Jod leczy

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Prawdę należy sobie uzmysłowić, jej nie można się nauczyć.

Najlepszym środkiem do tego, na jaki natrafiłam, jest otwarty umysł, głębokie pragnienie pełnego życia, wrodzona wiara w siebie samego albo w Boga, albo we wszechświat, pozwalająca widzieć to,

co powszechnie niewidzialne, słyszeć to, co powszechnie niesłyszalne,

i wiedzieć to, czego ludzie na ogół nie wiedzą – że możemy działać. Ten środek rozkwita dzięki koleżeństwu jednostek myślących podobnie, które dzielą się tym, co mają najlepszego, wiedząc,

że nasze ścieżki są odrębne.

– Sharon Williams Prahl

Earlowi Foleyowi

Podziękowania

Badając złożony temat, autor napotyka wielu ludzi, którzy udzielają mu wskazówek oraz informacji. Człowiek nigdy nie wie, gdzie wyląduje albo kto mu pomoże. Nigdy nie wie, jakie palące pytania zrodzi praca detektywistyczna, kiedy zagadka będzie się pogłębiać. Niejednokrotnie zadawałam sobie pytanie, w jaki sposób się tu znalazłam. Dlaczego czytam o jodzie i syfilisie w XIX wieku? Po co kupiłam w Internecie manierkę na jodynę z czasów wojny secesyjnej? Jak te informacje mogą pomóc współczesnym ludziom? A tak w ogóle, to kogo obchodzi jod? Na szczęście globalna wioska, to znaczy internetowa społeczność jodowa, przejmuje się tym wszystkim i stworzyła skarbnicę zasobów, która wciąż się wzbogaca. Jest wiele osób, którym muszę podziękować.

Projekt Jodowy, który zapoczątkowali swoją pionierską pracą doktorzy Guy E. Abraham, David Brownstein i Jorge Flechas, stał się podstawą późniejszych badań nad jodem. Wraz z innymi wyrażam tym lekarzom głęboką wdzięczność, nie tylko za rewolucyjne myślenie, ale także za to, że odmienili życie tak wielu ludzi. Ta spuścizna żyje. Mam nadzieję, że ta książka będzie jedną z licznych prac zgłębiających znaczenie Projektu Jodowego dla historii medycyny.

Na moje szczęście całe mnóstwo innych osób, niebędących lekarzami, podzielało mój entuzjazm do wyszukiwania odpowiedzi na pytania: Skąd pochodzi jod? Dlaczego zniknął? Jak możemy ożywić informacje o „złotej epoce jodu”? Nazywamy tę obsesję „efektem Abrahama”, bo to właśnie dr Guy Abraham, ojciec Ruchu Jodowego, zaraził nas nieuleczalną ciekawością wszystkiego, co jest związane z jodem.

Jestem dłużniczką wielu osób, które inspirowały mnie i wspierały moje wysiłki przy pisaniu książki Jod leczy. Nie mogłaby ona zaistnieć bez ciekawości i badawczej biegłości internetowych grup jodowych: ­Curezone Iodine Forum, moderowanego przez Steve’a „Trappera” ­Wilsona, Laurę Olsson i Chrisa C. Vulcanela, oraz Yahoo Iodine Group, założonej przez Zoe Alexander, jodową pionierkę. Fredzie Van, dziękuję Ci za pomoc w rozpowszechnianiu informacji o jodzie, zbieraniu zasobów i opracowywaniu jodowych opowieści.

Janie Bowthorpe, Sandra Anderson i Deb Anderson Eastman, ekspertki w wymianie informacji między pacjentami, dostarczyły mi wzorcowy zbiór pism, z którego uczę się każdego dnia.

Chciałabym wyrazić wdzięczność naszemu zespołowi ekspertów Breast Cancer Think Tank, internetowej grupie dyskusyjnej Breast Cancer Choices, która przez tyle lat badań nad jodem otaczała mnie życzliwością i dostarczała tak wielu informacji oraz opisów eksperymentów. Sally Gould, dziękuję Ci za pomoc przy stronie internetowej www.BreastCancerChoices.org oraz przy gromadzeniu informacji.

Ogromne podziękowania dla tych spośród Was, którzy przeczytali ­rękopis i przedstawili swoje natchnione uwagi oraz sugestie – to dr ­David Brownstein, Kathleen Blake, Victoria Baker, Laura Olsson, Steve „Trapper” Wilson oraz Robin Stamm. Mam nadzieję, że zdołałam zawrzeć w tekście Wasze cenne wskazówki. Jeżeli nie, to cała wina leży po mojej stronie.

