Szczęśliwa ziemiaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



To jest książka dla moich najstarszych druhów: Jarka, Leszka,

Łukasza, Mikołaja, Pawła, Piotra, Przemka i Tomka.

Dziękuję, że jesteście.

Rozdział pierwszy
1

Moja matka nazywała się Wściekłość. Mieszkaliśmy razem, gdy zacząłem słyszeć.

Długo prosiłem, żeby zabrała mnie do lekarza. Sama zanurzyła palec w małżowinach. Powiedziała, że wszystko jest w porządku i muszę być dzielny. Mały mężczyzna ciągle jest mężczyzną. Potem wykręciła mi ucho.

– Lekarz wsadzi ci tam igłę – usłyszałem. – To dopiero zaboli.

2

Powiadają, że prawda i szanse są tylko w wielkich miastach, ale ja bardzo długo nie wyobrażałem sobie życia gdzie indziej niż w Rykusmyku. Mama toby chciała wyjechać. W Legnicy przerażały mnie długie rzędy potężnych kamienic. Będąc tam, wypatrywałem olbrzymów żyjących w ich wnętrzach. Wrocław – gdzie bywaliśmy rzadko – składał się z ZOO, okazjonalnego lunaparku, lodów przy Rynku Głównym i kina ze starymi kreskówkami Disneya. Po seansie wsiadałem w autobus i cieszyłem się, że wracam do domu. Z tego też powodu nie jeździłem na wakacje. Rykusmyku dawało wszystko, czego potrzebowałem. Prócz ciszy.

Na Placu Zamkowym, za przystankiem, mieścił się targ, gdzie każdego dnia sprzedawano coś innego. W poniedziałek kwiaty, we wtorek zwierzęta, w środę ubrania, w czwartek samochody, i tak aż do niedzieli, kiedy upłynniano szmelc: kolorowe zapalniczki z Niemiec, rosyjskie gry elektroniczne o wilku lub łodzi podwodnej, koszule dla robotników i T-shirty z Sandrą. Najbardziej na świecie chciałem mieć kalkulatorek, okrągły i biało-czerwony, taki jak piłka do nogi. Mama dała mi nawet pieniądze, które niezwłocznie przepuściłem na automatach. Kalkulatorek narysowałem sobie sam, w zeszycie do matematyki.

Rynek był wtedy bardzo zniszczony, a najgorzej wyglądał budynek rady miejskiej, wzniesiony po wojnie. Zdawał się rozpadać z żalu nad losem kamienic, poobijanych jak te łotry balujące od rana do nocy w Ratuszowej. Wysoko nad łysiejącymi dachami sterczała Baszta Strzegomska, przy której stał nasz dom. Obok biegła Staromiejska z fryzjerem i sklepem z zabawkami, jej wylot zamykało nieczynne kino i dom kultury, miejsce pracy mamy. Maszerując prosto, wkrótce dotarłbym na pola, poza Rykusmyku, i miałbym przed sobą leśną czapę skrywającą zalany kamieniołom. Na prawo żwirowa droga z topolami po obu stronach wiodła do Zakładów Kuzienniczych, skręt w stronę przeciwną prowadził do parku ze stawem pełnym kaczek o benzynowych główkach. Był tam też niewielki plac zabaw. Huśtawki zrobiono z bali i opon połączonych łańcuchami. Nieco dalej biegł strumień, a przed nim, na niewielkim wzniesieniu, stał szkielet betonowego bunkra, zapraszający do zabawy w wojnę. Po drugiej stronie rzeczki rozrastały się nowe osiedla. Ludzie, którzy tam mieszkali, zdawali się obcy, jak barbarzyńcy wkręcający sobie kości przeciwników głęboko w wytatuowane twarze.

