Czerwone fragmenty

Tekst
Z serii: Poza serią
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Tytuł oryginału angielskiego The Red Parts. Autobiography of a Trial

Projekt okładki Agnieszka Pasierska

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Copyright © 2007 by Maggie Nelson

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2021

Copyright © for the Polish translation by Anna Gralak, 2021

Opieka redakcyjna Tomasz Zając

Redakcja i skład Małgorzata Poździk

Korekta Katarzyna Juszyńska, Ewa Saska

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-208-2

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Przedmowa do drugiego wydania

Umysł mordercy

Dziedzictwo

Oblicze zła

Transmisja na żywo

Czerwone fragmenty

Dodatek

Czerwony dom

Amerykańskie tabu

Umysł mordercy, reaktywacja

Do piekła albo śmierć

Sybaris

Za sprawiedliwością

Księga łusek

Przy torach

Gary

Swoboda poetycka

Koniec historii

Pokój ofiary

Pora największej oglądalności

Otwarte morderstwo

Ręka Boga

Koda

Materiały cytowane i źródła

Podziękowania

Przypisy

Kolofon

Ta książka jest zbiorem wspomnień, a to oznacza, że czerpie z mojej pamięci i składa się przede wszystkim z moich osobistych interpretacji zdarzeń, zaś tam, gdzie zaznaczyłam, opiera się na ich twórczym odtworzeniu. Rozmowy i opisywane zdarzenia nie są dokładnym odwzorowaniem rzeczywistych, lecz przytaczam je w taki sposób, by oddać sedno wypowiedzi lub sytuacji.

Christinie Crosby i Janet Jakobsen, które hartują się w ogniu i oddają światu sprawiedliwość

Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie wyszło na jaw, ani nic tajemnego, co by się nie stało wiadome.

Łk 12,2

[…] już w każdej chęci poznania jest kropla okrucieństwa.

Fryderyk Nietzsche, Poza dobrem i złem, przeł. S. Wyrzykowski

Przedmowa do drugiego wydania

Na początku Wunschloses Unglück [Pełnia nieszczęścia] Petera Handkego, cieniutkiej, ale porażającej książeczki, powstałej ponoć w ciągu dwóch miesięcy po samobójstwie jego matki, autor pisze: „Moja matka nie żyje od prawie siedmiu tygodni. Lepiej wezmę się do pracy, zanim potrzeba napisania o niej, którą odczułem tak silnie na jej pogrzebie, osłabnie, i znów popadnę w tępą niemotę, którą zareagowałem na wieść o jej samobójstwie. Tak, brać się do pracy […]. Jak zwykle, gdy pochłania mnie pisanie literatury, odrywam się od siebie i przekształcam w obiekt, w maszynę obdarzoną pamięcią i zdolnością wyrażania myśli”.

Ponowne otwarcie dochodzenia w sprawie zabójstwa mojej cioci Jane – choć z całą pewnością nie tak katastrofalne dla psychiki jak samobójstwo matki – wprawiło mnie w podobny nastrój. Wziąwszy udział w procesie podejrzanego w lipcu 2005 roku, poczułam przemożną potrzebę, by zarejestrować wszystkie szczegóły, nim pochłoną mnie lęk, smutek, amnezja lub przerażenie; by przekształcić siebie albo zgromadzone materiały w estetyczny przedmiot, który można by postawić obok, zamiast bądź też w charakterze ostatniej przeszkody na drodze tępej niemoty uniemożliwiającej wydobywanie z pamięci i wyrażanie myśli. Tak też się stało. Po procesie, nel mezzo del camin, wzięłam się do pracy w zupełnie obcym sobie mieście (Los Angeles) i spisałam tę relację, będąc w stanie umysłu nacechowanym wyostrzeniem, skupieniem, a niekiedy impulsywnością. Cały czas trzymałam na biurku Wunschloses Unglück w charakterze bodźca i wskazówki. Tak, brać się do pracy.