Lynn Razaitis, moja przyjaciółko i odwieczna entuzjastko jodu, dziękuję za Twoje mądre wytyczne od początku do końca pracy nad książką. Z niecierpliwością czekam na naszą wspólną pracę

w www.IodineResearch.com. Pomogłaś mi zadbać o to, żeby dziedzictwo jodu nigdy więcej nie zostało utracone.

Earl Foley i Ginny Kubler otrzymują podziękowania za mądre rady i cierpliwość. Sami wiecie, ile Waszej pracy znalazło się na tych stronach. Doktorze Gerry Simons, dziękuję za Twoje zaangażowanie jako naszego lekarza, znającego tematykę jodu. Twoja błyskotliwość i życzliwość sprawiała, że najtrudniejsze chwile zamieniały się w uśmiech losu.

Dziękuję organizacjom, takim jak Fundacja Westona A. Price’a, Amerykańskie Kolegium do spraw Postępu w Medycynie, Towarzystwo Kontroli Raka i Amerykańska Akademia Medycyny Anti-Aging za wczesne przyjęcie jodowego przesłania. Specjalne wyrazy wdzięczności za Annie Appleseed Project, który od początku przekazywał informacje o jodzie, otrzymuje Ann Fonfa, ostoja wymiany danych między pacjentami chorymi na raka. Mary Mucci z programu Long Island Naturally powinna otrzymać nagrodę od mieszkańców okolic Nowego Jorku za mówienie o jodowym kryzysie i za inne historie przedstawiane w jej programie. Do moich przyjaciół z biblioteki Amagansett – jestem Waszą dłużniczką.

I wreszcie to, co najważniejsze. Jestem zaszczycona tym, że tak wiele osób zgodziło się podzielić swoimi doświadczeniami na temat jodowego sukcesu na potrzeby tej książki. Zmieniliście moje życie. Zmienicie życie tych, którzy przeczytają Wasze płynące z serca słowa. Wasze słowa będą żyć nadal.

Słowo wstępne

Jod leczy. Skuteczny program terapii to bardzo potrzebna książka. Lynne Farrow napisała rzecz łatwą w czytaniu, która pomoże wielu osobom cierpiącym z powodu powszechnych dolegliwości, takich jak zmęczenie, przymglenie umysłu, dolegliwości tarczycowe i choroby piersi. Opis korzyści płynących z terapii jodem, przedstawiony przez panią Farrow, sprawia, że jest to frapująca lektura. Co więcej, książka opowiada długą historię stosowania jodu w leczeniu i wyjaśnia, dlaczego ten pierwiastek wypadł z łask konwencjonalnej medycyny.

Lynne opisuje własną drogę od choroby do dobrego zdrowia. Cierpiała z powodu niezliczonych dolegliwości. W końcu zdiagnozowano u niej raka piersi. Autorka przedstawia swoje własne doświadczenia z onkologami i innymi lekarzami. Nie była usatysfakcjonowana informacjami, których jej dostarczano. Lekarze nie potrafili odpowiedzieć na jej pytania o to, dlaczego zalecana kuracja ma być dla niej najlepszą spośród możliwości postępowania. Jako dziennikarka Lynne przeprowadziła swoje własne badania nad rakiem piersi i stwierdziła, że niedobór jodu może być brakującym ogniwem, wyjaśniającym, dlaczego u tak wielu kobiet stwierdza się raka piersi. Ta książka opisuje jej dociekania, podając zrozumiałe dla każdego informacje na temat jodu i raka piersi.

Istnieje mnóstwo badań kojarzących niedobór jodu z chorobami piersi (łącznie z rakiem). Prawdę mówiąc, sięgają one ponad 70 lat wstecz. A jednak medycyna konwencjonalna tkwi w swoim modelu operacji chirurgicznych, chemoterapii, radioterapii oraz terapii hormonalnej, choć wszystkie te kuracje prawie wcale nie zmieniają biegu choroby. Właściwie jedyną rzeczą, która uległa zmianie w ciągu ostatnich 70 lat, jest to, że u coraz większej liczby kobiet – nieomal u jednej na siedem – diagnozuje się raka piersi. Po znalezieniu badań kojarzących niedobór jodu z rakiem piersi Lynne wzięła sprawy we własne ręce i zaczęła uzupełniać jod. Natychmiast poczuła się lepiej. Zaobserwowała wiele pożytków zdrowotnych, które opisuje w książce. Po tym doświadczeniu uczyniła swoją misją informowanie ludzi o jodzie. To doprowadziło ją do organizacji Breast Cancer Choices, Inc., do której kieruję wiele swoich pacjentek.