Podobno zgwałcono tam kiedyś kobietę, przyjezdną. Zjawiła się u nas z niewiadomego powodu, wynajęła pokój na prywatnej kwaterze i kręciła się całe dnie przy zamku. Ktoś ją dopadł zaraz za rzeką. Zgłosiła się na policję, lecz zaraz wycofała zeznania, tłumacząc, że wszystko stało się za jej zgodą. Potem wyjechała. Byłem bardzo mały, gdy przypadkiem usłyszałem tę opowieść, a dorośli odmówili mi wyjaśnienia tego, czego nie rozumiałem.

Po drugiej stronie miasteczka znajdował się jeszcze jeden park, większy i bardziej zaniedbany. Stał tam Kościół Pokoju, duma całego Rykusmyku, zbudowany po wojnie trzydziestoletniej bez użycia jednego gwoździa, znak zgody pomiędzy katolikami a protestantami. Wystarczyło pójść do domu obok, poprosić pastora, a pastor otwierał kościół i puszczał z taśmy głos, opowiadający historię tego miejsca, Boga i Rykusmyku. Za plac zabaw służył nam zrujnowany budynek, w którym przed wojną mieściła się kawiarnia. Za płotem i ulicą znajdowały się już tylko tereny kolejowe i spółdzielnia inwalidów Inprodus. Wyobrażałem sobie, że produkują tam ludzi bez rąk i nóg, a następnie wysyłają ich pociągami do miejsc, w których są potrzebni.

Mieliśmy też zamek. Zamek był najważniejszy, osadzony między Rynkiem a Placem Zamkowym, na skorodowanym wzgórzu, zamek piaskowej barwy, tak że kojarzył się z Piastem, który niewątpliwie kiedyś tam mieszkał. Wzniósł go książę Radosław z Czech. Bywali tu królowie i Marysieńka. W dziewiętnastym wieku zamek stał się więzieniem, sto lat później obozem pracy przymusowej, co niektórzy u nas jeszcze pamiętają. Może ze względu na tę pamięć zamurowano wszystkie wejścia i zabito okna na niższych piętrach. A jednak widywałem światła na wieży.

Nocą z trzewi zamczyska dochodziły wrzaski, śmiechy oraz odgłosy innego rodzaju, których, ze względu na wiek, nie mogłem zrozumieć.

3

Matka była bardzo piękna. Pewnego dnia przejrzałem się nagi w lustrze. Miałem wklęsły brzuch z płytkim pępkiem i małe oczy przedzielone długim nosem. Poszedłem do mamy i zapytałem, dlaczego mi nie powiedziała, że nie jest moją mamą. Piękna kobieta nie wyda brzydkiego potomstwa, chciałem dodać, ale dostałem w pysk.

4

Nasza pierwsza zabawa wiąże się z zamkiem. Trudno powiedzieć, ile mieliśmy lat, może osiem, może nawet mniej. Dorośli mówili, że jest tam niebezpiecznie i można zlecieć; słyszałem o labiryncie bez wyjścia i chłopcu, który dostał się tam dawno temu i błądzi do teraz, choć jest już dorosły. My jednak wiedzieliśmy lepiej.

To chyba Trombek znalazł wejście – drzewo i konar pod samo okno na piętrze. Chodziliśmy tam całą piątką przynajmniej raz w miesiącu. Latem częściej. Ześlizgiwałem się z gałęzi prosto w chłód, na gruz i szkło. Opadający korytarz dusił wszelkie światło. Opieraliśmy się o kamienny parapet. Każdy żartował, usiłując dodać otuchy sobie i pozostałym. Próba zawsze wyglądała tak samo i kończyła się w ten sam sposób. Kto dalej pójdzie w ciemność? Czy ktoś dotrze do końca zamkowego korytarza? Sikorka utrzymywał, że tam na dole jest podziemne jezioro, ale nie umiał wyjaśnić, skąd to wie.

