Ksiądz Rafał 3Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


CZĘŚĆ I

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

–Zimno jakoś… – Hunia stał przy kuchennym oknie i od dobrych paru chwil cierpliwie chuchał na zamarzniętą na amen szybę, przecierając ją raz po raz rękawem kurtki. Skutek był mizerny, gruba skorupa pokrywająca całą wewnętrzą powierzchnię szyby i wylewająca się szklistymi jęzorami na parapet nie poddawała się łatwo. Ktoś mniej uparty poczekałby pewnie do wiosny, ale nie Hunia. Zniecierpliwiony przeszedł na pozycje radykalne: sięgnął do kieszeni i wydostał z niej stary scyzoryk w kościanej oprawie. Próbował go otworzyć, jednak zgrabiałe, powyginane przez reumatyzm palce odmawiały posłuszeństwa.

– Siłą to każdy potrafi – mruknął Bialik. – Nie masz ty, Albert, nic lepszego do roboty?

– A co mam mieć do roboty? – obruszył się Hunia, chowając z irytacją scyzoryk. – Mróz siarczysty, wieje strasznie, to co, może na spacer pójdę? Gazet nie ma, to nie poczytam, w radiu ciągle tylko opowiadają o normalizacji i że studenci znowu mogą studiować. No i że coraz spokojniej.

– Pewnie dlatego, że Szymurę z Golikiem i Antczakiem zamkli – odezwał się z kąta Mroczek. – To i spokój w Polsce większy.

– Nie gadaj – poirytowany Bialik popatrzył na Mroczka z niesmakiem. – Szymurowa od zmysłów odchodzi, bo przez trzy lata chłopa nie zobaczy. Na drugim końcu Polski siedzą, to nawet nie ma jak na widzenie jechać. Antczakowa z Golikową to samo, płaczą po całych dniach. Listy tylko wysyłają, a nie wiadomo, czy te listy w ogóle dochodzą. A co z gospodarką będzie? Kto pole obrobi? Ludzie może i pomogą, ale już gadają, że tamci sami sobie winni, że ich wsadzili, bo do Bukówki im się zachciało jechać, głupkom jednym. No i pierwszy patrol po drodze ich wylegitymował, a jak wyszło, że ich szukają, to już przepadło. A ty, Hunia, zostaw wreszcie te szyby. Nie po to podwójne wstawiałem, żebyś mi ziąb do domu wpuszczał.

Hunia posłusznie zatrzasnął i starannie zaryglował wewnętrzne okno. Podszedł do kuchennego pieca i przyłożył do jego ciepłej, gładkiej powierzchni zmarznięte dłonie.

– A proboszcz coś mówił? – spytał nieśmiało Mroczek. Bialik nie od razu odpowiedział.

– Z kurii w piątek wrócił – stwierdził w końcu niechętnie. – Nie chciał dużo mówić, jakiś dziwny był. Biskup Holt z innymi organizują pomoc, ale jego nie dopuścił. Powiedział, że lepiej, żeby się tym nie zajmował, bo będą ważniejsze sprawy, i niech czeka wiosny. Jeszcze z komendantem proboszcz rozmawiał, żeby z bratem coś dla naszych załatwił, ale brat komendantowy ponoć mówił, że trzy lata na pewno nie posiedzą, że amnestia pewnie wcześniej będzie, a on niewiele teraz może, to i nie pomoże. Czekać trzeba, no to czekamy.

Zdawkowość Bialika nie uszła uwagi Huni.

– Gadaj, Józek, co się dzieje – zażądał.

Bialik znów pomilczał chwilę.

– Nic wielkiego – odezwał się wreszcie. – Tylko proboszcz dziwny był jakiś. Mówił, porządki na strychu będzie robił, to może i papiery po Stanisławie wreszcie zniesie. Te w kufrze.

– No i co z tego? Samżeś się kiedyś dziwił, że jeszcze tego ze strychu nie zabrał.

– Żałuję – odezwał się Bialik – że to ja tego nie zabrałem, jak Stanisław umarł. Tyle lat od wojny minęło, a ja dalej… – urwał nagle. Mroczek z Hunią wymienili spojrzenia. Milczeli.

Zaskrzypiały drzwi wejściowe. Do kuchni wszedł opatulony po uszy, zarumieniony od mrozu Antoni.

– A ciebie co tak nosi po tym zimnie? – zapytał Bialik. – Siadaj, herbaty z sokiem dostaniesz.

Antoni otrząsnął się przy piecu ze śniegu nawianego za kołnierz kożucha.

– Nie siadam nawet. Od Szymurów wracam, a proboszcz wczoraj po ostatniej mszy kazał mi przyjść na dziesiątą dzisiaj, to idę.

– Na dziesiątą? – zdziwił się Bialik. – Po co? Przecież wieczorem Rada.