Najbardziej uderzającą częścią książki są liczne opisy przypadków. Ludzie cierpiący na różne dolegliwości, od zmęczenia aż po łuszczycę, bóle głowy i nowotwory, przesyłali Lynne swoje historie o tym, jak terapia jodem poprawiła ich zdrowie. Wiele spośród nich wydaje się niewiarygodnych. Lecz dla mnie takie nie są. Przepisuję jod od ponad dziesięciu lat. Prawie każdego dnia wysłuchuję podobnych historii od moich pacjentów.

Na nieszczęście dla większości chorych, ich lekarze nie mają wiedzy o terapii jodem. Prawdę mówiąc, lwia część medyków uważa jod za substancję niebezpieczną, której należy unikać. Nie powinno mnie to dziwić. Od lat piszę i prowadzę wykłady dla lekarzy na temat pozytywnego oddziaływania jodu. Mogę was zapewnić, że zainteresowanie lekarza terapią jodem jest trudne. Odnoszę wrażenie, że oni nie dopuszczają do siebie myśli, iż jod jest niezbędny – że bez jego wystarczającego poziomu życie nie jest możliwe.

Przez ostatnie 40 lat poziom jodu w naszych organizmach spadł o ponad 50 procent. Konsekwencje tego faktu są poważne, łącznie z masowym wzrostem zapadalności na choroby piersi, tarczycy, jajników, macicy i prostaty. Jeżeli medycyna konwencjonalna nie poświęci ogromnych środków na poszukiwanie ukrytych przyczyn tych chorób, nadal będziemy oglądać niezadowalające wyniki jej starań. Główny nurt medycyny naprawdę zawiódł nas wszystkich swoim brakiem troski o wyjaśnienie właściwej przyczyny lawinowego wzrostu chorób. Nadal tkwi w starym trybie diagnozowania i leczenia. Nie dokonamy spójnego i definitywnego postępu w walce z tymi chorobami, jeżeli nie poznamy ich przyczyn. Przeczuwam, że ogromny wzrost występowania chorób przewlekłych można wyjaśnić niedoborami niezbędnych składników odżywczych, zaburzeniami równowagi hormonalnej i zwiększoną ekspozycją na toksyczne pierwiastki.

Ta część książki, która jest poświęcona zasobom, wyjaśnia, w jaki sposób sprawdzać niedobór jodu i jak unikać problemów związanych z jego zażywaniem. Od niektórych kolegów słyszę narzekania, że jod wywołuje skutki uboczne. Mają rację – wszystko, łącznie z terapią jodem, może oddziaływać niekorzystnie. Ale właściwe stosowanie jodu nie powoduje zbyt wielu takich konsekwencji. Informacje umieszczone przez Lynne w książce Jod leczy nauczą was, w jaki sposób minimalizować skutki uboczne przyjmowania jodu. Te same kroki zalecam moim pacjentom.

 

Uważam, że ta książka powinna znaleźć się w każdym domu. Zawarte w niej informacje mogą pomóc wam i waszym rodzinom uniknąć problemów zdrowotnych, którym można zapobiec. Gorąco polecam ją każdemu, kto jest zainteresowany poprawą stanu swojego zdrowia.

– dr n.med. David Brownstein

www.DrBrownstein.com

Autor 11 książek, w tym:

Iodine: Why You Need It, Why You Can’t Live Without It

(Jod – dlaczego jest ci potrzebny i dlaczego nie możesz bez niego żyć)

Overcoming Thyroid Disorders (Przezwyciężanie zaburzeń tarczycy)

Salt Your Way to Health (Posyp solą swoją drogę do zdrowia)

Wprowadzenie

Wszyscy myślą, że wiedzą, czym jest jod. Wszyscy się mylą.

– Earl Foley

Niedobór jodu zrujnował moje życie. Całymi latami cierpiałam na bóle głowy i tak poważne przymglenie umysłu, że utraciłam prawo jazdy za przejeżdżanie na znakach STOP. Sypiałam tak długo, że rodzina nazywała mnie „śpiącą królewną” i nie mogłam już pracować na pełen etat, nawet jeśli ratowałam się kofeiną i środkami przeciwbólowymi. Dorobiłam się nadwagi z powodu niezdiagnozowanych zaburzeń tarczycy. I wreszcie, kiedy sądziłam, że już gorzej być nie może, stwierdzono u mnie chorobę grożącą śmiercią.

Zrządzeniem losu jod wkroczył w moje życie w najwłaściwszym momencie. Dr Sherri Tenpenny, lekarka, którą poznałam przez przypadek na pewnej konferencji medycznej, wspomniała o stosowaniu jodu na mastopatię. Byłam zaintrygowana, ale sceptyczna. No bo w końcu – jod? Z pewnością nie chodziło jej o tę brązową buteleczkę z antyseptykiem, którą mam w apteczce. A tak w ogóle, to czym jest jod? Czy nie spożywamy go w wystarczającej ilości z solą jodowaną?

