Anna Jagiellonka. Zmierzch JagiellonówTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Urodę po matce odziedziczyły siostry Anny – Izabela i w mniejszym stopniu Katarzyna oraz Zofia – ona była z nich najbrzydsza, a przynajmniej tak jej się zdawało. Filigranowa, niewysoka, więc matka zawsze spoglądała na nią z góry; ich apodyktyczna, nieuznająca sprzeciwu, okrutna, ślepa na cierpienie Anny matka!

– Zapewniam cię, panie referendarzu, że przyjdzie dzień, gdy pożałują tego, jak mnie traktowali – wyrywa się królewnie. Czarnkowski czekał na te słowa od lat, mruży więc oczy i patrzy na nią zaskoczony, z nadzieją. – Zjedzie tu księżna brunszwicka Zofia i senatorowie będą inaczej śpiewać, czyż nie?

Stanisław upada na duchu – córka wielkiego króla Zygmunta i walecznej Bony Sforzy potrafi się jedynie użalać i zawsze szuka opiekuńczych skrzydeł, które by ją osłoniły przed niebezpieczeństwami, jakie niesie życie.

– Zofia od dziecka ma posłuch – kontynuuje Anna, a jej głos brzmi piskliwie. – Kiedy biegła korytarzem, salutowali jej wszyscy strażnicy. – Królewna zbliża się do Stanisława, jakby płynęła; często tak się porusza, wywołując zachwyt. – Twoim zdaniem co mogę zrobić? Jak zmusić senatorów do posłuchu? Prosić Zborowskich o wstawiennictwo?

– Na Boga miłosiernego, pani, przecież Zborowscy to twoi śmiertelni wrogowie!

– Wokół mnie są sami śmiertelni wrogowie. – Anna płacze, łzy płyną jej po policzkach, kapią na piękną kryzę. – Patrzą mi na ręce. – Gwałtownie podnosi głowę, patrzy Stanisławowi prosto w oczy, wargi jej drżą. – Wydaje się wam, że Anna Jagiellonka nie wie, w jakim celu odwiedza ją biskup Staroźrebski? Otóż inwigiluje mnie na polecenie senatu!

– Pani, kiedy przyjmujesz senatora, nie użalaj się nad sobą, proszę, nie dawaj satysfakcji swoim wrogom.

Anna i Stanisław zaskoczeni zwracają się w stronę, z której rozlega się spokojny głos Marii Żalińskiej; żadne nie zauważyło, kiedy weszła. Ochmistrzyni haftuje w najlepsze, otoczona dwórkami. Usiadła tak, że widać jej ładniejszy, lewy profil.

– Twoja świętej pamięci matka królowa Bona Sforza nigdy się nad sobą nie użalała, nikt nie był świadkiem jej słabości, pani. Sama podejmowała decyzje i wyłącznie od niej zależało, co uczyni.

– Nie jestem moją matką!!! – wybucha Anna. Jest w tym okrzyku tłumiony przez lata protest przeciw prymatowi rodzicielki i bezsilność wobec niego.

– Wielka szkoda – prycha Żalińska bez zastanowienia.

– Co powiedziałaś?

Zofia Łaska, siedząca z dala od fraucymeru Anny, kryje grymas satysfakcji; Żalińskiej wreszcie powinęła się noga. Podłe, chytre, samolubne, wredne babsko, traktujące Jagiellonkę z wyższością, wykorzystujące wulgarną urodę i wdzięk, by nią manipulować!

Wzrok Anny pada na piszczącego szczeniaka, który błąka się pomiędzy spódnicami dwórek, szukając pieszczoty i być może czegoś do jedzenia.

– Pojęcia nie masz, co uczyniłaby moja matka, na tym właśnie polegał jej geniusz, że nikt tego nie wiedział.

– Z nią samą włącznie – kwituje Czarnkowski, rozdrażniony konwersacją.

– Sugerujesz, że królowa Bona była niepoczytalna? – przypuszcza atak Jagiellonka.

Źrenice ma rozszerzone, usta półotwarte, nigdy jej takiej nie widział i przyznaje w duchu, że gdyby stale tak wyglądała, wkrótce ustawiłaby się kolejka starających się o jej względy.

