Klub książkiTekst

Z serii: Bromance Book Club #1
Z serii: Bromance
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Babci.

Tym razem złapałam robaka z dzwoneczkiem, co nie?

Rozdział 1

Gavin Scott nie bez powodu rzadko pił.

Miał słabą głowę.

Tak słabą, że zostawała na podłodze, kiedy sięgał po butelkę. I gdy próbował wstać, ale był zbyt pijany, żeby widzieć w ciemności.

Dlatego też nie podniósł się, gdy jego najlepszy przyjaciel i jednocześnie kolega z drużyny Nashville Legends, Delray Hicks, zaczął się dobijać do drzwi pokoju hotelowego na czwartym piętrze. Obecnie pokój przedstawiał sobą obraz nędzy i rozpaczy, który przypominał Gavinowi, że przynajmniej może się po mistrzowsku zeszmacić.

– Otwałte – wybełkotał.

Drzwi otworzyły się na oścież. Del włączył oślepiające górne światło i zaklął w progu.

– Cholera. Mamy rannego. – Odwrócił się do kogoś z tyłu. – Pomóż mi.

Del i drugi olbrzym podeszli do Gavina i dwie pary przerośniętych rąk chwyciły go pod ramiona. Sekundę później znalazł się w pozycji pionowej oparty o tandetną hotelową sofę. Sufit zawirował mu przed oczami i jego głowa wylądowała na poduszkach.

– Nie wygłupiaj się. – Del zdzielił go w policzek. – Pobudka.

Gavin wciągnął powietrze i zdołał unieść głowę. Zamrugał raz i drugi, po czym wwiercił sobie kłęby kciuków w oczodoły.

– Jestem pijany.

– Nie mów – skwitował Del. – Co piłeś?

Gavin uniósł rękę i wskazał na stojącą na ławie butelkę rzemieślniczego burbona. Parę tygodni temu miejscowa gorzelnia podarowała alkohol wszystkim zawodnikom na koniec sezonu. Del znowu zaklął.

– Cholera, stary. Równie dobrze mogłeś wlać sobie do gardła spirytus.

– Nie było go pod ręką.

– Pójdę po wodę – powiedział ten drugi, którego rozmazana twarz trochę przypominała facjatę Bradena Macka, właściciela kilku nocnych klubów w Nashville, ale to się zupełnie nie kleiło. Skąd miałby się tu wziąć? Spotkali się tylko raz na jakiejś imprezie charytatywnej w klubie golfowym. Odkąd to Braden przyjaźni się z Delem?

Nagle do pokoju wszedł trzeci mężczyzna, którego Gavin rozpoznał. Był nim jeden z jego kolegów z drużyny, Yan Feliciano.

Como es el?

„Jak się czuje?” Tyle Gavin zrozumiał. O rany, po pijaku znał hiszpański.

Del pokręcił głową.

– Jeszcze kolejka i zacznie słuchać Eda Sheerana.

Gavin czknął.

No me gusta Ed Sheeran.

– Zamknij się – uciszył go Del.

– Jako Hiszpan się nie jąkam. – Gavin znowu czknął. Tym razem poczuł w ustach coś kwaśnego. – Kiedy jestem pijany.

Yan zaklął.

Que pasó?

– Thea chce rozwodu – wyjaśnił Del.

Yan wydał z siebie pomruk niedowierzania.

– Żona wspominała, że krążą plotki o ich problemach małżeńskich, ale nie wierzyłem.

– To uuuwierz – powiedział Gavin z jękiem, opuszczając głowę na sofę. „Rozwód”. Jego żona od trzech lat, matka jego bliźniaczek, kobieta, dzięki której uwierzył w miłość od pierwszego wejrzenia, właśnie go zostawiła. I to wszystko jego wina.

– Wypij to – nakazał Del, podając Gavinowi butelkę wody. – Mieszka tu od dwóch tygodni – poinformował Yana.

– Wyrzuciła mnie – powiedział Gavin, upuszczając nieotwartą butelkę.

– Bo zachowywałeś się jak dupek.

– Wiem.

Del pokręcił głową.

– Ostrzegałem cię, stary.

– Wiem.

– Mówiłem, że nie wytrzyma, jeśli się nie ogarniesz.

– Wiem. – Jęknął, podnosząc głowę. Za szybko. Zrobił to za szybko. Fala nudności świadczyła o tym, że burbon biegnie do najbliższego wyjścia ewakuacyjnego. Gavin przełknął i zrobił głęboki wdech, ale… „O cholera”. Na czole i pod pachami wystąpiły mu krople potu.

– O kurwa, robi się zielony! – wrzasnął Być Może Braden Mack.

