NiżTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Seria prozatorska pod redakcją Piotra Mareckiego

I

Do usług

Do wyboru

Do talerzy

Do reszty

Do głodnego

Do zapełnienia

Do odrestaurowania

Do odbicia

Do krwawienia

Do dotykania

Do wyczucia

Do zniszczenia

Do odnowy

II

Do pracy

Do zostawienia

Do wybaczenia

Do twarzy

Do zobaczenia

Do poproszenia

Do obcego

Do zamówienia

Do nosa

Do końca

Do nikogo

Do znudzenia

Do podziękowania

III

Do dupy

Do smaku

Do tańca

Do bycia

Do pomocy

Do wymiany

Do wygrania

Do niczego

Do postawienia

Do zjedzenia

Do uratowania

Do skóry

Do wytrzymania

IV

Do czysta

Do umycia

Do ukrycia

Do uprzątnięcia

Do wzięcia

Do obu

Do poparzenia

Do przenoszenia

Do wychodzenia

Do wyjścia

Do wszystkiego

Do zabicia

Do zębów

V

Do wypłaty

Do obracania

Do innych

Do powiedzenia

Do ludzi

Do nich

Do dzieci

Do oswojenia

Do przechowania

Do zapamiętania

Do oceny

Do upadania

Do zewnątrz

Od autora

Maciej Topolski, Niż, Kraków 2020

Copyright © by the Author, 2020

Copyright © for this edition by Korporacja Ha!art, 2020

Redakcja serii Piotr Marecki

Redakcja Marta Syrwid

Projekt okładki Bolesław Chromry

Projekt typograficzny, skład i łamanie, korekta By Mouse | www.bymouse.pl

Wydanie I

ISBN 978-83-66571-12-9

Projekt zrealizowany przy wsparciu finansowym Nagrody Krakowa Miasta Literatury UNESCO, realizowanej przez Krakowskie Biuro Festiwalowe ze środków Gminy Miejskiej Kraków

Korporacja Ha!art

ul. Konarskiego 35/8, 30-049 Kraków

tel. 698 656 756

korporacja@ha.art.pl www.ha.art.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Seria prozatorska pod redakcją Piotra Mareckiego

• Jerzy Franczak, Trzy historye

• Sławomir Shuty, Bełkot

• Łukasz Orbitowski, Szeroki, głęboki, wymalować wszystko

• Piotr Cegiełka, Sandacz w bursztynie

• Sławomir Shuty, Cukier w normie

• Michał Palmowski, Przygody Hiszpana Dete

• Michał Witkowski, Lubiewo

• Marta Dzido, Małż

• Marian Pankowski, Rudolf

• Maciek Miller, Pozytywni

• Ewa Schilling, Głupiec

• Adam Wiedemann, Sceny łóżkowe

• Jan Dzban, Dentro

• Piotr Szulkin, Socjopatia

• Marian Pankowski, Bal wdów i wdowców

• Jerzy Nasierowski, Zbrodnia i...

• Piotr Czerski, Ojciec odchodzi

• Maciek Miller, Zakręt hipokampa

• Łukasz Orbitowski, Horror Show

• Joanna Pawluśkiewicz, Pani na domkach

• Joanna Wilengowska, Zęby

• Marta Dzido, Ślad po mamie

• Jan Krasnowolski, Klatka

• Marian Pankowski, Pątnicy z Macierzyzny

• Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Raz. Dwa. Trzy

• Michał Zygmunt, New Romantic

• Joanna Pawluśkiewicz, Telenowela

• Jerzy Franczak, Przymierzalnia

• Wojciech Bruszewski, Fotograf

• Krzysztof Niemczyk, Kurtyzana i pisklęta

• Sylwia Chutnik, Kieszonkowy atlas kobiet

• Juliusz Strachota, Cień pod blokiem

Mirona Białoszewskiego

• Natalia Rolleczek,

Drewniany różaniec

• Marian Pankowski, Niewola i dola Adama Poremby

• Maciek Miller, Cockring

• Dominika Ożarowska, Nie uderzy żaden piorun

• Ewa Schilling, Codzienność

• Marian Pankowski, Tratwa nas czeka

• Piotr Szulkin, Epikryza

 

• Jerzy Franczak, NN

• Sławomir Shuty, Jaszczur

• Darek Foks, Kebab Meister

• Tomasz Pułka, Vida Local

• Ziemowit Szczerek, Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian

• Wojciech Bruszewski, Big Dick. Fikcja dokumentalna

• Jan Krasnowolski, Afrykańska elektronika

• Daniel Kot, Kierunkowy 22

• Marian Pankowski, Nastka, śmiej się! Opowiadania

• Sławomir Shuty, Dziewięćdziesiąte

• Łukasz Orbitowski, Horror Show [wyd. II popr.]