– Nigdy w życiu – mruczy zmieszany.

Zawsze lubił Annę, wspiera ją, kiedy jest zagubiona; znają się od lat, są trochę niczym brat i siostra. Wierzy, że i do niej uśmiechnie się szczęście, a wtedy, kto to może wiedzieć, i jemu coś skapnie. Nie potrzebuje królewny – jego kariera polityczna wydaje się niezagrożona, nie brakuje mu pieniędzy, cieszy się poważaniem – po prostu ma do Anny słabość, przyzwyczaił się do niej i traktuje ją jak członka rodziny. Jagiellonka jest przedziwną kombinacją niezwykłych umiejętności matki i naiwności ojca; zna się na prowadzeniu dworu i wydatkach, nie potrafi jednak odróżnić człowieka poczciwego od szui.

– Mówicie, że jestem najbogatszą kobietą w Rzeczypospolitej, ostatnią legalną reprezentantką dynastii, dlaczego więc nie okazujecie mi należnego szacunku? Chcecie, żebym wykorzystała odziedziczone pieniądze na przywołanie was do porządku?

– Lepiej zrobisz, pani, wykorzystując je przeciwko swoim wrogom, a poza tym tylko nominalnie jesteś spadkobierczynią Zygmunta Augusta – oświadcza Czarnkowski z gniewem, nie znosi bowiem, kiedy za sympatię odpłaca mu się jawną niewdzięcznością. Nerwowo podkręca wąsa, złym okiem popatrując na Żalińską, która ma wprost niebywały talent do wywoływania awantur i skandali. – Senat może obalić testament króla, a ciebie, pani, usunąć z kraju – tłumaczy, a że sprawia mu to przykrość, z trudem nad sobą panuje.

– Postradałeś zmysły? – pyta z niedowierzaniem Anna.

– Nikt im nie zabroni, miłościwa pani – wtrąca się Żalińska. – W głębi serca tego właśnie się obawiam.

Królewna czuje się bezradna wobec niesprawiedliwości świata, wizja utraty majątku, odziedziczonego po Jagiellonach, wywołuje panikę, więc lepiej o tym nie myśleć.

– Skąd wziął się tu ten pies?! Żądam, by natychmiast usunięto go z moich komnat! – krzyczy histerycznie i biegnie do sypialni.

Żalińska poprawia elegancko ufryzowane włosy i powraca do robótki. Na jej twarzy pojawia się delikatny uśmiech. Referendarz wzdycha ciężko i opuszcza komnaty królewny. Inaczej to sobie zaplanował, chciał się przekonać, czy minęły dawne uprzedzenia Jagiellonki w stosunku do Habsburgów, zwłaszcza że nie zaznała od nich żadnej krzywdy. Niestety, z królewną nie da się rozmawiać; jest nieprzewidywalna, rozhisteryzowana i ograniczona, a przy tym nieświadoma, ile mogłaby znaczyć w politycznych roszadach i jak wiele zyskać.

Rozdział szósty

KIMKOLWIEK JESTEŚ

Kaski, rok 1572

Piotr mruży oczy, osłaniając je przed siekącym deszczem, który w gruncie rzeczy mu nie przeszkadza. Ostro przyprawione wino, wypite przed wyjściem z tymczasowej kwatery, grzeje go od środka, a że było wyborne, wprawiło wojewodę sandomierskiego w dobry nastrój. Koń stąpa delikatnie, omijając większe kałuże. Na horyzoncie widać już ogromną, drewnianą szopę, miejsce mających się odbyć tego dnia połączonych obrad senatu i przedstawicieli szlachty. Zborowski zżyma się w duchu na to bratanie się stanów, ale nic nie mówi.

– Królewna Anna przebywa na terenie Wielkiego Księstwa Litewskiego – odzywa się Samuel.

Piotr wzdryga się; na śmierć zapomniał o obecności brata. Ostatnio zdarza mu się to coraz częściej, zwraca się ku swemu wnętrzu, wsłuchuje w spokojny, przemawiający stamtąd głos. Czyj to głos i czy celowo nie odciąga go od bieżących spraw?

– To tylko dowodzi, że nie jest tak głupia, jak się o niej myśli – odzywa się po chwili namysłu.

