Bona. Zmierzch JagiellonówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Magdalena Niedźwiedzka, 2018

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Zdjęcie na okładce

© Andrzej Szypowski/East News

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Małgorzata Grudnik-Zwolińska

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8123-858-8

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

ul. Gintrowskiego 28, 02-697 Warszawa

www.proszynski.pl

Rodzicom

CZĘŚĆ PIERWSZA

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

ROZDZIAŁ PIERWSZY

WINO I KREW

Mediolan, rok 1500

Mediolan jest rozległy i hałaśliwy, fascynuje i zapiera dech w piersi, obiecuje niekończącą się przygodę. Bona wie, że ryzykuje gniew matki, może nawet zagubienie się – chyba jednak nie na zawsze? – w ciasnych i nęcących tajemnicą uliczkach, mimo to wymyka się z pałacu. Biegnie co tchu na pobliski plac, przystaje przy katedrze i przez chwilę nasłuchuje bicia dzwonów. Nie ma pojęcia, skąd się wydobywa wibrujący dźwięk. Brzmi jak ostrzeżenie. Chłodny i wilgotny kamień, z którego zbudowana jest świątynia, pachnie intensywnie. Dziecko czuje delikatne wiercenie w nosie. Po chwili wiatr przynosi kolejne zapachy – korzeni i owoców cytrusowych. Mała zaczyna kichać i kwituje to radosnym śmiechem. A psik, rozlega się raz po raz. Czuje woń pachnideł i cytryny. Zamyka oczy, biorąc głęboki i zachłanny wdech. Chciałaby ulecieć ku niebu.

– Niech się nad waszą miłością ulitują wszyscy święci w niebiosach – słyszy za sobą gorączkowy szept. Ktoś gwałtownie szarpie ją za rękę i otula ciepłą peleryną. – Księżna Izabela kazałaby nas poćwiartować, gdyby waszej miłości coś się stało.

Bona wyszarpuje rączkę z szorstkiej, chociaż miłej w dotyku dłoni pomocy kuchennej, niepewna, jak ma reagować na jej śmiałość. Służbie nie wolno dotykać księżniczki i nie wolno z nią rozmawiać, mała zastanawia się więc, czy nie powinna użyć szantażu, który mógłby choć o kilka minut przedłużyć oszałamiające spotkanie z miastem. Chce tu zostać! Dziecko dostrzega nagle wszystko, czemu już nie zdąży się przyjrzeć: dziesiątki mknących gdzieś ludzi, a także skaczącego po murku ptaszka i dwa rozbrykane psy. Hardo unosi głowę, rumieniec wypływa na jej twarz i zaciskając wargi, z gniewem spogląda w oczy kobiety zaczerwienione od ustawicznego kontaktu z rozżarzonym piecem, ale nie śmie zaatakować służącej. Boi się. Mediolan huczy za jej plecami, rozedrgany dźwiękiem niemilknących katedralnych dzwonów.

Bona z rezygnacją rusza ku pałacowi.

Służąca oddycha z ulgą i podąża za nią. Dzięki, Jezu Chryste, Panie na wysokościach, że udało jej się zauważyć moment, gdy księżniczka wymykała się przez boczne drzwi rezydencji. Chiara biegła za nią bez słowa, by nie wzbudzać sensacji, z trudem panując nad ociężałym ciałem. Jest brzemienna, możliwe więc, że właśnie z tego powodu niesubordynacja latorośli księżnej Izabeli, wdowy po władcy Mediolanu, księciu Gianie Galeazzu, wzbudza w niej rozczulenie. Dzieci takie właśnie są – za grosz rozsądku. Filigranowa Bona ubrana jest w błękitną sukienkę, której rękawy to prawdziwe dzieło sztuki, z licznymi nacięciami odsłaniającymi purpurową materię spodniej sukni, ozdobione dziesiątkami fantazyjnych kokardek. Czoło dziewczynki przepasa owinięty złotą nicią rzemyk z pojedynczym małym rubinem wiszącym pomiędzy delikatnie zarysowanymi, czarnymi brwiami. Strach pomyśleć, co mogłoby się stać, gdyby ktoś się zorientował, że Bona jest sama.