• Joanna Dziwak, Gry losowe

• Søren Gauger, Nie to / nie tamto

• Maciej Bobula, Katarzyna Gondek, Adam Miklasz, Aleksander Przybylski, Michał Zantman, Bękarty Wołgi. Klechdy miejskie

• Ziemowit Szczerek, Siódemka

• Juliusz Strachota, Relaks amerykański

• Flash fiction. Antologia

• Dariusz Orszulewski, Zjednoczone Siły Królestwa Utopii

• Stanisław Czycz, Nie wierz nikomu.

Baza

• Konrad Janczura, Przemytnicy

• Maciej Piotr Prus, Przyducha

• Marta Dzido, Frajda

• Olga Hund, Psy ras drobnych

• Juliusz Strachota, Turysta polski w ZSRR

• Jakub Michalczenia, Gigusie

• Anna Mazurek, Dziwka

• Natalka Suszczyńska, Dropie

• Antonina Kardaś, Czernucha

• Aleksandra Wstecz, Kwiaty rozłączki

• Jarek Skurzyński, Zrolowany wrześniowy Vogue

• Zenon Sakson, Zaczarowany uber

• Sławomir Shuty, Historie o ludziach z wolnego wybiegu. Pasty i skity

• Maciej Topolski, Niż

I

„Zawód kelnera to zawód usługowy, polega na usługiwaniu gościom i obsługiwaniu gości, nie ma w tym nic poniżającego”

.

Do usług

Pusta restauracja to scenografia, w której każdy przedmiot – od żyrandoli przez stół po podłogę – czeka na ciebie. To wszystko dla ciebie zostało stworzone i czeka, jak pies, na twoje nadejście. Stajesz w drzwiach, rozglądasz się, czemu tak pusto. Przyszedłeś tu, bo czujesz głód. Twój głód, ich głód, nasz głód. Restauracja zaprasza uniżenie, do usług. Dzień dobry. On czeka na ciebie, on – kelner, waiter. Cały jest czekaniem, a teraz stoi już przy tobie, wita cię, znajduje dla ciebie miejsce, proszę tutaj, tak, kłania się, uśmiecha, gość w restauracji, bóg w restauracji. W pierwszej chwili krępuje cię jego uniżoność, która przypomina ci uniżoność przedmiotów, taki, na przykład, sztuciec. Na wyciągnięcie ręki – brany, kiedy potrzebny, odkładany, gdy zbędny. Teraz, za sprawą tego porównania, łatwiej ci traktować kelnera jak przedmiot, nie czujesz już skrępowania i możesz spokojnie używać kelnera. Użyj go, żeby coś zamówić. Nie krępuj się, przecież używasz ludzi codziennie. Kelner ci służy, jest pomocny. Ty potrzebujesz pomocy.

.

Do wyboru

Może to, może tamto. Masz kłopot: w boczku, w sosie, z jajkiem, z jabłkiem. Nie tylko w niedzielę, ale i w piątek. Co wybrać? Spokojnie. Kelner wskazuje ci pozycję na długiej liście, zgadzasz się, bo zjesz wszystko, dosłownie wszystko, co przed tobą postawi, a postawi to, co akurat ma za zadanie sprzedać. Tak oto kelner wcisnął ci przedwczorajsze polędwiczki, z boga zmieniłeś się w kosz na śmieci. Nie przejmujesz się, bo czemu miałbyś. Na tym świecie jedna rzecz przemienia się w drugą, to oczywiste. Zwierzę w jedzenie, człowiek w przedmiot, bóg w kosz na śmieci. Kelner układa przed tobą sztućce, równo, równiusieńko, do tego kieliszek, szklanka. Nie patrzysz na niego, patrzysz na jego dłonie, napięcie narasta. Ten odgórnie narzucony porządek, cisza, bliskość. Patrzysz, jak dłonie pracują przed tobą. Ile dni pracy potrzeba, żeby służyły tak właśnie? Żeby tak równo, równiusieńko układały sztućce, żeby wiedziały, jak pracować? Dłonie precyzyjne, dłonie chwytające, dłonie układające. Nagle zauważasz jego brudne, wygryzione paznokcie. Czego dotykały wcześniej te dłonie tak zakończone? Czego dotykały, zanim ułożyły dla ciebie sztućce na białym obrusie? Skąd przyszły i co ze sobą przyniosły? Kiedy kelner odchodzi, wyjmujesz chusteczkę i dokładnie wycierasz sztućce. Żeby nie było śladu, wątpliwości. Nastaje czystość. Napięcie się obniża.