– Nie rozumiem.

Żadna to nowość dla Piotra, brat stale czegoś nie rozumie, rozprasza się, interesuje zbyt wieloma sprawami.

– Anna chce przecież przejąć litewskie dobra matki i brata – wyjaśnia spokojnie.

Samuel naciąga na uszy watowany beret. Przez moment patrzy w niebo, jego twarz promienieje radością, jest w niej coś ujmującego. I niepokojącego.

– Senat na to nie pozwoli – mówi ze śmiechem.

Piotra nie bawią te słowa, mimo to nie traci dobrego nastroju. Rozgląda się, ale nie dostrzega żadnego dostojnika, z czego wnioskuje, że znów dopiął swego: przybędzie ostatni i ściągnie na siebie uwagę wszystkich obradujących w Kaskach.

– Senat może tyle samo, ile Anna, czyli nic, zupełnie nic – rzuca lekko. Jest wyprostowany, jego koń zdaje się unosić w powietrzu.

– Nie zatwierdzono testamentu Zygmunta Augusta – przypomina Samuel.

Tego dnia obaj bracia są szykownie ubrani, czego wymagają okoliczności. Spodziewają się spotkać wielkich tego świata; Samuel pęka z dumy, że należy do nich jego starszy brat Piotr, senator Rzeczypospolitej.

– Więc wyobraź sobie, że Anna zdobędzie poparcie Litwy, osiądzie na swoich dziedzicznych dobrach, zostanie wielką księżną litewską i zacznie sterować elekcją w Polsce.

Samuel powstrzymuje wyrywającego się do przodu rumaka.

– Może się tak stać? – dziwi się szczerze, na co Piotr parska śmiechem.

– Wszystko możliwe – odpowiada. – Jesteśmy silni, tworząc wspólny front, pojmujesz, Samuelu? Jeśli się podzielimy, jeśli powstaną zwalczające się frakcje, a ona do którejś dołączy, przegramy.

– Do jakiego obozu jej najbliżej?

Piotr przygląda się, jak jego ludzie torują mu drogę w tłumie szlachty okupującej szopę, po czym zeskakuje z konia. Staje na kobiercu osłoniętym prowizorycznym zadaszeniem i czeka na brata. Akurat wybrzmiewają fanfary, ogłaszające ich przybycie.

– Niestety, nikt nie wie, kogo wspiera Jagiellonka.

Samuel gładzi krótką, gęstą brodę. Włosy ma podgolone i równo przycięte nad wysokim czołem.

– Tak trudno przekupić ludzi wokół niej?

– Może i łatwo, rzecz w tym, że dotychczas nikt na to nie wpadł.

Powiedziawszy to, Piotr robi krok naprzód, przystaje, chce coś powiedzieć, ale Samuel go uprzedza.

– Skłóćmy królewnę z Litwinami – proponuje.

– Chodkiewicz cię ubiegł. – Piotr parska śmiechem, ale w duchu przyznaje, że brat bywa błyskotliwy. – Księżna brunszwicka zapowiedziała swój przyjazd do Polski, jakbyśmy i bez niej nie mieli problemów.

Po Samuelu widać, że jest ukontentowany tym, gdzie się znajduje, zwłaszcza że towarzyszy senatorowi. Rozgląda się, raz po raz rzuca okiem na dźwierze, za którymi możni oczekują Piotra Zborowskiego.

– Myślisz, że księżna Zofia blefuje? – pyta.

Nie spieszy mu się, on także delektuje się upływającym czasem. Podpatrzył to u Piotra i uznał, że brat ma rację, na tym właśnie powinno polegać życie: na chwytaniu szczęścia, czerpaniu pełnymi garściami tego, co najlepsze, bez miotania się, z godnością, jaka przystoi panu i władcy. Samuel jest krewki, trudno mu zachować spokój, gdy ktoś nadużywa jego cierpliwości, dlatego podziwia opanowanie starszego brata. Wie, po co Piotr się zatrzymał: by mieć pewność, że wejdzie na salę ostatni, i żeby odwlec ten przyjemny moment. Rozkosz jest w oczekiwaniu, nie w spełnieniu.

