Jutro przypłynie królowaTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Wszel­kie po­wie­la­nie lub wy­ko­rzy­sta­nie ni­niej­sze­go pli­ku elek­tro­nicz­ne­go inne niż jed­no­ra­zo­we po­bra­nie w za­kre­sie wła­sne­go użyt­ku sta­no­wi na­ru­sze­nie praw au­tor­skich i pod­le­ga od­po­wie­dzial­no­ści cy­wil­nej oraz kar­nej.

Pro­jekt okład­ki AGNIESZ­KA PA­SIER­SKA / PRA­COW­NIA PA­PIE­RÓW­KA

Fo­to­gra­fia na okład­ce © AFTER CHAR­LES BEN­TLEY / THE BRID­GE­MAN ART LI­BRA­RY / GET­TY IMA­GES

Fo­to­gra­fie we­wnątrz tomu © by MA­CIEJ WA­SIE­LEW­SKI

Co­py­ri­ght © by MA­CIEJ WA­SIE­LEW­SKI, 2013

Re­dak­cja ŁU­KASZ NAJ­DER i TO­MASZ ZA­JĄC

Ko­rek­ty MAG­DA­LE­NA KĘ­DZIER­SKA-ZA­PO­ROW­SKA / D2D.PL, ALI­CJA LI­STWAN / D2D.PL

Re­dak­cja tech­nicz­na i skład RO­BERT OLEŚ / D2D.PL

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: MAG­DA­LE­NA WOJ­TAS / VIR­TU­ALO SP. Z O.O.

ISBN 978-83-7536-620-4

Spis treści

  Wstęp

  I 1 2 3 4 5 6

  II 7 8 9 10 11 12

  III 13 14 15

  Posłowie

  Bibliografia

  Przypisy

Wiel­ka Bry­ta­nia po­sia­da czter­na­ście te­ry­to­riów za­mor­skich roz­sia­nych po świe­cie. Naj­od­le­glej­szym jest wy­spa Pit­ca­irn na Oce­anie Spo­koj­nym, pięt­na­ście ty­się­cy ki­lo­me­trów na po­łu­dnio­wy wschód od Lon­dy­nu.

Zo­sta­ła od­kry­ta w 1767 roku przez za­ło­gę kró­lew­skie­go stat­ku ­Swal­low, lecz przez ko­lej­ne dwa­dzie­ścia trzy lata po­zo­sta­wa­ła bez­lud­na.

W 1790 roku na wy­spę za­wi­nął bry­tyj­ski okręt Bo­un­ty z dzie­wię­cio­ma an­giel­ski­mi bun­tow­ni­ka­mi i osiem­na­ścior­giem poj­ma­nych Ta­hi­tań­czy­ków.

Obec­nie na Pit­ca­irn żyje sześć­dzie­siąt osób. Wy­bie­ra­ją wła­dze lo­kal­ne, któ­re dzia­ła­ją na pod­sta­wie od­ręb­nej kon­sty­tu­cji i an­giel­skiej Kar­ty praw. Miesz­kań­cy wy­spy mają oby­wa­tel­stwo Wiel­kiej Bry­ta­nii, mogą ko­rzy­stać z praw przy­słu­gu­ją­cych oby­wa­te­lom Unii Eu­ro­pej­skiej.

Sto­sun­ki z Wiel­ką Bry­ta­nią utrzy­mu­ją za po­śred­nic­twem Mi­ni­ster­stwa do spraw Za­gra­nicz­nych i Wspól­no­ty w Lon­dy­nie.

W książ­ce wy­stę­pu­ją po­sta­ci Wy­spiar­ki i Wy­spia­rza. Pod tymi fi­gu­ra­mi kry­ją się wszy­scy miesz­kań­cy Pit­ca­irn, któ­rzy od po­cząt­ku wie­dzie­li, kim je­stem, i któ­rzy zde­cy­do­wa­li się ze mną roz­ma­wiać. Per­so­na­lia tych osób zo­sta­ły ukry­te w oba­wie o bez­pie­czeń­stwo ich i bli­skich. Imio­na i na­zwi­ska po­zo­sta­łych wy­spia­rzy zo­sta­ły zmie­nio­ne.

– Po­trzą­sasz ga­łę­zią, man­da­ryn­ki spa­da­ją pa­ra­mi. Jest bło­go. Na we­ran­dzie sta­je oj­ciec, mówi, że ko­cha, i chce wy­ści­skać. Wszy­scy cię ko­cha­ją. Mat­ka gła­dzi po wło­sach, dziś tak mięk­kich, do­brze uło­żo­nych. Czu­jesz się zro­zu­mia­na i bez­piecz­na. Sio­stra w oknie – pro­si na śnia­da­nie. To bę­dzie pięk­ny dzień. W domu nie ma drzwi. Są na­ni­za­ne na sznur­ki ko­lo­ro­we pa­cior­ki: do­wód, że so­bie ufa­my. Lu­bisz ich grze­chot, za­po­wiedź od­wie­dzin. Te­raz wcho­dzi sta­ry At­kins, kiwa się jak wa­ha­dło. Wczo­raj po­pił, lecz jest nie­groź­ny. Sia­da do sto­łu, ob­da­rza czu­łym uśmie­chem. Na pa­tel­ni skwier­czą plac­ki, two­je ulu­bio­ne, ba­na­no­we. Jest sy­rop klo­no­wy, a ty masz ape­tyt. Bo dziś bę­dzie na­praw­dę pięk­ny dzień. Za chwi­lę wyj­dziesz do lu­dzi. Ich oczy sta­ną się na­gle bli­skie i czy­tel­ne. Bę­dzie­cie roz­ma­wiać, a roz­mo­wy będą bła­he, przy­jem­ne, bez cię­ża­ru. Cze­ka cię zu­peł­nie nowy dzień. Za­po­mnisz. Umysł bę­dziesz mia­ła by­stry, my­śli spo­koj­ne. Po­zwo­lisz so­bie na roz­kosz­ne le­ni­stwo. Może na­wet pój­dziesz w tam­to miej­sce, do­koń­czysz bu­kiet. Nie prze­stra­szy cię war­kot mo­to­ru. Mu­sisz wie­rzyć, że dziś bę­dzie pięk­ny dzień. Już czas: na ży­cie, na nowy po­czą­tek. Być może zda­rzy się in­a­czej, ale ju­tro znów m u s z ę po­wta­rzać, że oj­ciec m n i e ko­cha, a mat­ka gła­dzi po wło­sach. Że lu­bię grze­chot pa­cior­ków.

