Barbara Radziwiłłówna. Zmierzch JagiellonówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Magdalena Niedźwiedzka, 2019

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Zdjęcie na okładce

© Jan Matejko zbiory Muzeum Narodowego w Warszawie

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Aneta Kanabrodzka

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8169-595-4

Warszawa 2019

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

ul. Gintrowskiego 28, 02-697 Warszawa

www.proszynski.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział pierwszy

CÓRKA HETMANA

Wilno, rok 1537

W pałacu jest gwarno jak w ulu; wciąż napływają goście, służba uwija się z napojami chłodzącymi, bo maj jest nadzwyczaj ciepły. Nieubłaganie zbliża się czas wyjazdu do kościoła.

Barbara patrzy w lustro i przygląda się rękawom sukni. Mankiety ozdobiono falbankami z taśmą, do której przyszyto drobne perły – dokładnie tak, jak chciała, nie sposób do niczego się przyczepić. Taśma ma kolor sukni, ale jest o ton ciemniejsza, kontrastuje z prześwitującą materią białej koszuli. Na spódnicę, całą w gęstych, regularnych fałdach, zużyto sporo kosztownego materiału, ale Jerzy Radziwiłł nigdy nie żałował pieniędzy na stroje córek. Błękit jedwabiu świetnie koresponduje z jasnymi włosami Barbary, ich naturalne, miękkie fale w załamaniach przybierają barwę miodu. Tego dnia wszystko wydaje się doskonałe: proporcje smukłej sylwetki panny młodej, odcień jej zaróżowionej skóry i misterna fryzura, odsłaniająca delikatną szyję dziewczyny.

Nagle hetmanówna krzyczy z przestrachem, a zaraz potem, rozpoznawszy stryjecznego brata Mikołaja, parska śmiechem. Dłonie mężczyzny zaciskają się na jej talii i unoszą pannę kilka centymetrów nad podłogę.

– Wystraszyłeś mnie – mówi z irytacją i uwalnia się z uścisku.

Czarny, jak mówią na Mikołaja ze względu na kolor włosów, nie spuszcza wzroku z lustrzanego odbicia stryjecznej siostry. Rzadko widuje równie urodziwe kobiety, a ta przypomina rasową klacz: jest zachwycająco zgrabna, dumnie nosi głowę, jej skóra zdaje się drżeć pod najlżejszym dotykiem. Mężczyzna czuje lekkie podniecenie, z przyjemnością wdycha woń pachnideł młodej Radziwiłłówny; rozpala go świadomość, że nie są jej obce pieszczoty męskich dłoni, podobno nawet nie tylko dłoni.

– Nie masz opinii strachliwej – prowokuje.

Hetmanówna uśmiecha się, pochłonięta lustrowaniem ślubnej kreacji.

– Ludzie się zmieniają – mruczy.

Czarny ma pociągłą twarz i lekko wyłupiaste oczy o ciężkich powiekach. Jest wysoki, Barbara sięga mu zaledwie do ramienia.

– Kobiety też się zmieniają? – drwi.

Radziwiłłówna rzuca mu krótkie, uważne spojrzenie.

– Życzysz sobie czegoś? – pyta chłodno.

– A gdybym powiedział, że sobie życzę? Dałabyś? – Rechocze, mimo że w głębi serca nie jest mu do śmiechu. Zazdrości Gasztołdowi, który tego dnia poślubia Barbarę; wojewoda nie jest godzien najpiękniejszej dziewczyny na Litwie. Po chwili przypomina sobie, że nikt jej przecież nie chciał. Jej czy siostry – jaka to różnica? Obie mają opinię swawolnych. I właśnie to go podnieca, chciałby się przekonać, jak daleko hetmanówna potrafi się posunąć w szaleństwie zmysłów.

– Jesteś gburem – stwierdza Barbara, wygładzając fałdy spódnicy.

– Ty za to wileńskim aniołem, wspomnę o tobie królowi.

– Poradzę sobie bez protekcji.

Przegląd kreacji wypadł pozytywnie, Radziwiłłówna unosi głowę i kolejny raz z uwagą patrzy na krewnego. Słońce go oślepia, młodzieniec mruży więc oczy i wygląda przy tym jak półgłówek, to zabawne.

– Nie wątpię, że poradzisz sobie bez protekcji, piękna – szepce Czarny tak cicho, że Barbara nie ma pewności, czy dobrze go rozumie.

Dobiegające z zewnątrz głosy podchmielonych mężczyzn powoli się oddalają, a to oznacza, że goście opuszczają pałac. Zza okien słychać rżenie koni, zdenerwowane niecodziennym zbiegowiskiem psy ujadają, zagłuszając nawoływania woźniców.