– Skąd mam wiedzieć. Wiecie, jaki jest. Może nuty jakieś z miasta przywiózł?

– A co u Szymurowej? – zainteresował się Hunia.

– Do Szymury chce jechać, do więzienia. Z tym przychodzę, panowie. Coś zrobić trzeba: albo przekonać, że to na nic, albo pomóc, żeby jakoś dojechać mogła. Pomyślcie co, bo ja nie wiem.

– Przydałoby się… – zamyślił się Bialik. – Rafałowi nie mów, sam pójdę do kobiet, jak będzie trzeba. Idź, bo się spóźnisz. My tu posiedzimy jeszcze.

– Do zobaczenia, panowie – Antoni wcisnął na łysinę ogromną czapę.

– Do zobaczenia – odpowiedział Bialik. Odczekali kilka chwil, aż trzasnęły wyjściowe drzwi. Pierwszy odezwał się Hunia.

– Coś się dzieje. I powiem ci, Józek, że wcale nie chodzi o Stanisławowe papiery, tylko o coś więcej. Po co by ksiądz proboszcz Antoniego wzywał?

Bialik milczał. Mroczek chyba się zorientował, że Bialik żałuje rozpoczętego tematu.

– Nie ma co gadać, szybko się dowiemy – skwitował. Sięgnął do kieszeni marynarki i wydobył z niej paczkę sportów. Zajrzał do środka, westchnął i zmiął opakowanie.

– A zapalić co macie? – zapytał. – Papierosy mi wyszły.

– Nie mam – wyznał Hunia, odwracając się od pieca. – Maja kazała rzucić, jak mnie osłuchała. Panie Hunia, mówi do mnie, kopcił pan jak komin całe życie, to płuca od środka jak komin zarośnięte i oddychać trudno. Kominiarza do takich rzeczy jeszcze nie wynaleźli, to przestać pan musi. Może bym i jej nie słuchał, ale jak u niej w ośrodku byłem i się na schodach zadyszałem, to zatrzymałem się, żeby zapalić. Zawsze pomagało, a teraz nie pomogło, to może coś w tym jest?

Bialik usiadł na krześle przy piecu. Skrzywił się z bólu i pomacał bolące biodro. Podniósł wzrok na Hunię.

– I co, lepiej ci? – zapytał.

– A bo ja wiem? – Hunia zakaszlał głośno. – Ani lepiej, ani gorzej. Inaczej jakoś. Nosi mnie, prawda, ale nie tak bardzo. A ty, Józek, też nie palisz.

– Tytoniu do fajki nie mam – odezwał się Bialik ponuro. – Może Huczka przywiezie, bo do miasta pojechał, ale kto tam wie, w sklepach równo pusto, tam i tu. To dopiero komunizm, wszystko wszystkim po równo. Jak nic nie ma, to wszystkim po równo tego, czego nie ma. Zobaczycie, jeszcze doczekamy, że papierosy na kartki będą. Dobrze, że węgla trochę zostało, to dorzucę.

Otworzył drzwiczki pieca i małą szufelką dołożył kilka czarnych bryłek. Mroczek zachichotał nagle.

– A my?

– Co my? – zdziwił się Bialik. Zaryglował drzwiczki pieca, otworzył popielnik na dwa palce i krzywiąc się, znowu wyprostował się na krześle.

– My też po równo żeśmy ten węgiel dzielili, to co, wychodzi, że komuna jesteśmy?

Bialik uśmiechnął się krzywo, ale nie skomentował. Zamilkli na chwilę.

– Z tą Szymurową tylko problem – Mroczek, zwykle małomówny, wyraźnie miał swój dzień. – Myślcie, co zrobić, bo ja nie wiem.

– Nic nie robić – machnął ręką Hunia. – I tak nie pojedzie. Kto jej przepustki wystawi? Komendantowe nic nie warte, zatrzymają ją po drodze. Przetłumaczyć jej trzeba. Posiedzą, bo posiedzą, ale wyjdą. Ale powiem wam coś więcej. Tak sobie myślę, że to się rozsypie.

– Co? – zainteresował się Bialik.

– No, komuna – Hunia odwrócił się do Bialika i Mroczka.

– Może i się rozsypie – zgodził się Bialik – ale pewnie nie za naszego życia, panowie.

– Może i za naszego – uśmiechnął się sardonicznie Hunia. – Bo tak zdrowo myśląc, co to za ustrój, co się boi takiego Szymury?…

•••

W gabinecie Rafała panował chaos: dziesiątki papierów, kwitów, rozliczeń i podsumowań kłębiły się na blacie. Proboszcz pod czujnym okiem Dzikiego obserwującego go z wysokości półki liczył coś zawzięcie, zapełniając cyferkami kolejne karteluszki. Kot nie wydawał się dzielić ekscytacji Rafała, bardziej pochłaniał go nierytmiczny ruch pióra i delikatny zgrzyt stalówki o papier. Ktoś zapukał do drzwi. Dziki ani drgnął.