Jaki wpływ mają mijające lata, a nawet dziesięciolecia, na tekst będący w zamyśle świadectwem burzliwych, bolesnych i naglących okoliczności swojego powstania i publikacji? W wypadku książki Handkego rezultat wciąż wydaje się elektryzujący, lecz czas dodał mu odrobiny niesamowitości – niesamowitości cechującej pilną psychologiczną potrzebę zawieszoną przedziwnie i pięknie w tym miejscu poza czasem, które potrafi stworzyć literatura. Pozostaje mi jedynie mieć nadzieję, że to samo będzie można powiedzieć o niniejszym wydaniu Czerwonych fragmentów, które jest dla mnie podwójnie cenne: chroni tę książkę (przynajmniej na razie) przed innym rodzajem tępej niemoty – czyli przed brakiem dostępności na rynku – wywołując jednocześnie zainteresowanie publikacją, którą Czerwone fragmenty, jak zawsze miałam nadzieję, pewnego dnia się staną: osobliwą, powstałą pod presją medytacją nad związkiem czasu z przemocą i ze smutkiem, na szczęście oderwaną od krzykliwych rubryk pełnych „najświeższych informacji”, od książek z gatunku true crime czy nawet od „pamiętnika”.

Podczas pisania przyświecał mi tylko jeden cel: pozwolić, by wydarzenia związane z rozprawą sądową, wydarzenia związane z moim dzieciństwem, wydarzenia związane z zamordowaniem Jane oraz akt pisania zaistniały we wspólnym momencie czasu i przestrzeni. W pewnym miejscu Czerwonych fragmentów ta ich koegzystencja ukazuje się pod postacią „ciemnej krainy w kształcie półksiężyca, gdzie cierpienie w gruncie rzeczy nic nie znaczy, gdzie teraźniejszość bez ostrzeżenia osuwa się w przeszłość, gdzie nie możemy uciec przed losem, którego najbardziej się boimy, gdzie padają ulewne deszcze wypłukujące ciała z grobów, gdzie smutek trwa wiecznie, a jego siła nigdy nie słabnie”. Z zadowoleniem stwierdzam, że nieodzowna brutalność tego obrazu nie oddziałuje już na mnie z taką siłą jak kiedyś, przynajmniej na razie. Wciąż jednak przywiązuję wielką wagę do tego, by można było (choć chyba powinnam powiedzieć: bym mogła) spędzić dłuższą chwilę w jego uścisku. Znów z wdzięcznością przesyłam ten raport z terenu.

Maggie Nelson

Los Angeles, 2015

Umysł mordercy

„Mamy wszelkie powody, by sądzić, że ta sprawa szybko zmierza ku pomyślnemu rozstrzygnięciu”.

Słowa te wypowiedział śledczy z policji stanowej w Michigan, gdy pewnego popołudnia na początku listopada 2004 roku zadzwonił do mojej matki. Po rozmowie ze śledczym matka zatelefonowała do mnie i je powtórzyła.

To zdanie wprawiło mnie w osłupienie. Gdy je wymawiała, widziałam, jak przedpokój w moim mieszkaniu lekko się przechyla, jakby przez chwilę flirtował z pomysłem przeobrażenia się w gabinet śmiechu.

Słowa śledczego wprawiły w osłupienie także moją matkę. Odebrała telefon, prowadząc samochód, i natychmiast musiała zjechać na pobocze szutrowej drogi niedaleko swojego domu w północnej Kalifornii, by przyjąć ich siłę rażenia.

Śledczy mówił o sprawie morderstwa jej młodszej siostry, Jane Mixer – sprawie od trzydziestu pięciu lat oficjalnie uznawanej za nierozwiązaną. Powiedział, że pracuje nad nią intensywnie od pięciu lat, lecz nie chciał dzwonić, dopóki aresztowanie nie będzie przesądzone. A teraz już było.

Ta wiadomość byłaby wstrząsająca sama w sobie, lecz nadeszła w takiej chwili, że aż przeszły mnie ciarki.

Sama od pięciu lat intensywnie pracowałam nad sprawą mojej cioci, tyle że pod innym kątem. Gromadziłam informacje i pisałam tomik poezji o jej życiu i śmierci zatytułowany Jane. A Murder [Jane. Morderstwo] – niebawem miał zostać wydany. Nie wiedziałam, że ktoś ponownie bada sprawę Jane; mój tomik dotyczył nierozwiązanej sprawy dawno zarzuconej przez śledczych. Był o tym, jak można żyć – albo raczej jak żyła moja rodzina, jak żyłam ja sama – w cieniu śmierci członka rodziny, który najprawdopodobniej skonał w okropny, przerażający sposób, w okolicznościach mających na zawsze pozostać nieznane, niepoznawalne.