 

– Po córkach Bony można się wszystkiego spodziewać, nawet tego, że księżna brunszwicka zwali nam się na łeb. – Piotr patrzy Samuelowi w oczy. – Anna nie ma posłuchu, jest słaba, otacza się miernotami.

Starszy Zborowski stwierdza w duchu, że jest niesprawiedliwy, jako że królewnę otaczają wyłącznie ci, którzy chcą przy niej być, więc miernoty lub oszuści. Albo szpiedzy. Czemu nikt sensowny jej nie sprzyja? Piotr wzrusza ramionami, w gruncie rzeczy jest mu to obojętne. Szybkim krokiem rusza naprzód, zatrzymuje go jednak silna dłoń Samuela.

– A gdybyśmy wysunęli jej kandydaturę na małżonkę przyszłego króla? To by rozwiązało wiele naszych problemów.

– Chcesz mieć za kilkanaście lat kolejną elekcję? Przecież królewna już nie urodzi następcy tronu.

– To pewne? – Zdenerwowany Samuel ma przed oczyma postać Anny. Nie zna się na kobietach, więc mówi z namysłem: – Widziałem ją kiedyś, nie wygląda źle.

– Bóg raczy wiedzieć, czy mogłaby jeszcze być brzemienna, co, oczywiście, nie jest najważniejsze, jeśli chodzi o dynastów, fortuny i liczące się trony, niemniej nie życzymy sobie chyba kontynuacji polityki Bony Sforzy, jak sądzisz? – Piotr jest najwyższy z rodzeństwa, tyle że najsłabiej umięśniony, widać, że przez pół życia pracował głową, stroni od turniejów i demonstrowania siły, inaczej niż jego młodsi bracia Samuel i Krzysztof, którzy szczycą się tężyzną fizyczną. – Senat położył rękę na jej litewskich dobrach, nie jest więc teraz lepszą partią niż córka jakiegoś magnata. – Piotr uśmiecha się nieznacznie. – Przechwyciliśmy jej pismo do siostry Zofii, o czym nie wie. Skarży się w nim, że brak jej środków do życia. Da Bóg, że się przekona, czym jest ubóstwo. – Zborowski z niesmakiem kręci głową. Przy wejściu na salę obrad robi się zamieszanie, bracia jak na komendę ruszają w tamtą stronę. Pogoda się zepsuła, październik ich nie rozpieszcza. – Wyznaczyliśmy jej sporą kwotę ze skarbu państwa, niech przestanie ujadać.

Wkroczywszy do obszernego, a mimo to wypełnionego po brzegi pomieszczenia, bracia się rozdzielają. Piotr rozpina krótki, obszyty sobolami płaszcz i zasiada na jedynym wolnym senatorskim krześle. Czuć woń drogiego, tureckiego pachnidła, którym się skropił zaraz po śniadaniu.

Senatorowie siedzą pośrodku szopy, otoczeni posłami izby niższej, których coś rozeźliło, bo w ich szeregach widać poruszenie – szepcą między sobą i gestykulują.

Zborowski beznamiętnie obserwuje salę i z rozbawieniem zauważa, że ilekroć skrzyżuje z kimś spojrzenie, ten natychmiast umyka wzrokiem.

– Zgodnie z wolą senatu – słychać wojewodę łęczyckiego Jana Sierakowskiego – jego ekscelencja biskup Stanisław Karnkowski i ja odwiedziliśmy najjaśniejszą panią, królewnę Annę, i zapowiedzieliśmy, że ma jechać do Łomży albo Łęczycy, gdzie woli, byle się trzymała z dala od Litwy.

Kilku senatorów z zadowoleniem stuka w stół.

– Nie będzie Jagiellonówna podsuwać nam kandydata na króla – odzywa się jeden z nich, co nie spotyka się z przychylnością zgromadzonej szlachty. Mężczyźni buczą, choć bardzo cicho.

Piotr dostrzega każdy przejaw niezadowolenia. Od dziecka przygląda się ludziom, niejedno widział i niejedno wyczytał z ludzkich twarzy. Zaduch w połączeniu z oparami gorzałki wywołuje mdłości, mimo to Zborowski ani drgnie. Po chwili powstaje przeciąg, chłodne powietrze dostaje się pod wilgotne wierzchnie okrycia szlachciców. Wojewoda oddycha pełną piersią.