– Nie mów do mnie piękna – syczy Barbara, a jej spódnica zaczyna się poruszać jak wahadło, gdy biodra kołyszą się na boki.

– Nudzą cię zachwyty?

– Owszem, nudzą mnie zaloty zadufanych kmiotów, którym się zdaje, że są lepsi od innych, bo traf chciał, że pozwolono im się otrzeć o królewski majestat.

– A ciebie blichtr nie podnieca? – Czarnego nie zraża gniew dziewczyny. – Nie idziesz za Gasztołda dla tytułu wojewodziny?

– Nie twoja rzecz!

– Nie udawaj hardej, rodzina może ci się kiedyś przydać. Ostrogski cię nie chciał, Gasztołd też może odesłać.

– Nieprawda!

Oboje spoglądają w stronę okna. Stukot końskich kopyt się zagęszcza, powozy ruszają, podobnie jak jeźdźcy wierzchem, psy szaleją.

– Żartowałem z tym Gasztołdem. – Czarny uśmiecha się, zacierając dłonie. Coś jeszcze chce powiedzieć, ale nie wie, czy wyznanie nie będzie nazbyt ryzykowne. Bierze głęboki wdech, lecz w drzwiach staje matka Barbary, milknie zatem, kłania się kuzynce i wychodzi z niefrasobliwym uśmieszkiem pod wąsem.

Pani Barbara obchodzi córkę dookoła, nie kryjąc zachwytu, mimo że nawykła do urody najmłodszej pociechy.

– Jesteś gotowa? – pyta.

– Co masz na myśli, matko?

Hetmanówna jest znana z takich pytań. Lubi znać kontekst rozmowy, drążyć temat z pozoru wyczerpany, jest ciekawa świata.

Matka wspiera się o ścianę tuż przy wnęce okiennej. Ona też prezentuje się wspaniale, wie zresztą o tym i kokietuje ludzi bez względu na płeć, zawsze i wszędzie.

– Chyba nie potrzebujesz uświadomienia, jak wygląda noc poślubna. – Głośno się śmieje.

– Dlaczego tak uważasz? Chętnie cię wysłucham – odpowiada Radziwiłłówna.

– Twój mąż…

– Jeszcze nim nie jest!

– Twój przyszły mąż, Basiu, ma prawo żądać…

– Żaden mężczyzna nie ma prawa żądać, matko. – Dziewczyna przerywa jej wesoło. – Sprawię, że będzie żebrał.

– Nie bądź dzieckiem, wojewoda jest zamknięty w sobie.

– I ponury. Tak, słyszałam.

Hetmanówna chichocze nerwowo, jej dłonie krążą wokół głowy, tu i ówdzie muskając włosy. Poprawia je ostatni raz przed wyjściem do ludzi.

– Widzę, że nie lękasz się nocy poślubnej.

– Nie, matko. Sądzę, że będzie ciekawym doświadczeniem, również dla wojewody Stanisława – dodaje przewrotnie, nie przestając chichotać. Ukazywanie zębów nie jest dobrze widziane w sferach możnych, trudno jednak nie przyznać, że hetmanówna ma przepiękny uśmiech, a zęby są równe i białe.

– Obyś miała rację. Martwisz mnie, dziecko. – Moc obaw pani Barbary wyraża się krótkim, trudnym do interpretacji westchnieniem.

– Po prostu nie myśl o mnie – stwierdza cicho Radziwiłłówna.

– To wspaniały dzień, będziesz zachwycająca – zauważa matka, pogodniejąc. Sznury pereł przesuwają się na jej dekolcie, wydając miły dla ucha dźwięk, kobieta mimowolnie ich dotyka.

– Naprawdę? – upewnia się Barbara i chyba po raz pierwszy tego popołudnia poważnieje. Jej spojrzenie jest skoncentrowane i przenikliwe.

– Jak możesz pytać, dziecko? Każdemu zapiera dech w piersiach na twój widok. Ojciec dołożył starań, by cię wyposażyć. Twoje pierścienie, perły…

– Wiesz, z czego się cieszę? – przerywa matce Barbara. – Nawet nie z tych złotych czepców, szat adamaszkowych, klejnotów, sukien czy pościeli… Najbardziej mnie cieszy, że ojciec ofiarował mi dwadzieścia cztery konie.

– Wszystkie piękne.

– Widziałaś je? – Oczy hetmanówny błyszczą, nie potrafi ukryć radości.

– Oczywiście, że widziałam. Widziałam każdą rzecz, którą dostaniesz, każdy drobiazg, każdą misę, łyżkę, kubek. Jestem szczęśliwa, Basiu.

– Ja też jestem szczęśliwa, że wychodzę za mąż za wojewodę nowogródzkiego.

– To młody mężczyzna.

