylko gdy miał w tym jakiś interes. A dziwnym trafem przychodził zawsze, kiedy w pobliżu nie było Smętka. Monika twierdziła, że kieruje się chyba szóstym zmysłem, ale Agnieszka miała na ten temat własną teorię. Uważała, że Radek ma w firmie informatora. A raczej informatorkę, i to niekoniecznie w ich dziale. W Uni-Promie pracowało trzydzieści kilka osób, w tym ponad połowa płci żeńskiej, w różnym wieku, ale to akurat nie miało znaczenia, bo Radek działał na wszystkie jak magnes. Przyciągał, gdy miał w tym jakiś interes, i odpychał, gdy przestawały mu być potrzebne. Jako wytrawny dyplomata nigdy nie mówił wprost, o co mu chodzi. Czarował, podpytywał, na zmianę prawił komplementy i wyciągał informacje służbowe, tak że biedna ofiara często nawet nie wiedziała, że została podstępnie wykorzystana. Agnieszka zaczęła się zastanawiać, kogo tym razem zacznie czarować, i lekko się zdziwiła, kiedy na dobre zaparkował przy jej biurku.

– Na mnie to nie działa – powiedziała, nie odrywając wzroku od monitora. Coś jej się nie zgadzało z terminami i...

– Co nie działa?

– Twój urok osobisty.

– Wiem, masz serce z kamienia – odciął się. – Ale to nawet lepiej, bo miłość i interesy rzadko idą z sobą w parze. Słyszałem, że dostałaś spadek i nie wiesz, co z nim zrobić – naprowadził ją na właściwy temat.

– Zapomnij! – zaprotestowała gwałtownie, zanim zdążył przejść do konkretów.

Pomna przykrych doświadczeń z przeszłości wolała trzymać się z daleka od niepewnych interesów, a już w szczególności takich, w których pośredniczył Radek. Kiedyś popełniła ten niewybaczalny błąd, tracąc za jednym zamachem sporo forsy i – co gorsza – szacunek do samej siebie. Miała też na sumieniu grzech nielojalności, bo o feralnym pomyśle nie powiedziała ani słowa narzeczonemu. Bo niby czym miała się chwalić? Że naprawdę uwierzyła, że zrobi kokosowy interes? Dobrze chociaż, że tylko to łączyło ją z Radkiem. Bo jak głosiła plotka, inne panie nie miały tyle szczęścia.

– Ale dwa słowa chyba możemy zamienić? – zmienił taktykę Radek. – Tak naprawdę to chciałem zasięgnąć twojej opinii w pewnej sprawie. To co, znajdziesz dla mnie chwilkę? Obiecuję, że jeśli nie dojdziemy do porozumienia, to nie wrócę już więcej do tego tematu. Zejdziemy do bufetu na kawę i ciacha? Ja stawiam.