– Zagroziliśmy królewnie Annie – mówi Sierakowski – że nie będziemy zważać na jej pozycję, jeśli za naszymi plecami zacznie się z kimś układać, za to jeśli będzie nam powolna, niczego jej w Rzeczypospolitej nie zabraknie.

– I tak ma za wiele! – pada z grupy senatorów.

Wojewoda Sierakowski uśmiecha się ironicznie, przeglądając plik kart trzymanych w lewej dłoni.

– Przyjdzie czas, że to sprawdzimy i zweryfikujemy – zapewnia z przekąsem.

Jan Firlej pochyla się ku Zborowskiemu, szacując w myślach cenę jego płaszcza.

– Zauważ pan, wojewodo, jacy są dziś nabuzowani. Mówię o tych tępych gębach naokoło.

– Przydajesz im znaczenia, mości marszałku – mówi znudzony Piotr.

Od dawna jest zdania, że szlachcie trzeba przetrącić kręgosłup, ponieważ mąci i wymusza na monarchach ustępstwa, które nie są korzystne dla państwa.

– Chciałbym o nich zapomnieć, ale bardzo się ostatnio uaktywnili czy raczej ten ich nowy przywódca Zamoyski. Rządzi nimi, jak chce.

– Dajże spokój, to żałosne – prycha Zborowski.

– Większość stanu rycerskiego to analfabeci – szepce Firlej – więc Zamoyski przy nich jest mędrcem. Opowiada im o minionych rokoszach, podczas których królowie potwierdzali ich prawa, tłumaczy, że każdy przelewający krew za ojczyznę może się tego domagać, w zasadzie może się domagać wszystkiego.

– Bzdura – ucina Piotr.

Wie, że jest obserwowany, dlatego nie zmienia dumnego wyrazu twarzy, głowę ma podniesioną, wargi pogardliwie wydęte. Wolno zdejmuje wykwintne rękawiczki, zbytek rzadko tu spotykany, i kładzie przed sobą na blacie stołu.

– Zamoyski nawołuje szlachtę do jedności i przede wszystkim do walki o przywileje.

Zborowski ma ochotę zapytać Firleja, ile razy jeszcze powtórzy to samo.

– Czyli? – pyta jednak, wykazując minimum zainteresowania, jak przystało na człowieka kulturalnego.

– Przede wszystkim namawia zagrodowych do przeciwstawienia się senatowi – szepce marszałek, uniemożliwiając Zborowskiemu przysłuchiwanie się dyskusji. – Motłoch słucha go bezkrytycznie, a on żąda, żeby na wybory króla zjawił się każdy szlachcic pod karą spustoszenia dóbr i pozbawienia szlachectwa. Zdaje się, że poszedł dalej od waszmości. Czy się mylę? – Firlej odsuwa się i patrzy Zborowskiemu w oczy. – Chyba się jednak mylę, pan żeś żądał kary śmierci.

– Miarą inteligencji człowieka jest elastyczność – odpowiada pokrętnie Piotr.

– Święte słowa, niemniej jest faktem, że uchwały sejmiku ziemi chełmskiej poparły wszystkie sejmiki ziem ruskich, więc musimy się z nimi liczyć. Zamoyski jest tam gwiazdą i na pewno nam nie sprzyja… panu przede wszystkim, jak mi wiadomo.

– Głos zabierze wojewoda sandomierski Piotr Zborowski – rozlega się zapowiedź.

Jan Firlej milknie, wymownie patrząc na wojewodę, który wstaje i toczy wzrokiem po zebranych. Swoim zwyczajem nie spieszy się, pozwala ludziom ucichnąć. Płaszcz zsuwa mu się z ramion, odkrywając kubrak wyszywany złotem.