Zapalniczkę trzymałem przez szmatkę lub rękawiczkę, żeby nie poparzyć dłoni. Szedłem blisko ściany. Zerkałem za siebie, na malejący jasny prostokąt i cztery zaaferowane cienie. Liczyłem, i oni też liczyli. Jedna liczba, jeden krok. Stopę stawiałem ostrożnie, rozgarniając gruz czubkiem buta. Robiło się coraz ciemniej i coraz chłodniej. Myślałem o chłopcu żyjącym w podziemiach, o jeziorze pełnym potworów i bandytach, mających tam swoją kryjówkę. Okno stawało się coraz mniejsze, ja szedłem coraz wolniej, aż wreszcie zawracałem i gnałem najszybciej jak mogłem, głośno przy tym krzycząc. Nie było wstydu, bo każdy tak robił. Jeśli przeszedłem więcej kroków niż ktokolwiek przede mną, DJ Krzywda wydrapywał rekord na murze. Jeśli nie, to nie wydrapywał.

Potem szliśmy na opustoszałe już targowisko i siadaliśmy na długich stołach. Opowiadaliśmy sobie, czego to jeszcze nie zrobimy, jak będzie wspaniale, gdy wreszcie dotrzemy na dół, i przypominaliśmy sobie różne historie związane z zamkiem. Coś żyje, coś czeka. Zamek był naszą pierwszą zabawą. Okazał się też ostatnią.

5

Zajmowaliśmy mieszkanie przy Środkowej, blisko ryneczku. Wchodziło się od podwórka, gdzie trzepak rozkładał rdzawe ramiona, a w oknach, pod którymi zalegały sterty gruzu, wisiały wypłowiałe zasłony.

Miałem swój kąt, lecz prawdziwym źródłem radości był pokój mamy. Zabroniła mi tam wchodzić, ale od małego zostawałem sam na całe dnie i mogłem robić, co tylko chciałem. Skakałem po ogromnym łóżku i przeglądałem „Przyjaciółkę”. Wierzyłem, że matczyna toaletka rozrasta się sama z siebie na podobieństwo kościoła rozbudowywanego przez wieki. Wtedy nie użyłbym takiego porównania. Miałem inne, związane z lustrem, zakurzonym poza środkową częścią, w której przeglądała się mama. Wyobrażałem sobie, że patrzę na świat przez okno obsypane czarnym śniegiem.

Obok leżały skarby: misa pełna klipsów, broszki w kształcie owadów i kawałki skorupy żółwia nawleczone na sznurek. Kredką malowałem twarz w wojenne barwy. Obwieszałem się koralami. Szminki zlepione taśmą udawały pas z nabojami. Mierzyłem suszarką w lustro i mówiłem: „Zdychaj”.

6

Buchary pasowały do Sikorki jak mało co. Nie wiem, czy znałem go wcześniej, czy pierwszy raz zobaczyliśmy się na wysypisku. Pamiętam, że zatrzymywał się przy każdym śmietniku i w nim grzebał. Często zachodził na tyły sklepu Społem przy Szkolnej i tam też szukał. Tornister miał pełen wyprztykanych aerozoli. Utrzymywał, że na wysypisku różnie może być, przezorny zawsze ubezpieczony.

Pewnego razu poszliśmy na wysypisko, a on tam już był, król pośród kolorowych wydm. Podpalił górę śmiecia i stał z rękami w kieszeniach, jakby spoglądał na pożar miasta, które właśnie pokonał. Miał poważną twarz. Podeszliśmy i Trombek zapytał Sikorkę, co właściwie robi. Sikorka poradził, żebyśmy spokojnie czekali, więc patrzyliśmy w ogień. Śmieci płoną inaczej niż cokolwiek innego – zduszony płomień pełza, nie osiąga pełni i tylko wystawia co chwilę niebieski język ponad poczerniałe kształty.

 

Było warto czekać na wybuchy. Aerozole trzaskały raz za razem, podrywając szmelc, a twarz Sikorki jaśniała z zachwytu. Zazwyczaj rzadko się uśmiechał. Natychmiast rozbiegliśmy się w poszukiwaniu kolejnych puszek. Sikorka miał rację i trudno było je znaleźć. Nurkowałem w śmieciach. Usiłowałem przynieść więcej od innych. Nikt nie chciał, żeby ten wieczór się skończył, i wszyscy gratulowali Sikorce niezwykłego pomysłu. Długo rozpalaliśmy ogień, oczekując w napięciu na huk i niezwykły widok płonących papierów opadających powoli na tle ciemniejącego nieba.