– Młody? – obrusza się dziewczyna. Młoda to jest ona i jej przyjaciółki – cóż za przezabawne określenie. – Lada dzień stuknie mu trzydziestka!

– Barbaro! Co to za język, na Boga? – Pani hetmanowa się gniewa. Nie tak wychowała córkę. Owszem, pobłażała jej, bo dziewczęta potrzebują nieco swobody, ale zawsze ją uczyła, jak być szczerą, a mimo to pozostać damą. – Pojęcia nie masz, czym jest małżeństwo ze starcem. Dziękuj ojcu, że wybrał ci kandydata w pełni sił.

– Jestem wdzięczna, jestem. – Śmieje się panna, cmokając matkę w policzek.

– Ale zdajesz sobie sprawę, że młody wiek nie zawsze jest zaletą? – Wątpliwości hetmanowej w kwestii wyboru kandydata na męża zaczynają narastać. Kobieta gładzi ramię córki, wodząc wokół niewidzącym spojrzeniem. – Martwię się – mówi pani Barbara – całą tą dziwną sytuacją: pomówieniami i…

– Nie dbam o plotki! Radziwiłłowie to potężny ród, dlatego zawistnicy starają się podkopać naszą pozycję! Kobiety zazdroszczą mi urody.

– Niewątpliwie.

– Każdą szlachciankę, do której mężczyźni robią maślane oczy, pomawia się o złe prowadzenie. Tak jest łatwiej rekompensować sobie własne niedostatki – rzuca Basia z oburzeniem. Ona też jest pełna niepokoju z powodu niedawnych problemów z zamążpójściem siostry. Wyobraziła sobie, że zostanie starą panną albo, co gorsza, każą jej pójść do zakonu.

Powinny już jechać do kościoła. Świat nie może czekać, wzywa ją dorosłość i pan młody. No, może nie taki młody, ale przystojny, choć ponury. Basia mruży oczy.

– Dasz sobie radę beze mnie? – pyta matka. – Nie będziesz się przejmować plotkami? A co, jeżeli Stanisław w nie uwierzył?

 

– Gdyby w nie uwierzył, nie brałby ze mną ślubu. Jakie to zresztą ma znaczenie, w co wierzymy? Nie jestem córką kmiecia, żeby mówić o uczuciach, matko. Jestem córką hetmana, marszałka nadwornego. Nie przyniosę wam wstydu.

Matka klepie ją po dłoni, wzruszona chwilą. Rzadko rozmawiają o życiu. Czas już iść, trudno jednak przerwać córce, która tego dnia wyfruwa z domu. Łzy cisną się hetmanowej do oczu.

– Jestem tego pewna – mówi przez ściśnięte gardło.

Co za dzień! Kilkaset osób okupuje kościół, część rajcuje na zewnątrz, tratując roślinność w pobliskim sadzie. Maj to wspaniała pora na ślub; drzewa są pokryte kwieciem, słońce przygrzewa.

– Oczaruję wojewodę – przekonuje Basia, posyłając matce szelmowski uśmiech. – A nawet jeżeli mi się nie uda, to bez znaczenia, zawsze znajdę jakieś pocieszenie.

Nastolatka chichocze, jest szczęśliwa i przerażona jednocześnie. Niby wie, co ją czeka, a jakby udawała się w nieznaną podróż, bo małżeństwo to nie tylko bliskość fizyczna, która ją pociąga, lecz także potomstwo, obowiązki, prowadzenie domu.

– Bądź ostrożna, dziecko.

– Mamo, nie masz do czynienia z pierwszą naiwną, dam radę. Wiem, jak się kieruje służbą, prowadzi dom i podejmuje gości. Nie jestem prowincjonalną gęsią, wychowałam się w Wilnie, widywałam ich królewskie mości. Jestem taka podekscytowana tym wszystkim, co się stanie po ślubie: byciem panią domu, wydawaniem rozkazów, przyjmowaniem hołdów.

– Zaskarb sobie łaskę męża, tak byłoby najprościej – prosi hetmanowa. – Reszta sama przyjdzie.

Rozmawiają czoło w czoło, tuż przy oknie. Basia czuje oddech matki, jej niepokój.

– Mam ambitniejsze plany, matko – informuje rozgorączkowana.

– Wierzę w ciebie.

Dziewczyna jest zniecierpliwiona; matka najwyraźniej nie chce uznać, że córka dorosła, że stała się kobietą i rywalką, jest od niej atrakcyjniejsza i przyciąga męskie spojrzenia.

– Kocham was. Rudy twierdzi…

– Cieszy mnie, że masz taki kontakt z bratem – przerywa jej matka.

Zawsze jej przerywa, stale jej przerywa, to nieznośne!

