Szukając miłościTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Copyright © Magdalena Chrzanowska

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2021

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Magdalena Kawka

Korekta

Katarzyna Dubois

Projekt okładki

Iza Szewczyk

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2021

eISBN 978-83-66790-66-7

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań

replika@replika.eu

www.replika.eu

Bohaterowie powieści są postaciami fikcyjnymi, a wszelka zbieżność zdarzeń jest przypadkowa. Nie opisałam tu losów żadnej konkretnej osoby, zwłaszcza spośród moich znajomych.

Magdalena Chrzanowska

— Prolog —

Już dwa lata minęły od czasu, kiedy Jolanta Kryczuk, niedoszła pani pedagog, opuściła Bohomiłowo, malowniczą wieś położoną gdzieś nad Bugiem, gdzie po ślubie zamieszkała w domu teściów, którzy od początku nie byli jej przychylni. A i Adam, za którego wyszła nie z wielkiej miłości, a z poczucia obowiązku wobec będącego już w drodze dziecka, nie ułatwiał jej życia.

Na początku Jola się buntowała; nawet będąc już w ciąży, kilka razy uciekała do matki, ale później przywykła. Przecież jej mąż nie upijał się na umór, awantur po pijaku nie urządzał, a i ręki na nią nie podnosił. No, może ze dwa razy się zdarzyło, że ją popchnął, jak za dużo wypił. Raz aż stoczyła się z kilku drewnianych schodków, ale przecież nic poważnego się nie stało. Na półpiętrze stała doniczka z opuncją, więc tylko ręce sobie trochę tym kaktusem podrapała i trzeba było igiełki pęsetą wyciągać. Po prostu wtedy niepotrzebnie wdała się z mężem w dyskusję. Później, gdy bywał podpity, już się nie odzywała. Bo Jolanta to typowe Dorosłe Dziecko Alkoholika, które w sobie szuka winy za cudze błędy, a potrzeby innych stawia ponad własnymi. I stale poszukuje aprobaty, bojąc się odrzucenia. Jej nadmierna odpowiedzialność i pracoholizm to też wynik syndromu DDA.

Pochodząca z rozbitej rodziny Jola za wszelką cenę chciała zapewnić normalne dzieciństwo swoim dzieciom – Kamilowi i Agnieszce. I starała się jak mogła, przecież była za nie odpowiedzialna. Nie skończyła nawet studiów i zajęła się domem, żeby wszystko było zrobione jak należy. To Adam realizował się zawodowo. Uzyskał tytuł inżyniera rolnika, stworzył duże gospodarstwo sadownicze, a potem jeszcze objął urząd wójta. Robił karierę na szczeblu gminy, natomiast ona zatrzymała się na etapie gospodyni domowej. Jednak nie narzekała, uważała, że i tak ma lepsze życie niż jej matka. A i dzieci wychowywały się w pełnej rodzinie.

O rozwodzie pomyślała tylko raz, kiedy na początku małżeństwa Adam dopuścił się zdrady. Nie zdecydowała się jednak. Przecież na świecie był już Kamilek; nie mogła pozbawić dziecka pełnej rodziny. Pamiętała sytuację, jak jej stryjeczna siostra wykrzyczała kiedyś swojej matce, że zmarnowała jej dzieciństwo, rozwodząc się. Stryjek założył nową rodzinę i miał nowe dzieci, a nią się nie interesował. Bożena winą za to obarczała matkę. A przecież stryj nie był dobrym mężem, znęcał się psychicznie nad stryjenką, poniżał ją; Jola to pamiętała, bo była starsza, a Bożenka nie. I nie mogła zrozumieć, dlaczego matka rozstała się z ojcem.

Jolanta, kiedy było jej źle, przypominała to sobie i nie myślała już o rozwodzie. Obawiała się, że również ją dzieci oskarżą kiedyś o to, że rozbiła im rodzinę. I do końca życia będzie miała poczucie winy. Tak więc rozwód nie wchodził w rachubę. Trzeba było pielęgnować ognisko domowe i nie narzekać, bo właściwie żaden moment nie był wystarczająco dobry, żeby odejść od męża.