Zaczęliśmy tam wracać, ku rozpaczy Sikorki, który już wtedy cenił sobie samotność. Układaliśmy buchary w przemyślnych konfiguracjach i starannie podkładaliśmy ogień, tak żeby sekwencja wybuchów była możliwie najbardziej efektowna. Kilkakrotnie straciliśmy kontrolę. Ogień stawał się grzebieniem, wysokim na metr i widocznym z daleka. Raz zorientowałem się, że płomienie pełzają wszędzie wokół nas. Rzuciliśmy się do ucieczki, a buchary strzelały wokoło, jakbyśmy przedzierali się przez pole minowe.

Mieliśmy najprawdziwszego wroga. Pan Herman poszukiwał na wysypisku zużytych skarbów, które ładował na wózek i ciągnął do chaty za miastem. Wytropił nas i zaczął prześladować. Przyczajał się i wyskakiwał z ukrycia. Liczył, że nas zaskoczy, ale jego obecność zdradzał wózek ustawiony za siatką. Rozbiegaliśmy się ze śmiechem, każdy w innym kierunku, a pan Herman rzucał się jak pies na krótkim łańcuchu.

7

Po roku, może dwóch matka zabrała mnie do przychodni rejonowej przy Moniuszki. Trzymała mnie mocno za rękę i cały czas powtarzała, że nikt nie zrobi mi krzywdy, no a jeśli nawet, mam to na własne życzenie. Martwiła się po swojemu i zaaferowana ciągnęła mnie przez Rykusmyku.

Przychodnia mieściła się w długim parterowym budynku, zapach wewnątrz obezwładniał. Usiedliśmy w zielonkawym korytarzu. Z plakatów spoglądał na mnie smutny berbeć zagrożony krzywicą, jego starszy kolega pił mleko i maszerował do przedszkola, a Trombek, czekający wraz z ojcem, był dziwnym połączeniem ich obojga. Siedział naprzeciwko mnie, przygnieciony czerwoną ręką taty, i machał nogami. Zniknął w gabinecie, na nazbyt krótko. Nadeszła moja kolej.

Bardzo się bałem, że lekarz włoży mi do ucha igłę. Nic takiego nie nastąpiło. Tylko pogmerał wacikiem, zaświecił, wyjął czarny aparacik i przez chwilę majstrował z jego pomocą przy uchu.

– Słuch przeciętny – rzekł. – Dawno nie widziałem tak czystych uszu. Jeśli chce pani szczerej opinii, radziłbym pójść do innego lekarza – dodał, stukając się znacząco po łysinie.

8

Na cmentarzu, pod wieczór, bawiliśmy się w chowanego. Dzieci z innego miasteczka zapewne nie mogłyby tego zrozumieć. My jednak baliśmy się zamkowego korytarza i na groby nie starczyło nam strachu.

Cmentarz zamykano o dwudziestej. Niedługo później przechodziliśmy przez mur. Ciągnęliśmy zapałki i ten, który wylosował najkrótszą – dziwnym trafem najczęściej był to Blekota – stawał twarzą do drzwi kaplicy, zaś pozostała czwórka gnała ku upatrzonym kryjówkom. Wchodziłem na klony i kasztanowce, tak wysoko, jak się dało, a potem przywierałem brzuchem do gałęzi, jakbym chciał stać się jej częścią.

DJ Krzywda nauczył mnie też, jak włamywać się do okazałych grobowców. Zamykałem wtedy za sobą kratowane drzwi i kucałem w rogu z ręką na ustach. Biegłem jak najdalej, żeby skulić się za jakąś niepozorną attyką. Nastawała cisza. Szukaliśmy się i byliśmy szukani.