– Kiedyś może nas zastąpić.

– Nie mów tak – prosi Basia. Nie chce myśleć o śmierci, pragnie się cieszyć życiem, urodą, szczęściem i radością, bogactwem męża, jego pozycją. Czy nie jest wybranką Boga?

– Jesteś dzieckiem. – Hetmanowa kurczowo trzyma dłoń dziewczyny.

– Udowodnię im wszystkim… – przekonuje Basia.

– Ciiiii, kochanie – szepce matka. – Nie trzeba, kotku, niczego już nie musisz udowadniać. Idziesz za wojewodę. Ojciec jest z ciebie dumny, mąż będzie z ciebie dumny, olśnisz wszystkich. Będziesz wspaniałą panią i urodzisz wielu synów, zawsze byłaś szczęściarą. Wszystko się uspokoi, jakoś wyprostuje, dziecko. Stanisław cię pozna i przekona się, jaka jesteś.

– Obojętne mi, czy mnie doceni. Świat się na nim nie kończy.

Hetmanówna opuszcza komnatę z wysoko uniesioną głową. Matka patrzy za nią zaskoczona, po chwili ona też wychodzi w pośpiechu. Oszałamiający powóz czeka przed głównym wejściem do pałacu. Wiatr porusza gałęziami drzew – byle nie przywiał chmur, bo wiadomo, że jaka pogoda, taki los zawiązywanych małżeństw.

Służba ociera łzy, wzruszona odjazdem jaśnie panienki, która dziś jeszcze stanie się kobietą, jaśnie panią, szczęśliwą mężatką.

Rozdział drugi

TRYBUN SZLACHECKI

Sokolniki pod Lwowem, rok 1537

Koń Piotra Kmity równym krokiem zmierza ku centralnej części obozowiska, skąd dochodzą podniesione głosy rozdyskutowanej szlachty. Upał jest nieznośny. Setki furmanek i pojazdów zaprzęgowych stoją już na miejscach, tabor rozlokowano zgodnie z zasadami. Tu i ówdzie marszałek mija kuchnie i warsztaty, gdzie naprawia się sprzęt, służba poi konie; umęczone i rozdrażnione upałem prychają nerwowo, niszczą kopytami resztki wypalonej słońcem trawy. Dawno nie było tak ciepłego lipca. Fetor zwierzęcych odchodów miesza się z przyjemną wonią drobiu pieczonego z warzywami.

Król Zygmunt zwołał pospolite ruszenie do obrony granic, licząc na odwieczną niechęć szlachty do pełnienia tego obowiązku. Zależało mu na szybkim uchwaleniu podatków. Dość już miał użerania się z izbą poselską podczas obrad sejmu, jej rosnących żądań i bezczelności. Warunki polowe miały skutecznie zniechęcić rycerzy do warcholstwa i wstrzymywania się z decyzjami ze względu na pragnienie szybkiego powrotu do domu.

Nagły atak psa wywołuje zamieszanie w szeregach zbrojnych marszałka. Ludzie nawołują właściciela bestii – gołym okiem widać, że świetnie wykarmione zwierzę nie jest bezpańskie. Kudłaty brytan najwidoczniej jednak dość ma nieznośnej temperatury, bo po chwili oddala się z własnej woli i pada jak długi w niewielkiej plamie cienia pomiędzy namiotami hufca z Wielkopolski.

Zdaniem marszałka król się łudzi, jeśli liczy na to, że szlachta będzie jadła mu z ręki. Pod Lwów przybyło ponad siedemdziesiąt tysięcy rozsierdzonego rycerstwa i zamiast zająć się podatkami, wszyscy złorzeczą królowej – z różnych względów. Monarcha dał dowód lekceważenia szlachty: podczas niedawnego sejmu nie doszedł z izbą poselską do ugody, ponadto mianował kanclerzem przychylnego sobie Chojeńskiego, a podkanclerzem został Wolski i choć to nie Gamrat, którego życzyła sobie królowa Bona, to jednak wywodzi się spośród jej ludzi, a to świadczy o tym, że król bardziej liczy się ze zdaniem żony niż ze szlachtą.

Piotr bierze głęboki wdech i napełnia płuca gorącym, wilgotnym powietrzem, które można kroić niczym galaretę. Patrzy na nadchodzące od południa chmury i krzywi się nieznacznie. Czuje nagłą, niepohamowaną niechęć do rządzącej krajem Włoszki, świadomy, że już za chwilę będzie musiał zdecydować, czy zostanie jej wierny, czy też ich drogi ostatecznie się rozejdą.