A w ogóle to nie miała Jola szczęścia do mężczyzn. Ten najważniejszy, ojciec, zmienił jej dzieciństwo w koszmar. Sławek – pierwsza młodzieńcza miłość – zostawił ją dla innej, a mąż ją zdradzał. Okazało się, że nie był to tylko ten jeden przypadek na początku małżeństwa. Kiedy odkryła, że Adam ma dziecko z inną kobietą, była bliska załamania. I wtedy u Grażyny, przyjaciółki z lat młodości, poznała Piotra Starczyka. Ten sympatyczny magister ekonomii uświadomił jej, że jest atrakcyjną kobietą i powinna zawalczyć o siebie i swoje marzenia. Również Grażyna, po swojemu, czyli bez ogródek, przemówiła jej do rozumu.

Trochę potrwało, zanim Jola wszystko przemyślała i podjęła ważne dla siebie decyzje. Dotarło do niej, że Adam jest nie tylko złym mężem, ale też zimnym i nieczułym ojcem. Już wcześniej to widziała, ale tłumaczyła sobie, że lepszy taki aniżeli żaden. Teraz inaczej na to spojrzała, jakby ktoś zdjął jej z oczu jakąś zasłonę. Ale dzieci były już dorosłe, a czasu nie da się cofnąć. Nie mogła im już przywrócić dzieciństwa i uczynić go szczęśliwszym, ale mogła jeszcze zrobić coś dla siebie.

W wieku czterdziestu pięciu lat postanowiła zmienić nieco swoje życie. Pierwszym krokiem było podjęcie studiów. Animacja społeczno-kulturalna – to był kierunek odpowiadający jej zdolnościom i zainteresowaniom. I nie odbiegał daleko od pedagogiki, którą kiedyś studiowała. Podjęła też próbę ratowania swojego małżeństwa, ale kiedy się dowiedziała o kolejnych kochankach męża, zrezygnowała. Wniosła sprawę o rozwód i postanowiła wyjechać z Bohomiłowa. Piotr, z którym odnowiła znajomość, gdy rozpoczęła studia, zaproponował jej pracę w Lublinie, w przedszkolu prowadzonym przez znajomą. Zdecydowała się i chociaż miała opory przed korzystaniem z protekcji, innej możliwości nie widziała.

Początkowo zamieszkała u siostry, potem wynajęła kawalerkę i jakoś sobie radziła. Zanim znalazła zajęcie zgodne z kwalifikacjami, które dopiero zdobywała, pracowała jako sprzątaczka i pobory miała niewysokie. Na szczęście Kamil już zarabiał, a i Agnieszka, która jeszcze studiowała, w weekendy dorabiała sobie jako kelnerka. Dodatkowo Jola czekała na większą gotówkę od eksmałżonka w ramach spłaty z majątku wspólnego. Sprawę wziął w swoje ręce Sławomir Bukomirski, jej dawna sympatia.

Niestety, Sławkowi nie udało się wywalczyć dużych pieniędzy. Okazało się, że pole przekazane im po ślubie przez teściów Joli było darowizną tylko dla Adama, a ziemia, którą jej mąż później dokupił, sfinansowana była z pieniędzy podarowanych mu przez rodziców – tak przynajmniej wynikało z dokumentów. Natomiast siedlisko było własnością Anieli i Szczepana. W ten sposób przez ponad dwadzieścia lat małżeństwa Jolanta dorobiła się jedynie jakiejś nędznej sumy, za którą nawet malutkiej kawalerki nie mogła sobie kupić. A żadnych oszczędności przecież nie miała.

Jednak pogodziła się z tym, ponieważ w myślach planowała zamieszkać z Piotrem w jego domu pod Lublinem. Starczyk był żonaty, o czym Jola wiedziała od chwili, kiedy go poznała, ale teraz już w separacji, jak twierdził. Obiecywał, że kiedy pojedzie do Londynu, gdzie od pewnego czasu przebywała jego żona, rozmówi się z nią ostatecznie w sprawie rozwodu. Zaufała mu. Bardzo potrzebowała wsparcia i akceptacji, a Piotr jej to dawał. Potrafił wysłuchać, doradzić, powiedzieć miłe słowo. Uwierzyła w siebie i w to, że los nareszcie się do niej uśmiechnął. Wszystko tak dobrze się układało: adorował ją miły facet, w którym nie była jeszcze zakochana, bo w tym względzie starała się być ostrożna, ale powoli do tego zmierzała, studiowała, co wcześniej było jej marzeniem, pracowała zawodowo. Niestety pełnia szczęścia nie była jej dana. Piotr ją zwodził – co uzmysłowił Joli mecenas Bukomirski – i dawał nadzieję na wspólną przyszłość. W końcu się okazało, że rozwód nie wchodzi w rachubę; Piotr za dużo by stracił, zwłaszcza gdyby sąd orzekł rozwód z jego winy. Kiedy żona wyjechała na kilka miesięcy, pozwolił sobie na romans, ale po jej powrocie znów stał się przykładnym mężem.