* * *

Tam­te­go dnia po­szła na łąkę. Zry­wa­ła kwia­ty, ukła­da­ła bu­kie­ty. Dwa zdą­ży­ła. Trze­cie­go nie. Pod­je­chał na mo­to­rze. Trze­ci upu­ści­ła.

To było dwa­dzie­ścia lat temu, przed pierw­szą men­stru­acją. Kil­ka lat póź­niej ucie­kła z wy­spy. Do wa­liz­ki spa­ko­wa­ła fo­to­gra­fię ślub­ną ro­dzi­ców.

Na po­trze­by książ­ki wy­my­śli­ła imię Ve­ro­ni­ka. Ona jed­na zde­cy­do­wa­ła się ze mną roz­ma­wiać. Wspól­nie usta­li­li­śmy, że tymi zda­nia­mi jej nie zdra­dzę. Wszyst­kie zbie­ra­ły kwia­ty i bały się war­ko­tu mo­to­rów.

I

Tyl­ko z wza­jem­ne­go uza­leż­nie­nia, z łą­czą­cych lu­dzi po­trzeb wza­jem­nych po­wsta­ją wśród nich wię­zy pod­dań­stwa, że nie­po­do­bień­stwem jest za­tem ujarz­mić czło­wie­ka, nim się nie spra­wi, że się bez dru­gie­go nie zdo­ła obejść. Na to jed­nak nie ma miej­sca w sta­nie na­tu­ry, tak że wszy­scy są w nim wol­ni od jarz­ma, a pra­wo sil­niej­sze­go za­wo­dzi.

Jan Ja­kub Ro­us­se­au, przeł. Hen­ryk El­zen­berg


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

W sza­ra­wym świ­cie le­d­wo do­strze­gal­na, złud­na, tak że nie spo­sób oce­nić, ja­kie ma kształ­ty. Tyl­ko krzyk, któ­ry od­bi­ja się od ścian i wra­ca echem, na­ka­zu­je my­śleć, że nie bę­dzie ła­twe­go po­dej­ścia. Żad­nej pla­ży, doku, piasz­czy­stej ła­wi­cy. Tyl­ko para, wszę­dzie para, któ­rej nie zdą­ży­ło jesz­cze we­ssać słoń­ce. Sól draż­ni oczy, wil­got­ne po­wie­trze wgry­za się w płu­ca. Sil­nik zgasł, sta­tek za­ko­twi­czył w bez­piecz­nej od­le­gło­ści. Tam da­lej są gła­zy, szpi­cza­ste, wy­ska­ku­ją spod fali. Gła­zy jak miny.

Cze­ka­my na po­ra­nek, na tych kil­ka roz­bły­sków, któ­re za­bar­wią wid­no­krąg, któ­re roz­świe­tlą te zdra­dli­we dwie­ście me­trów dzie­lą­cych nasz sta­tek od wy­spy. Przy­pły­nie łódź, ko­bie­ta i dwu­na­stu męż­czyzn.

Ona bę­dzie py­tać, spraw­dzać pasz­por­ty, usta­lać, kto ma wstęp na ląd.

Oni są po to, że­byś przy­pad­kiem nie ze­chciał dys­ku­to­wać.

Ale naj­pierw py­ta­nia, grad py­tań, py­ta­nia się po­wta­rza­ją: kim je­steś, co wiesz o Pit­ca­irn, jaki jest cel two­jej po­dró­ży. No bo prze­cież żeby po­ko­nać te szes­na­ście ty­się­cy ki­lo­me­trów, trze­ba mieć ja­kiś cel. I je­śli nie je­steś dzien­ni­ka­rzem albo re­por­te­rem, to masz pra­wo wsko­czyć na łódź, i pły­nie­cie w stro­nę brze­gu. Po­więk­sza się pole wi­dze­nia, z mgły wy­bi­ja się kon­tur, wresz­cie wi­dać pro­fil wy­so­kiej na dzie­sięć pię­ter tur­ni.

Nie­ła­two się tu do­stać. Sta­tek za­wi­ja w po­bli­że wy­spy sześć razy do roku, cza­sem przy­pły­nie jacht. Nic wię­cej. Ża­den sa­mo­lot nie wy­lą­du­je na Pit­ca­irn, ża­den he­li­kop­ter nie do­le­ci. Pit­ca­ir­neń­czy­cy wie­rzą w do­sko­na­łą ko­mu­nę, od­gra­dza­ją się od świa­ta, nie zbu­do­wa­li por­tu.

 

Lu­dzie mo­rza mó­wią: „sa­mot­ny ka­mień Oce­anu Spo­koj­ne­go”, „wy­spa-twier­dza” – czte­ry ki­lo­me­try kwa­dra­to­we na środ­ku Pa­cy­fi­ku. Do naj­bliż­sze­go lądu dwie doby że­glu­gi.

Ta nie­do­stęp­ność dzia­ła­ła na wy­obraź­nię hi­pi­sów. Ci, któ­rym uda­ło się tu do­trzeć, opo­wia­da­li o zwie­rzę­tach, któ­rych nie pło­szy­ła obec­ność lu­dzi, i sa­dach man­da­ryn­ko­wych owo­cu­ją­cych dwa razy do roku. Ale z ja­kichś po­wo­dów szyb­ko opusz­cza­li Pit­ca­irn.

Pierw­szy raz usły­sza­łem o tej wy­spie w 2004 roku. W in­ter­ne­cie na­tra­fi­łem na fo­to­gra­fie przed­sta­wia­ją­ce wszyst­kich jej miesz­kań­ców. Było ich czter­dzie­ścio­ro ośmio­ro. Dwa lata póź­niej zdję­cia znik­nę­ły. Żad­ne­go śla­du, żad­nej twa­rzy.