– Co myślisz o sytuacji Kościoła w Koronie? – zwraca się do Klemensa Janickiego, jeszcze do niedawna będącego sekretarzem u arcybiskupa Andrzeja Krzyckiego, obecnie dworzanina marszałka. Ten kmieć z urodzenia, chłopak zaledwie dwudziestoletni, ma ujmujące poczucie humoru i wybitny talent poetycki. Kmita lubi z nim rozmawiać.

– Kościół zżera od środka reformacja szwajcarska – zauważa Klemens, poprawiając ciemne, sięgające ramion włosy.

– Coś w tym jest – przyznaje Piotr, a ponieważ nie umie pozbyć się z myśli obrazu królowej Bony, gwałtownie wzrusza ramionami, jakby w ten sposób chciał go odpędzić. Monarchini jest już matroną, ma czterdzieści lat, a mimo to nie straciła włoskiej trzpiotowatości: nosi odkryte włosy, wydekoltowane suknie i pozwala sobie na frywolne tańce. Kmita uśmiecha się do siebie, ponieważ to akurat bardzo mu się w niej podoba, uwielbia jej taneczny krok, niezależność i błyskotliwość, wolałby jednak, by trzymała się niewieścich zajęć. Królowa denerwuje go jak mało kto. Wreszcie marszałek przypomina sobie, że zagadnął Klemensa, wraca więc do przerwanej rozmowy.

– Masz rację, ludzie bali się luteranizmu jak wszystkiego, co niemieckie, ale kalwinizm ich nie odstręcza – mówi z wolna – bo szwajcarski.

Zdarza się, że kościoły są oddawane w ręce protestanckich duchownych, a innowiercza szlachta wypędza księży katolickich ze swych ziem, żąda od króla sekularyzacji dóbr kościelnych – cóż za brak rozsądku i trzeźwej oceny sytuacji! – lub wykorzystania płaconych Stolicy Piotrowej annat na obronę potoczną kraju. Oczywiste jest, że Kościół nie poprze żadnego z postulatów szlachty, jeśli miałby ograniczyć jego swobody i majątek, ale znamienny jest sam fakt, że takie żądania coraz częściej i natarczywiej są oficjalnie wysuwane podczas obrad sejmu.

Kmitę ciekawi, czy jego towarzysz zdaje sobie sprawę, jak pokrętna jest misja, z którą udają się do debatującej szlachty. Oto w imieniu króla Zygmunta marszałek ma negocjować z sędzią krakowskim Mikołajem Taszyckim, który przewodzi rycerstwu buntującemu się przeciw polityce królowej Bony i magnaterii, choć w rzeczywistości to właśnie Kmita steruje Taszyckim. Sprawa jest skomplikowana, nieprzyjemna i z lekka ryzykowna. Marszałek nie akceptuje skupowania królewszczyzn przez Bonę, bo monarchini robi to jako osoba prywatna, zatem cierpi na tym prawo, nie mówiąc o rodzinie Kmity.

Piotr sięga dłonią za kołnierz kurtki i wyciera z szyi strużki potu. Widok ma ograniczony, bo otacza go zastęp wiernych rozbójników, jak nazywa swoich zbrojnych. Jest przekonany o własnych racjach w kwestii polityki wewnętrznej kraju. Całym sercem popiera ruch egzekucyjny, chce kodyfikacji prawa, udziału Kościoła w kosztach utrzymania państwa, zwłaszcza obronności, przestrzegania zakazu łączenia niektórych urzędów, zaprzestania bezkarnej działalności Bony, ale musi zręcznie lawirować, by nie narazić się królowi. Czuje w głębi duszy, że Bona go przejrzała i że musi się tego dnia wykazać nie lada sprytem, w przeciwnym razie królowa go pogrąży. Czy naprawdę byłaby w stanie to uczynić? Doprowadzić do jego upadku? Jest chytra, ale i rozsądna, trudno przewidzieć, jak zareaguje, która część jej osobowości weźmie tym razem górę.

– Obrady przeniosły się do klasztoru, wasza miłość – krzyczy do Kmity jeden z sekretarzy, nie próbując nawet przeciskać się w jego pobliże.

– Jedźmy zatem do klasztoru – śmieje się marszałek. – Może klimat modlitwy ostudzi co niektóre głowy.

Orszak przyspiesza, a to wywołuje wśród zgromadzonej na polach szlachty jeszcze większe poruszenie. Trębacze głośnym graniem zapowiadają przejazd możnowładcy, porządkowi rozganiają gapiów, tumany kurzu to się wznoszą, to opadają na leniwie biwakującą służbę. Kmita traci zainteresowanie dla rycerstwa rajcującego w centrum obozowiska. To nie tu rozegra się ostatni akt spektaklu.

*

– A, to się zobaczy, wkrótce nadciągnie tutaj Wielkopolska! – Słyszy marszałek, kiedy wkracza do rozległego refektarza. Daje znak, by obradujący sobie nie przeszkadzali.