I tu zaczyna się detektywistyczna historia medyczna. Postanowiłam zbadać jod w najbardziej staroświecki sposób – zaczęłam od prześledzenia wyników mnóstwa badań medycznych, zagrzebanych w Narodowej Bibliotece Medycznej. Potem przeniosłam swoje dociekania o szczebel wyżej i zaczęłam tropić stare, niewznawiane książki medyczne. Kupowałam na eBayu dawne produkty jodowe, czasami nieużywane, z nietkniętymi instrukcjami zastosowania. Kiedy na aukcję wystawiono księgę rachunkową pewnej apteki z 1901 roku, natychmiast ją wylicytowałam. Jak łatwo się domyślić, była pełna jodowych recept. Zapisy na temat jodowej medycyny obejmowały cały świat, sięgały sto pięćdziesiąt lat wstecz, gdy jod nazywano „uniwersalnym lekiem”, i znacznie dalej – 15 000 lat wstecz – gdy stosowano go w postaci wodorostów. Znaleziska archeologiczne dowodziły, że prehistoryczni ludzie gromadzili pewne wodorosty. W nadziei na rozwikłanie tej zagadki zaczęłam opracowywać oś czasu, bo chciałam odtworzyć szereg wydarzeń prowadzących do momentu, w którym zaprzestano powszechnego stosowania jodu. Miałam zamiar wykryć wydarzenia, które doprowadziły do zniknięcia tego pierwiastka.

Dlaczego nikt się nie odezwał, kiedy w medycznym arsenale zabrakło nagle jodu? Akcja zaczęła się komplikować, kiedy odkryłam, że w 1948 roku pewien badawczy duet określił jod jako „niebezpieczny”. Ich opinii przeczyły wszystkie poprzednie lata, w których jod był szeroko stosowany na wszystko, od syfilisu po raka piersi. Nieważne. W jakiś sposób historyczne znaczenie stosowania jodu zostały wyrwane z podręczników medycznych i wykluczone z badań na ludziach. Dlaczego? Kto ukradł jod?

Dlaczego chleb wzbogacany jodem zniknął w latach 70. XX wieku? Czy jakiś czynnik w naszym środowisku mógł wypierać ten pierwiastek? Dlaczego dziś ludzie wydalają z moczem o połowę mniej jodu niż 40 lat temu? Czy chodzi tu o jakiś spisek, czy tylko o głupie zaniedbanie? Próbując rozwikłać zagadkę kradzieży jodu, doszłam do wniosku, że dowiedziałam się wystarczająco wiele, by uznać, że jod można bezpiecznie przyjmować w dawkach większych niż oficjalnie

zalecane.

Pewnego ranka rozpoczęłam dzień od połknięcia 50 mg jodu w postaci tabletek. Bingo! Mój mózg ożył. Przymglenie umysłu zniknęło. W następnych miesiącach ustąpiły wszystkie inne nękające mnie dolegliwości. Miałam więcej energii, a moja waga wróciła do normy. Nie było mi już zimno i nie musiałam nosić dwóch par skarpet. Poprawie uległy nawet drobiazgi. Kiedyś musiałam przez całą dobę smarować dłonie emulsją. Teraz trudno uwierzyć, że moje dłonie kiedykolwiek potrzebowały nawilżania. Jodowe doświadczenie wydawało się zbyt piękne, by mogło być prawdziwe. Skoro jod jest taki świetny, to dlaczego nie wszyscy o tym wiedzą?

W jaki sposób jedna tania substancja odżywcza może leczyć tak wiele chorób? No i w jaki sposób dorobiłam się niedoboru jodu? Zawsze jadałam owoce morza i sól jodowaną. Co się stało z jodem w moim pożywieniu? Gdzie się podział?

Potem odkryłam nowo powstały Projekt Jodowy, utworzony przez pionierskich doktorów Abrahama, Brownsteina i Flechasa. Dzięki ich „pracy detektywistycznej” to była prawdziwa kopalnia wiedzy na temat jodu! Ci lekarze już zajmowali się sprawą niedoboru jodu i bez rozgłosu, starannie gromadzili dokumentację. W Internecie zaczęły pojawiać się relacje z pierwszych jodowych eksperymentów. Kolejni lekarze zaznajamiali się z jodem i zaczynali go stosować. Pojawiały się grupy internetowe omawiające i badające zażywanie jodu.