 

Gdy 14 stycznia 2005 roku pierwszy raz spotykam się z tym śledczym – Erikiem Schroederem – na wstępnym przesłuchaniu podejrzanego, Gary’ego Earla Leitermana, sierżant wita mnie niedźwiedzim uściskiem i mówi: „Założę się, że przez te wszystkie lata myślała pani, że pracuje nad tym sama”.

Rzeczywiście, tak myślałam.

Dorastając, wiedziałam, że moja matka miała młodszą siostrę o imieniu Jane, która została zamordowana, i w zasadzie na tym moja wiedza się kończyła. Wiedziałam, że Jane zginęła w wieku dwudziestu trzech lat, będąc na pierwszym roku studiów prawniczych na Uniwersytecie Michigan. Wiedziałam, że moja matka miała wtedy dwadzieścia pięć lat i niedawno wyszła za mojego ojca. Ani mnie, ani mojej siostry Emily nie było jeszcze na świecie. Urodziłyśmy się w północnej Kalifornii, dokąd nasi rodzice przeprowadzili się po śmierci Jane – Emily w 1971 roku, ja w 1973.

Dorastając, miałam niejasne poczucie, że zamordowanie Jane było jakoś powiązane ze śmiercią innych dziewczyn, ale nie wiedziałam jak. Pewnego popołudnia, gdy miałam około trzynastu lat, byłam sama w domu i szukałam w gabinecie matki czegoś do poczytania, zauważyłam grzbiet książki, której nigdy wcześniej nie widziałam. Choć znajdowała się prawie poza zasięgiem mojego wzroku i mojej ręki, krzykliwa tabloidowa czcionka układająca się w tytuł Morderstwa w Michigan wyróżniała się na tle ambitnych klasycznych dzieł literackich, które moja matka czytywała i o których nauczała. Weszłam na krzesło, by zdjąć opasły tom w miękkiej oprawie.

Ten prosty akt był obciążony spuścizną lęku, ponieważ pierwsza z wielu kości, które złamałam sobie w dzieciństwie – akurat wtedy był to pęknięty łokieć; wymagał rekonstrukcji chirurgicznej i tygodni spędzonych w bezruchu – ucierpiała właśnie wskutek wspinania się na regał w poszukiwaniu książki. Do wypadku doszło w księgarni w Sausalito, mieście portowym niedaleko San Francisco, gdzie mieszkałam w pierwszych latach życia. Miałam wtedy tylko dwa lata, lecz pamiętam, że na okładce tej książki był kolorowy królik i że rozpaczliwie chciałam jej dosięgnąć.

Po tym wypadku zaczął mnie dręczyć powracający sen. Był o spadaniu – czy raczej zeskakiwaniu na podjazd – z wiaty garażowej obok naszego domu w Sausalito; kończył się moją śmiercią. Musiało mi się to śnić w bardzo młodym wieku, około trzeciego roku życia. W tym śnie tłum ludzi przychodził obejrzeć moje ciało, leżące na końcu podjazdu jak na scenie stromego greckiego amfiteatru. Trudno mi sobie teraz przypomnieć atmosferę tego snu: pamiętam przerażenie tym, co zrobiłam, poczucie oddalenia, głęboki smutek i pewien dyskomfort wywołany patrzeniem na ludzi oglądających moje ciało jak zwłoki.

Okładka Morderstw w Michigan przedstawiała przerobione zdjęcie modelki podobnej do Farrah Fawcett – spod zagiętej fotografii twarzy wyłaniał się obraz w podczerwieni. Kolorystyka i grafika tej okładki w połączeniu z ukradkowością, z jaką ją oglądałam, natychmiast przywiodły mi na myśl egzemplarz „Playboya”, na którego studiowanie w łazience mojego ojca poświęciłam w dzieciństwie ogromnie dużo czasu – walentynkowy numer z 1980 roku z Suzanne Somers. Pamiętam, że mój ojciec bardzo lubił Suzanne Somers.

Otworzyłam Morderstwa w Michigan na pierwszej stronie i przeczytałam: „W ciągu dwóch lat w hrabstwie Washtenaw zamordowano siedem młodych kobiet, część z nich w tak brutalny sposób, że Dusiciel z Bostonu mógłby się przy tym wydać mordercą zabijającym w akcie miłosierdzia”.