Księżniczka wkracza do pałacu dystyngowanym, podpatrzonym u matki krokiem, po czym rzuca się pędem ku schodom i po chwili znika na piętrze majestatycznej, nieco podupadłej budowli.

– Gdzie się podziewałaś, na Boga?

Księżna Izabela jest zdenerwowana. Dziewczynka bezbłędnie odróżnia błahe sztorcowanie od prawdziwego gniewu matki. To, co słyszy i widzi, zaciska jej gardło na tyle, że nie jest w stanie odpowiedzieć. Księżna miota się w półmroku ogromnej komnaty odgrodzonej od świata ciężkimi okiennicami, co sprawia, że w największe nawet upały panuje w niej chłód. Zimą, jak teraz, nie jest to zaleta.

– Boże Wszechmogący – jęczy księżna. – Tylko mnie mogło się przydarzyć coś takiego.

Zatrzymuje się pośrodku pokoju i bezradnym ruchem dłoni ociera czoło. Zdaniem Bony, jest najpiękniejszą kobietą na ziemi. Ma delikatne rysy i oczy w kształcie migdałów, czarne niczym dojrzałe oliwki i nieprzeniknione w gniewie. Sześciolatka kurczy się na myśl, że może być powodem wzburzenia matki.

– Gdyby żył mój ojciec, król Neapolu – mruczy Izabela – albo mój brat, król Neapolu. Bóg mnie przeklął.

Księżna siada na ozdobnym pufie i kryje twarz w dłoniach. Nie słychać jej oddechu, widać jednak gwałtownie unoszące się piersi. Bóg ją przeklął, nie inaczej. Kobieta zrywa się z miejsca i, zapominając o córce, opuszcza pomieszczenie. Mija postarzałe, wyblakłe freski, przedstawiające przodków jej zmarłego męża Giana Galeazza Sforzy, i kieruje się na lewo ku sypialniom w zachodnim skrzydle.

Przybyła do Mediolanu jako panna młoda, córka króla Neapolu, skoligacona z największymi dworami Europy, przez to dumna i wynosząca się ponad zwykłych śmiertelników. Była wykształcona i oszałamiająco piękna, zbyt młoda, żeby myśleć o tym, czego pragnie. W jej żyłach płynęła krew stu królów. Zewsząd otaczało ją bogactwo i przepych. Opowiadano sobie z ust do ust, że przy okazji jakiegoś święta dziad Izabeli spuścił z pagórka w swojej posiadłości trzy strumienie wina. Płynęły godzinami ku zachwytowi możnych gości. Okoliczni wieśniacy uznali to za cud. Pili z nich wszyscy.

Gdy Izabela ujrzała po raz pierwszy Giana Galeazza, jej ciało ogarnęła fala szczęścia. Przypominał cherubina – delikatny, o niemal przezroczystej skórze i pełnych wargach. Ujmujący uśmiech mężczyzny zdawał się otwierać bramy raju. Pamiętała jego poruszane wiatrem włosy i zaskakująco zatroskany wzrok. Nie spuszczał oczu ze stryja, Lodovica Sforzy, zwanego il Moro, któremu przekazał władzę w Mediolanie, opiekę nad matką i swoim rodzeństwem. Już wtedy wszystko się w niej buntowało przeciw diabolicznemu Lodovicowi. Oby piekło pochłonęło tę kanalię!

Izabela mija dygające przed nią dwórki i zamyka się w sypialni. Płacze, przylgnąwszy policzkiem do ciężkiej kapy, okrywającej łóżko.