Tak wiele osób donosiło o korzyściach i wymieniało się informacjami, że spróbowaliśmy opublikować „Często zadawane pytania”, aby rozpowszechniać te wiadomości. Stworzyliśmy zasoby internetowe, aby pomóc tym, dla których temat jodu był nowy.

Jak można się było spodziewać, sceptycyzm wystawił swój paskudny łeb w postaci krzykaczy zapowiadających, że wszyscy wkrótce poumieramy, bo przecież jod to „trucizna”. Niektórzy donosili o przejściowych skutkach ubocznych, ale nikt nie mógł zaprzeczać historiom sukcesu i ustępowaniu poważnych problemów zdrowotnych. Ilu osobom pomogła suplementacja jodu? W miarę jak kolejne strony internetowe (oraz lekarze) donosili o pożytkach z jodu, zaczęliśmy sobie uświadamiać, że pojawił się ruch obywatelski, rzucający wyzwanie panującej teorii na temat toksyczności jodu.

Moja praca detektywistyczna ujawniła dowody na to, że jod jest używany w tej bądź innej formie od 15 000 lat. Tak długa historia medyczna potwierdza jego skuteczność. Jod nie okazał się alternatywnym lekiem, lecz tradycyjnym lekiem, który został utracony.

Znowu zrobiło się ciekawie, kiedy odkryłam, że brom, „antyjodowy” pierwiastek, zaczął być dodawany do mąki w tym samym czasie, gdy usunięto z niej jod – w latach 70. XX wieku. Jod zniknął akurat wtedy, gdy brom zaatakował. Związki bromu stały się zagrożeniem środowiskowym, gdyż zaczęto je stosować (oprócz tego, że w pieczywie i mące) w materacach, żywności i innych produktach konsumenckich, wypierając znaczną część spożywczego jodu.

I co dzięki temu mamy? Idealny zbieg okoliczności dla kryzysu w postaci niedoboru jodu. Jak objawia się taki scenariusz? Zacznijmy od tego, że pomiędzy 1970 a 2000 rokiem wskaźniki chorób tarczycy i piersi wzrastały w zawrotnym tempie. Niższe poziomy jodu oznaczają spadki IQ i wzrost otyłości. Jodowy kryzys sprawił, że jesteśmy chorzy, grubi i głupi. Uważacie, że to czysto teoretyczny wniosek? Zapytajcie inne osoby, poza mną, które też były chore, grube i głupie. Wiele takich historii znajdziecie w tej książce.

Te opowieści ukazują, jakie dokładnie korzyści przyniósł ludziom jod, stosowany zarówno w małych, jak i dużych ilościach. Historia uczy nas, że kiedy pozwala się ludziom mówić to, co czują, rozpoczyna się rewolucja. Dlatego wiele jodowych raportów z pierwszej ręki niesie przesłanie lepiej, niż mogłaby to zrobić wtórna relacja. Przeczytajcie te historie. Poruszą wasze serca.

Jako dyrektorka organizacji non profit, zajmującej się stosowaniem jodu w celach zdrowotnych, dostaję z całego świata e-maile z takimi relacjami. Wendy Farrow (niespokrewniona ze mną) z Kanady, która w latach 80. XX wieku była pacjentką zmarłego już badacza jodu doktora W.R. Ghenta, odkryła naszą stronę i pomogła nam zebrać zaginione historie. Pewien imigrant z Rosji skontaktował się ze mną, żeby opowiedzieć, jak w jego kraju wdycha się jod, aby podczas podróży chronić układ oddechowy przed zarazkami. Ludzie przesyłają mi fotografie typu „przed i po”, termo­gramy i mammogramy. Historii sukcesów jest coraz więcej.

Nie możemy pozwolić, aby historie ruchu jodowego i jego założycieli rozpłynęły się we mgle przeszłości. Ktoś musiał napisać o tym, jak rozpoczął się ten ruch i w jaki sposób zmienił nasze zdanie o nadrzędnej teorii medycznej. Kiedy doktor Guy Abraham zainicjował Ruch Jodowy, nie zdawał sobie sprawy ze swego wyczynu. Wielu z nas, beneficjentów jego rewolucyjnych idei, uważa, że Nagroda Nobla to dla niego za mało. Ale możemy się na nią zgodzić.

I wreszcie, ta książka została napisana dlatego, że ludzie zainteresowani jodem potrzebują miejsca, w którym mogliby znaleźć często zadawane pytania i odpowiedzi, które opracowywaliśmy przez lata. Jod leczy. Skuteczny program terapii służy jako zawierający ważne lekcje przewodnik dla pacjentów. Zawarte tu informacje nie mają rangi porad medycznych. Proszę, podchodźcie do tej książki w duchu dziennikarskim, w jakim została pomyślana. Opowiadajcie o niej. Pożyczcie ją swojemu lekarzowi. Uczmy się nadal od siebie nawzajem.