Przerośnięte ręce znowu go chwyciły, stawiając na nogi. Ledwie dotknął ziemi stopami, a Del i Chyba Na Pewno Braden Mack zaciągnęli go do łazienki. Dopadł do muszli dokładnie w chwili, gdy z ust trysnęło mu coś o barwie złych decyzji.

Mack zaklął, dławiąc odruch wymiotny, i pośpiesznie wycofał się z łazienki. Del twardo został i słuchał iście tenisowych postękiwań Gavina, dopóki ten nie skończył wymiotować.

– Nigdy nie miałeś mocnej głowy – stwierdził.

– Umieram. – Gavin znowu jęknął, osuwając się na jedno kolano.

– Nie umierasz.

– Więc skróć moje męki.

– Korci mnie, wierz mi.

Gavin klapnął na podłogę i oparł się o beżową ścianę łazienki, uderzając kolanem w beżową wannę ukrytą za plastikową beżową zasłonką. Zarabiał piętnaście milionów dolarów rocznie, a utknął w jeszcze bardziej gównianym pokoiku hotelowym niż za czasów gry w drugiej lidze. Stać go było na dużo lepszy, ale to miała być kara. Kara, którą sam sobie wymierzył. Bo pozwolił swojej dumie zniszczyć najlepsze, co go w życiu spotkało.

Del spuścił wodę i zamknął klapę. Wyszedł z łazienki, a po chwili wrócił z butelką wody.

– Pij. Tym razem to nie prośba.

Gavin odkręcił butelkę i wypił duszkiem połowę jej zawartości. Kilka minut później łazienka przestała wirować.

– Co oni tu robią?

– Wkrótce się dowiesz. – Del usiadł na klapie sedesu i pochylił się, opierając łokcie na kolanach. – Lepiej ci?

– Nie. – Gavin poczuł, że ściska go w gardle. „Cholera”. Zaraz się rozpłacze przy Delu. Zamknął oczy i przycisnął kciuk do czoła między brwiami.

– Śmiało, stary, ulżyj sobie – powiedział Del, czubkiem trampka trącając stopę przyjaciela. – To żaden wstyd.

Gavin znowu oparł głowę o ścianę, a po policzkach spłynęły mu dwie łzy.

– Nie mogę uwierzyć, że ją straciłem.

– Nie stracisz jej.

– Ch-ch-chce rozwodu, idioto.

Del nie zareagował na jego jąkanie. Nikt z drużyny nie zwracał już na nie uwagi, głównie dlatego że Gavin przestał z nim przy nich walczyć.

Co było tylko kolejną z długiej listy rzeczy, które zawdzięczał Thei. Zanim się poznali, miał opory przed odzywaniem się nawet w towarzystwie znajomych. Ale gdy po raz pierwszy się przy niej zająknął, Thea jakby tego nie zauważyła. Nie próbowała dokończyć za niego zdania, nie odwróciła wzroku skrępowana. Po prostu poczekała, aż skończy. Była jedyną osobą spoza rodziny, przy której nie czuł się jak niezgrabny osiłek-jąkała.

Tym bardziej bolesne było dla niego jej kłamstwo, które odkrył miesiąc temu. Bo w jego oczach tym właśnie było. Kłamstwem.

Jego żona od samego ślubu udawała orgazm.

– Tak powiedziała? – zapytał Del. – Czy że powinniście pomyśleć o rozwodzie?

– A co za różnica?

– Jedno znaczy, że to definitywny koniec. Drugie, że wciąż może być nadzieja.

Gavin przetoczył głową po ścianie w bezsilnym geście zaprzeczenia.

– Nie ma nadziei. Nie słyszałeś jej głosu. Jakbym rozmawiał z obcą osobą.

Del podniósł się i stanął nad nim.

– Chcesz zawalczyć o swoje małżeństwo?

– Tak. – „Chryste, tak”. Chciał tego bardziej niż czegokolwiek na świecie. Cholera, znowu poczuł ucisk w gardle.

– Do czego jesteś w stanie się posunąć?

– Do wszystkiego.

– Na pewno?

– O c-c-co ci chodzi, do cholery? Jasne, że tak.

– Dobrze. – Del podał mu rękę. – To idziemy.

Gavin pozwolił mu się podnieść i wyszedł za nim do salonu. Podchodząc chwiejnie do sofy i zwalając się na poduszki, miał wrażenie, jakby ważył tonę.

– Jakie urocze gniazdko, Scott – powiedział Mack, wychodząc z aneksu kuchennego. Wypolerował zielone jabłko o bark i głośno je ugryzł.

– To moje – mruknął Gavin.

– Nie zjadłeś.

– Ale miałem zamiar.

– Jasne. Tuż po wysuszeniu tej butelki.

Gavin pokazał mu środkowy palec.

– Daj mu spokój – nakazał Mackowi Del. – Wszyscy przez to przechodziliśmy.