Nigdy nie starczyło mi odwagi, żeby wpełznąć do grobu. Trombek to zrobił, los chciał, że akurat na mojej zmianie. Ściągnąłem DJ-a Krzywdę z dachu kapliczki, zdemaskowałem Blekotę w wielkiej dziupli i strzeliłem w ucho Sikorkę, przysypiającego za kamiennym aniołem. Tylko Trombka nie mogłem znaleźć. Ruszyłem w górę, do końca alejki, gdzie rosła wysoka trawa i gdzie pękały opuszczone groby. Szedłem nerwowo, bo miałem już tego dosyć i chciałem wracać do domu. Nagle kawałek płyty nagrobnej ruszył w moim kierunku. Darłem się, aż zobaczyłem, że w jamie łypią wesołe oczy Trombka. Przestał się śmiać dopiero, kiedy mu przysoliłem i potoczyliśmy się, zwarci w walce, z powrotem w kierunku kapliczki.

Raz byliśmy świadkami czegoś niezwykłego. Dobiegły nas jęki, jakie mogą wydawać tylko potępieni. Zza ukruszonego nagrobka wystrzeliła czarna czupryna. Mężczyzna nas spostrzegł i umknął, podciągając dżinsy. Na grobie leżała dziewczyna ze spodniami spuszczonymi do kolan i potarganą bluzką. Płakała, ale gdy spytaliśmy, czy pomóc, odszukała swoje buty w trawie i uciekła.

Lubiłem przyglądać się zdjęciom i domyślałem historie umarłych. Rozumiałem, że ci strzeżeni przez krzyż trafili do nieba, a łyse attyki skrywały potępionych. Odejmowałem datę narodzin od daty śmierci. W ten sposób zauważyłem, jak wiele młodych kobiet umarło w Rykusmyku.

9

Jak przekleństwa ciskane przez człowieka z poderżniętym gardłem. Odgłos twarzy roztrzaskiwanej o mur. Skowyt bitego psa. Jęk jucznego zwierzęcia, które zaraz runie na ziemię. Coś takiego.

Najpierw myślałem, że wołają mnie zmarli, ale mama powiedziała, że zmarłych nie ma. Wściekły głos, początkowo ledwo słyszalny, nasilał się z roku na rok. Skoro nie zmarli, pomyślałem, wołają mnie zatem żywi pozostający w potrzebie. Obszedłem kamienicę przy Środkowej – szary budynek o poobijanych rynnach – i zakradłem się na poddasze. Wędrowałem wśród krzeseł wywróconych do góry nogami w nieczynnej części przedszkola. Na próżno. Każdy dźwięk narasta w miarę zbliżania się do jego źródła – tu inaczej. Wszędzie było tak samo straszno i głośnocicho.

Zabrałem chleb, stuzłotówkę z Waryńskim i uciekłem. Zatrzymałem się dopiero na polach przy drodze na Myślibórz. Dźwięk brzmiał czysto i głośniej niż przedtem. Przycisnąłem ręce do uszu. Uderzyłem się kamieniem w głowę. Mogłem przysiąc, że za mną stoi wrzeszczący tłum, chociaż nikogo tam nie było. Gdzie jesteście? Czemu to robicie?, pytałem. Teraz już wiem, że świat nigdy nie odpowiada. Ma swoje pieśni. Jedną usłyszałem.

Jak łoskot ciał upadających do mokrej jamy. Jak czołg jadący po kościach. Skowyt matki, której dzieci rozpruto. Coś takiego.

10

Rowery oznaczały wolność. Matka pozwalała mi jeździć tylko po parku, ale nie dopytywała, gdzie znikam na długie godziny. Zbieraliśmy się więc w parku, pod szkieletem bunkra, i wyruszaliśmy na wyprawy. Wszyscy mieli wigry 3, ja jeden kremowego jubilata z trzema przerzutkami, tak jak tylko ja słyszałem to, co słyszałem.