Część pierwsza

Odnalezienie jodowego

rozwiązania – moja podróż

Rozdział pierwszy

Dziecięca ciekawość i odkrycia

Studiuj to, co najbardziej cię interesuje, w sposób możliwie najbardziej niezdyscyplinowany, zuchwały i oryginalny.

– Richard P. Feynman

Kiedy miałam dziesięć miesięcy, moi rodzice wynajęli domek na wybrzeżu stanu New Jersey. Posadzili mnie na piasku i dali mi żółtą plastikową łopatkę.

– Kop – powiedzieli.

I to wystarczyło, żeby mnie unieruchomić na ponad godzinę. Kopałam w piasku, patrząc na przewalające się fale, obserwując, jak woda wsiąka tajemniczo w piasek, pasma wodorostów gromadzą się na plaży, a między nimi przemykają kraby piaskowe. Byłam tak urzeczona, że rodzice powiedzieli mi potem, że zaczynali się martwić, czy nie jestem „opóźniona”. Każdego roku powracaliśmy tam na dwa tygodnie i każdego roku stawałam się coraz bardziej ciekawa świata, w miarę jak moje małe nóżki niosły mnie coraz dalej. W końcu rodzice dali mi żółte wiaderko do zbierania moich znalezisk.

W New Jersey nie nazywamy wybrzeża „plażą”. Mówi się na nie „brzeg” („chodźmy na brzeg”). A to dlatego, że brzeg to coś więcej niż plaża z huczącymi falami i opalającymi się ludźmi. Brzeg to ziemska kraina cudów, z zatoczkami i odnogami wpływającymi do ciekawych zakątków. Wystarczy iść wzdłuż strugi słonej wody, a dociera się do sadzawek pływowych i słonych bagien, pełnych ptaków i roślin tak pięknych, że ludzie nie są w stanie wyobrazić ich sobie, jeśli ich nie zobaczą na własne oczy. Moje magiczne żółte wiaderko i łopatka otworzyły przede mną świat.

Kiedy miałam kilka lat, spacerując po brzegu, nigdy nie wiedziałam, na co skierować oczy. Skąd wzięło się u moich stóp to bogactwo darów, wprawiające mnie w zakłopotanie? Ptasie jaja, wodorosty w odcieniach zieleni, których nigdy jeszcze nie widziałam, misterne muszle i jadalne małże, zaplątane w sałatę morską. Dlaczego niektóre wodorosty przypominają rude włosy? Nadal pamiętam, co czułam, pozostając blisko ziemi i oglądając każdy kawałeczek tajemnicy, którą morze przynosiło mi do rąk.

– Czy mogę zatrzymać tę muszelkę? – pytałam. – Mogę zabrać ten wodorost do domu?

Jak to możliwe, że każdy przedmiot, tak cenny i magiczny, był darmowy, leżał sobie i można go było zabrać. I to zdawało się nie mieć końca. Mój ojciec zaczął odwracać to, co znajdowaliśmy na plaży. Kiedy odwracał muszle, uciekały spod nich kraby piaskowe. Odwracał kamienie i znajdował zbiorowiska jajek.

– Indianie je jedli – powiedział, kiedy wykopałam małża.


– Możesz to zjeść – rzekł, kiedy znalazłam morszczyn pęcherzykowaty. – Ma mnóstwo witamin.Ten drugi etap eksploracji stanowił dla mnie ważną lekcję. Nie musisz ograniczać się do patrzenia i ruszania w dalszą drogę. Możesz odwracać muszle, zaglądać pod kamienie. Aktywni uczestnicy wyprawy mogą nauczyć się więcej niż zwyczajni obserwatorzy.

Rodzice rozbudzali moją ciekawość. Kupili mi małą książeczkę zatytułowaną Przewodnik po życiu wybrzeża. Sama o tym nie wiedząc, nauczyłam się jej na pamięć, bo nie mogłam oderwać oczu od obrazków. Dowiedziałam się z niej, że „rzeczy”, które przynosiłam z brzegu do domu, nie są po prostu rzeczami, tylko elementem ogromnego systemu żywych istot. Skąd pochodziły te wszystkie muszle i wodorosty? Jak miały się do siebie nawzajem? Ta książeczka nauczyła mnie, że ciekawość nie musi być leniwa ani chwilowa, że może nas zabrać w daleką podróż i otworzyć przed nami dalekie światy. Gdyby dało się datować metodą radiowęglową początek mojego romansu z ciekawością, to myślę, że był to dzień, w którym rodzice dali mi do ręki Przewodnik po życiu wybrzeża. Nie miałam pojęcia, że moja dziecięca miłość i obsesja sprawią, że uda mi się w końcu rozwikłać zagadkę jodu.