– Trudno się ustosunkować do wszystkiego, co tu padło – zaczyna cicho Piotr. – Czas płynie, a senat Rzeczypospolitej pozwala wrogom rozwinąć skrzydła. – Zebranych ciekawi, do czego zmierza. – Skończmy z bezwolnym przyglądaniem się, jak panowie rycerstwo podejmują kroki, by nas zdystansować – ciągnie hardo Piotr, mierząc wzrokiem reprezentantów szlachty – jak przypisują sobie większe znaczenie, niż mają senatorowie Rzeczypospolitej, niż mają najstarsze i najbardziej zasłużone polskie rody…

– Rycerstwo jest stanem równym senatowi i ma prawo wybrać sobie króla! – krzyczy ktoś z końca sali. – Ten wybiera króla, kto podczas zagrożenia i pożogi wojennej broni kraju własną piersią!

– Postuluję zwołanie konwokacji generalnej – mówi Piotr spokojnie, jakby nie dostrzegał wrzenia w szeregach szlachty. – Zadecydujemy, w jaki sposób wybrać przyszłego monarchę. Każde województwo przyśle na ten zjazd po dwóch posłów.

– Wojewoda sandomierski postulował elekcję viritim, a teraz chce odsunąć szlachtę od głosowania!!!

– Nie pozwolimy się uciszyć!!!

Wokół stołu, przy którym siedzą senatorowie, zacieśnia się krąg złożony z rycerstwa; na twarzach widać wściekłość i desperację.

– Nikt nie zabroni rycerzom wzięcia udziału w wolnej elekcji i głosowania na króla!!! – woła ktoś zachrypniętym głosem.

– Wybrani posłowie mają być zaopatrzeni w stosowne pełnomocnictwa – oświadcza Zborowski, po czym milknie, czekając, aż zapadnie cisza. Jego sława przemawia do większości zebranych, mężczyźni chylą głowy, a wtedy wojewoda kontynuuje: – Monarchy nie wybiera się przy szczęku oręża, o sprawach wagi państwowej nie decydują ci, którzy mają donośniejszy głos. Nie trzeba nam pieniactwa, króla wybiera się w nabożnej ciszy, w spokoju, z poczuciem odpowiedzialności i powagą.

– Pan wojewoda sandomierski próbuje ograniczyć uprawnienia stanu szlacheckiego. – Piotr Zborowski odwraca się, słysząc oskarżenie, i dostrzega Jana Zamoyskiego. – To zdrada, panie wojewodo, chcesz, waszmość, wynieść senat ponad rycerstwo, które jest opoką Rzeczypospolitej i jej obrońcą.

Zamoyski nie spał od paru dni, szukając sposobu powstrzymania senatorskich zapędów, gdyż zdaje sobie sprawę, że magnaci szykują się na elekcję, która wyłoni ich króla, kogoś, kto oprze rządy wyłącznie na nich, kto przyzna im kolejne przywileje, umocni ich potęgę i ostatecznie pogrzebie starania szlachty. Jak ich skompromitować i unieszkodliwić? Nic mu nie przychodzi na myśl, pada ze zmęczenia, ma przekrwione, podpuchnięte oczy.

– Przedstaw nam, wasza miłość, zarzuty lub zamilknij – mówi Piotr i uśmiecha się drwiąco; nie pierwszy raz traktuje przeciwnika z góry, zawstydzając go kulturą osobistą i opanowaniem.

– Uniwersał o sejmie konwokacyjnym autorstwa panów senatorów, który to akt bardzo wnikliwie przeczytałem, ogranicza rolę szlachty – zaczyna Zamoyski równie spokojnie. Jest ubrany z włoska, kubrak ma mniej strojny niż Zborowski, ale także z kosztownej materii.

– Waszmość tak twierdzisz, kimkolwiek jesteś – oświadcza wojewoda, wywołując wesołość senatorów, gdyż Zamoyski jest powszechnie znany, Zborowskiemu chodzi więc wyłącznie o urażenie jego dumy. – Uniwersał, który pan chcesz podważyć, umożliwia wybór króla w warunkach tego godnych.

– I pozostańmy przy pełnej odpowiedzialności wypowiedzi pana wojewody sandomierskiego – kwituje marszałek Firlej.

– Wobec czego uchwały sejmików lokalnych w sprawie elekcji zostają niniejszym odwołane – dodaje prymas Uchański, który ma dość słownych utarczek z przedstawicielami szlachty.