.

Do talerzy

Nagle tłum. Muzyka, którą jeszcze przed chwilą słyszałeś, zmieszała się z fragmentami słów, dźwiękami sztućców. Teraz czekasz ty. Rozglądasz się i widzisz, jak uśmiech, którym przywitał cię kelner, pracuje dla kolejnych klientów. Może to właśnie skrępowało cię podczas przywitania, ta nadmiarowa uśmiechająca się do ciebie serdeczność. Serdeczność jest niezbędna. Zwłaszcza gdy gość jest wykłócającym się o grosze skurwielem. Ty skurwielem nie jesteś. Rozglądasz się dyskretnie. Chciałbyś zajrzeć innym do talerzy, popatrzeć, jak ktoś kroi mięso, wsuwa kąsek do ust i żuje. Albo jak się oblizuje. Przełyka. Nasycanie, wchłanianie, rytm. Nie powinieneś jednak wgapiać się komuś w jedzenie. Sam nie chciałbyś, żeby tamten o patrzył, gdy sos płynie ci po brodzie lub grudka ryżu spada na podłogę. Chcesz być sam, kiedy jesz. Tylko ty i twoje jedzenie. Ty i twój głód. Głód rozkoszny, bo nasycany, uciszany. Kto chciałby dzielić się swoją rozkoszą? Rozkosz jest najlepsza, gdy nie jest dzielona. Patrzeć na jedzącego to chcieć być na jego miejscu. Tak nie można. To onieśmielające. Spuszczasz wzrok, patrzysz na podłogę.

.

Do reszty

A na podłodze – obok butów, okruchów, nóg stołów – pies. Pies leży przed srebrną miską z wodą. Metr nad nim jego pan je na przystawkę tatar z królika (wiesz, bo podsłuchiwałeś). W pewnym momencie nad psem pojawia się ręka jego pana. W ręce pana resztka tatara. Pies się podnosi, delikatnie wybiera z palców tę resztkę, potem wylizuje dłoń pana, kładzie się z powrotem. I wtedy – brzdęk! – strącony przez kogoś łokciem, upada na podłogę sztuciec. Ten gość już chce po niego sięgać. „Nie, nie, nie. Proszę zostawić, już go wymieniam”, woła w biegu kelner. Jakby ten sztuciec oblazło robactwo, jakby jakieś zło w niego, wraz z upadkiem, wlazło. Nie można używać sztućca, który upadł na podłogę. Podobnie z zupą do połowy zjedzoną – pójdzie do zlewu. Bułki rano upieczone, nietknięte – do czarnego wora. Nie będziesz jadł po kimś zupy, nie dostaniesz nadgryzionej bułki, odgrzewanego, nie. Znamy twoje zwyczaje. Ciepłe, świeże, chrupiące, pierwsze. Najpierwsze są serwowane tu dania, najwyższej jakości.

.