Nie miała nocy poślubnej. Książę Gian Galeazzo do świtu siedział na krześle niczym sparaliżowany chłodem wąż. Kolor nieba za oknami z czarnego stał się granatowy, potem błękitny, posiwiał wreszcie i na nowo rozbłysł światłem. Książę był nie tylko nieśmiały, ale i w najmniejszym stopniu niezainteresowany żoną. Dokładnie rok później, korzystając z niespodziewanej wizyty Giana Galeazza, zdesperowana Izabela – którą kilka dni po ślubie Lodovico wysłał precz od męża aż na zamek w Pawii, bo, jak rzekł na osobności, była zbyt niezależna i bezczelna – starannie obmyślonymi sztuczkami zaciągnęła Giana do małżeńskiego łoża. Dotąd pamięta wstyd, że się imała trików ladacznic, i przypomina sobie erotyczny taniec, który wykonała przed swym słabowitym, anielsko pięknym małżonkiem, by wyciągnął po nią dłoń i wreszcie ją zapłodnił. Bez dzieci była nikim, znaczyła mniej niż panna bez posagu, gdyż tę można było chociaż swatać. Dzięki jej zabiegom stali się wreszcie mężem i żoną. Każda kolejna ciąża Izabeli i porody zbliżały ich do siebie. Gian Galeazzo przywykł do niej, może nawet na swój sposób ją pokochał, lecz był za słaby na walkę o swoje prawa, wciąż mdlał i płakał, patrzył gdzieś w głąb siebie wzrokiem, którego ani nie pojmowała, ani nie umiała przeniknąć. Nie chciała poznać prawdy. Stała się jawnym wrogiem Lodovica. Gdyby nie jej rodzinne koneksje oraz fakt, że cesarz Maksymilian I był jej wujem, przeklęty Sforza bez wahania kazałby ją zgładzić.

Izabela Aragońska z rodu królów leży na łożu i płacze coraz gwałtowniej, jakby ktoś otworzył zamknięte dotąd tamy jej duszy. Nienawidzi życia.