Za­pa­mię­ta­łem te zda­nia:

„Pit­ca­irn jest miej­scem na­tu­ral­nej se­lek­cji. Żyją tam lu­dzie nie­złom­ni, go­to­wi po­świę­cić ży­cie dla wspól­no­ty”.

Ka­pi­tan Adam Jas­ser do­wie­dział się, że stat­ki to­wa­ro­we pły­wa­ją­ce z No­wej Ze­lan­dii do Pa­na­my za­ha­cza­ją o wy­spę. Po­le­cia­łem do Auc­kland. Co­dzien­nie cho­dzi­łem do por­tu, wy­pa­try­wa­łem ła­dun­ków. Pod wie­czór za­glą­da­łem do Domu Że­gla­rza w na­dziei, że spo­tkam ko­goś, kto weź­mie kurs na Pit­ca­irn.

Stat­ki zmie­ni­ły szlak.

Ostat­nią szan­są był pry­wat­ny frach­to­wiec Clay­mo­re II. Od­pły­wał sześć razy do roku z Man­ga­re­vy, jed­nej z tych tu­ry­stycz­nych wy­se­pek Po­li­ne­zji Fran­cu­skiej. O tym, kto mógł się do­stać na po­kład, de­cy­do­wa­li Pit­ca­ir­neń­czy­cy.

Para z Nie­miec, Ni­co­la i Hen­drik, do­tar­li na wy­spę, ale szyb­ko ucie­kli – nie do­wie­dzia­łem się dla­cze­go. Au­stra­lij­czy­cy Mol­lie i Alan po­sta­no­wi­li osiąść tam na sta­łe. Przez rok cze­ka­li na drew­no do bu­do­wy domu. Sta­tek z de­ska­mi pod­pły­wał wie­le razy, jed­nak za­wsze pod­czas sztor­mu, więc nie spo­sób było do­ko­nać roz­ła­dun­ku. W koń­cu zre­zy­gno­wa­li. Na wy­spę do­tarł jesz­cze so­cjo­log z No­wej Ze­lan­dii, nie chciał ujaw­nić na­zwi­ska. Na­pi­sał książ­kę o Pit­ca­ir­neń­czy­kach, ale nig­dy nie zo­sta­ła wy­da­na. Po­dob­no Ko­ściół Ad­wen­ty­stów Dnia Siód­me­go gro­ził mu eks­ko­mu­ni­ką.

Komu za­le­ża­ło, by wstrzy­mać druk? Wy­spia­rzom? Czy mają aż taką wła­dzę? Ko­ścio­ło­wi? Dla­cze­go? A może Bry­tyj­czy­kom – wy­spa jest te­ry­to­rium za­mor­skim Kró­le­stwa. Wszy­scy, jak­by umó­wie­ni, pie­lę­gno­wa­li ci­szę.

W 2002 roku Pit­ca­ir­neń­czy­cy de­por­to­wa­li an­giel­skie­go dzien­ni­ka­rza: przy­pły­nął wy­na­ję­tym jach­tem, na­wet nie zszedł na ląd. Kil­ka lat póź­niej ode­sła­li fran­cu­skie­go au­to­ra ksią­żek po­dróż­ni­czych.

Pew­na re­por­ter­ka usły­sza­ła: „Po­wie­si­my cię, je­śli o nas źle na­pi­szesz”.

Po­tem stra­szy­li ko­re­spon­dent­kę au­stra­lij­skie­go „The In­de­pen­dent”. Na fo­rum in­ter­ne­to­wym zrze­sza­ją­cym przy­ja­ciół Pit­ca­irn za­miesz­czo­no post: „Ka­thy Marks po­win­na być za­strze­lo­na”.

Na­pi­sa­łem do kon­su­la­tu Pit­ca­irn w Auc­kland, że in­te­re­su­ję się an­tro­po­lo­gią, ba­dam sagi że­glar­skie. Py­ta­nia i po­dej­rze­nia – czło­wiek kaja się bar­dziej niż w am­ba­sa­dzie Sta­nów Zjed­no­czo­nych. W koń­cu urzęd­nicz­ka wy­sła­ła pa­pie­ry na Pit­ca­irn. Po dwóch ty­go­dniach do­sta­łem po­zwo­le­nie na przy­jazd.

* * *

Sta­tek eks­pe­dy­cyj­ny Clay­mo­re II sta­nął dzio­bem do wy­brze­ża. Dłu­gi na czter­dzie­ści osiem me­trów, sze­ro­ki na dzie­sięć, osią­ga pręd­kość do dzie­wię­ciu wę­złów na go­dzi­nę. W prze­szło­ści opły­wał Ark­ty­kę, te­raz prze­rzu­ca to­wa­ry z Oce­anii do Ame­ry­ki Po­łu­dnio­wej. Ka­ju­ty cuch­ną ostry­ga­mi i ropą. Przez osiem mie­się­cy w roku są do­mem ośmiu ma­ry­na­rzy, któ­rzy te­raz, po sze­ściu ty­go­dniach że­glu­gi, scho­dzą na ląd w Man­ga­re­vie.

W por­cie od razu robi się gwar­no. Mło­de Po­li­ne­zyj­ki wy­pa­tru­ją męż­czyzn, wa­bią ich gło­śnym sa­pa­niem, cia­sno opię­ty­mi sta­ni­ka­mi. Ru­mie­niec wsty­du, wbi­ja­ją­ce się w skó­rę ra­miącz­ka, opa­ry per­fum – to wszyst­ko ro­dzi pra­gnie­nie, by ro­ze­brać ko­bie­ty do naga, przy­ci­snąć do po­dusz­ki. Jest dusz­ny, pie­ką­cy dzień.

* * *

Pró­bu­ję ob­jąć spoj­rze­niem wid­no­krąg: ilu­zja, oce­an zle­wa się z nie­bem. Po dwóch go­dzi­nach że­glu­gi od Man­ga­re­vy je­ste­śmy sa­mot­ni na szla­ku. Od­tąd ża­den sta­tek nie prze­tnie nam dro­gi, a każ­da mewa bę­dzie jak za­błą­ka­na wa­riat­ka.