I po tej traumie się podniosła. To Grażyna ją przekonała, że bez mężczyzny u boku też można być szczęśliwą. Jola uwierzyła. Uzyskała tytuł licencjata, podjęła pracę w domu kultury – prowadziła zajęcia plastyczne dla dzieci – a przede wszystkim podróżowała, na ile czas i finanse jej pozwalały. Były to zazwyczaj kilkudniowe wycieczki po Polsce i do sąsiednich krajów. Poznała przy okazji miłych ludzi, z którymi co jakiś czas umawiała się przez telefon na kolejny wypad. Tylko gdy wracała do pustej kawalerki, czuła się trochę samotna. Bała się jednak podjąć ryzyko i spróbować z kimś się związać. Na wycieczkach poznała kilku sympatycznych singli, ale bliższe relacje jej nie interesowały. Zawsze delikatnie dawała to do zrozumienia, kiedy któryś poświęcał jej nieco więcej uwagi. Po prostu już się bała.

— Rozdział 1 —

Lato było w pełni. Jolanta dostała zaproszenie od Grażyny, żeby urlop spędzić w jej gospodarstwie agroturystycznym niedaleko Szczytna, jednak odmówiła, co było zrozumiałe dla przyjaciółki. To u niej Jola poznała Piotra, więc Michówka nie kojarzyła jej się najlepiej. Wolała pojechać nad jezioro położone niedaleko Lublina, gdzie jej znajoma z wycieczki do Lwowa, Zosia Nowakowska, prowadziła wraz z mężem ośrodek wypoczynkowy o nazwie Czapla. Podczas wycieczki panie mieszkały w jednym pokoju. Okazało się, że się świetnie rozumieją i lubią ze sobą rozmawiać. I tak rozpoczęła się ich przyjaźń. Zosia była pogodna i emanowała jakimś wewnętrznym ciepłem, podobnie jak jej mąż, Janusz, który lubił zabawiać gości dowcipami i grą na akordeonie.

 

Jolanta spędziła już jeden urlop w Czapli i mile go wspominała. Mogła się poopalać na plaży lub poczytać książkę na leżaku w cieniu rozłożystego dębu albo wypożyczyć rower i pojechać ścieżką rowerową do ośrodka Rybeńka po drugiej stronie jeziora. A wieczorem pogawędzić z gospodarzami lub posiedzieć z grupą wczasowiczów przy ognisku. Bardzo lubiła atmosferę tego miejsca. Nie czuła się tutaj samotna, zawsze można było się do kogoś przysiąść i pogadać. Przyjeżdżali tu głównie stali bywalcy. Na początku sezonu witali się serdecznie, a ich twarze wyrażały zadowolenie, że znów spędzą urlop w miłym towarzystwie. Nawet towarzyszące im psy radośnie merdały ogonkami na powitanie.

Zaczęła się druga połowa lipca. W sobotę Jolanta zerwała się z łóżka pięć po szóstej. Włożyła lekką, kwiecistą sukienkę, bo zapowiadała się piękna pogoda, wrzuciła do samochodu spakowane poprzedniego dnia bagaże i ruszyła nad jezioro.

Po niespełna godzinie zatrzymała się przed ośrodkiem wczasowym Czapla. Weszła do recepcji i przywitała się z szefową.

– Świetnie, że już jesteś! – Zosia poderwała się zza biurka i chwyciła ją w ramiona. – Taki piękny dzień, że trzeba go wykorzystać. Siadaj! – Wskazała ręką nowoczesny i jednocześnie bardzo praktyczny, bo niezajmujący zbyt wiele miejsca fotel.

– A masz wolną chwilę? Nie chciałabym przeszkadzać. – Jola usiadła i wyciągnęła przed siebie nogi.

– Jest wcześnie – powiedziała gospodyni, zajmując miejsce naprzeciwko. – Ruch na razie niewielki, więc możemy parę minut pogadać. Co u ciebie?

– Po staremu. Kamil znów w Austrii, a Agnieszka pojechała na kolonie w charakterze opiekunki.