Przerwa w obradach pozwala na uzewnętrznienie tłumionych emocji; ludzie przekrzykują się, padają groźby pod adresem możnych. Zborowski kątem oka dostrzega, że Zamoyski ani myśli się oddalić, zwraca się więc w jego stronę i patrzy wyzywająco, czym jednak go nie deprymuje.

– Czy to nie wasza miłość jest autorem pomysłu, żeby przeprowadzić elekcję viritim? – pyta Jan.

Zdaje sobie sprawę z własnego wyglądu, zwykle budzącego jeśli nie zachwyt, to uznanie rozmówców. Jest nie tylko świetnie ubrany, ale i wyjątkowo przystojny, wszystko jest w nim piękne – oczy, kształt nosa, wykrój ust, proporcjonalna sylwetka.

– Mówią, że jest pan kształcony w prawie – zauważa Piotr kąśliwie – widać jednak, że masz luki w wykształceniu, skoro nie wiesz, że to pomysł sięgający czasów króla Zygmunta Starego. Umknął waszej miłości statut z tysiąc pięćset trzydziestego roku.

Zamoyski jednym spojrzeniem nakazuje szlachcie, by się oddaliła, więc po chwili zostają w szopie niemal sam na sam. Ludzie Zborowskiego tłoczą się w wejściu, celowo prowokując ostatnich wychodzących.

Jan uśmiecha się niefrasobliwie, jakby nic sobie nie robił z docinków wojewody.

– Nic mi nie umknęło, wasza miłość – mówi uprzejmie – a już na pewno nie to, że porzuciłeś własną koncepcję, przejąłeś moją i głosisz, jak to dbasz o powagę elekcji.

– Powinieneś być zadowolony. – Piotr parska śmiechem, bo choć w słowach przeciwnika jest dużo racji, nie wiedzieć czemu go to bawi.

– Boisz się szlachty, panie wojewodo, lękasz się przewagi naszych głosów.

Zborowski jest wyższy od Zamoyskiego, co skwapliwie wykorzystuje. Patrzy na niego z góry, wyprostowany, by zaznaczyć tę przewagę.

– Nie masz pan pojęcia, co naprawdę myślę – cedzi.

– Ale wiem, że walczył pan u boku marszałka Firleja o to, by elekcja odbyła się w Małopolsce. – Zamoyski dostaje wypieków i zaczyna gestykulować, co potęguje wesołość Zborowskiego. Pal sześć, że Jan nazywa go człowiekiem Firleja. – Niestety, nic z tego nie wyszło, więc się obawiacie, że w Warszawie stawi się zbyt mało waszych popleczników, słusznie zresztą, gdyż tak właśnie będzie. Króla nie wybiorą reprezentanci województw, panie wojewodo, wybierze go całe rycerstwo i szlachta, która zechce przybyć na wolną elekcję, a przybędą nas tysiące.

 

– Ma się pan za polskiego Grakchusa? – Piotr Zborowski śmiechem maskuje niechęć do Zamoyskiego. Odczuwa ją od pierwszego dnia, kiedy go ujrzał. Ta irracjonalna początkowo i głęboka niechęć wybucha ze zdwojoną siłą, gdy go widzi, zważa więc, by nie tracić nad sobą kontroli. – Nie takich zgniatały żarna historii – kończy z satysfakcją, którą potęguje bezsilny gniew Jana.

– Straszysz mnie, wojewodo? – pyta zdławionym głosem Zamoyski.

– Gdzież bym śmiał, rycerzu herbu Jelita. – Zborowski nie zdążył ugryźć się w język; zdradził, że jednak wie, z kim ma do czynienia.

– Mój przodek w bitwie pod Płowcami – mówi Jan podniesionym głosem, podążając za oddalającym się magnatem – mimo że przebity trzema włóczniami, z wnętrznościami na wierzchu, podczas inspekcji króla Władysława Łokietka nie wypowiedział ani słowa skargi! Za zasługi i heroiczną postawę monarcha dodał do kozła, którego mamy w herbie, trzy włócznie! Stąd się wzięła nazwa Jelita!

– Nudzisz mnie, waćpan – rzuca Piotr, wskakując na podstawionego rumaka. Natychmiast otacza go grupa konnych.