– Niech pan wejdzie, panie Antoni – powiedział Rafał, przerywając pisanie. Dziki spojrzał z zawodem najpierw na zakręcane przez proboszcza pióro, potem na samego Rafała i okazując ostentacyjnie niezadowolenie z końca przedstawienia, przewrócił się na drugi bok, jakimś cudem nie spadając z wąskiej półeczki. Do gabinetu wszedł organista.

– Szczęść Boże, księże proboszczu. Zimno dzisiaj – wysapał, rozwijając się z długiego szalika.

– Daj Boże, panie Antoni – Rafał podniósł sie z krzesła. – Akurat skończyłem. Chodźmy na coś ciepłego, przemarzł pan na pewno.

Przeszli do kuchni. Proboszcz przesunął sagan na środek blachy i dołożył do ognia. Z szafki obok pieca wydostał swój maleńki ekspresik do kawy.

– Niby wielkiego mrozu nie ma, minus dziesięć, ale wieje strasznie – Antoni zdjął kożuch. – Do jutra powieje, potem tydzień słońca. Jak wtedy, kiedy remontowaliśmy dzwonnicę, pamięta ksiądz proboszcz?

– Pamiętam każdy dzień w Gródku, panie Antoni – uśmiechnął się proboszcz, nalewając wody do zbiorniczka ekspresu. – Pamiętam też, że stałem wtedy przed kościółkiem i myślałem o tym, że najpierw dzwonnica, dalej kościółek, a potem…

– Potem organ – westchnął ciężko Antoni.

– Potem organ – zgodził się Rafał i sięgnął po metalowe pudełko z kawą. – Eklezjastes mówił, że wszystko na ziemi ma swój czas. Kiedy sobie o tym przypominam, myślę o cierpliwości, o tym, że czasem za dużo wiemy, a za mało wierzymy. Ale nie o tym chciałem mówić. Niech pan siada, panie Antoni. Wie pan, że byłem w piątek w kurii.

 

– Józek Bialik mówił. – Antoni rozsiadł się wygodnie na krześle. – Coś ksiądz proboszcz załatwił?

– Niewiele, ale może z naszymi nie będzie aż tak źle. – Rafał odsunął na bok buchający parą sagan i nasypał do mniejszego czajniczka lipy. Po chwili zapach lipowego kwiatu zaczął toczyć walkę z mocnym aromatem kawy.

– Na wiele nie można liczyć – podjął proboszcz – bo nie wiadomo, kiedy jakaś amnestia, może w tym roku, może w następnym, ale rodzinom trzeba pomóc. Pogadamy o tym na Radzie. Tymczasem mam inną sprawę… – zawiesił głos. Antoni czekał cierpliwie. W końcu Rafał się przemógł.

– Wie pan, panie Antoni, że zdarzają się historie, które dają do myślenia – zaczął z wahaniem. – Że może naprawdę nie ma na tym świecie przypadków. Od kiedy jestem w Gródku czuję to bardziej niż kiedykolwiek…

– Ależ ksiądz tajemniczy. – Antoni zdjął pokrywkę z czajniczka i szala zwycięstwa przechyliła się gwałtownie na stronę lipowego aromatu. – Ksiądz jakoś rzadko mówi o Opatrzności, prawda?

– Prawda – potwierdził Rafał. – Nie żebym w nią nie wierzył, ale od lat się zastanawiam, czy Boża opatrzność sięga tylko rzeczy wielkich, czy również i małych. I tak sobie na własny użytek wymyśliłem, że Pan Bóg ma wszystko i wszystkich w ręku, ale my zwyczajnie tego nie widzimy. I kiedy mnóstwo najdrobniejszych zdarzeń łączy się jak strumyczki wpadające do rzeki i powstaje coś wielkiego, co wreszcie dostrzegamy, wołamy: cud!…

Antoni czekał, cierpliwie patrząc z uwagą na proboszcza.

– No i właśnie zaczynam widzieć, jak coś, co może być cudem, wyłania się z niebytu – rzekł Rafał. – Jest pan cierpliwy, panie Antoni, i musi pan spokojnie dosłuchać całej, dziwnej historii. Jeszcze przez pewien czas sam nie uwierzę, że mi się wydarzyła. Może będzie miała ciąg dalszy, a może nie. Wyszedłem przed południem z kurii. Spieszyło mi się, chciałem zdążyć na wcześniejszy pociąg.

– Nie udało się księdzu – uśmiechnął się Antoni. – Ledwo ksiądz zdążył na wieczorną mszę świętą.