– Daleko?

– Gdzieś nad Bałtyk. A ja oczywiście do was. – Spojrzała w okno. – Już trochę tęskniłam za tym miejscem.

– I tak ma być – zaśmiała się Zosia. – My tu ludzi zaczarowujemy, żeby do nas wracali.

– To czuję się zaczarowana – zawtórowała jej śmiechem Jolanta. – Dzisiaj cały dzień leżakowanie. – Podniosła ręce i splotła dłonie na karku. – Muszę porządnie odpocząć. Zapowiada się piękna pogoda.

– Ruchu trochę trzeba zażyć, kochana, a nie leżeć! – zganiła ją Nowakowska. – A może jednak na rowerek?

– Najpierw odpoczynek bierny. No, może trochę popływam. A po południu rowerek. Przejadę się pewnie do Rybeńki. Tam, przy tym bagnistym brzegu, jest mnóstwo wodnego ptactwa. Lubię tak sobie posiedzieć i na nie popatrzeć.

– Ty nie gap się na kaczki, tylko na facetów! – zaśmiała się gospodyni. – Nie chcę ci wypominać wieku, ale najwyższy czas, żebyś poznała kogoś miłego. Po pięćdziesiątce to już popij wodą. A tobie chyba zbyt wiele do niej nie zostało.

– Daj spokój! – Jola aż się wzdrygnęła. – Do trzech razy sztuka, jak to mówią. Byłam już w trzech związkach i finito. Więcej pakować się w to nie zamierzam – zakończyła zdecydowanym tonem.

Zosia tylko się uśmiechnęła.

– Lepiej opowiedz, co tam w pracy – zmieniła temat.

Kiedy Jola po krótkiej pogawędce z szefową opuściła recepcję, ucieszył ją widok znajomych twarzy. Ludzie z daleka do niej machali, ktoś podszedł, żeby się przywitać, ktoś inny zawołał: „Jak miło cię widzieć!”. A przecież przyjechała tu dopiero drugi raz. I była z tego powodu bardzo zadowolona. Po co wybierać się nad ciepłe morza, odległe wyspy, między obcych, kiedy tu jest tak przyjemnie, pomyślała. Słońce świeci to samo, mimo że czasem ukrywa się za chmurami, za to pobliski las pięknie pachnie sosnami, a nad jeziorem delikatnymi listeczkami szumią brzozy, kojąc skołatane nerwy wczasowiczów. A jak te listeczki potrafią pięknie tańczyć, kiedy porusza je lekki wiaterek wiejący od jeziora! Żadne palmy nie zastąpią tego widoku. Wieczorem przy ognisku snuje się zapach pieczonej kiełbaski, Janusz przygrywa na akordeonie, a wczasowicze śpiewają popularne piosenki. I czego trzeba więcej, żeby się zrelaksować? – uśmiechnęła się, patrząc na jezioro. Po chwili jednak opuścił ją ten optymizm. Wiedziała, że w jej przypadku to nie wystarczy, aby poprawić samopoczucie, a jeśli nawet, to na krótko. Pobyt w Czapli nie naładuje jej akumulatorów na kilka następnych miesięcy.

Dorastanie w rodzinie, gdzie alkohol i agresja były na porządku dziennym oraz kolejne dwadzieścia lat spędzone w domu, w którym niewiele miała do powiedzenia, zrobiły swoje. Przede wszystkim brak jej było pewności siebie, miała zakodowane, że lepiej się nie odzywać, bo można powiedzieć coś głupiego. Utwierdzał ją w tym mąż. „Co ty tam wiesz”, słyszała często. A i teściowie dodawali swoje, wypominając jej brak wiedzy na temat życia na wsi. Przecież Adam o sprawach związanych z gospodarstwem rozmawiał tylko z rodzicami, bo co ona tam wiedziała na ten temat, miastowa, niedoszła pani pedagog. „A w ogóle co to za studia, ta pedagogika?” – dokuczał jej czasami teść. „Jakaś medycyna albo prawo to się przynajmniej do czegoś przyda, a pedagogika?” – mówił z pogardą. I ta jej przesadna troska o dzieci, w ich ojcu nie miała wsparcia, a czasem nawet musiała je przed nim bronić. No i później jeszcze kochanki Adama. Ten ostatni rok w Bohomiłowie był dla niej koszmarem.