Niecierpliwie przerzucałam strony, złakniona czegoś na temat Jane i mojej rodziny, czegokolwiek. Szybko pojęłam, że wszystkie imiona i nazwiska zmieniono. Przypuszczałam jednak, że wpadłam na właściwy trop, gdy przeczytałam:

Pewien żołnierz przyniósł [na miejsce zbrodni] kronikę Uniwersytetu Michigan z 1968 roku i okazało się, że umieszczona w niej podobizna uśmiechniętej Jeanne Lisy Holder, absolwentki liceum w Muskegon w stanie Michigan, przejawia podobieństwo do spuchniętej twarzy młodej kobiety leżącej bez życia na cmentarzu Pleasantview.

„Jeanne Lisa Holder” przejawiała podobieństwo do „Jane Louise Mixer”. Jedna warstwa zaczęła się odsłaniać.

Gdy po latach byłam pochłonięta szukaniem materiałów do Jane, nie mogłam narzekać na niedostatek informacji. Problemem był ich nadmiar. Nie nadmiar informacji o Jane – jej śmierć pozostawała irytująco zagadkowa – lecz o innych zgwałconych i zamordowanych dziewczynach, których potworny los opisywano ze straszliwą drobiazgowością w gazetach z tamtego okresu, w kilku inspirowanych prawdziwymi wydarzeniami książkach o przestępstwach oraz na wielu stronach internetowych poświęconych seryjnym mordercom. Istniały wykresy takie jak ten opublikowany w „Detroit Free Press” 28 lipca 1969 roku, zatytułowany Schemat śmierci. Anatomia siedmiu brutalnych morderstw, porządkujący szczegóły za pomocą kategorii: „widziana ostatnio w…”, „znaleziona w…”, „przyczyna śmierci ”, „obrażenia towarzyszące” i tak dalej. Trudno było przez to wszystko przebrnąć.

Analizując materiały źródłowe, zaczęłam cierpieć na przypadłość, którą nazwałam „umysłem mordercy”. Potrafiłam z pewnym dystansem pracować nad swoim projektem przez cały dzień, beztrosko szukając w słowniku wyrazów rymujących się z „kula” albo „czaszka”. Nocą, gdy leżałam w łóżku, wracały do mnie przyprawiające o mdłości obrazy brutalnych czynów – tylko czekały, żeby się na mnie rzucić. Powtórki okrutnych krzywd wyrządzonych Jane, wyrządzonych innym dziewczynom zamordowanym w Michigan, wyrządzonych moim najbliższym, mnie, a czasami – te były najokropniejsze – wyrządzonych przeze mnie. Obrazy te pojawiały się w mojej głowie w nieregularnych odstępach, lecz zawsze z brutalną, uporczywą siłą powrotu tego, co tłumione.

Wytrwałam przede wszystkim dlatego, że wyznaczono mi punkt końcowy: termin wydania Jane w dniu moich trzydziestych drugich urodzin w marcu 2005 roku. Myślałam, że gdy tylko wezmę tę książkę do ręki, będę wolna. Zajmę się projektami niemającymi nic wspólnego z morderstwem. Nie będę patrzyła wstecz.

Ponowne otwarcie sprawy Jane przekreśliło te nadzieje.

*

Jesienią 2004 roku przeprowadziłam się z Nowego Jorku, w którym mieszkałam od wielu lat, do małego miasta w stanie Connecticut, gdzie miałam przez rok wykładać w college’u. Miasto nosiło stosowną nazwę Middletown[1]: położone pośrodku stanu, pośrodku niczego. Wynajęłam tam piękne mieszkanie – parter podniszczonego dziewiętnastowiecznego domu czterdzieści razy większy niż wszystkie mieszkania, na jakie byłoby mnie stać w Nowym Jorku. Ustawiłam biurko w uroczym pokoju opisanym przez właścicielkę jako „Ponderosa” – wyłożonym mahoniową boazerią słonecznym pomieszczeniu z trzema ścianami ze szkła.

Na początku października, mniej więcej miesiąc przed telefonem Schroedera, przesłałam matce na sześćdziesiąte urodziny próbny egzemplarz Jane. Denerwowałam się. Wiedziałam, że tomik zanurzy ją w szczegółach historii, którą od trzydziestu pięciu lat usiłowała wymazać z pamięci. To było więcej niż zdenerwowanie – przeraźliwie się bałam. Wysyłając paczkę na jej adres w Kalifornii, uświadomiłam sobie, że ta książka może wcale nie być prezentem. Że jeśli się jej nie spodoba, zostanie odebrana jako urodzinowa katastrofa, bomba, zdrada.