Chciała mieć synów, żeby w przyszłości upomnieli się o schedę bezprawnie zagarniętą ich bezwolnemu ojcu, córki, żeby poślubiły liczących się monarchów i wspierały braci w dążeniu do odzyskania mediolańskiego tronu. Izabela była zniewalająco piękna, a jej nieskazitelna cera i głębokie spojrzenie, zwinne ruchy i kształtne ciało sprawiały, że Gian Galeazzo walczył z chorymi skłonnościami do chłopców, które stryj w nim rozbudzał i podsycał. Gdy okazała się płodna, Lodovico czym prędzej pojął za żonę piętnastoletnią Beatrice d’Este, aby dała mu następcę, a mężowi Izabeli podesłał dwóch młodzieńców urodziwszych od najsłynniejszych europejskich piękności. Gian Galeazzo spędzał noce w ich ramionach, pijąc na umór i śpiewając sprośne pieśni. Przeklął Izabelę. Mimo to wszędzie za nimi jeździła, błąkała się po pałacach, przepełniona wstydem i świadoma, że służba drwi z niej po kątach, wiedząc, jak niewiele znaczy dla własnego męża. Z miesiąca na miesiąc Gian Galeazzo słabł, wymiotował na kosztowne tkaniny, przewracał się, zawadzając o luksusowe meble, upiorny przez swą przezroczystą skórę i widoczne przez nią granatowe naczynia krwionośne. Nie wiedziała, czy jego zachowanie to wynik ustawicznego upojenia alkoholowego, czy systematycznego podtruwania. Tymczasem Beatrice urodziła Lodovicowi Sforzy upragnionego syna, więc ogłosił go wszem wobec następcą mediolańskiego tronu i urządzał niekończące się zabawy dla poddanych. Izabela wysłała do niego posłów, by oprotestować bezprawne zagarnięcie tronu, przypominając, kto jest prawowitym dziedzicem Mediolanu, ale tyran kazał im poderżnąć gardła. Zakrwawione ciała odesłano do pałacu, który zajmowała. Tamtej nocy, po tym, jak je zobaczyła, to ona dostała torsji, wyła z bólu, odtrącona przez męża, nikomu niepotrzebna i zastraszona. Dopiero rankiem wstąpiła w nią nowa siła, wiara, że urodzi kolejnych synów, po czym kiedyś ich rękoma zadusi uzurpatora i odzyska upragnione księstwo. Próbowała otruć kochanków męża, z pełnym wyrachowaniem dodając do wina, które spożywali, niewielkie dawki śmiercionośnej substancji, aż sprawa się wydała. Do dziś pojęcia nie ma, kto ją zdradził. Gian Galeazzo wpadł w szał, pobił ją do nieprzytomności, później zaś, co zobaczyła, kiedy odzyskała świadomość, siedział na kamiennej posadzce z kielichem o barwie szmaragdu w dłoni. Resztki wina ściekały na posadzkę kropla po kropli, mieszając się z krwią Izabeli, on zaś tkwił bez ruchu, chorobliwie blady, z otwartymi ustami i zdziwieniem w oczach. Kochała męża i jednocześnie nienawidziła. Pragnęła wyrwać go ze szponów Lodovica. Gian bał się stryja, tylko otumaniony mocnymi trunkami miał odwagę oddychać pełną piersią. Cokolwiek czynił, czuł się w obowiązku informować o tym przeklętego tyrana, nie potrafił żyć bez jego uzależniającej dominacji. Każdego dnia budził się z pytaniem, co jeszcze może zrobić, by go zadowolić. Tamtego feralnego popołudnia, gdy Gian Galeazzo ją skatował, dopadła go straszliwa gorączka i konwulsje, więc Izabela, z ranami na dłoniach, zapuchniętymi oczyma i rozciętą wargą, czuwała przy nim do rana, a potem kolejnego dnia i następnego. Zwilżała mu czoło, lecz gorączka nie mijała. Już wtedy śmierć zajrzała mu w oczy, mimo to z obłąkańczym uporem słał do Lodovica dworzan z zapytaniem, czy stryj go kocha i czy martwi się chorobą, która go wyniszcza. Gian Galeazzo i Izabela musieli wyjechać do Vigevano, gdzie mężowi miało się polepszyć, lecz il Moro zatrzymał przy sobie ich dzieci, więc to Izabela z kolei pisała do tyrana czołobitne listy z tysięcznymi zapewnieniami, że jest mu uległa, i że tęskni. Taka diaboliczna gra. Nie wierzył jej przecież. Ona również była od Lodovica zależna. Decydował nawet o ubraniach nieletnich pociech Izabeli. Nieraz widziała w jego oczach wyrok na siebie. Urodziła kolejną córkę, Bonę – żeby do ich domu zawitało dobro, Bonę, nazwaną tak po teściowej, która rozpieszczała Giana Galeazza, lecz jak inni musiała odejść z jego życia, by nie przypominać mu, że jest prawowitym dziedzicem Mediolanu. Izabela wzywała pomocy króla Francji Karola VIII, aż… najechał Włochy, co w najmniejszym stopniu nie polepszyło jej doli. W październiku tysiąc czterysta dziewięćdziesiątego czwartego zmarł jej niebiańsko piękny mąż – biedne dorosłe dziecko, przerażone i zdziwione, że odchodzi do innego świata. Bona zachorowała na ospę. Potomkini stu królów traciła siły do walki z życiem, które jej nie chciało. Il Moro jednak nie dał jej odetchnąć, dręczył Izabelę, poniewierał ją, przerzucał z zamku do zamku. Czuła bóle żołądka, bolesne skurcze utwierdzające ją w przekonaniu, że jest podtruwana. Znowu była w ciąży. Urodziła Biankę, córkę pogrobową, niestety, ta żyła ledwie dwa lata.