Rozwiodła się, opuściła swoją wieś, ale wciąż nie mogła się odnaleźć. Owszem, jeździła na wycieczki, poznawała nowych ludzi, ale nie była tak swobodna i bezpośrednia jak inni. Zawsze gdzieś z boku. Bała się nawet odezwać w większym gronie, zaraz robiła się czerwona i w środku wszystko jej drżało. A nuż palnie głupotę? I wciąż ten strach o dzieci. Jak sobie poradzą w życiu? Dlaczego Kamil wyjechał tak daleko? Dobrze chociaż, że Agnieszka została w Lublinie. Teraz pojechała na kolonie, a morze niebezpieczne. A jeśli się utopi? W dodatku opieka nad cudzymi dziećmi to ogromna odpowiedzialność. Któremuś z jej podopiecznych może się coś stać.

Joli aż się gorąco zrobiło, kiedy o tym pomyślała. Siedziała na ławce przed recepcją i patrzyła przed siebie niewidzącym wzrokiem. Przysiadła tu z obawy, że zaraz zemdleje.

– Dobrze się czujesz? – Podniosła głowę. Przed nią stała Zosia. – Nie dostałaś jakiegoś udaru? Jesteś taka czerwona na twarzy i masz plamy na szyi. Wszystko w porządku? – Wyglądała na zaniepokojoną.

– W porządku, to tylko nerwica. Wystarczy, że wrócę myślami do przeszłości albo pomyślę, że coś złego może się przydarzyć moim dzieciom…

– Nie dziwię się – powiedziała Nowakowska, która wiedziała, co Jola przeszła. – Ale jest na to rada. Tam, na końcu wsi, jak już się minie cmentarz, bliżej lasu, mieszka stara zielarka. Wrotyczka na nią mówią. Leczy różne schorzenia. Jej matka się tym zajmowała, i babka. Na tę twoją nerwicę też coś poradzi. Bo doktory to ci zaraz jakieś psychotropy zafasują. A musisz coś brać, bo się zamęczysz. Najlepiej jedź od razu, ale nie samochodem. Rower weź, to się przy okazji zrelaksujesz.

Jola wyciągnęła bagaże ze swojego peugeota i zaniosła je do pokoju. Wyjęła z podróżnej torby dżinsy i sportowe buty, przebrała się i wyszła na zewnątrz, gdzie obok budynku pod zadaszeniem stały rowery. Zosia odpięła już jeden i postawiła przed recepcją. Jolanta wsiadła na rower i ruszyła.

Jadąc powoli, obserwowała jezioro, po którym pływało kilka żaglówek, a bliżej brzegu dwa rowery wodne. Żaglówki poruszały się leniwie, za to użytkownicy rowerów chyba się spieszyli albo urządzili sobie wyścigi. Na szczęście wszyscy mieli kapoki. Na piaszczystym brzegu leżeli plażowicze, a gdzieniegdzie na trawie stały niewielkie namioty. Domyśliła się, że pewnie rozstawili je wędkarze, którzy zostaną tu do rana.

Kiedy dojechała do wioski, skręciła w prawo w kierunku cmentarza. Po chwili go minęła. Za nim stało jeszcze kilka murowanych domów, a na końcu, bliżej lasu, jakaś chata, ledwo widoczna zza gęstych krzewów. Zielarki zawsze mieszkają w chatkach pod lasem, uśmiechnęła się w duchu. Są zapewne i takie, które mieszkają w willach ogrodzonych wysokim parkanem, ale do takiej bym nie poszła, pomyślała, skręcając w polną drogę prowadzącą do siedliska.

Zbliżając się, zauważyła, że obok niewielkiego domku stoi coś w rodzaju drewnianej szopy ze szczelinami między deskami. Podjechała do furtki i prowadząc rower, weszła na podwórko. W nozdrza uderzył ją intensywny zapach ziół.

Z szopy wyszła drobna, niewysoka kobieta około siedemdziesiątki. Miała na sobie podniszczone dżinsy, turkusowy T-shirt i sportowe buty, a jej głowę, przed dość mocno grzejącym tego dnia słońcem, chronił słomkowy kapelusz.

– Dzień dobry! Co panią do mnie sprowadza? Potrzebująca czy zabłądziła?

– Dzień dobry! Pani Wrotyczka? – zapytała Jola, opierając rower o płot przy furtce.