Do głodnego

„No, gryź”, mówi matka, wciskając dzieciakowi resztkę mięsa do ust. Usta wysoko nad talerzami, otwierające się, zamykające, wygięte, śmiejące, z zębami, z językami. Wszyscy coś jedzą, żują, piją, wchłaniają. Patrząc na salę restauracyjną, widzisz wielkie pole, gdzie – na wysokich łodygach zatknięte – kiwają się wszystkożerne głowy. Głowy jedzą dania w najróżniejszych językach. Móżdżek au beurre noir, polędwica à la minute, filet mignon, sos soubise, befsztyk tatarski z frytkami belgijskimi, provençale à la Colbert, à la Rossini, à la Chateaubriand, żur staropolski z frikandelem. Biorą to wszystko do głowy, także kotlet schabowy. A ty już wystarczająco długo czekasz na swoje polędwiczki. Gdzie są moje polędwiczki?! Głód to brat niepokoju. Poznajcie się. Świetnie wyglądasz taki głodny, serio. Twój kelner wie doskonale, że musisz zaspokoić głód. Właśnie, popatrz na takiego kelnera, nieustannie przebywa w pobliżu jedzenia, a chodzi głodny. Kelner nie jest głową, kiedy jest głodny, nie myśli. Kelner jest nogami, które idą, ten chód kelnerski niesie głód. Tam jego dłoń nakłada z żeliwnego kociołka pachnące warzywa z kaszą. I dopiero wtedy jego żołądek zaczyna skrzypieć. W ten sposób głód staje się słyszalny. Kiedy się odzywa, masz wrażenie, że słyszy go cała restauracja.

.

Do zapełnienia

Muzyka, obrzydliwa, gówniana muzyka, wypełnia wszystko. Puste krzesła, puste talerze, puste kieliszki, puste usta i brzuchy, plum, plum, tim-dara-dum. Muzyka tworzona przez nikogo dla nikogo, muzyka oczekiwania. Znasz ją z wind hotelowych, kiedy ciała pasażerów są za blisko, ściśnięte w drażniącej ciszy. Wszyscy czekają na swoje piętro. Ciekawe, jak to jest w zakonach, w których obowiązuje zasada zachowania milczenia. Kiedy zakonnicy spożywają obiad przy wspólnym stole, musi być głośno od ciał. Ktoś wzdycha, komuś się odbija, czyjś język omiata wnętrze ust. Słychać te wszystkie dźwięki z wewnątrz, muzykę żołądka, jelit, gardeł, ust. A tu plum, plum, tim-dara-dum. Czekasz.

.

Do odrestaurowania

Dostajesz czekadełko, zdrobniałe jedzenie na start, tuż po zamówieniu, żeby umilić czekanie na danie. Jakieś tyle co nic, na małym talerzyku, za darmo. Krucha babeczka z plastrem łososia, czymś zielonym, taka na kęs. To śmieszne coś uśmierza pierwszy głód, odsuwa na moment jego dotkliwość, czyni ją nawet znośną. Tak jakby głód cię, twoje ciało, niszczył, zużywał. Jakbyś był zaniedbanym przedmiotem lub doprowadzonym do upadku królestwem. I jako taki domagał się restauracji, odnowienia. Padłeś, teraz powstań. Bo czy nie powstaje ten, co upada? No jasne, że powstaje. Twój głód nie jest głodem drugiego ani nawet trzeciego stopnia, bo i restauracja nie pomaga przypadkom beznadziejnym, ona służy głodowi skrojonemu na miarę, nigdy powyżej ani poniżej bezpiecznej i subtelnej normy. A ty przecież – jeżeli się zapomnisz i zaniedbasz – to raczej w drugą stronę. Jesteś głodny, więc się nawpierdalasz. Jesteś spragniony, więc się nachlejesz. Albo raczej: dadzą ci się nawpierdalać i nachlać, przyniosą ci to pod nos, nie będziesz musiał nawet prosić. Co więcej, nie jesteś ubogi ani pozbawiony godności, ty raczej stajesz się ubogi (ile to wydałeś?) i tracisz godność (kto zarzygał płaszcz miłej damie?). Jeżeli więc upadasz, to dlatego, że już nie możesz więcej. Nie masz siły ani miejsca, wypełnia cię nadmiar.

.