 

Wreszcie wygnano Lodovica z Mediolanu, Francuzi odebrali mu miasto, ale Izabela nie zdążyła się uradować i oswoić z tą myślą, a już król Francji Ludwik XII wbił jej nóż w serce, zabierając jej jedynego syna i wywożąc za granicę.

– Pani, czas już jechać… Jesteśmy gotowi.

Izabela przemierza wąskie korytarze pałacu. Idzie szybkim, prawie męskim krokiem, za nią zaś podążają przerażone, popłakujące damy, ostatnie z jej dworu. Wychodzą na dziedziniec, gdzie czeka kolaska z dziećmi. Księżna całuje córki. Wyprostowuje się w chwili, gdy na podjazd wpada dwóch konnych jeźdźców.

– Uciekajmy, pani! Wojska Lodovica Sforzy zbliżają się do Mediolanu!

Hipolita obejmuje przerażoną Bonę. Obie znają straszne imię, imię wykrzykiwane przez matkę w najwyższym gniewie, z nienawiścią gotującą się w piersi. Dzieci nie rozumieją, co się dzieje, niemniej ostatnie tygodnie zdają się im piekłem. Ich pałac nawiedzają obcy, umundurowani mężczyźni, budząc obawę, że i one zostaną matce odebrane jak ich starszy brat. Maluchy czują, że zbliża się niebezpieczeństwo, wobec czego trzeba milczeć, ukryć się, stać się niewidocznym.

– Jeśli coś im się stanie, znajdę cię w najdalszym zakątku ziemi i własnoręcznie wypruję z ciebie wnętrzności – syczy księżna Izabela, pochylona nad opiekunką córek.

Raz po raz przenosi wzrok na dwudziestu asekurujących je rycerzy. Mężczyźni chylą się w ukłonie przed autorytetem hiszpańskiej dynastii Trastámara, z której pochodzi księżna. Podziwiają jej odwagę. Jeden z nich podaje jej strzemię. Kobieta wskakuje na rumaka i rusza naprzód, wzbijając tumany kurzu.

Mała Bona zasłania oczy, kryjąc łzy. Nie chce, żeby wzięto ją za dziecko. Jest zrozpaczona, przeczuwając, że powraca koszmar. W jej życiu wszystko trwa na zawsze. Przerażający, czarnowłosy, wysoki mężczyzna, ośmielający się szarpać i wyzywać Izabelę, czyni z dzieciństwa Bony niekończącą się tragedię. Zdaje jej się, że jest winna cierpień matki, że to z jej powodu ją szkalują.

Nawet gdy Lodovico długo nie pojawia się w pałacu, odwiedzające ich raz po raz delegacje obco i dziwacznie ubranych mężczyzn utwierdzają małą w przekonaniu, że matka zajmuje rezydencję bezprawnie. Księżniczka nie włada francuskim, ale już zapamiętała kilkadziesiąt słów, które bezbłędnie rozpoznaje w mowie gości czy raczej natrętów. To gorzej, niżby niczego nie rozumiała, gdyż tłumaczy sobie wypowiedzi nieznajomych sercem, po dziecięcemu i nieprawdziwie.

Kiedy jednak nikt ich nie odwiedza, a opiekunka prowadzi ją do ogrodu, świat staje się na powrót cudowny i to również zdaje się trwać bez końca. Bona biega wówczas starannie wytyczonymi ścieżkami w cieniu palm i kolumnowych jałowców, zachwycona kuflikami, które przypominają starannie ułożone bukiety o kosmatych, soczyście czerwonych, czasem fioletowych kwiatach, prusznikami o niebieskich kiściach, ożankami w podobnym kolorze. Ich kwiaty wystają spomiędzy liści niczym rzędy wspinających się ku słońcu węży. Dziecko kocha ogród i zapach roślin, smak opadających płatków kwiatowych, trzeszczący pod stopami żwir i drobne kamyki, plamy słońca, w których jest upalnie i parno, oraz plamy cienia, gdzie skóra rąk zaczyna cierpnąć z zimna. Jest szczęśliwa, obcując z przyrodą.