Chwila moment. Że co? Co to niby miało znaczyć?

Yan rozsiadł się na drugim końcu sofy i położył stopy w kowbojkach na ławie. Mack oparł się o ścianę.

Del spojrzał na jednego i na drugiego.

– Co sądzicie, chłopaki?

Mack ugryzł drugi kęs jabłka.

– Nie wiem – odparł z pełnymi ustami. – Naprawdę myślisz, że się nadaje?

Gavin przetarł twarz dłonią. Miał wrażenie, jakby wszedł w sam środek jakiegoś filmu. W dodatku kiepskiego.

– Czy ktoś w końcu mi powie, o c-co chodzi?

Del skrzyżował ręce na piersi.

– Uratujemy twoje małżeństwo.

Gavin prychnął, ale trzy osoby wpatrywały się w niego poważnym wzrokiem. Jęknął.

– No to mogiła.

– Powiedziałeś, że zrobisz wszystko, żeby odzyskać Theę – przypomniał mu Del.

– No tak – wybąkał Gavin.

– W takim razie musisz być z nami szczery.

Gavin się spiął. Del przysiadł na ławie, która tylko jęknęła pod ciężarem jego studziewięćdziesięciopięciocentymetrowej sylwetki.

– Opowiedz nam, co się stało.

– Już mówiłem. Powiedziała…

– Nie pytam o dzisiejszy wieczór. Co się stało?

Gavin łypnął okiem na wszystkich trzech. Nawet gdyby Yana i Wyżerającego Cudze Jabłka Macka tam nie było, nie miałby ochoty o tym opowiadać. To było zbyt upokarzające. Nie dość, że musiałby wyznać, że nie potrafi zadowolić żony w łóżku, to jeszcze miałby wyjść na skończonego idiotę, przyznając, że odkrywszy to, wpadł w histerię, przeniósł się do pokoju gościnnego, a w ramach kary zaserwował jej ciche dni i nie chciał słuchać żadnych wyjaśnień, bo to zagrażało jego kruchemu ego? O nie. Podziękuje i zachowa wszystko dla siebie.

 

– Nie mogę powiedzieć – wydusił w końcu.

– Czemu nie?

– To sprawy osobiste.

– Rozmawiamy o twoim małżeństwie. Jasne, że to sprawy osobiste – odparł Del.

– Ale to zbyt…

– Pyta, czy ją zdradziłeś, jełopie – przerwał mu Mack, wydając z siebie pomruk frustracji.

Gavin odwrócił się gwałtownie do Dela i spiorunował go wzrokiem.

– Naprawdę tak pomyślałeś? Że mógłbym ją zdradzić? – Na samą myśl miał ochotę znowu pochylić się nad toaletą i zwrócić resztki płynnej kolacji.

– Nie – zaprzeczył Del. – Ale musieliśmy zapytać. Dla zasady. Nie pomagamy zdrajcom.

– „My”, czyli kto, do cholery? Co tu się dzieje, kurwa?

– Powiedziałeś, że wczoraj zachowywała się jak obca osoba – powiedział Del. – A nie przyszło ci nigdy do głowy, że jest ci obca?

Gavin posłał mu spojrzenie pod tytułem „Co do…?”.

– W pewnym momencie wszyscy małżonkowie stają się sobie obcy – ciągnął Del. – Wszyscy jesteśmy nieskończonymi projektami i zmieniamy się w różnym tempie. Kto wie, ile małżeństw postanowiło się rozwieść tylko dlatego, że wzięli przejściową fazę za problemy nie do pokonania? – Del rozłożył szeroko ręce. – Ale wy dwoje? To cud, że w ogóle się spiknęliście.

– Czy dzięki temu mam się poczuć l-l-lepiej?

– Spotykaliście się raptem cztery miesiące, zanim zaszła w ciążę, zgadza się?

– Trzy.

Mack odchrząknął w rękę. Gavinowi zdawało się, że wykaszlał „ślub z musu”.

– Właśnie – przytaknął Del. – Zanim się obejrzeliście, było po ślubie cywilnym, a jeszcze przed narodzinami bliźniaczek dostałeś się do pierwszej ligi. Do diabła, Gavin, przez większość waszego małżeństwa byłeś w trasie, a ona została sama z dziećmi w obcym mieście. Naprawdę myślałeś, że coś takiego jej nie zmieni?

Nie, ale nie w tym problem. Jasne, że się zmieniła. On też. Lecz byli dobrymi rodzicami i byli szczęśliwi. A przynajmniej myślał, że są szczęśliwi.

Del wzruszył nonszalancko ramionami i usiadł prosto.