Zamoyski obija się o umięśnione, szerokie piersi zwierząt. Próbuje się wycofać, ale zbrojni wojewody napierają. Dopiero uniesiona dłoń Zborowskiego przerywa tę upokarzającą zabawę. Piotr oddala się wśród ogłuszających dźwięków muzyki. Po chwili dogania go jeden z sekretarzy.

– Umyślny cesarza Maksymiliana dotarł do najjaśniejszej pani – zaczyna, lecz przerywa, widząc wzrok Zborowskiego. – Do królewny Anny – poprawia się.

– Kto konkretnie?

Piotr wypatruje braci. Jest gorąco, rozmowa z Zamoyskim zburzyła jego spokój; wojewoda potrzebuje kufla piwa, chce też naradzić się z bliską osobą. Czuje walenie serca i narastającą niechęć do wszystkiego i wszystkich.

– Był u niej margrabia Cassani Alfonso Castaldo.

– Co jej obiecuje?

Wojewoda poklepywaniem uspokaja rumaka, który spiął się na widok sfory psów.

– To, co wszyscy, wasza miłość, dozgonną przyjaźń za poparcie jego interesów – wyjaśnia sekretarz, a że Zborowski pogodnieje, to i on się uśmiecha.

– Trzeba pchnąć do niej naszych przedstawicieli; ma natychmiast odprawić poselstwo.

– Jak rozumiem, odprawić Włocha i oficjalnych posłów austriackich – doprecyzowuje Samuel, który zauważywszy, że brat się rozgląda, nadjechał właśnie, przepędzając przy okazji rozbrykane psy jednego ze swoich ludzi.

Piotr odchyla się w siodle, zaglądając bratu w oczy.

– Anna przyjęła Wilhelma z Rożemberka i kanclerza Wratyslawa Bernsteina??? – pyta z niedowierzaniem.

– Boże broń, w każdym razie nic mi o tym nie wiadomo – protestuje Samuel, zmuszając konia do kłusowania w miejscu. Piaff jest jego ulubioną rozrywką; świadczy o doskonałym ujeżdżeniu zwierzęcia i wzajemnym zaufaniu. – Chodzi o to, żeby zawczasu zabronić jej wszelkich kontaktów z poselstwami niemieckimi i austriackimi.

– Zwłaszcza że mają upoważnienie, by, jeśli zajdzie taka konieczność, obiecać jej małżeństwo z księciem Ernestem – zgadza się Piotr kwaśno.

– Żartujesz sobie? – Samuela bawi perspektywa ożenku młodego Ernesta z matroną.

– Ponoć cesarz wydał dyspozycję, żeby w ostateczności poselstwa sięgnęły i po ten argument. Niech to szlag!

– Na co komu stara Anna – zaśmiewa się Samuel – która na dokładkę nic nie może.

– Głupiś – kwituje Piotr.

Jego koń przechodzi w galop, wywołując popłoch wśród tłumnie przemieszczającej się szlachty i kmieci. Samuel z radosnym okrzykiem spina swojego konia i mknie za bratem.

– Mówiłeś, że królewna nie ma daru matki i nie miesza się do polityki! – krzyczy.

– Ale nie mówiłem tego o jej otoczeniu!

Mężczyźni wysforowują się naprzód, a że czynią tak zawsze, gdy pragną porozmawiać na osobności, orszak Piotra nie próbuje ich gonić.

Znowu pada. Wojewoda wstrzymuje rumaka i przeciera wilgotną twarz. Niepotrzebnie, bo zacinający deszcz sprawia, że po chwili znów jest mokra.

– Myślisz, że Anna poprze Habsburgów? – pyta Samuel. – Nie to chyba wpajała jej królowa Bona.

– A wydaje ci się podobna do matki? Z tym bieganiem na msze kilka razy dziennie?

– Może upodobała sobie któregoś księżulka? – Samuel obrzydliwie rechocze. – Uważasz, że jest dziewicą?

– Jest mi to obojętne.

– Gdybyś jednak miał zgadywać?

– Powiedziałbym, że ją rozdziewiczył któryś z pokojowców… – Piotr zawiesza głos. – W zaciszu komnaty i bez jakichkolwiek obietnic – dodaje, wywołując taki śmiech brata, że wreszcie też się uśmiecha.