– Nie udało się – kiwnął głową Rafał. – Chociaż szedłem bardzo szybko.

•••

Rafał szedł szybkim krokiem w stronę dworca. Do odjazdu pociągu pozostał jeszcze kwadrans, jeśli młody Huczka, jak obiecał, wyjechał samochodem na stację, proboszcz miał szansę dotrzeć do Gródka przed zmierzchem. Na kolejny pociąg trudno było liczyć – w rozkładzie wprawdzie istniał, ale jak zwykle rzeczywistość obiektywna i rzeczywistość urzędowa rozmijały się znacząco. Rafał zerknął po raz kolejny na zegarek i nagle poczuł, że ktoś chwyta go od tyłu za połę płaszcza. Odwrócił się gwałtownie. Zobaczył szczupłego, może dziewięcioletniego chłopca, w ogromnej czapie i za dużym, sięgającym kostek paltocie.

– Co się stało? – spytał Rafał i przykucnął, by jego twarz znalazła się na wysokości twarzy dziecka. – Zgubiłeś się?

Chłopiec oddychał z trudem. Pokręcił głową.

– To co robisz sam na ulicy? – drążył Rafał.

– Nie jestem sam – wysapał chłopiec. – Dziadek chciał z księdzem porozmawiać.

– Spieszę się bardzo. Gdzie jest dziadek?

Chłopiec wskazał ręką. Kilkadziesiąt metrów dalej szedł z trudem jakiś korpulentny, niski mężczyzna.

– Dziadek mówi, że zna księdza – wyszeptał młody i rozkaszlał się straszliwie.

– Nie gadaj tyle na tym mrozie. – Rafał poprawił mu szalik i wstał. Podał chłopcu rękę.

– Ja sam – szepnął chłopak, gdy przestał już kaszleć. – Dziadek nie może tak szybko chodzić.

Podeszli do nieznajomego. Rafał przyjrzał mu się uważnie, ale nie mógł w żaden sposób skojarzyć tej twarzy.

– Szczęść Boże – przywitał się i zerknął na zegarek. Do pociągu zostało tylko dwanaście minut.

– Dzień dobry – odezwał się mężczyzna. Rafała coś tknęło. Ten burkliwy głos…

– Czy my się znamy? – zapytał niepewnie.

– Nie wiem – odpowiedział nieznajomy. – Ma ksiądz brata muzyka?

– Nie mam brata. Sam jestem muzykiem.

– Pan jest z Borkowskich?

Rafał zawahał się. Przez chwilę miał pokusę, żeby zaprzeczyć i wykorzystać ostatnią szansę na dotarcie do Gródka o przyzwoitej porze. Odrzucił ją jednak.

– Jestem Rafał Nowina Borkowski – powiedział.

– Jest pan teraz księdzem – pokiwał głową mężczyzna. – Szkoda.

– Ja tam nie żałuję – mruknął Rafał. Był już pewien, że zna tego człowieka, ale skąd?

– Nie pamięta mnie pan. To było dawno.

– Głos znajomy – rzekł Rafał niepewnie – ale naprawdę nie pamiętam. Może spotkaliśmy się gdzieś na uczelni?

– Nie – uciął stanowczo mężczyzna.

Rafał przyglądał się uważnie jego pospolitej, trochę nalanej, mocno postarzałej twarzy, ale nadal nie mógł skojarzyć jej z kimkolwiek, kogo zdarzyłoby mu się spotkać. Gdzieś w zakamarkach pamięci zaczęły się jednak budzić wspomnienia. Chrapliwe brzmienie głosu, specyficzna intonacja, suchość i stanowczość… Gorączkowo szukał punktu zaczepienia, bezskutecznie.

Stali tak przez chwilę. Mężczyzna najwyraźniej nie zamierzał się przedstawić. Po dłuższej chwili przerwał milczenie.

– Nic, skoro tak, to idziemy. Do widzenia.

Uchylił kapelusza, odwrócił się i ruszył wolno w głąb ulicy. W Rafale wezbrała złość. Wyprzedził mężczyznę z dzieckiem i odwrócił się do nich.

– Chwila – powiedział. – Rozmawiam tu z panem. Spóźniam się na pociąg. Przedstawiam się. A pan tak po prostu sobie odchodzi. Wiem, że się kiedyś spotkaliśmy, nigdy nie zapominam głosów…

Przerwał nagle.

– Głosów… – wyszeptał. Nagle wszystko stało się jasne. Z niedowierzaniem spojrzał na mężczyznę.

– Pan Kupisz?

Mężczyzna uśmiechnął się nieznacznie i kiwnął głową.

– Pan Wacław Kupisz! – niemal wykrzyknął Rafał.

– A jednak mnie pan pamięta – mruknął nieznajomy.