Ogromnie mi ulżyło, gdy matka zadzwoniła do mnie po lekturze rękopisu. Była we łzach, mówiła, że jest dozgonnie wdzięczna zarówno temu tomikowi, jak i mnie. Powiedziała, że to cud: choć nigdy nie znałam Jane, udało mi się ją wskrzesić.

Mnie też wydawało się to cudem. Nie przypuszczałam, że „moja Jane” mogłaby być zbliżona do „prawdziwej Jane”; w ogóle nie miałam takich ambicji. Kimkolwiek jednak była ta „moja Jane”, przez jakiś czas z pewnością żyła – ze mną, dla mnie. Okładka tomiku została już zaprojektowana i od miesięcy wisiała przypięta do mojej ściany, a prowokująca, androgyniczna, jasno oświetlona i sfotografowana z bliska twarz trzynastoletniej Jane patrzyła na mnie codziennie – to zdjęcie wykonał mój dziadek. Książka zawierała wiele fragmentów zaczerpniętych z pamiętnika Jane, więc redagowanie rękopisu – właśnie tym się zajmowałam tego listopadowego popołudnia, gdy odebrałam telefon od matki – wymagało zwracania równie bacznej uwagi na głos Jane jak na mój własny.

Chcąc się upewnić, że dobrze ją uchwycę, odkopałam pamiętniki Jane i jesienią tego roku nierzadko można było mnie zastać siedzącą na ciemnej drewnianej podłodze w Ponderosie pośród morza kartek pokrytych jej eleganckim charakterem pisma. Ilekroć po nie sięgałam, wstrząsał mną bijący z nich rozpaczliwy brak pewności siebie (często przejawiający się pod postacią potoków pytań retorycznych połączonych z wyrzutami pod swoim adresem), co ostro – wręcz smutno – kontrastowało z bezsprzecznie wysoko rozwiniętymi umiejętnościami Jane w zakresie wyrażania i odczuwania. Ten kontrast jest obecny we wszystkich jej zapiskach, od dzieciństwa po lata studiów. Nawet bardziej niż jest obecny – stanowi ich siłę napędową. W gruncie rzeczy to właśnie on – w równym stopniu jak dziwne i okropne okoliczności jej śmierci, albo nawet w większym – sprawił, że w ogóle zapragnęłam o niej napisać.

Nigdy nie bój się sobie sprzeciwiać. Tylko czemu się tu sprzeciwiać? Czy ostatecznie może się okazać, że jestem bardzo głupia – i bardzo się mylę? Dobra z ciebie dziewczyna, Jane. Dobra do czego? Kim jestem, żeby to osądzać? Jaki był rok 1965? Czego się nauczyłam? Co zyskałam? Straciłam? Kochałam? Czego nienawidziłam? Co naprawdę myślisz? Jak się wytłumaczysz? Dlaczego nigdy nie wiem, kim będę jutro? Jakie mamy prawo do szczęścia?

Odnalazłam się w tych słowach, choć wcale tego nie chciałam. Wolałabym zepchnąć dręczące Jane zwątpienie w siebie na karb tajemnicy dorastania uczuciowej, dociekliwej, ambitnej dziewczyny w statecznych, patriarchalnych latach pięćdziesiątych – tajemnicy, którą dekady feminizmu powinny były rozpuścić i spłukać z tego świata, zanim natknęłam się na jej słowa.

Nagle dzwoni śledczy, by powiedzieć, że w sprawie Jane wykryto zgodność próbek DNA, a policja jest pewna, że znalazła właściwego gościa – emerytowanego pielęgniarza, który nie miał nic wspólnego z Johnem Normanem Collinsem, skazanym w 1970 roku za ostatnie z morderstw w Michigan i uważanym przez większość ludzi za człowieka ponoszącego odpowiedzialność za nie wszystkie. Schroeder powiedział, że nowy podejrzany jest obecnie pod obserwacją i zostanie aresztowany w ciągu kilku tygodni. Mieli wszelkie powody, by sądzić, że ta sprawa szybko zmierza ku pomyślnemu rozstrzygnięciu.