 

Dziecięcy „trening” zdaje egzamin – ciekawość nie okazała się pierwszym stopniem do piekła

Przewińmy film do przodu o kilkadziesiąt lat.

Kiedy stałam się osobą dorosłą, moja fascynacja wszystkim, co morskie, nie zniknęła. Nie mogłam jednak przewidzieć, że dziecięce kopanie w piasku przerodzi się po wielu latach w chęć poznania prawdy na temat jodu. Zdobywanie wiadomości na temat czegokolwiek zawsze mnie zaskakiwało. Nigdy nie wiedziałam, jak należy się uczyć, więc po prostu szłam i usiłowałam łączyć kolejne kropki. To sprawdziło się w mojej karierze – i akademickiej, i dziennikarskiej – w trakcie której odkryłam dający się opanować proces zwany „sprawdzaniem faktów”, polegający na wyszukiwaniu źródeł informacji.


Mądrzy mentorzy nauczyli mnie, jak zadawać trafniejsze pytania i jak kontynuować poszukiwania, zadając „pytania o pytania”.

Dociekanie „jakie jest źródło i funkcja tej informacji?” stało się umiejętnością, którą doskonaliłam, nawykiem, a nawet odruchem. Te zdolności dobrze mi służyły. To znaczy do czasu, gdy je utraciłam.

Jako bardzo młoda kobieta nie byłam zdrowa, a jako trzydziesto­parolatka zaczęłam się czuć coraz gorzej i gorzej. Bóle głowy, które były moim problemem, odkąd ukończyłam dwadzieścia lat, nagle stały się codziennością. Byłam pacjentką licznych poradni zajmujących się bólem głowy – w całych Stanach Zjednoczonych. Usłyszałam wiele różnych diagnoz: hipoglikemia, osłabienie nadnerczy, niedoczynność tarczycy, chroniczne zmęczenie, drożdżaki Candida, wrażliwość na wiele związków chemicznych, torbiele jajników, choroba włóknisto-torbielowata piersi, czyli mastopatia. Przybierałam na wadze. Przez cały czas odczuwałam zimno i trudno było ze mną żyć, bo wciąż byłam głodna albo szukałam buteleczki z przeciwbólowym lekiem Darvocet.

Te tajemnicze przewlekłe dolegliwości izolowały mnie, bo wszyscy moi krewni i przyjaciele wydawali się zdrowi. Lecz w gabinetach różnych lekarzy, u których bywałam, spotykałam wiele osób podobnych do mnie. Hierarchia ważności ich chorób mogła być różna, ale całe mnóstwo cierpiących ludzi szukało wyjaśnień i nie otrzymywało ich. Część bardzo szczerych lekarzy przyznawała, że nie wiedzą, jak nas leczyć. Choć chcieli dobrze, zaczynałam mieć ich dość. Jeśli o jakiejś chorobie mówili w telewizji, natychmiast pojawiała się dramatyczna diagnoza i równie szybka kuracja. Dlaczego ci lekarze nie umieli znaleźć jej dla mnie? Ilu pacjentów, tak jak ja, męczyło się dzień w dzień, nie widząc żadnej nadziei?

Równocześnie próbowałam udawać osobę zdrową, zarówno w najbliższym otoczeniu, jak i w pracy. To było rozwiązanie tymczasowe. Imałam się tylko takich zajęć, przy których mogłam mieć wpływ na ilość czasu spędzanego poza domem. Pełen etat nauczycielki w college’u wymagał zaledwie trzech dni pracy tygodniowo, ale nawet to okazało się zbyt dużym obciążeniem, bo musiałam być aktywna podczas wykładów, a potem prowadzić konsultacje ze studentami. Wracałam do domu i zasypiałam o szóstej wieczorem. Rodzina nazywała mnie „śpiącą królewną”. Każdy, kto cierpi na przewlekłą chorobę, zrozumie, jak to jest prowadzić sekretne życie, organizować godziny pracy wokół okazji do odpoczynku i wyszukiwać wymówki, żeby nie brać udziału w weselach i innych uroczystościach.

Gdy pracowałam jako dziennikarka, wydawca zadzwonił do mnie i zaproponował lukratywne zlecenie, wymagające lotu do Londynu, w celu opisania dwudniowego wydarzenia. Byłam zbyt zakłopotana, żeby mu powiedzieć, że po dwukrotnym przelocie nad Atlantykiem w ciągu trzech dni będę wyczerpana przez całe tygodnie. Więc zaświergotałam do słuchawki:

– Jasne.