Do odbicia

Wreszcie udaje ci się zwrócić uwagę kelnera. Podchodzi, nic nie musisz mówić, on od razu: „Za moment będzie”. Uśmiech przeszedł mu już zmęczeniem. Ten przepraszający uśmiech angażuje, takie odnosisz wrażenie, wszystkie mięśnie twarzy – są jak rusztowanie, które chroni przed rozpadem, żeby tylko twarz nie odkleiła się od głowy. O tak, tobie jedzenie się należy, masz do niego prawo. Takie samo jak do wkurwienia, bo czekanie na jedzenie ci się przedłużyło o kilka minut, więc to twoje wkurwienie uderza teraz w kelnera. „Będzie”, mówi tonem przepraszającym, „będzie”. I jeszcze bardziej jest w tym przepraszaniu uniżony, tak jakby zawinił nie tylko jako pracownik, ale przede wszystkim jako człowiek. I patrzysz w jego twarz, myślisz sobie – ile osób się w niej przeglądało i kogo widziało? Siebie, jego, kogo? Twarze kelnerów są jak lustra, w końcu ślepną.

.

Do krwawienia

Same młodziaki, gnoje. Także ten, który był tu przed chwilą. Młodzi i niewyszkoleni, chodzą pochyleni, zagubieni, w ogóle jacyś nie na miejscu. Żeby być kelnerem, nie trzeba szczególnych umiejętności, wystarczy sprawne ciało, trzymające tacę, umiejące pisać, ciało niskobudżetowe. Witalnie popierdala z tymi talerzami w tę i w tamtą, przyjmuje zamówienia i dostarcza. Aportuje jak pies. I chyba przez to porównanie znów zwracasz wzrok na podłogę. Tym razem patrzysz na buty kelnerów. Jak poruszają się bez tułowia, bez głów, bez myśli. Buty, stopy, mięśnie, wiązadła, kości. Perfekcyjnie naoliwiona maszyneria służąca kelnerowi. Wystarczy jedno potknięcie, żeby ten ruch zatrzymać. Żeby nic, żeby niż. I nagle widzisz, jak się przechyla, jeden kieliszek z tłustymi śladami palców spokojnie zsuwa się na brzeg tacy, za nim kolejne kieliszki, dwie puste butelki, kilka szklanek z niedopitymi napojami i dwa małe talerzyki. Moment nieuwagi. Należycie używane przedmioty nie stanowią zagrożenia. Kelner wyciągnął nogę, jakby próbował z jej pomocą złapać to wszystko, co właśnie się rozbija, pęka. Na odgłos tłuczonego szkła goście restauracyjni odwracają głowy. Dziesiątki oczu rozłożonych w pawi ogon wpatrują się w kelnera. Szkło jest teraz wszędzie, rozsypało się po podłodze, szklane confetti. Jak je zebrać, zamieść, posprzątać? Na czyją cześć to wszystko, na czyje szczęście? Sala jest duża, gości wielu, kelner próbuje uprzątnąć na tacę, co może, skulił się, już wie, że odliczą mu to od pensji, wszystko drogie w chuj, zwłaszcza kieliszki, kieliszki najdroższe, i jeszcze mu teraz w palec weszło – rozpacz – wyjmuje chusteczkę z kieszeni i owija, idzie do łazienki, odkręca kurek. Świat jest doskonale uporządkowany. Palce są do krwawienia, woda do obmywania ran.

 

.

Do dotykania

I po tym wszystkim dostajesz wreszcie swoje polędwiczki, warzywa i sos, świeżutkie pieczywo. Domawiasz napitek, sztućce bierzesz w dłonie. A czemu nie dłońmi? Jako dziecko jadłeś przecież dłońmi, a teraz te sztućce. Jakbyś miał o kuli chodzić, choć wcale nie musisz, no ale wszyscy tu tak. A więc kąsek odkrojony, kąsek włożony na zębach widelca w zęby do ust, kąsek przeżuty. I znów, od początku. Tylko tamten podaje psu w dłoni, i jeszcze to dziecko jakimś kluskiem się bawi, mieli i wypluwa na dłoń matki. A reszta woli na metalowych szczudłach. Bo wzrok innych gości, bo ślina na palcach, bo czyste obrusy, na których znać każde zabrudzenie. Czyste, białe koszule, czyste są nawet kwiaty w przezroczystym wazonie na stoliku – i te ułożone w zmyślne konstrukcje dania. Zieloność komponująca się z czerwienią, białość mięsa podlana rdzawym winem. Gdzie w tym wszystkim miejsce na palce, twarde i surowe, podające jedzenie ustom? Są więc sztućce, przedmiot i jego dwadzieścia centymetrów, które odróżnią cię od jedzenia. Ostra stal i gładka rękojeść wystarczą, żebyś poczuł się bezpiecznie. Te sztućce przypominają ci, że jesteś człowiekiem i nie służysz do jedzenia, więc nie drażnij innych gości i nie maczaj palców w sosie, nie bierz, nie kosztuj, nie dotykaj.