– Co za dia­beł pro­wa­dzi cię na Pit­ca­irn? – prze­ry­wa mil­cze­nie Rob, pierw­szy ka­pi­tan. Pa­li­my pa­pie­ro­sy na ru­fie. Rob nie cze­ka na od­po­wiedź: – Dwa razy zsze­dłem tam na ląd. Mó­wię ci, ta wy­spa jest prze­klę­ta. Lu­dzi łą­czy tyl­ko współ­od­po­wie­dzial­ność za zbrod­nię.

– Mó­wisz o Bo­un­ty? – py­tam, ale nie od­po­wia­da.

Przy­słu­chu­je nam się Budd, me­cha­nik po­kła­do­wy.

– Al­ko­hol prze­żarł ci mózg, praw­da, Rob? – Męż­czyź­ni ści­na­ją się wzro­kiem i każ­dy od­cho­dzi w swo­ją stro­nę.

Clay­mo­re II le­d­wo ko­ły­sze się na dłu­gich fa­lach, ła­god­ny wie­trzyk wzdy­ma szor­ty schną­ce na lin­ce. Przez ko­lej­nych pięć go­dzin nie wy­da­rzy się nic, żad­nej ska­ły, żad­ne­go skrzy­dla­te­go po­my­leń­ca. Co ja­kiś czas prze­mknie tyl­ko sta­tek wid­mo.

– Duch Wil­ly’ego Har­ta przy­po­mi­na o so­bie. Pły­nął na Pit­ca­irn, roz­trza­skał się o rafę. Jego cia­ło nig­dy nie wy­pły­nę­ło – wy­ja­śnia Budd. – Wie­le stat­ków po­szło na dno Pa­cy­fi­ku. Nie­je­den roz­bił się u wy­brze­ży Pit­ca­irn. Że­gla­rze po­ko­ny­wa­li bez­kre­sne wody, by umrzeć sto me­trów od brze­gu. Mó­wi­li na wy­spę Port Na­dziei.

Zbli­ża się wie­czór, kie­dy Ric­ky, dru­gi ka­pi­tan, przy­wo­łu­je mnie do ste­row­ni i wska­zu­je pal­cem na lewą stro­nę:

– Patrz, wie­lo­ry­by!

Nic nie wi­dzę, o szy­bę roz­bry­zgu­ją się fale. Wy­bie­gam na ze­wnątrz i też nic. Ric­ky jest mną wy­raź­nie za­in­te­re­so­wa­ny, wy­py­tu­je:

– Rob nie osza­lał. Po co ci ta wy­spa? Czy na­praw­dę je­steś an­tro­po­lo­giem?

Noc przej­rzy­sta – jak moż­na się było spo­dzie­wać po tak po­god­nym dniu. Gwiaz­dy wy­raź­ne, za­wie­szo­ne ni­sko, czu­ła chwi­la. Się­gam po ko­lej­ne szklan­ki rumu jak po wodę. Nie za­snę. My­ślę o Ve­ro­ni­ce, o na­szym pierw­szym spo­tka­niu w No­wej Ze­lan­dii.

* * *

Mówi:

– Spójrz, jaka su­per­spód­ni­ca. Moż­na re­gu­lo­wać w pa­sie. Od­kąd pa­mię­tam, ska­cze mi waga, bo czło­wiek z nie­szczę­ścia naj­pierw tyje, a po­tem chud­nie.

– Ład­na – przy­zna­ję.

– Ale czy się nada? Py­tam, bo nie mam do­świad­cze­nia. Na co dzień ubie­ram się wy­zy­wa­ją­co: mi­niów­ka i de­kolt na wierz­chu. Albo na chło­pa­ka: sze­ro­kie spodnie, blu­za XL, choć zmie­ści­ła­bym się w emkę.

– Jest ide­al­na na tę oka­zję.

– Nie wiem, nie je­stem prze­ko­na­na. Wy­glą­dam w niej jak dziew­czy­na z ko­ścio­ła. Nie po­tra­fię zde­cy­do­wać. Zde­cy­duj za mnie.

– Bie­rze­my ją.

– Przed spo­tka­niem z tobą też prze­wró­ci­łam wszyst­ko, już mia­łam nie wyjść. Za­wsze po­trze­bu­ję ko­goś, kto mi po­wie, co mam ro­bić. Zo­bacz, po­ma­lo­wa­łam pa­znok­cie. Ład­nie?

– Na czer­wo­no, pa­su­je do ko­lo­ru szmin­ki.

– Nie po­tra­fię się ma­lo­wać. Bil­ly, mój eks, do­sta­wał fu­rii, kie­dy sie­dzia­łam przed lu­strem. Mó­wił: „To two­je pit­ca­ir­neń­skie roz­mem­ła­nie!”. A ja we wszyst­kim czu­łam się źle. Nie ża­łu­ję go. Był taki za­sad­ni­czy i sztyw­ny, jak­by po­łknął kij. Prze­pra­szam cię za tę go­dzi­nę spóź­nie­nia.

– Pan­to­fle, nie za­po­mnij o pan­to­flach.

– Sam wi­dzisz, pa­mię­ci też nie mam. Od dzie­ciń­stwa. Mu­szę wszyst­ko za­pi­sy­wać. Mój no­tes, gdzie jest no­tes? Patrz, na­wet to mu­sia­łam za­pi­sać. Ład­nie za­pi­sa­łam?

– Dziś jest twój wiel­ki dzień.

– Pew­nie nic z tego nie bę­dzie, wła­ści­wie mogę nie iść. Zo­ba­czą mnie i każą spa­dać na drze­wo.

– Dłu­go cze­ka­łaś.

– To rze­czy­wi­ście mili lu­dzie. Przez te­le­fon pani mia­ła cie­pły głos. Mó­wi­ła, że są ta­kie ślicz­ne i ufne. Może od­da­dzą mi jed­no?

– Weź pan­to­fle i chodź­my do kasy.