– Nie licz pan na Wielkopolskę!

– Zabiera się nam ziemię bez pozwów, bez sądu i bez prawa! – drze się Taszycki, jak to prawnik, byle nie opadły złe emocje wywołane skandalicznym postępowaniem królowej Bony.

Ludzie boją się jej sąsiedztwa, zwłaszcza po niedawnym wyroku królewskim w sprawie Stanisława Odrowąża i jego żony Anny, ostatniej księżnej mazowieckiej. Ledwie wojewoda wpadł w niełaskę jej wysokości, król pozbawił go starostw, a ziemie oddał Bonie. Na co może liczyć uboga część szlachty, skoro tak potraktowano bogatego i ustosunkowanego człowieka?

– Panowie szlachta, królowa Bona twierdzi, że kieruje wami chciwość – odzywa się znienacka Piotr Kmita i na moment wszyscy cichną. Marszałek krzywi się, co nadaje jego twarzy nieco cyniczny wyraz.

– Powinniśmy spisać swoje postulaty – przerywa ciszę Taszycki. – Naszym władcą jest król, nie musimy zgadzać się na niesprawiedliwość ze strony jej królewskiej wysokości.

– Racja, panowie!

– Niewiasty nie są stworzone do rządzenia, to wbrew boskim prawom!

– Ani do wychowywania młodego króla! Zygmunt August żyje jak dziewczyna, kryje się pod mamusiną spódnicą!

– Nie zgadzajmy się na zwoływanie pospolitego ruszenia w czasach pokoju!

– Granice są zagrożone, miłościwi panowie – włącza się kasztelan krakowski, były hetman Jan Tarnowski. Choć odpowiada kasztelanowi małogoskiemu Piotrowi Zborowskiemu, który dopiero co zabierał głos, to patrzy w oczy Kmicie, synowi swej przyrodniej siostry. – Południe jest atakowane przez hospodara Mołdawii, czy nie tak? To nie pojedynczy incydent, lecz przemyślane, trwające od paru lat akcje. Pytam się, czy nie tak?

Piotr Kmita przełyka ślinę, z trudem hamując irytację, nie znosi słynnego „czy nie tak” Tarnowskiego, najbardziej zaś tego, że Tarnowski często ma rację. Kasztelan krakowski sprawia wrażenie poczciwca: ma łagodne oczy i lekką nadwagę, ale w kącikach jego ust czai się grymas niezadowolenia.

– Żeby w obozie, pod bronią, mówić o ustawach? O prawie? O folwarkach? Czy to nie śmieszne, panowie? – zżyma się Tarnowski.

– Król nie respektuje zobowiązań wobec szlachty – przerywa mu Taszycki i w jednej chwili cała brać szlachecka znowu czuje się silna i gotowa stawić opór możnowładcy. – Dlatego trzeba się uciekać do sejmów nadzwyczajnych i to jest właśnie taki sejm, mamy prawo krzyczeć!

– Możnym zależy na podziale szlachty. Chcą doprowadzić do tego, by drobna brać nie miała prawa głosu, a bogatszych spośród nas zaproszą, żeby grali z nimi w jedną dudkę!

– Nie każdy możny godzi w drobną szlachtę – stwierdza filozoficznie marszałek Kmita.

– Raczej nie każdy się do tego przyznaje – komentuje Tarnowski ze złośliwym uśmieszkiem.

 

– Liczyć się powinny wyłącznie dobro Rzeczypospolitej i wolność jej obywateli!

– Zważałbym na farbowane lisy – przestrzega Tarnowski, ale Taszycki mu przerywa:

– Najwyższy czas przedłożyć nasze postulaty miłościwemu panu!

– Nie będziemy płacić na duchowieństwo! – Argument, który padł z końca sali, wywołuje konsternację, bo nie o to trwa bój, nie do końca więc wiadomo, jak się do niego ustosunkować.

– Koniec z łączeniem urzędów!

– I z zarządzaniem dobrami, w których nie bywa się nawet od święta!

– I z wychowywaniem jego królewskiej mości młodego króla na niewiastę!

– Włoszka nie ma prawa skupowania polskich ziem! To skandal!

Tarnowski prostuje się z godnością, gestem dłoni uciszając zebranych.

– Licz się pan ze słowami – mówi wolno, przeżuwając każde słowo. – Nie godzi się obrażać kobiet, tym bardziej królowej.

– Różnie się mówi o jej kobiecości. Ponoć to ona nosi portki i prowadzi wojny!

Powszechny rechot na moment zakłóca obrady.

– Szuje – cedzi Kmita i natychmiast żałuje swoich słów, bo panowie szlachta dostają białej gorączki.