– Gdzie jedziemy? – pyta opiekunki, kiedy jest już pewna, że matka jej nie słyszy.

Księżna nie pochwala wścibstwa. Tępi w dzieciach tę cechę.

– Nie wiem, pani – kłamie kobieta.

Nie chce się narażać księżnej Izabeli. Lęk przed il Moro wywołuje w niej panikę, czuje, że tym razem kazałby im wszystkim poderżnąć gardła. Myśli o tym, czy Mediolan kiedykolwiek wróci w ręce prawowitych spadkobierców, nieszczęsnych dzieci Giana Galeazza. Szczerze w to wątpi.

ROZDZIAŁ DRUGI

NA POŁUDNIE

Rzym–Neapol, rok 1500

Mimo wielogodzinnego siedzenia w kolasce droga na południe Włoch nie dłuży się Bonie. Księżniczka skończyła sześć lat, jest żywa, bystra i wrażliwa na wszelkie przejawy piękna, dlatego potrafi bardzo długo tkwić bez ruchu jak teraz. To podziwia obite misterną tkaniną wnętrze pojazdu, to wygląda na zewnątrz, zachwycona szlachetnymi rumakami, dumą matki. Ich skóra błyszczy od częstego szczotkowania, są tak wysokie, że nawet Bona, która nie zna strachu przed zwierzętami hodowlanymi, cofa się, ilekroć dane jest jej stanąć z nimi oko w oko. Oczywiście, że się ich nie boi, woli jednak być ostrożna, póki jeszcze nie urosła. W przyszłości wsunie stopę w ozdobne strzemię, wskoczy na grzbiet któregoś z tych gigantów i pogna na złamanie karku, hen, w nieznane. Bona żyje od ucieczki do ucieczki, to silniejsze od niej.

Imponujący pochód wozów Izabeli opuszcza właśnie Wieczne Miasto, gdzie wdowę i jej córki podejmowała Lukrecja Borgia, bratowa księżnej Mediolanu. Były świadkami triumfalnego wjazdu Cesarego, brata Lukrecji, który podbijał akurat centralną Italię i zawitał do Rzymu, wiodąc w swym orszaku Katarzynę Sforzę z Forli, swoją zdobycz wojenną. Nic nie znaczą więzy pokrewieństwa ani powinowactwo. Mała Bona dotąd nie rozumie, dlaczego ich kuzynkę, również Sforzę, prowadzono niczym niewolnicę albo wroga.

Nagle z oczu Bony znikają gwarne, miejskie ulice z potężnymi kościołami i kamienicami, których w żaden sposób nie potrafi objąć spojrzeniem, ale wciąż ją otaczają ci sami, jak jej się wydaje, ludzie. Niektórzy pędzą woły, inni wiozą starannie opakowane towary, jedni są eskortowani przez żołnierzy, pozostali jadą samotnie. Zmienia się krajobraz, droga jest coraz bardziej nierówna, kolaska drży i podskakuje.

Izabela spina konia, czując, że nie zniesie powolnego tempa jazdy. Trawi ją wewnętrzny ogień. Chwilowo jest bezpieczna, gdyż Lukrecja oddała do jej dyspozycji kilkudziesięciu budzących postrach wojów. Śledzą każdy ruch księżnej, zdyscyplinowani i do tego stopnia pozbawieni własnego zdania, że ciarki ją przechodzą na myśl, co mogłoby się stać, gdyby zaczęli myśleć samodzielnie.