Rafał zachowywał się, jakby nie mieścił się w sobie. Złapał zaskoczonego tą nagłą serdecznością mężczyznę za ramiona i uściskał mocno.

– Panie Wacławie… – zaczął.

– Wolę „panie Kupisz” – oświadczył mężczyzna.

– Panie Kupisz – poprawił się Rafał – zapraszam pana i wnuka na herbatę, tu jest jakaś restauracja. Nie myślałem, że kiedykolwiek pana spotkam. Pamiętam te trzy dni jakby to było wczoraj, choć to przecież tyle lat… Zmienił się pan bardzo, ale głos został ten sam. Ja podziwiam tak samo, jak podziwiałem wtedy. Nie zapominam głosów, nie zapominam dźwięków. Musimy porozmawiać. Koniecznie!

– A pociąg? – zapytał z ociąganiem Kupisz. Rafał aż się żachnął.

– Co tam pociąg, przecież to nieważne! Idziemy!

Już po chwili siedzieli w społemowskiej kawiarni. Było ciepło i pusto. Kelnerka pojawiła się błyskawicznie, przyciągnięta pewnie widokiem księżowskiej sutanny. Zamówili herbatę i jakieś ciastko dla małego. Kelnerka uwinęła się wyjątkowo szybko. Tymczasem Rafał przyglądał się Kupiszowi. Mężczyzna wyglądał źle. Wiek robił swoje, musiał mieć koło siedemdziesiątki, lecz zaniedbanie i troska dołożyły mu dodatkowych lat. Nie przypominał zupełnie tamtego człowieka, pewnego siebie i swojego kunsztu.

– Ile to lat, panie Kupisz? Dwadzieścia? Co się z panem działo?

Kupisz nie odpowiedział od razu. Rafał już, już chciał się wycofać z pytania, gdy usłyszał głos mężczyzny.

– Niech pan opowie lepiej o sobie.

Rafał westchnął.

– Sam pan widzi, panie Kupisz. Od kilkunastu lat jestem księdzem, od trzech mam probostwo. Biednie tam, ale ludzie przyzwoici…

– Nie ma ludzi przyzwoitych – oświadczył gwałtownie Kupisz. – Nie ma, rozumie pan? – podniósł głos tak, że siedząca przy służbowym stoliku kelnerka poderwała się nagle i zerknęła w ich stronę z przestrachem.

– Panie Kupisz… – zaczął Rafał, ale głos uwiązł mu w gardle, gdy zobaczył skamieniałą twarz Kupisza. Czuł, że lepiej nie wypytywać. Spotkanie przybierało coraz dziwniejszy obrót. Spojrzał na młodego, który jakby z musu, ociągając się, jadł kremówkę, dzieląc ją wcześniej na talerzyku na maleńkie kawałeczki.

Kupisz otrząsnął się jakoś.

– Gra pan jeszcze trochę? – zapytał po chwili milczenia.

– Gram – potwierdził Rafał. – Nie tyle, ile za dawnych czasów, ale co zrobić. Instrument mały, ale przepiękny, dwustuletni, szkoda, że tak bardzo zniszczony. A pan nadal w zawodzie, prawda?

– Nie – powiedział krótko Kupisz. Zamilkli znowu. Rafał nie wiedział, co powiedzieć. Miał nieodparte wrażenie, że Kupisz w duchu przeklina pierwszy impuls, który kazał mu wysłać chłopca za oddalającym się Rafałem. Trwało to dłuższą chwilę. Wnuk Kupisza uporał się wreszcie z ciastkiem. Stary wypił pospiesznie swoją herbatę i wstał.

– My już pójdziemy – rzekł. – Dobrze było spotkać.

Rafał siedział dalej na krześle.

– Panie Kupisz – zaczął z wahaniem – może przyjechałby pan kiedyś do mnie? Mam probostwo w Gródku. Nie ruszam się stamtąd prawie, to nie musi mnie pan zawiadamiać wcześniej. Gdyby mnie przypadkiem nie było na plebanii, niech pan pyta o organistę, pana Antoniego Hryszkiewicza. Zajmie się panem, zanim wrócę. Będzie o czym porozmawiać na spokojnie, nie tak jak teraz, w knajpie.

Rafał sięgnął do podróżnego kuferka po notes i długopis. Zapisał adres, wydarł kartkę, wstał i podał ją Kupiszowi. Przez chwilę Rafał bał się, że Kupisz nie weźmie kartki z adresem, ale po krótkim wahaniu stary sięgnął po nią i schował w wewnętrznej kieszeni marynarki.

– Może kiedyś – powiedział krótko.

– Szczęść Boże, proszę księdza – powiedział wyraźnie młody. Rafał znów przykucnął, by spojrzeć mu w twarz.

– Daj Boże – odpowiedział. – Nawet nie wiem, jak masz na imię.