– Może być Wrotyczka. – Kobieta się roześmiała. – Naprawdę nazywam się Flora Wrotkowska, ale ludziom prościej mówić Wrotyczka. Tylko proszę nie przepraszać, bo ja się nie obrażam – dodała szybko.

Jolanta inaczej wyobrażała sobie babkę zielarkę. Powinna być w chustce, szerokiej spódnicy i zapasce, no i koniecznie mówić miejscową gwarą. Tymczasem ta wyglądała jak letniczka i bardzo ładnie się wysławiała.

– Znajoma mi panią poleciła. Mam na imię Jolanta.

– Miło mi. Czyli nie zabłądziła. Proszę usiąść. – Wrotkowska wskazała głową wiklinowy fotel. – Zrobię coś do picia. Kawy ani herbaty pani u mnie nie dostanie, ale ziół mam duży wybór. Proponuję melisę i rumianek. Może być?

– Oczywiście, chętnie się napiję – odpowiedziała Jola, zajmując miejsce w fotelu.

Kiedy pani Flora zniknęła za drzwiami, Jolanta się rozejrzała. Pobielona chata kryta drewnianym gontem z bliska wyglądała na bardzo zadbaną. I otoczenie było ładne: kwietniczki, rabatki, skalniaczek z wypływającym z niego strumykiem, który znikał w niewysokich szuwarach, karłowate drzewka. Wszystko jakby zminiaturyzowane. Tylko dom i szopa w miarę normalnych rozmiarów. I nieduży, ciemnozielony samochód ukryty wśród drzew z prawej strony drewnianej bramy. Bo tu wszystko było z drewna albo z wikliny. Skromnie, ale uroczo, pomyślała Jola, wciąż się rozglądając.

– Na pewno jest pani trochę zdziwiona. – Gospodyni postawiła na stoliku kubki z parującym, aromatycznym naparem. – Cukru nie mam – zastrzegła. – Każdy, kto tu przyjeżdża, jest zdziwiony, bo z daleka wygląda to na zarośnięte krzakami zaniedbane siedlisko. Ale tak ma być, żeby nieproszonych gości nie kusiło. Duchów ani zwierząt się nie boję, ale złych ludzi owszem. Dlatego mam tu trochę zabezpieczeń.

– Pani tu mieszka cały rok? – zdziwiła się Jola. Przecież zimą, kiedy śniegu nasypie, na pewno nie ma tu dojazdu.

– Nie, mam mieszkanie w Chełmie. Tu jestem od wczesnej wiosny do późnej jesieni. Zimą tylko czasem zaglądam, żeby przepalić w kominku. Zazwyczaj znajomi ze mną przyjeżdżają. Przejęłam to siedlisko po rodzicach. Mama zajmowała się zielarstwem, tak jak wcześniej babka i prababka. – Wrotkowska podniosła kubek i ostrożnie nieco z niego upiła. – Skończyłam historię, przez lata byłam nauczycielką, ale po przejściu na emeryturę postanowiłam tu wrócić. Zawsze interesowało mnie ziołolecznictwo.

– I trudno się dziwić. Wychowana w takiej rodzinie. – Jola znów się rozejrzała. – Myślałam, że u zielarki wszędzie będą wisiały pęczki ziół, jak w filmach pokazują. Całe zewnętrzne ściany obwieszone.

– Zioła nie mogą się suszyć na słońcu. Wiszą w szopie. Tam jest cień, a jednocześnie przewiewnie. A właściwie w czym mogłabym pani pomóc?

– Chyba mam nerwicę – przyznała się Jola, sięgając po kubek, ale zaraz cofnęła rękę, bo zaczęła jej lekko drżeć. – O, nawet teraz się denerwuję, jak tylko o tym pomyślę.

– Spokojnie – powiedziała pani Flora. – Zacznijmy od przyczyn, bo wszystko ma jakąś przyczynę.

Jolanta opowiedziała Wrotyczce o swoich życiowych problemach. W szczegóły się nie zagłębiała, ale i tak było tego sporo. Pani Flora słuchała, nie przerywając, a Jola w trakcie opowieści zdążyła wyzbierać w nerwowym odruchu wszystkie zbrązowiałe już kwiaty lipy, które spadły na stolik.