– To ona doprowadziła do koronacji syna! – krzyczy korpulentny, wysoko podgolony rudzielec z Wielkopolski.

– Bona godzi w nasze swobody!

Tarnowski krzywi się z niesmakiem.

– Nikt nie godzi w wasze swobody, na Chrystusa Pana!

– Tron polski jest elekcyjny! – drze się rycerz spod Krakowa.

– A o jego elekcyjności będą decydować szaraki, które przybyły na zjazd piechotą. – Tarnowski nie wytrzymuje. – Zapijaczone mordy, którym się nie chce ruszyć konceptem i zrobić czegoś na pożytek kraju.

– Jesteśmy w sejmie taką samą siłą jak monarcha – wchodzi mu w słowo urażony szlachcic. – To nasz kraj!

– Zygmunt August nigdy nie dobył miecza, by bronić Polski!

– Bo wkłada go co dzień do innej pochwy! – krzyczy żylasty mężczyzna zza pleców Kmity i śmieje się z własnego dowcipu.

– Panowie, tak się nie prowadzi dyskusji – ucisza Tarnowski.

– Nie będzie nas senator uczył przemawiania w sejmie – odpowiada mu Taszycki. – To szlachecki kraj, nasza ziemia i nasze prawa, nikt nie będzie nam dyktował…

– Ani nazywał was szujami – podpowiada zgryźliwie Kmita.

– Ani nazywał nas szujami!

– Kościół powinien partycypować w powszechnych wydatkach na obronność!

– Uważaj pan, żeby panu Kościół nie wytoczył procesu o herezję – przestrzega Tarnowski, ale nikt się już nim nie przejmuje.

– Ja się procesów o herezję nie boję! Wszyscy płacimy na Kościół, a kiedy wróg napada na Polskę, Kościół ani myśli łożyć na obronę, niech wróg przejmuje zatem kościelne majątki, ja tam palcem nie kiwnę w jego obronie!

– Ościenni śmieją się, że nasz przyszły król chowa się w komnatach matki!

– Tylko hulanki i panny mu w głowie!

Tarnowski jest wściekły, policzki mu poczerwieniały, skubie mankiet kubraka.

– A pan czym się po wsiach parasz? – prycha. – Nie tarzasz się aby po sianie z chłopkami?

Kmita jest znudzony, miałby ochotę przerwać awanturę, dochodzi jednak do wniosku, że lepiej podsycać burdę, by móc następnego dnia doprowadzić do pogodzenia panów ze szlachtą, tylko wtedy wszyscy zapamiętają, kto się przysłużył jego królewskiej mości.

– Mnie nie to boli, że młody król z Włoszkami się zadaje, lecz to, że sprawy państwa go nie obchodzą, że na wojnę nie idzie – tłumaczy rozemocjonowany szlachcic spod Warszawy.

– A kto, jeśli nie królowa Bona, zamawiał proch do naszych armat na wojnę z Moskwą? – wyrywa się Kmicie, który wie, że niejedna kobieta ma w sobie ducha walki.

Tarnowski skacze mu do oczu.

– Nie umniejszaj, wasza miłość, roli króla.

– Nie da się umniejszyć jego roli – odpiera zarzut marszałek, wzruszeniem ramion podkreślając jego absurdalność. – To nasz pan.

– Nie dajmy się wplątać w swary możnych – wtrąca ktoś nagle i mówi to z zadziwiającym spokojem. – Wrócą na Wawel i na wspólnej uczcie będą z nas kpili.

Taszycki dostrzega, że spór, sterowany dotąd i prowadzony po jego myśli, zaczyna się wymykać spod kontroli.

– Naszym wspólnym interesem jest dobro Polski – przekrzykuje wszystkich. – Przestańmy się więc kłócić, spiszmy królowi nasze postulaty i rozjedźmy się do domów, nic tu po nas.

– Granic mieliśmy bronić!

– Przed kim chcesz pan bronić granic – wydziera się Taszycki – skoro nie wiadomo, kto nasz wróg, a kto przyjaciel?

Tarnowski wznosi dłoń, niektórzy milkną, inni jawnie z niego szydzą.

– Namyślcie się, panowie, czego chcecie od króla – mówi kasztelan.

– Szlachcie należy się szacunek – wtrąca Kmita. – Niech się wasza miłość nie zwraca do posłów jak do wieprzy.

– Nie mam przed sobą posłów, szanowny marszałku, ponieważ król nie zwołał sejmu.

– Ale myśmy zwołali! – rozlega się z wielu stron. – To jest sejm konny!