– Mówię tylko, że nasze kariery to duże obciążenie nawet dla par z wieloletnim stażem, które przed ślubem dobrze wiedziały, na co się piszą. A wy skoczyliście na główkę do głębokiej wody bez kamizelek ratunkowych. Żadne małżeństwo by tego nie przetrwało, nawet w najbardziej sprzyjających warunkach. Nie bez odrobiny pomocy.

– Trochę za późno na poradnię małżeńską.

– Wcale nie. Ale i tak nie o tym mówię.

– To o czym, do cholery?

Del go zignorował i znowu zerknął na Macka i Yana.

– Jaki werdykt?

– Ja jestem na tak – odparł Yan. – W przyszłym sezonie nic z niego nie będzie, jeśli ich ze sobą nie pogodzimy.

Mack wzruszył ramionami.

– Ja też, choćby po to, żeby go stąd wyrwać. Bo, stary… – Powiódł gestem po pokoju.

Gavin nachylił się w stronę Yana.

– Jak jest po hiszpańsku „odwal się”?

Mack dokończył jabłko i rzucił ogryzek za siebie. Trafił idealnie do zlewu. Gavin nienawidził go najbardziej pod słońcem.

– Dostałem to jabłko od córek.

– Ups – skwitował Mack.

– Posłuchaj – odezwał się Del. – Dziś odeśpij, a jutro wieczorem masz pierwsze oficjalne spotkanie.

– Pierwsze oficjalne spotkanie czego?

– Rozwiązania wszystkich twoich problemów.

Popatrzyli na niego tak, jakby to wszystko wyjaśniało.

– I tyle?

– Jeszcze jedno – dorzucił Del. – Pod żadnym pozorem nie możesz się widzieć z żoną.

Rozdział 2

Nie ma na świecie większej siły niż dobra kobieta, której skończyła się cierpliwość. Thea Scott miała nadzieję, że z całej ludowej mądrości, jaką przez lata wpajała jej babcia, choć to jedno jest prawdą, bo ten młot kowalski ważył chyba z tonę. Cztery próby uderzenia w cel zaowocowały jedynie małym wgnieceniem w ścianie i naciągniętym mięśniem pleców. Ale niech ją diabli porwą, jeśli się podda. Mieszkali w tym domu od trzech lat i od trzech lat wyobrażała sobie, że burzy tę ścianę.

Wczoraj patrzyła, jak jej małżeństwo rozbija się w drobny mak, a dziś przyszła kolej na nią.

A poza tym naprawdę musiała w coś uderzyć.

Jeszcze raz zamachnęła się młotem ze stęknięciem. Wreszcie ciężki koniec uderzył głucho w ścianę, zostawiając ziejącą dziurę. Z okrzykiem triumfu wyciągnęła młot i w nią zajrzała. Niemal czuła światło po drugiej stronie, czekające na wydostanie się ze swojego rozsądnie beżowego więzienia.

A w ogóle to kto postawił tu tę ścianę? Który architekt przy zdrowych zmysłach oddzieliłby salon od jadalni, blokując przepływ światła?

Thea znowu się zamachnęła i do pierwszej dziury dołączyła druga. Pod jej stopami wylądował kawałek gipsu, wzbijając chmurę kurzu, który osiadł jej na ramionach. Boskie uczucie.

Dysząc z wysiłku, upuściła młot na plastikową plandekę, którą zabezpieczyła drewnianą podłogę. Masując sobie bark, odwróciła się i rozejrzała po salonie. Tak. Tam. Pod przeszklonymi drzwiami prowadzącymi na podwórko za domem. Idealne miejsce na sztalugi i farby. Po zrobieniu dyplomu może kiedyś urządzi sobie własną pracownię. Na razie wystarczy jej powrót do malowania. Od narodzin dziewczynek nie tknęła płótna pędzlem. Obecnie jej największym dziełem sztuki były białe podkoszulki ufarbowane w celu ukrycia plam.

Naprawdę próbowała jakoś zagospodarować tę ścianę. Wieszała na niej rodzinne zdjęcia w oryginalnych konfiguracjach. Oprawione w ramki odciski dłoni dziewczynek i ich rysunki. Ulubiony kij bejsbolowy Gavina z liceum. Wszystko to z myślą, że kiedyś zrobi z nią porządek. Pomaluje na żywszy kolor. Ewentualnie coś w nią wbuduje. Albo pewnego dnia po prostu ją zburzy.

Wiedziała, że ten dzień nadszedł, gdy rano obudziła się z opuchniętymi oczami po chwili słabości – w nocy płakała w łazience z pięścią w ustach w celu stłumienia odgłosów.

Łzy do niczego nie prowadziły. Żal nie pomoże jej zacząć wszystkiego od nowa. Był tylko jeden sposób, by ruszyć z miejsca: chwycić za młot.

Dosłownie.