Latem jechaliśmy na zalany kamieniołom, przenosiliśmy rowery wąską ścieżką na wapiennych skałach, wysoko nad twardym lustrem wody. Nadzy braliśmy kąpiel. Potem wściekałem się na słońce, bo chciałem jak najszybciej wyschnąć. DJ Krzywda miał wędkę schowaną w krzakach, ale nigdy nic nie złowił. Może dlatego, że łapał tylko na chleb?

Wybieraliśmy się na coraz dłuższe wyprawy, określane przez znaki drogowe – tyle a tyle do najbliższej miejscowości. Myślibórz, Wałbrzych, Bolków. Rozpędzone samochody mijały nas, trąbiąc wściekle. Obieraliśmy skróty przez las i wspieraliśmy się na duchu, kiedy droga okazywała się zbyt ciężka lub gdy traciliśmy poczucie kierunku. Raz dotarliśmy aż do Legnicy i każdy zamówił porcję lodów z bitą śmietaną. Blekota zostawił pieniądze w domu, więc za niego zapłaciliśmy. Jedliśmy powoli, upojeni zwycięstwem i tajemnicą. Nikt nie wiedział, gdzie jesteśmy i co robimy. Te chwile były tylko nasze.

Rozochoceni Legnicą postanowiliśmy zdobyć Wrocław. No bo jak daleko to może być? Wyruszyliśmy po śniadaniu, wszystko szło dobrze, aż dotarliśmy do poniemieckiej autostrady, gdzie na szarych płytach podskakiwał samochód za samochodem. Patrzyliśmy smętnie jak na drugi brzeg, który okazał się zbyt odległy. Trombek powiedział, że to nie szkodzi, bo on i tak kiedyś pojedzie, do Wrocławia i dalej. Pozna cały świat, byleby tylko nie wracać do Rykusmyku. Domyślaliśmy się, o co chodzi. Do domu wróciliśmy w milczeniu.

11

Matka miała wielu mężczyzn. Żaden nie został na dłużej. Niektórzy mylili się w ocenie. Sądzili, że samotna kobieta z dzieckiem potrzebuje nowej rodziny. Mama jednak pragnęła wielkomiejskości, śniła o kawiarniach i hotelach; w Rykusmyku się dusiła. Przesiadywała w Ratuszowej, łowiąc wzrokiem niektórych przyjezdnych. Raz w tygodniu jechała do Legnicy i nie wracała na noc. Ale mężczyźni umykali przerażeni jej wściekłością i słodyczą zlanymi w jedną podziemną rzekę.

Potrafiła być miła przez długie tygodnie. Potem wybuchała gniewem z błahego powodu. Raz, gdy grymasiłem przy stole, wepchała w siebie mój obiad, swój obiad i wszystko, co znalazła w lodówce. Stało się to w okamgnieniu. Zupa ściekała jej po brodzie. Powiedziała, że nie jest głodna, tylko nieszczęśliwa.

Pamiętam mleczną szybę w drzwiach od jej pokoju, rozświetloną przez świece. Rozstawiała je na podłodze. Raz któryś kochanek pacnął w płomyk gołym cielskiem. Lałem mu potem zimną wodę na zad.

Kiedy miałem dziesięć lat, pojawił się polonus. Urodził się w Wałbrzychu, dorastał w Rykusmyku, szczęśliwa ręka losu cisnęła go za ocean, gdzie obrósł w zielone. Kursował między Polską i Nowym Jorkiem, poznał matkę i zakochali się na zabój. Wypiękniała jeszcze bardziej. Rozpalała świece i czekała na gościa. Zapisała się na kurs prawa jazdy i obiecała, że pokaże mi Amerykę. W prospektach wskazywała, co będę miał, gdy tam zamieszkamy. Pistolety w skórzanych kaburach. Statki kosmiczne z Gwiezdnych wojen. Transformersy. Komputer Commodore i kasety z grami. Nawet DJ Krzywda nie miał takich, choć jego ojciec cały czas jeździł do Niemiec.