Chłopak stropił się w pierwszej chwili, ale podniósł odważnie oczy.

– Paweł.

Rafał przeniósł wzrok na Kupisza.

– Pawła też zapraszam – powiedział. – Nie będzie się u nas nudził.

– Zobaczymy – mruknął Kupisz. – Może kiedyś.

– Kiedy tylko pan zechce. Do widzenia, panie Kupisz. Z Bogiem, Paweł.

Kupisz nie odpowiedział, za to na twarzy małego pojawiło się coś na kształt uśmiechu. Stary opatulil dokładnie wnuka i wyszli z restauracji. Rafał odprowadził ich wzrokiem.

– Coś jeszcze księdzu podać? – spytała kelnerka, która obserwowała uważnie całą scenę. Rafał zerknął na zegarek.

– Jeszcze jedną herbatę – powiedział. – Mam czas.

•••

– Nieszczęśliwy jakiś człowiek z tego księdza znajomego – odezwał się w końcu Antoni. – Coś tam się musiało złego wydarzyć. Przedziwne to spotkanie. Ale dlaczego właściwie ksiądz proboszcz mi to wszystko opowiada?

Rafał popatrzył zdumiony na Antoniego.

– Panu naprawdę nic nie mówi to nazwisko?

– Pierwszy raz słyszę – rozłożył ręce Antoni.

Rafał aż złapał się za głowę.

– A ja się dziwię – rzekł – że pan tak spokojnie tego wszystkiego słucha. Wacław Kupisz, panie Antoni, swego czasu był jednym z najlepszych organmistrzów w tej części Europy.

Antoniego wprost zatkało.

– Był organmistrzem? – powtórzył zdumiony.

– Tak, panie Antoni. Lepiej byłoby powiedzieć: budowniczym organów. Poznaliśmy się pod koniec moich studiów, w czasach, w których grałem najlepiej w życiu. Proboszcz jednej z parafii, którego kompletnie nie znałem, napisał do mnie list. Zaproponował mi, żebym za jakieś bardzo niewielkie pieniądze odebrał nowe organy i zagrał koncert. Zawsze bardziej byłem od grania niż od budowy. To był drugi koniec Polski, ale zgodziłem się, tylko dlatego, że na końcu listu była wzmianka, że budował je Kupisz. Spędziłem trzy dni i trzy noce na kościelnym chórze, schodząc tylko na posiłki, i to niechętnie. Kupisz był gburowaty i pewny siebie, zrażał do siebie wszystkich, zwłaszcza księży, bo kiedy tylko mógł, demonstrował, że jest ateistą. Teraz też mówił do mnie przez „pan”, pewnie z przyzwyczajenia, zawsze tak mówił do duchownych. Jednak gdy widział, że ktoś kocha muzykę i docenia jego sztukę, zmieniał się w innego człowieka, zdradzał wszystkie sekrety, otwierał swoje serce i głowę. Instrumenty projektował i budował sam, czasami nawet bez pomocników. Niewielkie, ale takie, o jakich nikomu się u nas nie śniło, naprawdę mistrzowskie. Trwało to miesiącami, czasem latami, i kosztowało krocie. Wątpię, żeby ktoś u nas wiedział o organach więcej niż on. I teraz spotykam go po latach, z wnukiem, złamanego przez życie. Nie chce nic mówić, nic opowiadać, dowiaduję się tylko, że nie ma na świecie ludzi przyzwoitych, a on już nie buduje instrumentów. Ma pan pojęcie? Kupisz, który nie buduje instrumentów? To tak jakbym ja powiedział: Antoni Hryszkiewicz, który nie gra na organach. Może grać, a nie chce.

 

– I ksiądz go tak wypuścił… – załamał ręce Antoni. – Przecież może by coś pomógł…

– Wypuścił, nie wypuścił – mruknął Rafał i zerknął na Antoniego. – Jak pan myśli, panie Antoni, po co pana fatyguję w taki mróz? Żeby opowiedzieć historyjkę o Kupiszu?

– Ale przecież ksiądz proboszcz nawet adresu od niego nie wziął…

Rafał popatrzył na Antoniego pobłażliwie.

– Panie Antoni, jak Kupisz mówi, że już nie pracuje, to znaczy tyle, że od dłuższego czasu nikt u niego nie zamawia, a nie że w jakiś przedziwny sposób stracił cały swój kunszt. Tak, kunszt, bo to artysta. Miał pan rację, musiało się wydarzyć coś naprawdę złego, ale to on mnie zaczepił, a ja nie bez kozery mówiłem panu o cudach.

– Myśli ksiądz, że przyjedzie?

– Przyjedzie – oświadczył stanowczo Rafał. – Może nie jutro, ani za tydzień, ale przyjedzie. I wtedy musimy być przygotowani, żeby z nim rozmawiać. Cudów nie wolno odrzucać zbyt pochopnie, dlatego prawie nie spałem tamtej nocy, a od soboty przeliczam na dziesiątą stronę nasze fundusze.