I tak po śniadaniu wysłała dziewczynki na lekcję tańca ze swoją siostrą Liv, która mieszkała z nią od odejścia Gavina. Potem wyciągnęła z szafy swoje stare robocze ogrodniczki, pojechała do miejscowego sklepu żelaznego i kupiła młot.

– Wie pani, jak się nim posługiwać? – zapytał sprzedawca. Jego znacząco uniesione brwi aż krzyczały od męskiej protekcjonalności.

Thea wykrzywiła usta w namiastce uśmiechu.

– Tak.

– Proszę pamiętać, by chwycić trzonek u nasady dominującą ręką.

– Okej. Będę pamiętać. – Schowała resztę do kieszeni.

Sprzedawca napiął szelki.

– Co będzie burzone?

– Struktury władzy patriarchalnej.

Zamrugał.

– Ściana.

– Przedtem proszę się upewnić, że to nie nośna.

Znowu poczuła, że zalewa ją pragnienie, by w coś uderzyć, niczym fala złości drażliwego internautę na Twitterze. Oparła młot na ramieniu, ale gdy tylko się zamachnęła, drzwi frontowe otworzyły się na oścież. Do środka wbiegły dziewczynki w różowych rajstopkach, baletowych spódniczkach i z podskakującymi rytmicznie blond kucykami. Za nimi dreptał spokojnie Butter Ball, ich golden retriever, niczym cierpliwa policyjna niania. Tyły zamykała Liv ze smyczą w dłoni.

– Mamusiu, co robisz? – zapytała Amelia, gwałtownie hamując. W jej cieniutkim głosiku dźwięczała nuta lęku przemieszanego z nabożną czcią. Thea nie mogła jej za to winić. W tamtej chwili mamusia pewnie zupełnie nie przypominała mamusi.

– Burzę ścianę – odparła lekkim tonem.

– Ach tak – odezwała się Liv, zacierając ręce. – Chętnie się przyłączę. – Puściła smycz Buttera, przeszła przez salon i sięgnęła po młot. – Mogę udawać, że to jego twarz?

– Liv – szepnęła ostrzegawczym tonem Thea. Wiedziała, że jej siostra nie powiedziałaby celowo niczego złego o Gavinie przy dziewczynkach. Obie z doświadczenia wiedziały, że gdy jedno z rodziców wylewa pomyje na drugie, cierpią tylko dzieci. Ale język Liv czasami działał niezależnie od mózgu. Tak jak teraz.

– Czyja twarz, ciociu Livvie? – zainteresowała się Amelia.

Thea posłała siostrze spojrzenie pod tytułem „a nie mówiłam?”.

– Mojego szefa – odpowiedziała pośpiesznie Liv. Pracowała dla osławionego tyrana, szefa kuchni znanej restauracji w Nashville. Tak często na niego narzekała, że dziewczynki to łyknęły.

– Czy my też możemy uderzyć w ścianę? – zapytała Amelia.

– To niebezpieczne zadanie, tylko dla dorosłych – odparła Thea. – Ale możecie popatrzeć.

Liv zamachnęła się z okrzykiem Tarzana na ustach i oderwała kolejny kawałek gipsu, który spadł na podłogę. Dziewczynki zaczęły wiwatować i podskakiwać. Ava wydała z siebie okrzyk karateki i wyprowadziła cios w powietrze. Amelia spróbowała zrobić gwiazdę. Salon oficjalnie zamienił się w arenę sportową.

– Rewelacyjne uczucie – orzekła Liv, oddając Thei młot. – Potrzebujemy podkładu muzycznego.

Gdy młot wrócił w ręce właścicielki, Liv wyjęła telefon, parę razy przesunęła palcami po ekranie i z głośników na Bluetooth popłynął głos Arethy Franklin domagającej się „sza-cun-ku”*.

Liv złapała leżący na ziemi kij Gavina, przyłożyła go do ust niczym mikrofon i ryknęła w duecie z piosenkarką. Wyciągnęła rękę do Thei, więc ta dołączyła do siostry, żeby nie psuć zabawy dziewczynkom, które zanosiły się śmiechem, zupełnie jakby ten improwizowany koncert był najzabawniejszą rzeczą, jaką w życiu widziały.

Nagle Thea i Liv znowu były nastolatkami śpiewającymi ile sił w płucach w swoim dusznym pokoju u babci. To właśnie tam – porzucone przez matkę, która „szukała siebie” w wirze złości i walki o alimenty, oraz ojca zbyt zajętego zdradzaniem żony numer dwa, by zająć się córkami – uczyły się na pamięć tekstów P!nk i poprzysięgły sobie, że nigdy nie zaufają mężczyźnie, nie będą słabe jak ich matka ani samolubne jak ojciec i zawsze będą się o siebie troszczyć.

One kontra świat. Na zawsze.