– Nie bę­dzie­my cze­kać w ko­lej­ce. Pój­dę w czymś in­nym. Wyjdź­my stąd! Po­rząd­ny bu­tik, a ko­lej­ka jak po dary. Nie­na­wi­dzę ko­le­jek, nie­na­wi­dzę, gdy ktoś stoi mi za ple­ca­mi. Wiesz co? Pój­dę, jak je­stem. Albo od­da­dzą to szcze­nię, albo nie.

* * *

Na Pit­ca­irn nie ma już psów. W la­tach sie­dem­dzie­sią­tych było ich jesz­cze szes­na­ście, wszyst­kie z jed­nej suki. Krył ją czar­ny mie­sza­niec, wo­ła­li go Su­per. Po­tem szcze­nia­ki ro­dzi­ły się mart­we albo cho­re: sztyw­ne koń­czy­ny, za­nik mię­śni, zde­for­mo­wa­ne krę­gi.

– Mała pula ge­nów – wy­ja­śnia ko­bie­ta od pasz­por­tów. Ma na imię Don­na, jest do­brze po pięć­dzie­siąt­ce. Kie­dyś była bur­mi­strzy­nią Pit­ca­irn, te­raz pra­cu­je w Służ­bie Cel­nej i jest po­li­cjant­ką. Ktoś po­wie­dział, że Don­na na­pra­wia błę­dy w pro­ce­sie na­tu­ral­nej se­lek­cji, że dzię­ki jej sta­ra­niom na wy­spie nie ma lu­dzi sła­bych i nie­przy­dat­nych.

Scho­dzi­my na ląd. W Przy­sta­ni cze­ka­ją na nas po­zo­sta­li Pit­ca­ir­neń­czy­cy. Przy­glą­da­ją się uważ­nie, nie­uf­nie. Py­tam w koń­cu, bo nie daje mi to spo­ko­ju, gdzie tra­fia­ją sła­bi i nie­przy­dat­ni. Mil­cze­nie.

Don­na tyl­ko po­ka­słu­je. Ma su­chy, mę­czą­cy ka­szel – ast­ma. Co rusz ude­rza pię­ścią w splot sło­necz­ny, jak­by chcia­ła ode­gnać cho­ro­bę. Na wy­spie po­dob­no nikt nie przy­zna­je się do cho­rób i lę­ków. Syn nie po­wie ojcu, że boi się sko­ków do wody. Mąż nie po­wie żo­nie, jak bar­dzo oba­wia się raka.

Za­pi­su­ję, cze­go do­wie­dzia­łem się w pierw­szych go­dzi­nach:

NA­SZE KO­BIE­TY PEŁ­NIĄ WAŻ­NE FUNK­CJE SPO­ŁECZ­NE. WSZYST­KIE MAJĄ PIW­NE OCZY.

MĘŻ­CZY­ZNA NIG­DY NIE UDE­RZYŁ DRU­GIE­GO MĘŻ­CZY­ZNY.

DZIE­CI OTA­CZA­NE SĄ TRO­SKĄ DO CZWAR­TE­GO ROKU ŻY­CIA. WTE­DY NAJ­BAR­DZIEJ KSZTAŁ­TU­JE SIĘ ICH CHA­RAK­TER. OD­TĄD GO­TO­WE SĄ SŁU­ŻYĆ WSPÓL­NO­CIE CAŁE ŻY­CIE.

* * *

Wspól­no­ta jest naj­waż­niej­sza. Czło­wiek ro­dzi się i umie­ra, a wspól­no­ta trwa – już dwie­ście dwa­dzie­ścia lat, od­kąd przy­pły­nę­li bun­tow­ni­cy. Don­na mówi, że bez wspól­no­ty czło­wiek zna­czy nie­wie­le. I że lu­dzie, któ­rzy my­śle­li in­a­czej, od­pły­nę­li.

Więk­szość Pit­ca­ir­neń­czy­ków mil­czy, gdy py­tam o ich ko­mu­nę. Kie­dy je­stem obok, w ogó­le ści­sza­ją głos, od­wra­ca­ją wzrok. Wy­chwy­tu­ję tyl­ko strzę­py roz­mów, po­je­dyn­cze zda­nia:

„Wspól­no­ta nie da­ru­je Edwar­do­wi”.

„Uwa­żać na ob­ce­go”.

„Carl już nig­dy nie bę­dzie jed­nym z nas”.

Dla­te­go trzy­mam się bli­sko Don­ny. Ona opo­wia­da mi o Pit­ca­irn:

– Zie­mię do­sta­jesz za dar­mo, a cała spo­łecz­ność po­ma­ga ci wy­bu­do­wać dom. Kie­dy pło­nął ogród At­kin­sa, ogień ga­si­li wszy­scy męż­czyź­ni. In­nym ra­zem fala ze­pchnę­ła Ze­ldę ze skar­py do oce­anu. Na ra­tu­nek rzu­ci­li się Buck, Bray­den, Gar­wo­od i ­Bo­ur­ne. Bez nich wy­spa by nie prze­trwa­ła. Rząd Wiel­kiej Bry­ta­nii opła­ca więk­szość ra­chun­ków i fi­nan­su­je ropę, któ­rą na­pę­dza­ny jest ge­ne­ra­tor prą­du. Każ­dy pra­cu­je za dwóch, obo­wiąz­ka­mi dzie­li­my się spra­wie­dli­wie. Ko­bie­ty pie­lę­gnu­ją ogro­dy, od­ma­lo­wu­ją bu­dyn­ki i oczysz­cza­ją dro­gi, któ­re bu­du­ją męż­czyź­ni. Na­sze bab­ki są na­uczo­ne dźwi­gać na ple­cach wor­ki ze słod­ki­mi ziem­nia­ka­mi. Czter­dzie­ści pięć kilo każ­dy. Drwa rą­bią sześć­dzie­się­cio­lat­ko­wie i nie­któ­rzy sie­dem­dzie­się­cio­lat­ko­wie. Pły­nie w nas krew bun­tow­ni­ków z Bo­un­ty. Pula ge­nów po­cho­dzi od dzie­wię­ciu an­giel­skich ma­ry­na­rzy i tu­zi­na ta­hi­tań­skich ko­biet. Z roz­my­słem do­bie­ra­my mę­żów i żony z ze­wnątrz. Nie każ­dy może żyć w na­szej ko­mu­nie. Kie­ru­je­my się kla­row­ny­mi za­sa­da­mi: du­cha har­tu­je­my przez pra­cę, cia­łu od­da­je­my sza­cu­nek. Nie uży­wa­my al­ko­ho­lu ani moc­nej kawy. Wy­zby­li­śmy się na­mięt­no­ści. Wier­ni na­sze­go Ko­ścio­ła chęt­nie pod­da­ją się pró­bom mo­ral­ne­go do­sko­na­le­nia, choć są tacy, któ­rzy twier­dzą, że ad­wen­tyzm jest wy­pad­kiem kul­tu­ry. Do nie­daw­na pa­stor dbał, by dia­beł nie mą­cił nam w gło­wach, i opi­nio­wał fil­my, któ­re spro­wa­dza­li­śmy na wy­spę. Od­by­wa­ły się dwie cen­zu­ry. Pierw­sza na stat­ku, dru­ga w kan­ce­la­rii pa­sto­ra. Sami re­gu­lar­nie or­ga­ni­zu­je­my spo­tka­nia dys­ku­syj­ne pod ha­słem „Jak ulep­szyć Pit­ca­irn”. Wy­da­rze­nia mi­nio­nych lat na­uczy­ły nas wy­ba­czać.