Rzeczywiście, w przeddzień Święta Dziękczynienia w 2004 roku aresztowano Leitermana pod zarzutem otwartego morderstwa[2], a następnie przetrzymywano go bez możliwości wyjścia za kaucją aż do procesu, który trwał od 11 do 22 lipca 2005 roku. Jednak w ciągu tych ośmiu miesięcy strach towarzyszący początkom mojego zagłębiania się w historię Jane nie osłabł.

Zmieniał kształt. Rósł.

Gdy w Middletown nastała zima, pokój słońca zmienił się w pokój śniegu, a umysł mordercy powrócił. Rano udawałam, że wiem, jak zapoznawać studentów o młodzieńczych twarzach z dziełami Szekspira, a potem wracałam do domu, by rozmawiać przez telefon z gliniarzami z wydziałów zabójstw i przeczesywać stosy książek wypożyczonych z uniwersyteckiej biblioteki naukowej, próbując nadążyć za postępami w sprawie Jane: DNA for Dummies [DNA dla opornych], podręczniki psychologii klinicznej noszące takie tytuły, jak Sexual Murder. Catathymic and Compulsive Homicides [Morderstwa na tle seksualnym. Zabójstwa katatymiczne i kompulsywne]. Studia przypadków w Sexual Murder przejrzałam tylko raz, ale zdawało mi się, że przyprawiły mnie o jakąś śmiertelną chorobę. Wieczorem często siedziałam do późna, nie mogąc zasnąć, krążyłam po Ponderosie ubrana w błękitny szlafrok, ze szklaneczką whisky w ręku, w naczyniu pobrzękiwał lód, a ja patrzyłam, jak śnieg gromadzi się złowieszczo wokół okien. Zaczęłam się czuć jak duch, stałam się obca samej sobie. Nie było tak źle jak w Lśnieniu, ale czasami mało brakowało. Jack Nicholson miał przynajmniej rodzinę obserwującą jego upadek i nad nim ubolewającą. W weselszych chwilach czułam się jak John Berryman – relikt, poeta uwięziony w gotyckim miasteczku uniwersyteckim, zarośnięty akademik łachudra, który chodził na drętwe imprezy, zmieniał żony jak rękawiczki i niekiedy defekował, pijany w sztok, na uczelniany trawnik. Tylko że w Middletown nie było takich imprez.

Krótko mówiąc, ideał katharsis, służący mi podczas pisania Jane za bodziec naiwny, lecz rzeczywisty, zaczął się sypać, okazując się podstępem, który od początku przeczuwałam. Moje utożsamianie się z ciocią – będące głównym wątkiem Jane i prawdopodobnie rezultatem mylenia naszych tożsamości przez mojego dziadka, który odkąd sięgam pamięcią, nazywał mnie „Jane” zamiast „Maggie” – zaczęło przypominać głupi kawał albo horror. Przystępując do pisania Jane, wychodziłam z założenia, że stłumienie okropnej śmierci Jane przez moją rodzinę to przykład wybrakowanej żałoby, którą mój tomik mógłby subtelnie ukazać jako niezdrową pozostałość środkowozachodniego i skandynawskiego dziedzictwa – ponury scenariusz Ingmara Bergmana rozgrywający się w małym, położonym nad jeziorem miasteczku Muskegon w stanie Michigan – oraz że mogłabym zaproponować na jej miejsce skuteczniejszy model.

 

Teraz bardzo wyraźnie widzę pychę wyzierającą zza takiego pomysłu. Gdy myślę o „wybrakowanej” albo „skutecznej” żałobie, czuję jedynie oszołomienie. Więcej niż oszołomienie, raczej zarys bezkształtnej, potężnej furii – pod moją skórą zaczyna się swawolny protest – nieskrępowany, gorący, dziki.

Zdjęcie numer 1

Grupa detektywów stoi w kręgu wokół leżącego na ziemi przykrytego martwego ciała Jane. W tle widać cmentarz Dentona sfotografowany zza ogrodzenia z metalowej siatki. Zdjęcie jest ucięte na wysokości pasa tych mężczyzn, więc widać tylko rząd trenczy i pasujących do nich czarnych butów. Jane leży u ich stóp, jej głowę i górną część ciała przykrywa płaszcz przeciwdeszczowy. Jedna z jej rąk wysunęła się spod niego i upiornie blada spoczywa nad głową, jakby Jane nie była martwa, tylko zupełnie wyczerpana.

Inne książki tego autora