I dopiero potem uświadomiłam sobie, w co się wpakowałam.

Będę musiała w nieskończoność stać i chodzić. Wygodne buty nie załatwią sprawy. Jak zniosę pozostawanie na nogach przez dwa dni? Czy Darvocet uchroni mnie przed bólami głowy, a kofeina pozwoli działać? Póki co, mój plan nie przewidywał innych punktów. Następnego wieczoru, stojąc w kolejce odpraw Virgin Airlines, zaczęłam odliczać godziny dzielące mnie od chwili, gdy wrócę do domu i wyciągnę się na kanapie w moim salonie.

Pierwszego dnia w Londynie obudziłam się w hotelu, poszłam do łazienki i natychmiast złamałam sobie palec u nogi, waląc nim o sedes. Ból sprawił, że zobaczyłam wszystkie gwiazdy. Byłam sama, leżałam na posadzce w łazience, walczyłam z nudnościami przez dziesięć minut, zanim zdążyłam się pozbierać. Hotel wezwał lekarza, który zabandażował mi stopę i poradził:

– Nie stawaj na niej.

Lecz ta przejściowa komplikacja zdrowotna przyniosła nieoczekiwane korzyści. Kiedy wchodziłam na konferencje prasowe, przepuszczano mnie. Z zabandażowaną stopą, mogłam siadać tam, gdzie inni reporterzy musieli stać. Ból palca zapewnił mi przypływ adrenaliny i sprawił, że stałam się zadziorna. Gdy wykrzykiwałam swoje pytania, zawsze uzyskiwałam odpowiedzi, podczas gdy zwaliści, aroganccy dziennikarze byli ignorowani. Jeden z reporterów narzekał, że „Dziewczynie z Paluchem” odpowiada się częściej niż wszystkim pozostałym. Zamiast być przekleństwem, moja zabandażowana stopa okazała się błogosławieństwem.

Alarm z powodu przymglenia umysłu

Kilka lat później skarżyłam się różnym lekarzom, że czuję się „zatopiona”. Lekarze nazywali ten stan „przymgleniem umysłu”. Jeden pocieszał mnie, twierdząc, że „są gorsze rzeczy”. Łatwo mu było mówić. To irytujące zaburzenie było gorsze niż bóle głowy i zmęczenie, bo myślenie to jedyna rzecz, której mnie nauczono. Dawniej mogłam sobie myśleć pomiędzy drzemkami. Teraz, kiedy nie mogłam jasno myśleć, nie mogłam pisać. Zdarzało się, że moi przyjaciele zaczynali krzyczeć, kiedy nieświadomie przejeżdżałam na czerwonym świetle – na skutek tego stanu. Nazbierałam tyle mandatów, że władze stanu odebrały mi prawo jazdy i wysłały mnie na kurs dla słabych kierowców.

Nawet teraz, kiedy czytam swoją własną historię, nie mogę w to uwierzyć, ale pewien dzień sprzed okresu jodowego przypomina mi, jak paskudne potrafi być przymglenie umysłu.

Umówiłam się w Nowym Jorku z szanowanym specjalistą z zakresu medycyny integracyjnej. W dniu wizyty zarezerwowałam sobie dodatkowy czas, ponieważ – o czym wie każdy, kto cierpi na przymglenie umysłu – w takich chwilach człowiek często się gubi. Mieszkałam wtedy w tym mieście i wystarczyło, żebym pojechała metrem z Upper West Side do Midtown. Żaden problem. Mimo to wstałam o całą godzinę wcześniej. Wystroiłam się starannie w żakiet i spodnie, przeciągnęłam usta szminką i wyruszyłam z mojego bloku do stacji metra, oddalonej o pół przecznicy. Co mogło pójść nie tak? Zjeżdżając schodami do metra, spojrzałam na dolną część mojego starannie dobranego stroju. Miałam na nogach różowe kapcie. Zakłopotana, wróciłam do mieszkania, żeby założyć buty.

Ponownie wyruszyłam na stację metra, żeby pojechać do centrum. Wciąż miałam mnóstwo czasu do umówionej wizyty, więc wpadłam do jakiejś kafejki na kanapkę. Ale kiedy mi ją podano, nie mogłam zapłacić, bo zapomniałam portfela. Kelnerka wybawiła mnie z drugiej tego dnia kłopotliwej sytuacji, mówiąc, że mogę zapłacić, kiedy wpadnę do nich następnym razem. To była ulga, ale moja pewność siebie legła w gruzach. Skoro nie potrafiłam dotrzeć do gabinetu bez dwóch wpadek, to jak znajdę drogę powrotną do domu?