– Widzę, że wciąż bardzo przeżywa pani przeszłość – zauważyła Wrotkowska. – Proszę nie oglądać się za siebie i nie przejmować tym, na co już nie ma pani wpływu. Przeszłości nie da się zmienić. Rzeczywiście zbyt długo tkwiła pani w tym chorym związku, co bardzo odbiło się na pani zdrowiu, ale proszę się już tym nie zadręczać. Teraz trzeba się wyciszyć – powiedziała spokojnie. – Słyszała pani o medycynie holistycznej?

– Tak – potwierdziła Jola. – To spojrzenie na organizm jako całość. Takie kompleksowe leczenie.

– Właśnie. Nie można leczyć jednego organu, nie biorąc pod uwagę innych, które mogą mieć wpływ na występowanie choroby. Na przykład coś się pojawia na skórze, ale czasem przyczyna tkwi w środku, więc smarowanie maścią nic nie da, trzeba sięgnąć głębiej. A przyczyny często tkwią właśnie w psychice. Nerwice powodują ogólne rozstrojenie organizmu, osłabienie odporności, a przez to wiele chorób. Wspomniała pani o łuszczycy. Prawdopodobnie wywołał ją długotrwały stres. I od tego trzeba zacząć. Proszę jednak pamiętać, że ja nie zastępuję lekarzy. Mogę tylko wspomóc, ale od leczenia jest służba zdrowia.

 

– Ale może by mi pani poleciła coś ziołowego, bo czasem do rana zasnąć nie mogę, jak się czymś przejmę. To bardzo męczące.

– Oczywiście. Mam różne ziółka na pani problemy. Dostanie je pani w oddzielnych torebkach; nie mieszam ziół, bo jedne należy chwilę pogotować, a inne tylko zaparzyć. Taki na przykład kozłek lekarski, czyli waleriana, po pierwsze nie na każdego działa, a po drugie nie wolno go zbyt długo stosować, ponieważ może wywołać odwrotny skutek. A gdy się pije dziurawiec, który jest naturalnym antydepresantem, nie można przebywać na słońcu, więc lepiej go stosować jesienią i zimą. No i z wieloma lekami nie wolno go łączyć. Dlatego na każdej torebce będzie pani miała dokładne informacje. Można też poczytać w internecie. Bo zioła mogą również zaszkodzić. Te, które pani dam, na pewno wyciszą i poprawią nastrój. Jeśli kawa, to nie więcej niż jedna filiżanka dziennie, i to niezbyt mocna. Czarną herbatę odstawić. Te używki pobudzają, więc przy nerwicy niewskazane.

– A kakao? – Jolę bardzo zainteresowało to, o czym mówiła gospodyni.

– Jak najbardziej. Kakao zawiera magnez, ale też podnosi poziom serotoniny, czyli hormonu szczęścia. Dlatego, gdy ludzie mają zły nastrój, chętnie sięgają po czekoladę. Ja też polecam, ale tylko gorzką. – Wrotyczka się podniosła. – Zaraz wracam.

Weszła do domu. Po chwili wróciła z kilkoma pękatymi papierowymi torebkami. Postawiła je na stoliku, a obok nich położyła paragon.

– Tak tanio? – zdziwiła się Jola.

– Pewnie trochę głupio wygląda zielarka z kasą fiskalną – zaśmiała się Wrotkowska, siadając. – Jakie czasy, taka zielarka. Zajmuję się ziołami dla przyjemności. To moja pasja. Ale muszę pokryć koszty tych torebek, drukowania naklejek czy utrzymania siedliska, no i podatek zapłacić. A emeryturę mam niewielką. Dlatego jakieś pieniądze biorę, ale na zysk się nie nastawiam.

Jolanta zauważyła, że pani Flora często się uśmiecha. Wówczas wokół jej oczu tworzyła się gęsta siateczka zmarszczek. Mimo tego twarz miała ładną, pogodną i budzącą zaufanie.

– I myśli pani, że po tym wszystkim lepiej się poczuję?

– Gwarantuję. I nie będzie skutków ubocznych. Ale jeżeli to nie pomoże, trzeba będzie sięgnąć po farmaceutyki, choć myślę, że w pani przypadku nie będzie to konieczne. Jest pani inteligentną osobą i na pewno rozumie, że trzeba też zmienić sposób patrzenia na życie. Proszę nie poczuć się urażoną – podniosła otwarte dłonie w geście szczerości – ale nie obarczałabym winą za pani nieudane życie małżeńskie jedynie męża i teściów. Niestety pani też jest winna, pozwalała pani na panoszenie się zła. Jest takie powiedzenie: na pochyłe drzewo wszystkie kozy skaczą. Człowiek nie może być tylko dobry; musi być przede wszystkim mądry, bo to z mądrością związana jest wiedza o tym, co jest dobre, a co złe. Bo zło trzeba eliminować, pani Jolu. Eliminować – przesylabizowała. – A do tego potrzebne są też zdecydowanie i odwaga. Samą dobrocią nie zbawimy świata.