– Nie udawaj pan szlacheckiego trybuna – syczy Tarnowski do Kmity. Wolałby wymianę zdań na uboczu, lecz marszałek najwyraźniej dąży do upublicznienia ich rozmowy. Kasztelan zna przebiegłość Kmity, wie, że jest stronnikiem szlachty, kiedy mu to na rękę.

– Nie jestem niczyim trybunem – stwierdza Kmita. – Służę jego królewskiej mości, jak i pan, a że bronię czasem szlachty, to wynika wyłącznie z wrodzonego poczucia sprawiedliwości.

Zwolennicy Tarnowskiego pokładają się ze śmiechu.

– Pomiatasz pan szlachtą, były hetmanie! – rzuca oskarżenie Taszycki.

– Uważam, wasza miłość – odpowiada wyniośle Tarnowski – że każdy ma jakąś rolę do spełnienia i szarak nie powinien się wynosić ponad króla, a oracze ponad oratorów, jak powiada biskup Tomicki.

Część zebranych śmieje się z błyskotliwej myśli.

– Obrażasz brać szlachecką, wasza wielmożność – kwituje Taszycki. Głos mu drży.

– Obrażam warchołów, którzy wyobrazili sobie w pijanym widzie, że króla da się trzymać w szachu – powiedziawszy to, Tarnowski opuszcza refektarz, a za nim ruszają jego stronnicy.

– Hańba! – słychać wokół. – Chcą nas pozbawić przywilejów!

Robi się coraz większe zamieszanie, niektórzy chwytają za szable. Mężczyźni przepychają się w drzwiach, tłum wylega na dziedziniec klasztoru.

– Metryka Koronna kłamie! Brakuje w niej zapisów własności! Włoszka to wykorzystuje z korzyścią dla siebie!

– Niech król cofnie nałożone cła!

– Nie będą nas wyzywać od szuj! – wrzeszczy Taszycki schrypniętym głosem. – Nie będą się wynosić ponad rycerstwo! Zdrada, panowie!

Kto jeszcze nie wyciągnął szabli, ten robi to w tej chwili. W głowach się gotuje, paruje piwo wypite do porannego śniadania, niejeden ma za sobą kilka szklanic wina.

– Kto zakrzyknął „szuje”? – pada nagle.

– Kmita!

– Nie Kmita, lecz Tarnowski!

– Jedna swołocz! Skończyć rządy możnych!

– Pokażemy królowi, kto rządzi Polską! – Krzyczący milknie, zachłysnąwszy się wodą, która nagle spada z nieba. Uderzenie pioruna rozcina niebo na połowę i dopiero teraz ludzie dostrzegają, że ziemię ogarnęły ciemności. Raz po raz słychać grzmoty, strzały Bożego gniewu celują w okoliczne drzewa, pola pustoszeją. Kto żyw, chowa się przed karzącą obecnością Najwyższego. Marszałek Kmita nieruchomieje. To złudzenie, czy padł strzał?

– Zamach na kasztelana krakowskiego! Tarnowski w niebezpieczeństwie!

Kmita ma ciarki na plecach. Oby Tarnowskiego piekło pochłonęło! Nie zamierza go ratować. Sprawy wymknęły się spod kontroli. Śmiech ogarnia go na poły z przerażeniem – wiele w życiu widział, wie, że w jednej sekundzie pasmo sukcesów może zastąpić porażka.

Dopada konia i osłonięty ciasnym szpalerem zbrojnych rusza w stronę Lwowa, gdzie powinna już była dotrzeć para królewska. Jest do cna przemoczony, ale szczęśliwie ciepła ulewa daje mu wytchnienie. Piotr wznosi ku niebu szczupłą twarz i wystawia na siekące uderzenia deszczu. Śmieje się na całe gardło, nie zważając na zdziwionych towarzyszy. Odczuwa rzadki ostatnio przypływ energii, która niegdyś wlewała w niego przekonanie, że jest w stanie osiągnąć wszystko. Zdarza się, że kpi w myślach z pragnień młodości i swojego wieku, który coraz trudniej nazwać dojrzałością. Umrzeć na wojnie – tylko tego chce. Nie uganiał się za kobietami, lubił uczty, przednie jadło, wielką politykę i zaszczyty. Urodził się, by wspomagać monarchów. Ziemie, którymi zarządza, jak mu się zdaje, przynoszą więcej bogactw niż domeny Włoszki, a to niemałe osiągnięcie. Lubi rywalizację. Bóg nie pobłogosławił mu dziećmi, Jego rzecz – Kmita ani się na to nie uskarża, ani się z tego cieszy. Ma tyle bogactw, że mógłby nimi obdzielić i dziesięciu synów, dostaną się jednak siostrom. Lekką ręką wydaje pieniądze na ludzi nauki i artystów, szczęśliwy, gdy rozwijają się pod jego skrzydłami.