 

* * *

Nie­wie­le zna­ków za­po­wia­da Adam­stown, je­dy­ną osa­dę. Po­je­dyn­cze na­rzę­dzia po­roz­rzu­ca­ne na dro­dze, pusz­ki po kon­ser­wach, ku­beł do zbie­ra­nia żwi­ru. Idę stro­mą ścież­ką pod górę, na­zwa­li ją Wzgó­rzem Mo­zo­łu. Wszę­dzie za­ro­śla, pnie wy­dzie­ra­ją się z zie­mi. Po­ja­wia­ją się za­bu­do­wa­nia: warsz­ta­ty i ru­pie­ciar­nie. Dzie­cię­ce ro­we­ry, zde­for­mo­wa­ne koła. Za­rzu­co­ne ki­lo­fa­mi, gra­bia­mi, wi­dła­mi do gno­ju.

Pierw­szą re­ak­cją jest nie­do­wie­rza­nie, po­tem cie­ka­wość. Szmer w chasz­czach – już pchasz się w chasz­cze. Co się kry­je za ko­lej­nym za­krę­tem, w na­stęp­nym gra­to­wi­sku? Ta za­mra­żar­ka wy­pa­dła ze stat­ku. Ktoś ją wy­ło­wił i słu­ży­ła dwa­dzie­ścia dwa lata.

Te­raz po­dą­żam wy­ku­tą w ska­le dro­gą, z gę­stwi­ny drzew wy­ła­nia się za­czą­tek osa­dy. Świa­tła da­le­kich okien, smu­gi dymu z ko­mi­nów. Domy po­dłuż­ne, prze­waż­nie par­te­ro­we, jak ko­sza­ry. Bu­du­ją wy­so­ko, w oba­wie przed przy­pły­wem. Waż­niej­si sta­wia­ją domy bli­żej Dro­gi Głów­nej, po­zo­sta­li na ru­mo­wi­skach, do któ­rych pro­wa­dzą błot­ni­ste ścież­ki. Od­wzo­ro­wa­nie mapy z uwzględ­nie­niem wszyst­kich nazw geo­gra­ficz­nych za­ję­ło mi dzie­więć mi­nut.

Osa­da roz­cią­ga się w pół­okrąg, da­lej już dzi­ka prze­strzeń. Bu­dyn­ki skry­te w gę­stwi­nie drzew ko­ko­so­wych, pry­mi­tyw­ne, tra­wio­ne przez ter­mi­ty. Przy­po­mi­na­ją ra­czej bun­ga­lo­wy zbi­te na sło­wo ho­no­ru z de­ski pil­śnio­wej, z kru­che­go drew­na, po­kry­te ła­ta­ną bla­chą. W nie­któ­rych do­mach za­miast szyb po­wty­ka­ne pa­ty­ki i kli­ny. Fun­da­men­ta­mi są gła­zy wbi­te w zie­mię.

W maju jest jesz­cze zim­no, więc do­grze­wa­ją się świe­ca­mi. Wil­goć wkra­da się do środ­ka, ast­ma­ty­cy wy­plu­wa­ją płu­ca. W prze­szło­ści, kie­dy na Pit­ca­irn nie do­cie­ra­ły leki, du­si­li się na śmierć. Umie­ra­li dłu­gi­mi dnia­mi, gry­ząc ję­zy­ki i dra­piąc cia­ła. Te­raz wszę­dzie brud i ro­bac­two: chma­ry mo­ski­tów i ka­ra­lu­chy; szczur wpa­try­wał się w opo­nę qu­ada, a po­tem zo­sta­ła z nie­go mia­zga.

Don­na mówi, że po war­ko­cie sil­ni­ka moż­na roz­po­znać każ­de­go wy­spia­rza. Jej mąż Lu pro­wa­dzi ase­ku­ra­cyj­nie i za­wsze ustę­pu­je pierw­szeń­stwa. Wil­liam Ha­stings za­cho­wu­je po­zo­ry prze­pi­so­wej jaz­dy na Dro­dze Głów­nej, ale gdy nikt nie wi­dzi, lubi przy­ci­snąć i nie uwa­ża na za­krę­tach. Buck i Ha­rvey jeż­dżą jak sza­leń­cy, jak­by wszyst­kich mie­li za nic.

Na wy­spie jest pięć­dzie­siąt qu­adów i nie­wie­le po­nad czte­ry ki­lo­me­try dróg.