Teraz wszystko wróciło. Tyle że tym razem Thea miała pod opieką nie tylko młodszą siostrę. Musiała chronić swoje córeczki. I będzie to robić bez względu na cenę. Dopilnuje, by nie musiały dorastać w stresie i nie stały się pionkami walczących ze sobą rodziców.

Zalała ją nagła fala emocji, kąciki oczu zapiekły, a klatkę piersiową przeszył ostry ból. Słowa piosenki uwięzły w ściśniętym gardle. Odwracając się od córek, otarła twarz.

Liv jak gdyby nigdy nic roztoczyła zasłonę dymną.

– Dziewczynki, biegnijcie na górę się przebrać, dobrze? Pierwsza na schodach wybiera film na wieczór.

Ta obietnica obudziła w bliźniaczkach ducha rywalizacji i rzuciły się do schodów. Kilka sekund później piosenka ucichła.

– Wszystko gra? – zapytała Liv.

Bolesna gula w gardle odebrała Thei głos.

– A jeśli już je skrzywdziłam?

– Nie skrzywdziłaś – zaprzeczyła ostro Liv. – Jesteś najlepszą matką, jaką znam.

– Zawsze pragnęłam tylko jednego: dać im życie, jakiego my nie miałyśmy. Zapewnić im bezpieczeństwo, stabilizację i…

Liv chwyciła ją za ramiona i odwróciła twarzą do siebie.

– To on się wyprowadził.

– Bo mu kazałam. – Po miesiącu cichych dni, które jej serwował z pokoju gościnnego, w końcu nie wytrzymała. Sił wystarczyło jej tylko na dwoje dzieci w domu.

– I dzięki Bogu – stwierdziła Liv.

To prawda. A mimo to zżerało ją poczucie winy. Jej siostra nie wiedziała o wszystkim. Reakcja Gavina była przesadzona, gdy odkrył, że Thea udaje orgazmy, ale nie powinien był dowiedzieć się o tym w ten sposób.

– Do zniszczenia związku trzeba dwojga.

Liv przekrzywiła głowę.

– Tak, ale jako twoja siostra jestem biologicznie zaprogramowana, by stać wyłącznie po twojej stronie.

Popatrzyły na siebie, w duchu dziękując Bogu, że mają przynajmniej jedną osobę, na którą zawsze mogą liczyć.

Kiedyś Thea myślała, że Gavin też jest taką osobą.

Do diabła z nim! Sięgnęła po młot. Pora stanąć na własnych nogach. Wrócić do tego, co porzuciła dla niego i jego kariery. Pora spełnić obietnice, które przed laty złożyły sobie z Liv.

Zamachnęła się i w ścianie pojawiła się kolejna dziura.

 

Liv się roześmiała.

– Nie tylko ja wyobrażam sobie teraz jego twarz, prawda?

– Nie – warknęła Thea i znowu wzięła zamach.

– Dobrze. Wyżyj się do woli. Jesteś twardzielką, która nie potrzebuje mężczyzny.

Z głośników popłynęła piosenka wkurzonej Taylor Swift o paleniu zdjęć.

Liv znowu sięgnęła po kij Gavina.

– Uwaga, teraz ja.

– Nie! To jego ulubiony kij!

– Gdyby chciał, zabrałby go ze sobą – odparła Liv.

Thea w ostatniej chwili odskoczyła i kij z hukiem uderzył w ścianę.

Puściła młot i wyrwała siostrze kij.

– Nie możemy go zniszczyć.

– To tylko kij.

– Wygrał nim mistrzostwo stanowe.

Liv przewróciła oczami.

– Mężczyźni i ich drewno.

– Jest dla niego ważny – upierała się Thea.

– Czy nie w tym cały problem? – warknęła Liv. – Bejsbol zawsze był dla niego ważniejszy od ciebie.

– Nieprawda. – Na dźwięk niskiego tembru głosu Gavina obie gwałtownie się odwróciły.

Stał trzy metry od nich, jakby ich rozmowa przywołała jego ducha. Butter zaszczekał i radośnie do niego podbiegł, zdradziecko merdając ogonem.

Theą wstrząsnął dreszcz, gdy patrzyła, jak Gavin kładzie mu dłoń na głowie i bezwiednie drapie za uszami. Był ubrany w sprane dżinsy i szarą koszulkę. Miał zmierzwione wilgotne włosy, jakby dopiero co wyszedł spod prysznica i pośpiesznie osuszył głowę ręcznikiem. Jego piwne oczy były przekrwione i podkrążone, a szczękę zacieniał co najmniej dwudniowy ciemnoblond zarost.

Mimo to jakimś tajemniczym sposobem wciąż wyglądał niesprawiedliwie seksownie i pociągająco.

Liv ściszyła muzykę i skrzyżowała ręce na piersi.

– Czego chcesz, dupku?