.

Do wyczucia

Teraz jeszcze pot, który wyczuwasz, kiedy kelner dostarcza ci napitek. Pot, który przesiąkł przez jego koszulę. Ten czysty skrawek materiału – mający chronić skórę przed światem i świat przed skórą – przestał właśnie pełnić swoją funkcję. I oto wchodzisz w ciało tego gnojka o brudnych paznokciach, w jego zmęczenie i brud, w pracę. A przecież miało być tak czysto, a przecież tylko chciałeś zaspokoić głód, a przecież miałeś odpoczywać. Ty masz przerwę, ale twoja przerwa, musisz to wiedzieć, męczy ludzi.

.

Do zniszczenia

Talerz przed tobą. Aż się nie chce tego, co na nim rozłożone – podlane sosem mięso tu, warzywa tam, na oko chrupiące – ruszać. Jak tylko dotkniesz, cała kompozycja legnie w gruzach. Wystarczy przesunąć sztućcem warzywo, zamoczyć pieczywo w sosie, już nie mówiąc o krojeniu czegokolwiek – cały wyrafinowany obraz na talerzu zmieni się w pobojowisko. Ile przemocy w tym krojeniu, rwaniu, wbijaniu, nacinaniu, wyciskaniu, ile zniszczenia! I ten smak, smak zwycięstwa, kiedy już wszystko zniknie z talerza. To jest dopiero przed tobą. Więc jesz. Wkładasz do ust, żujesz. Przełykiem do żołądka. Jest coś dziwnego. Czujesz, że głód stopniał, że go uśmierzyłeś, ale jest coś dziwnego. Nie wiesz, kiedy zjadłeś zamówione danie, jest w tym coś dziwnego. Po prostu nie pamiętasz, kiedy to zjadłeś, jakbyś na chwilę oślepł. Tak jak ślepniesz, gdy rozmawiasz z kimś nowo poznanym – nie patrzysz mu w twarz, tylko od czasu do czasu rzucasz spojrzenia, upewniając się, że wciąż tam jest. Dania, które zamówiłeś, już nie ma. Czujesz się wypełniony, ale zarazem oszukany, patrzysz na pusty talerz, złożone sztućce, brudną serwetkę, którą obtarłeś usta. Kelner zabiera talerz i układa na innych pustych i brudnych, które już niesie do umycia. Patrzysz, jak twoja serwetka miesza się z resztkami dań innych gości, tworzy się coś, co nazywasz śmieciami, bliskimi już kubła, wymieszania i w ogóle smrodu. Coś, czego na pewno nie dotkniesz, co nie trafi już do twoich ust. Niech psy lub bezdomni, niech nawet ptaki jedzą to, co zostawiłeś. Ty? Ty nie.

.

Do odnowy

Nic więcej, nic. Żadnych deserów, dziękuję, rachunek, tak. I przynosi końcowe danie na talerzyku: papierek w towarzystwie pomarańczowego cukierka, który ma osłodzić cenę. Tyle to kosztuje, ten stolik, który został ci wskazany, ten pot, który wyczułeś, ten głód. Kelner wraca, przystaje przy stoliku i czy już. Jego stanie, twoje siedzenie, jego patrzenie z góry, twoje wyciąganie portfela i krótkie wahanie, czy zostawić napiwek. A więc tyle to, a więc to tyle. Ruch rąk, ruch pieniędzy. Wstajesz, wychodzisz, ktoś inny zajmuje to miejsce. Zjadłeś, ale już czujesz, że głód wkrótce powróci i zaraz znów będziesz niecierpliwy, poszukasz pożywienia. Powiesz ciału: bierz! I ono weźmie. Zapytasz wtedy: mało? Odpowie ci: mało. Tak odnawia się głód, wprowadzając to samo na to samo miejsce. Jak król, który wczoraj opuścił tron, żeby dzisiaj, jakby nigdy nic, rządzić od nowa. Niech tylko zmienią obrus, już.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?