Głów­na nić, któ­ra pro­wa­dzi z Przy­sta­ni wy­so­ko pod górę do po­se­sji sta­re­go At­kin­sa, zo­sta­ła po­kry­ta be­to­no­wy­mi pły­ta­mi. Przez trzy lata ukła­da­li je wszy­scy zdol­ni do pra­cy. Na każ­dym frag­men­cie w pra­wym dol­nym rogu znaj­du­je się wy­żło­bio­na ostrym na­rzę­dziem sy­gna­tu­ra ko­lej­nych Pit­ca­ir­neń­czy­ków. Ostat­ni be­to­no­wy kloc, uło­żo­ny w sa­mym ser­cu wy­spy, pod­pi­sa­no: „Na pa­miąt­kę wspól­nej pra­cy”.

Od Dro­gi Głów­nej od­cho­dzi kil­ka­dzie­siąt gli­nia­stych od­nóg. Nie­któ­re pro­wa­dzą do do­mostw, inne wio­dą w śle­pe za­uł­ki. Kie­dy spad­nie deszcz, bę­dzie na­praw­dę śli­sko. O jed­nym z wy­spia­rzy mó­wi­li, że ma gar­ba­te szczę­ście. Zjeż­dżał po­chy­łą dro­gą do­bre dwa­dzie­ścia me­trów, aż zła­mał krę­go­słup.

Inny, Jim­my, scho­dził ze Wzgó­rza po Sznu­rze w Dół, kie­dy lu­nę­ło jak z ce­bra. Zła­pał za ka­mień, któ­ry wraz z nim ode­rwał się od ska­ły. Spa­dał pięć­dzie­siąt me­trów, a swój lot ku, wy­da­wa­ło­by się, pew­nej śmier­ci za­koń­czył na ko­ro­nie drze­wa. Od­na­le­zio­no go spa­ra­li­żo­wa­ne­go po dwóch go­dzi­nach.

Wal­ka o ży­cie Jim­my’ego do­pie­ro się roz­po­czy­na­ła. Na wys­pie wpraw­dzie urzę­do­wał (od nie­daw­na) dok­tor Hugh Ri­chards, ale do jego obo­wiąz­ków na­le­ża­ło po­da­wa­nie pe­ni­cy­li­ny i uzu­peł­nia­nie ubyt­ków w zę­bach. Naj­bliż­szy szpi­tal znaj­do­wał się w Pa­pe­ete, po­nad dwa ty­sią­ce ki­lo­me­trów stąd. Naj­bliż­sze lą­do­wi­sko – na Man­ga­re­vie – osiem­set ki­lo­me­trów od Pit­ca­irn. Rej­sy stat­ku eks­pe­dy­cyj­ne­go Clay­mo­re II od­by­wa­ją się rzad­ko, a wy­spia­rze nie po­sia­da­li ło­dzi, któ­ra mo­gła­by bez­piecz­nie prze­trans­por­to­wać Jim­my’ego do miej­sca, w któ­rym cze­ka­ła awio­net­ka. We­zwa­li więc okręt fran­cu­skiej ma­ry­nar­ki, któ­ry pa­tro­lo­wał wody te­ry­to­rial­ne Wysp Wiel­ka­noc­nych. Fran­cu­zi przy­pły­nę­li w nie­ca­łą dobę. Zu­ży­li dwa razy wię­cej pa­li­wa niż zwy­kle, ale w cią­gu na­stęp­nych dwu­dzie­stu czte­rech go­dzin do­star­czy­li chło­pa­ka do Man­ga­re­vy.

Jim­my spadł ze Wzgó­rza po Sznu­rze w Dół w 2009 roku. Po kil­ku mie­sią­cach za­czął po­ru­szać po­wie­ka­mi. Sam trans­port do szpi­ta­la w Pa­pe­ete kosz­to­wał ubez­pie­czy­cie­la sto sześć­dzie­siąt ty­się­cy do­la­rów ame­ry­kań­skich.

Pit­ca­ir­neń­czy­cy opo­wia­da­ją hi­sto­rię Jim­my’ego, kie­dy ktoś pyta ich, jak się żyje w od­osob­nie­niu.

* * *

Ve­ro­ni­ka tuli szcze­nię do pier­si.

– Zo­bacz, jaka ślicz­na, cał­ko­wi­cie za­leż­na ode mnie. Na­zwę ją Fifi.

– Ufa to­bie.

– Jest zbyt ła­two­wier­na. Je mi z ręki, a prze­cież mo­gła­bym jej po­dać tru­ci­znę.

– Dla­cze­go mia­ła­byś ją kar­mić tru­ci­zną?

– Prze­pra­szam, nie złość się. Je­stem taka głu­pia! Cza­sem mie­wam nie­sto­sow­ne my­śli, tra­cę kon­tro­lę. Mó­wię coś, a po­tem tego ża­łu­ję. W głę­bi ser­ca czu­ję co in­ne­go. Gdy­byś wie­dział, ile mnie kosz­tu­je by­cie nor­mal­ną…

– Je­steś nor­mal­na.

– Bra­łam leki. Ła­go­dzi­ły za­bu­rze­nia. Czte­ry lata. Psy­chia­tra stwier­dził dys­ty­mię, to po­łą­cze­nie de­pre­sji i lęku.

– Masz ślicz­ny uśmiech, kie­dy się ba­wisz z Fifi.

– Na­praw­dę?

– Nie­spo­ty­ka­ny.

– Bo ja je­stem Ve­ro­ni­ka. I kie­dy chcę, sta­ję się nie do pod­ro­bie­nia.

* * *

Ktoś po­sta­no­wił, że za­miesz­kam u Don­ny i jej męża Lu. Ich dom stoi na wzgó­rzu, z dala od Adam­stown, z dala od in­nych do­mów.

Po­ko­je jak po re­wi­zji – każ­dy za­ka­ma­rek za­wa­lo­ny gra­ta­mi: pu­ste sło­je, bu­tel­ki, ka­mie­nie, do­ku­men­ty, liny, na­rzę­dzia. Po sa­lo­nie krzą­ta­ją się kury, inne na po­dwó­rzu wy­dzio­bu­ją skór­ki po ba­na­nach.