Pewnego wieczoru mama rozpaliła świece, ale polonus nie przyszedł. Usłyszałem dźwięk korka wyskakującego z butelki. Zaglądnąłem do pokoju. Matka leżała na podłodze. Z rozpiętej bluzki wystawał rąbek sutka. Śpiewała:

Zabijemy wszystkich ludzi, wszystkich ludzi, wszystkich ludzi,

Chociaż trzeba się natrudzić, zabijemy ich.

Sprowokujmy Pana Boga, Pana Boga, Pana Boga,

Niech nastanie strach i trwoga, sprowokujmy go!

Uszy odetkały mi się niemal jednocześnie. Skrzek, wcześniej dalekie wołanie, zabrzmiał wyraźniej. Rozróżniałem poszczególne głosy. Na dachach zalegał śnieg.

12

Miałem wiele skarbów: zegarek znaleziony na śmietniku, kamień ze śladem muszli podobnym do brodatej twarzy, kulki do łożysk wynoszone z Zakładów Kuzienniczych. Gwóźdź z Kościoła Pokoju był z nich wszystkich najcenniejszy. Kościół Pokoju, który powstał bez jednego gwoździa, potrzebował jednak stali, aby przetrwać przez wieki. Trombek ukradł ojcu młotek, śrubokręt i dłuto. Poszliśmy do parku. Był sobotni poranek.

Wybraliśmy ścianę po przeciwległej stronie niż dom pastora. Nikt tam nie chodził. Sprawdziliśmy dokładnie: w zasięgu ręki nie było żadnego gwoździa. DJ Krzywda powiedział, że nic w tym dziwnego, bo tę zabawę znali już nasi pradziadowie. Gwoździe znajdziemy wyżej. Tak rzekł i niczym małpa zaczął wspinać się po grubych belkach. Znalazł się jakieś trzy metry nad ziemią. Rzuciliśmy mu dłuto, potem młotek. Zeskoczył, a w zębach trzymał potężny, zardzewiały gwóźdź, który dał nam wszystkim do potrzymania. Za nim wspiął się Sikorka i pozostali. Blekota przykleił się do kościelnej ściany niczym niezdarny pająk, któremu wyrwano cztery nogi. Podważał metal dłutem, robił z młotka dźwignię, poleciało dłuto, poleciał młotek, poleciał i Blekota. Ale miał swój gwoźdź.

Przyszła kolej na mnie. Nie patrzyłem w dół. Zacząłem dłubać przy rdzawym łebku. Powoli wyrywałem stal drewnu i wiedziałem, że to jeszcze kwestia minut, gdy DJ Krzywda syknął, że mam się spieszyć, bo pastor idzie w naszym kierunku. Przyjaciele nerwowo zerkali w stronę zarośli. Szarpnąłem jeszcze kilka razy i zeskoczyłem bez gwoździa. Umknęliśmy wszyscy, ja jeden ścigany przez wstyd.

Tej nocy nie mogłem zasnąć. Zabrałem nóż do chleba i cicho wymknąłem się z domu. Mama spała pijana, a park puchnął dźwiękami nocy. Ożyły duchy. Cienie kucały w krzakach, krzyżując szpony na chudych kolanach. Wówczas Kościół Pokoju nie był jeszcze iluminowany. Wspiąłem się po omacku i znalazłem swój gwóźdź. Drewno długo nie chciało mi go oddać i ukruszyłem nóż. Wreszcie był mój – ciepły, jak kieł potężnego zwierzęcia, które zabiłem własnymi rękami.

Wracając do domu, unikałem alejek. W krzakach zastałem bandytę, szesnastoletniego Wilczura, zaambarasowanego rozpinaniem stanika jakiejś pijanej dziewczynie. Dostrzegł mnie, krzyknął, sięgnął po kamień, ale zanim rzucił, już byłem daleko.