– Jakie fundusze, księże proboszczu? – Antoni zaśmiał się. – Pamięta ksiądz, że na ostatniej Radzie, co to była wtedy, jak Szymurę i resztę wsadzili, wyszło na to, że mamy tak z pięćset złotych całego majątku.

– Ale długów nie mamy, za to króliki, krowę, cielę, cztery wieprzki…

– I ksiądz chce pewnie to sprzedać i za to organ wyremontować? – zapytał z uśmiechem Antoni. – Na kilka piszczałek może i starczy, ale sam ksiądz mówił, że ten organmistrz drożył się strasznie.

– Panie Antoni – głos Rafała zabrzmiał dziwnie poważnie – widziałem Kupisza po raz pierwszy od prawie dwudziestu lat, a w całym moim życiu tylko przez trzy dni. Myślę nad tym wszystkim, od kiedy go spotkałem, i im więcej myślę, tym mniej mnie to bawi, bo wiem, że nie tylko my nie mamy pieniędzy, on też. Czasy są ciężkie, a kto wie, komu trudniej: jemu czy nam. I kto wie, czy obaj: Kupisz i ja nie myślimy teraz, że właśnie zdarzył się nam cud. Taki, którego pragnęliśmy jak niczego na świecie, ale w który w końcu zwątpiliśmy.

Antoni milczał stropiony. Rafał dolał mu lipowego naparu i przyjrzał się uważnie organiście.

– Posmutniał pan, panie Antoni – zauważył.

Antoni machnął ręką z rezygnacją.

– Ksiądz proboszcz zawsze potrafi mnie usadzić – westchnął. – Pomyślałem sobie dopiero teraz, że nie mieć pieniędzy tam, a nie mieć pieniędzy tu, to różnica. No i znów wyspowiadać mi się z bezduszności przyjdzie.

Rafał zaśmiał się. Odsunął się nieco z krzesłem od stołu i z ulgą rozprostował nogi.

– Tylko niech się pan z tego, panie Antoni, nie próbuje u mnie spowiadać, bo panu coś powiem do słuchu, a to nie przystoi. Dziekan Jędrzej przyjedzie pewnie w niedzielę, on jest cierpliwszy, to może dosłucha do końca. Chociaż nie ręczę, bo jak usłyszy, co to za bezduszność, to przerwie i przyłoży panu porządną pokutę. Nie za grzech, tylko za to, że wymyśla pan sobie takie rzeczy. Przy panu, panie Antoni, sam jestem grzesznikiem, jakiego świat nie widział.

– Dobrze, już dobrze. – Antoni dopił lipowy napar i dolał sobie z czajniczka. – Czyli pomodlić się za Kupisza?

– Pomodlić – potwierdził Rafał. – A ja nawet mszę świętą odprawię.

– Żeby do nas przyjechał?

– Nie. Żeby mu Pan Bóg pokazał, że nie przez pomyłkę stworzył świat.

– I nie szkodzi, że ateista?

Rafał uśmiechnął się przyjaźnie.

– Myślę, panie Antoni, że dla przyzwoitych ludzi, którzy w niego nie wierzą, Pan Bóg ma zarezerwowany specjalny kawałek raju. Zresztą wszyscy się w swoim czasie dowiemy, jak to jest. Poczekamy, zobaczymy. Na razie niech pan nikomu nie mówi o Kupiszu, zgoda? Ale mam do pana prośbę. Niech pan zacznie spisywać, co trzeba zrobić z instrumentem. Gra pan na nim od półwiecza, zna pan każdą jego cząstkę. To pan będzie rozmawiał z Kupiszem, jeśli ten przyjedzie.

Antoni poderwał się z krzesła.

– Biegnę, księże proboszczu, biegnę natychmiast!

– Powoli, panie Antoni, powoli! – zawołał Rafał, ale Antoni już nie słuchał. Zawiązując szalik i narzucając kożuch, prawie wybiegł z plebanii. Rafał zerknął przez okno. W bieli śniegu zobaczył szybko oddalającą się sylwetkę organisty i nagle zabrzmiały mu w uszach słowa Kupisza: „Może kiedyś”. Zrozumiał, że może zbyt pochopnie dał staremu człowiekowi nadzieję spełnienia jedynego marzenia, jakie ten miał w życiu, i poczuł się nieswojo. Wstał, poszedł do gabinetu i usiadł w fotelu. Dziki, który leżał dotąd wygodnie na półeczce, zerknął na Rafała, wolno wstał, przeciągnął się i wygiął grzbiet na tyle, na ile pozwoliła mu wyższa półka, po czym dwoma miękkimi susami znalazł się na podłodze. Bezszelestnie podszedł do zamyślonego księdza, otarł się o jego nogi i wskoczył na kolana. Zamiauczał cichutko. Rafał uśmiechnął się i podstawił dłoń. Kot wyczochrał się o nią dokładnie i po chwili zwinął się w kłębek na kolanach proboszcza. Rafał, nie patrząc, sięgnął na półkę. Jego dłoń trafiła na dość gruby, twardo oprawny tom. Wyjął książkę, zadziwiająco lekką jak na swoje rozmiary, i spojrzał na kartę tytułową: Ethika nikomacheia, szkoda, że w oryginale. Zerknął do środka – marginesy upstrzone były odręcznymi greckimi komentarzami. Stanisław był czytelnikiem wnikliwym i krytycznym, i najwyraźniej nie przepuszczał nawet wielkiemu Arystotelesowi.