– Ta jest naj­sil­niej­sza – po­ka­zu­je Lu. – Go­to­wa za­dzio­bać po­zo­sta­łe. Do kom­po­stu za­wsze pod­cho­dzi pierw­sza, odej­dzie, kie­dy się naje. Po­zo­sta­łe kury cze­ka­ją. Jak­by ujarz­mio­ne.

Lu przy­pły­nął na Pit­ca­irn trzy­na­ście lat temu, za Don­ną. Jest An­gli­kiem, miesz­kań­cy wy­spy na­zy­wa­ją go Prze­chrztą. Prze­chrzta to Obcy, któ­ry zwią­zał się z Pit­ca­ir­nen­ką.

– Kie­dy uma­wiał się na ży­cie z Don­ną, nie zda­wał so­bie spra­wy z trud­no­ści. Prze­chrzta jest co naj­wy­żej lo­ka­jem Pit­ca­ir­neń­czy­ków. Jak go do­pusz­czą do sto­łu, to może słu­chać, ale nie mó­wić – opo­wia­da Wy­spiarz i ner­wo­wo prze­bie­ra pal­ca­mi u rąk. – Lu jest te­raz jak go­ło­du­piec wże­nio­ny w lep­szą ro­dzi­nę. A prze­cież kie­dyś było in­a­czej: po­zna­li się z Don­ną w An­glii. Lu wszedł do skle­pu, w któ­rym pra­co­wa­ła, ich spoj­rze­nia się spo­tka­ły. Po śmier­ci pierw­sze­go męża Don­na była tyl­ko za­gu­bio­ną emi­grant­ką z wy­spy. Lu był za­rad­ny, opie­kuń­czy. Spodo­ba­li się so­bie. Wcze­śniej słu­żył w bry­tyj­skiej ma­ry­nar­ce. Kie­dy ro­dzi­ła się So­li­dar­ność, sta­cjo­no­wał z bry­tyj­sko­-ame­ry­kań­skim od­dzia­łem pod Ko­pen­ha­gą. Dwa­dzie­ścia pięć ty­się­cy ka­ra­bi­nów, cze­ka­li na roz­kaz wej­ścia do Pol­ski. Roz­ka­zu nie było, po mie­sią­cu góra ode­sła­ła go do kra­ju. Był jesz­cze w Afga­ni­sta­nie i Ku­wej­cie, ale ka­rie­ry w woj­sku nie zro­bił. Don­na po­wie­dzia­ła, że chce wró­cić na Pit­ca­irn i że tyl­ko z nim. Za­miesz­ka­ją na pró­bę, a jak nie wyj­dzie, wró­cą do An­glii. Lu miał kurs księ­go­we­go i do­świad­cze­nie w lo­gi­sty­ce. Po­my­śla­ła, że przy­da się wspól­no­cie. A on, ro­man­tycz­ny głu­piec, zgo­dził się. Bar­dzo ją ko­chał. Tak pięk­nie o niej mó­wił: „Słod­ka, uwo­dzi­ciel­ska zgu­ba”. Sprze­dał dom i sa­mo­chód. Pie­nią­dze się ro­ze­szły. Gdy­by wró­cił, mu­siał­by żyć na uli­cy.

* * *

W prze­wo­dach elek­trycz­nych za­czę­ło brzę­czeć. Czy­li siód­ma. Ge­ne­ra­tor do­star­cza prąd dwa razy dzien­nie: do trzy­na­stej i od sie­dem­na­stej do dwu­dzie­stej dru­giej. Tyl­ko wte­dy trzesz­czy ma­gne­to­fon.

Ge­ne­ra­tor dzia­ła na ropę. Wy­spia­rze zu­ży­wa­ją oko­ło dwu­dzie­stu ty­się­cy li­trów przez trzy mie­sią­ce. Rząd bry­tyj­ski pła­ci za nie czter­dzie­ści ty­się­cy do­la­rów no­wo­ze­landz­kich. Kie­dy ropa się koń­czy, Pit­ca­ir­neń­czy­cy dzwo­nią do Auc­kland.

– Trze­ba za­ma­wiać z wy­prze­dze­niem – tłu­ma­czy Lu.

Gdy bra­ku­je ropy, lu­dzie krad­ną z cu­dzych ka­ni­strów.

Te­le­fo­ny raz dzia­ła­ją, raz nie. To za­le­ży od po­go­dy i sztor­mów. Te­le­fon mar­ki Erics­son z 1912 roku jest już za­byt­kiem. Nie­wie­le tego po­zo­sta­ło na Pit­ca­irn. W la­tach sześć­dzie­sią­tych przy­pły­nął tu ku­piec mor­ski. Cho­dził po do­mach i sku­py­wał wszyst­ko, co mia­ło ja­kąś war­tość. Pit­ca­ir­neń­czy­kom pła­cił po dzie­sięć fun­tów, a w Lon­dy­nie sprze­da­wał po pięć­dzie­siąt. Don­na mówi, że Ob­cym nie moż­na ufać, że są za­gro­że­niem. I że Pit­ca­ir­neń­czy­ka nig­dy nie zła­pa­ła na kra­dzie­ży ropy.

Strza­ły wy­ła­do­wań elek­trycz­nych – znak, że zbie­ra się na deszcz. Na­dzie­ja – bez desz­czu za mie­siąc, za dwa bę­dzie su­cho w kra­nach i klo­ze­tach. Słoń­ce wy­pa­li plo­ny, nie bę­dzie co jeść. Lu­dzie nie mają tu na­tu­ral­nych re­zer­wu­arów wody. Opra­co­wa­li jed­nak sys­tem: z da­chów pro­wa­dzą rury, któ­re zbie­ra­ją deszcz do zbior­ni­ków. Każ­dy po czte­ry­sta pięć­dzie­siąt, a na­wet sie­dem­set li­trów. Wie­czo­rem moż­na brać prysz­nic w wo­dzie na­grza­nej słoń­cem.

– Mo­dlę się je­dy­nie o zdro­wie i deszcz. – Don­na wspo­mi­na ta­hi­tań­skich przod­ków, da­le­kich krew­nych, któ­rzy po­mar­li z od­wod­nie­nia, nie­rzad­ko na wor­kach peł­nych pe­reł.