– Liv – rzuciła Thea ostrzegawczo. – Już tu nie mieszkasz, Gavinie – zwróciła się do niego. – Nie możesz ot tak sobie wchodzić.

Wskazał na drzwi za plecami.

– Pukałem, ale nikt nie słyszał. – Jego wzrok padł na wpół zmaltretowaną ścianę i leżący na podłodze młot. – Co… Co robisz?

– Burzę ścianę.

– To widzę – odparł powoli. – Ale dlaczego?

– Bo jej nie cierpię.

Gavin ściągnął brwi.

– Czy to mój kij?

Nagle gniew i małostkowość przepaliły ścieżkę przez jej zdrowy rozsądek.

– Tak. Znakomicie się sprawdza. – Odwróciła się i rąbnęła nim w ścianę.

Gavin instynktownie się uchylił.

– Rozstawię tu sztalugi – powiedziała Thea. Kolejne uderzenie. – Ta głupia ściana blokuje dopływ światła.

– Może powinniśmy o tym porozmawiać, zanim… – Gavin skrzywił się, gdy zamachnęła się po raz trzeci.

– Może powinniśmy byli porozmawiać o wielu rzeczach – warknęła, odsuwając się od ściany. Otarła krople potu z czoła.

Rozmowę przerwał im pisk dobiegający ze schodów.

– Tatuś! – Amelia zeskoczyła z ostatniego stopnia, podbiegła do Gavina i objęła go za nogi. – Mamusia burzy ścianę! – Roześmiała się i wyciągnęła do niego rączki, żeby ją podniósł.

Nie odrywając nieufnego spojrzenia od Thei, wziął córkę na ręce. Amelia natychmiast przekrzywiła głowę.

– Jesteś chory, tatusiu?

– Eee… nie, skarbie – odparł. – Po prostu źle spałem. – Pocałował ją w policzek. – Pachniesz syropem. Mamusia zrobiła na śniadanie specjalne sobotnie naleśniki?

– Tak, z kawałkami czekolady! – Zasepleniła i wyszło „z kawałkami czekołady”.

Gavin napotkał wzrok Thei i na krótką chwilę z przeciwników zmienili się w zwykłych rodziców. Od kilku miesięcy Amelii zdarzało się seplenić i jej ojciec bał się, że to początki trwałej wady wymowy jak u niego. Thea delikatnie się uśmiechnęła.

– To tylko seplenienie – powiedziała cicho.

Gavin wyciągnął drugą rękę do Avy, która przydreptała za siostrą.

– Cześć, maluchu.

Ava nie chciała do niego podejść i stanęła u boku matki. Ten instynktowny opiekuńczy gest niemal złamał Thei serce, tym bardziej że jej córka uniosła śmiało brodę i zakomunikowała:

– Mamusia płakała.

„O nie”. Od odejścia Gavina Ava co noc przychodziła do jej łóżka. Czyżby wczoraj słyszała, jak Thea wymyka się do łazienki? Nie chciała, by córeczki słyszały jej płacz. Nigdy.

Gavin powoli przełknął ślinę. Powędrował spojrzeniem po twarzy Thei, jakby widział ją po raz pierwszy w życiu, zatrzymując się na nieprzykrytych makijażem piegach i niedoskonałościach cery, po czym ponownie spojrzał jej w oczy. Thea się zaczerwieniła. Dlaczego tak na nią patrzył, do diabła?

– Czy możemy wyjść na spacer z Butterem? – zapytała Amelia. To był ich zwyczaj: spacer z psem po okolicy. A przynajmniej tak było, kiedy Gavin z nimi mieszkał.

– Kiedy indziej, kochanie – odparł. – Muszę porozmawiać z mamusią.

Amelia sięgnęła po nową, niesamowicie skuteczną broń, którą ostatnio odkryła: nadąsaną minkę. Gavin przełknął głośno i Thei prawie zrobiło się go żal.

– Przyjdę w poniedziałek na wasz szkolny musical – obiecał. – Może potem weźmiemy Buttera na spacer?

– Wyjdę z nimi – oznajmiła szorstko Liv, jakby mówiła „pieprz się”.

Butter zaczął podskakiwać przy drzwiach, gdy przypięła mu smycz i pomogła dziewczynkom włożyć polary. Wyszła, ale zaraz wsadziła głowę z powrotem do środka.

– Streszczajcie się. Musimy jeszcze założyć ci profil na portalu randkowym.

Drzwi z moskitierą trzasnęły.

Gavin wydał z siebie zagadkowy pomruk.

Thea ukryła uśmiech.

– Nie odbierasz telefonu – powiedział, gdy tylko dziewczynki zniknęły z zasięgu słuchu.

– Bateria wczoraj padła i nie chciało mi się jej ładować.