Graecum est, non legitur1 – pomyślał, odkładając książkę na półkę. Większość biblioteki po Stanisławie była dla niego niedostępna. Greka, aramejski, hebrajski, czasem niemiecki – stary proboszcz nie potrzebował korzystać z tłumaczeń. Rafał przypomniał sobie niegdysiejszą rozmowę z Bialikiem, który beznamiętnie opowiadał o wielojęzycznej korespondencji Stanisława z biblistami ze wszystkich stron świata i o listach w kufrze na strychu. Przez chwilę walczył z obezwładniającym lenistwem, jednak ciekawość zwyciężyła. Wsunął dłonie pod leżący na jego kolanach ciepły koci kłębek i uniósł go delikatnie. Dziki ani drgnął. Rafał wstał i położył kota na wygrzanym fotelu, a sam ruszył w stronę schodów na strych. Chwilę później ściągał już na dół wielki, nieporęczny kufer. Z trudem zatargał go do kuchni i ustawił przy stole. Poznosił do zlewu naczynia, ale mycie postanowił zostawić tym razem na później.

Cztery godziny później Rafał nadal tkwił nad paczuszkami listów. Nazwiska części korespondentów niewiele mu mówiły, ale te, które znał, były zaskakujące, momentami wręcz nieprawdopodobne. Do Stanisława pisali wielcy świata nauki i przedstawiciele najwyższej hierarchii kościelnej. I nie były to grzecznościowe odpowiedzi na list jakiegoś tam gródeckiego proboszcza, ale prośby o radę, rozważania, fragmenty zawiłych dysput, wreszcie listy osobiste, najbardziej zdumiewające. Z tych, które Rafał był w stanie odczytać, wyłaniała się zupełnie inna postać, niż rysowana przez opowieści zasłyszane przez Rafała od mieszkańców Gródka. Stary proboszcz był nie tylko niezwykłej klasy naukowcem, ale i duchowym przewodnikiem. Wnikliwym, uważnym i prawym. Zupełnie jakby jego życie było bezustannym odgrywaniem ról: srogiego pasterza dla swoich wiejskich owieczek, mądrego, przenikliwego duchowego mistrza dla zagubionych hierarchów i wybitnego specjalisty, ba, autorytetu dla akademickiego świata.

Ktoś zapukał do drzwi i w tej samej chwili je uchylił. Rafał podniósł głowę znad listów. Do kuchni zajrzała Maryśka.

– Obiad przyniosłam, niech będzie pochwalony…

– Na wieki wieków, pani Mario. – Rafał próbował bezskutecznie ogarnąć nieład na stole. Maryśka popatrzyła pobłażliwie.

– Może ksiądz zje w gabinecie?

– Tam nie jest lepiej – wyznał Rafał, układając stosy świeżo przejrzanych listów i przenosząc je na ławę. – Dzisiaj jakiś dziwny dzień, gdzie nie wejdę, tam tworzę chaos.

– To nie chaos, księże proboszczu – oświadczyła bezlitośnie Maryśka, odstawiając emaliowane trojaczki na kuchenny blat. – Jak to ksiądz ostatnio mówił na kazaniu? Takie ładne zdanie… O, właśnie – udała, że sobie przypomina. – Rozprężenie duchowe. Tak ksiądz to nazwał. I jeszcze mówił ksiądz o odkładaniu na później.

– Widzi pani sama, pani Mario – Rafał uporał się już z lewą stroną stołu i zaczął składać papiery z prawej – że święta racja z tym odkładaniem na później. Odkładałem na później przeglądanie tych papierów po proboszczu Stanisławie, świętej pamięci, i jaki efekt? Od razu mi się od pani dostało.

– Mycie naczyń też ksiądz odłożył na później? – zapytała Maryśka. Schowała do lodówki jakieś zawiniątko i ruszyła w stronę zlewu. – Dobrze ksiądz proboszcz mówił, to rozprężenie duchowe to straszna rzecz.