– Więc co mogłam zrobić? – Jola była trochę zaskoczona, ale też zdenerwowana słowami Wrotyczki. Ona winna? Przecież starała się sumiennie wykonywać swoje obowiązki. A jak miała wyeliminować zło? Wyrzucić teściów z ich własnego domu?

– Przede wszystkim spokojnie, ale zdecydowanie mówić co, pani zdaniem, miało zły wpływ na wasze małżeństwo oraz na zdrowie fizyczne i psychiczne waszych dzieci. Jeżeli to by nie dotarło ani do pani męża, ani do teściów, postawić mu warunek: albo wyprowadzamy się stąd razem, albo odchodzę sama i zabieram dzieci. Trzeba było się stamtąd wyrwać.

– Wyrwać się? Przecież on by mi dzieci odebrał! – Jola aż głos podniosła. – Gdybym nie zapewniła im odpowiednich warunków do życia – a nie zapewniłabym, bo z pensji kasjerki w supermarkecie ledwie na komorne i czynsz by starczyło, no i może na chleb z margaryną – to zaraz opiekę społeczną bym miała na karku. Ale nie po to, żeby mi udzielić pomocy, tylko żeby dzieci odebrać. Jak się kiedyś z nerwów rozpłakałam, powiedział: „Uspokój się, bo dzieci ci się zabierze, a ciebie zamknie w psychiatryku”.

Sięgnęła drżącą ręką po kubek, ale musiała sobie pomóc drugą, żeby nie wylać naparu.

– Spokojnie, to już było. Teraz musi pani budować przyszłość i na tym trzeba się skupić. Jeszcze raz powtarzam: nie denerwować się tym, na co nie ma pani wpływu. – Wrotkowska powiedziała to powoli i bardzo dobitnie. – Córka jest nad morzem, to oczywiste, że boi się pani, żeby nic jej się nie stało, ale ryzyko jest wpisane w nasze życie, a pani zdenerwowanie nie uchroni jej przed niebezpieczeństwem. Jaka jest więc korzyść z tego pani niepokoju?

– Żadna – zgodziła się Jola. – A nawet strata, bo pogłębiam swoją nerwicę.

– No właśnie! A córka potrzebuje zdrowej matki. Widzę, że wie pani, o co chodzi.

– Nie będę już przeszkadzała. – Jolanta się podniosła. – I bardzo dziękuję za zioła. No i za rady – uśmiechnęła się, chociaż nie do końca się zgadzała z tym, co Wrotkowska powiedziała o jej winie.

– Nie przeszkadza pani, ale szkoda tu siedzieć, skoro można się poopalać i popływać. Proszę dobrze wykorzystać urlop. – Wrotyczka też wstała z fotela. Podeszły do furtki, przy której Jola zostawiła rower.

– Powodzenia – powiedziała gospodyni. – A za jakiś czas proszę mnie odwiedzić. I miłego pobytu nad naszym jeziorem. Mam nadzieję, że spotka tu pani kogoś miłego. Bo miłość, pani Jolu, to cudowny lek, pod warunkiem, że jego działania nie zakłóci przesadny strach o ukochane osoby. I przytulać się trzeba, każdy tego potrzebuje. Przynajmniej do psa albo kota, ale ja doradzałabym jakiegoś sympatycznego pana. – Znów się uśmiechnęła, a wokół jej oczu powstała gęsta siateczka. – I do zobaczenia.

– Do widzenia! – zawołała Jolanta, odjeżdżając.

Może i ma rację – myślała, wracając do ośrodka. Zosia też jej to radziła. Ale jak miała znaleźć człowieka, którego będzie w stanie pokochać, który odwzajemni jej uczucia, i jej nie oszuka? Przecież do tanga trzeba dwojga. Nie, to się nie uda. Nie w jej wieku i nie po takich przeżyciach. Chyba już się zestarzeję w samotności – westchnęła. A do przytulania rzeczywiście trzeba się będzie rozejrzeć za jakimś psem albo kotem.

Inne książki tego autora