Zbliżył się do niej, a w jego spojrzeniu malowała się troska.

– Wszystko w porządku?

Thea zignorowała lekkie kołatanie serca.

– To nie ja cuchnę gorzelnią.

– Upiłem się wczoraj.

Odwróciła się do ściany, przygotowując się do kolejnego uderzenia.

– Świętowałeś odzyskanie wolności?

– Jeśli naprawdę tak myślisz, to znaczy, że dałem plamę na całej linii.

Tym razem odgłos kija wbijającego się w ścianę nie był już tak satysfakcjonujący.

– No to jest problem, bo rzeczywiście dałeś plamę na całej linii.

Nie spierał się z nią.

– Naprawdę zamierzasz założyć profil na portalu randkowym?

– Boże, nie. – Prychnęła, przecierając czoło dłonią. – To ostatnie, czego mi trzeba. – Kolejny mężczyzna? Następne niedotrzymane obietnice? Nie, dziękuję.

Gavin skinął głową z ulgą malującą się na twarzy.

– Jeśli przyjechałeś po rzeczy, to się pośpiesz, bo dziewczynki zaraz wrócą.

– Nie przyjechałem po rzeczy.

– W takim razie po co?

– Ch-ch-ch…

Serce Thei znowu zakołatało, gdy tak patrzyła, jak jej mąż próbuje wydobyć z siebie słowa.

– Chcę porozmawiać – wykrztusił wreszcie.

– Wszystko już zostało powiedziane.

– Proszę, Theo.

Cholerne kołatanie serca.

– W porządku. – Wcisnęła mu kij do ręki i pomaszerowała do kuchni. Odwróciła się do niego plecami, by nalać sobie wody z kranu, i gotując się w duchu ze złości, wbiła wzrok w olbrzymią tablicę z kalendarzem zajmującą większość ściany przy lodówce. Kiedyś uwielbiała swoją spontaniczność i beztroskę, ale teraz jej codziennością rządziło to kolorowe centrum kontroli, na którym była rozpisana każda minuta życia rodziny: lekcje tańca, wizyty u dentysty, menu obiadowe, wolontariat w przedszkolu i wytłuszczone czerwonym flamastrem przypomnienie, by znaleźć ulubione rajstopki Avy przed poniedziałkowym musicalem.

Kiedyś w kalendarzu roiło się również od dat imprez i zbiórek charytatywnych klubu WAG (ang. Wives and Girlfriends – „żony i dziewczyny”) Nashville Legends, ale od pojawienia się pogłosek o problemach w jej małżeństwie wiele dziewczyn zaczęło się od niej odsuwać. W tym miesiącu nie zaprosiły jej nawet na swój głupi lunch, i to zanim poprosiła o rozwód.

I tak nigdy nie potrafiła się odnaleźć w tym gronie, bez względu na starania. W ich towarzystwie nie mogła się pozbyć wrażenia, że mają ją za cwaniarę, która specjalnie zaszła w ciążę, żeby złapać bogatego sportowca.

Nie wiedziały, że pieniądze to ostatnia rzecz, dla której wyszłaby za mąż. Dorastając, na własne oczy widziała ich niszczycielską i deprawującą moc.

Nie. Poślubiła Gavina z miłości.

Ale patrząc na skutki, może rzeczywiście wyszłaby lepiej na małżeństwie dla pieniędzy.

Thea była kompletnie nieprzygotowana do życia żony zawodowego bejsbolisty. A bycie WAG Nashville Legends wiązało się ze swoistą sławą i obowiązkami. Znalazłszy się w wirze imprez dobroczynnych i promocyjnych, czuła się, jakby została wciągnięta do żeńskiego bractwa, do którego nigdy nie aspirowała. Nie miała nic przeciwko bractwom. Na studiach sama należała do pretensjonalnego stowarzyszenia studentek teatrologii, muzykologii i nauk feministycznych protestujących przeciwko cięciom w centrum nauk kobiecych.

Ale to bractwo było inne. Żądało konformizmu i absolutnego posłuszeństwa, a to stanowiło całkowite przeciwieństwo wszystkich wartości, jakie kiedyś wyznawała. Niemniej z maleńkimi bliźniaczkami na rękach i mężem, którego najczęściej nie było w domu, została zostawiona sama sobie. I gdzieś po drodze zatraciła się, zmieniając się nie do poznania. Jak magazyn „Southern Lifestyle” opisywał jej ostatnie lato w artykule o sportowcach i ich rodzinach z Tennessee? „Doskonale pastelowe”. Właśnie tak. I była to prawda. Cała jej garderoba od Lilly Pulitzer była chodzącym hołdem oddanym wacie cukrowej. A przecież kiedyś nosiła vintage’owe koszulki Depeche Mode i czarne trampki, na litość boską.