Dogoniwszy czoło pochodu, kobieta powstrzymuje konia. Rozgląda się gniewnie, lecz jej złość nie wynika z czyjegoś przewinienia, po prostu przeurocze, ciągnące się do białego rana dysputy z Lukrecją, luksusowy pałac, wyrafinowany gust i jej kosztowne, modne stroje, rozległa wiedza i nade wszystko łagodna, czarująca natura sprawiły, że Izabela nie potrafi pohamować łez. Dni jej szczęścia minęły. Jej mąż Gian Galeazzo nie żyje, córka Bianka Maria umarła, odebrano jej syna Francesca Marię. Serce kobiety wypełnia żal do losu. W odruchu rozpaczy szarpie wodze, lecz jej wierny rumak Diavoletto zna humory pani, nie reaguje więc na jej nerwowość. Łączy ich coś więcej niż tresura. Izabela kocha konie, wie, że kiedyś założy hodowlę, której będą jej zazdrościć wszyscy europejscy monarchowie. Nadal jest młoda i urodziwa… wciąż to sobie powtarza. Ma dwie ręce i płynie w niej krew królewskich przodków… świat stoi przed nią otworem. Uwolniła się od Lodovica. Izabela zmusza rumaka do gwałtownego obrotu i z troską spogląda ku kolasce, w której jadą córki. Są zniewalająco słodkie i tak śliczne, tak nieziemsko śliczne, że muszą zawojować świat, po prostu muszą.

Księżna przepuszcza grupę zbrojnych i rusza za nimi, zastanawiając się nad przyszłą edukacją córek. Podróże nie sprzyjają nauce, a człowiek pozbawiony wiedzy widzi na odległość swego nosa, nie dalej, ma ograniczone horyzonty. Na szczęście – Izabela nie potrafi zapanować nad uśmiechem – sam pobyt na dworze jej stryja Federica I, króla Neapolu, zmusi dzieci do codziennych ćwiczeń imaginacji. Kobieta nie zna lepszej szkoły życia, obyczajów, dwornego zachowania i ciętego dowcipu niż dwory Aragończyków. Dziewczynki rozmawiają po hiszpańsku, znają też sporo słów francuskich, a donna Laura z Piombino szykuje dla nich pierwsze ćwiczenia z łaciny.

Wzrok księżnej pada na nieznane urządzenie w ręku jednego ze zbrojnych, co jej przypomina ponurą, brzydką twarz Leonarda da Vinci, artysty, który najwyraźniej ją prześladuje. Możliwe, że jest genialny i uczciwy, mimo to spada na niego odium zbrodni Lodovica Sforzy i Cesarego Borgii, dla których pracuje. Czy może być szlachetny ktoś, kto konstruuje machiny służące do masowego zabijania? Mówi się, że da Vinci tnie ciała zmarłych niczym mięso wieprzy, szukając w nich tajemnic stworzenia. Izabela zerka na Bonę. Złociste włosy córki uwolniły się spod delikatnej siatki mającej je osłaniać podczas podróży. Z Bogiem, myśli księżna, i zaskoczona zauważa, że mała Bona w tej samej chwili unosi dłoń i czyni znak krzyża.

– Czas na naukę – mruczy Izabela, zbliżywszy się do chudej Laury z Piombino.

Dziewczyna byłaby dygnęła, ale jedzie konno, więc jedynie kuli ramiona, pochylając głowę przed Aragonką. Nie potrafi ukryć strachu. Księżna znów uśmiecha się do siebie, po czym wyprostowuje się, unosi głowę i zauważa malowniczą grupę pinii. Mało które drzewa tak uwielbia. Latem ich zapachu nie da się pomylić z niczym innym. Tęskni za miesiącami letnimi, gdyż nawet przygnębienie ma wówczas inny wymiar. Obiecuje sobie, że nigdy nie pozwoli córkom porzucić Włoch i nie pozbawi ich zachwycających widoków, jedynego, czego nikt im nie odbierze… chyba że los rzuci je na drugi koniec świata.

Mimo zimy nadal utrzymuje się stosunkowo wysoka temperatura, zauważa z zadowoleniem. Gdyby nie wilgoć, w ogóle nie odczuliby niedogodności podróży. Może Bóg im jednak sprzyja?