Inna dusza

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Chcesz?

W drugiej dłoni podsuwa mi nóż. Nic nie odpowiadam. Zastanawiam się tylko, jak bym się z tym czuł. Zwierzątko i tak jest skazane na śmierć. Kotek pełza na różowej dłoni. Być może gdybym to zrobił, poczułbym się spokojniejszy. Ale nigdy nie widziałem tak bezbronnego stworzenia. Milczę. Jędrek odkłada nóż. Ujmuje główkę kota w dwa palce i przekręca szybkim ruchem.

Czyści nóż o trawę, składa i chowa do plecaka razem z workiem. Darek gapi się w wodę i mówi, że zrobiło się późno i pora wracać. Zastanawiam się, czemu Jędrek zrobił to przy nas i dlaczego ich jednak nie utopił. Pojeździłbym jeszcze trochę, bo jutro rano muszę oddać rower, ale nie mam ochoty na przepychanki, zwłaszcza że Jędrek wstał i szykuje się do drogi. Proponuję, żebyśmy zrobili jeszcze kółko po parku, i tak rzeczywiście się dzieje. Jadę obok Jędrka. Darek zostaje daleko za nami.

16.

Jędrek wraca do domu. Zapiął flejersa, łokcie rozstawił na boki, pochyla głowę i bierze ostre zakręty. Przez Zamczysko jedzie tak szybko, że ledwo zauważa kilku nastolatków, trochę młodszych od nas, którzy podpierają przęsło, najwyraźniej czegoś oczekując. Ignoruje skrzyżowanie i prosto na niego wyjeżdża star. Hamują jednocześnie, pół metra od siebie. Ze stara wyskakuje kierowca w czapce z daszkiem i niebieskiej koszulce Pepsi. Idzie prosto na Jędrka i krzyczy, że go zapierdoli. Spogląda w jego oczy, milknie i wraca do samochodu.

Lasem kolibie się zabytkowy tramwaj z tablicą JAZDA PRÓBNA na przedzie. Jędrek nie ma światła i pruje prosto przez ciemność wąską ścieżynką. Zakochani uskakują między drzewa. Gdzieś z głębi dochodzi krótki, urwany wrzask, a za nim piosenka – chłopy śpiewają, kopiąc kogoś, kto leży na ziemi. Jędrek pedałuje co sił. Podskakuje na kamieniach i korzeniach, rozchlapuje kałuże. Zjeżdża z górki, unosi wysoko nogi i pędzi, wpadając prosto między bloki Fordonu. Taranuje płotek, ale nie spada z roweru. Wycofuje się, tratując kwiaty. Zatacza pętle na osiedlowych dróżkach, a matki wołają dzieci do domów, kulawi psiarze szarpią obroże swych kundli.

Rower zamyka w piwnicy. Czeka, aż serce się uspokoi, idzie na górę i dzwoni do drzwi. Tym razem ojciec nie patrzy na zegarek. Już w progu podaje synowi szklankę wody, pyta, czy nie jest głodny. Jędrek zaprzecza ruchem głowy. Zdejmuje koszulkę i myje się pod pachami. Ojciec chce wiedzieć, czy fajnie było na rowerach i z kim pojechał. Jędrek wyciera się ręcznikiem.

– Z Krzyśkiem Hoppe, tatuś – odpowiada.

Ojciec pociąga nosem. Prześwietla Jędrka wzrokiem i mówi, żeby go nie nabierał. Pojechał tylko z Darkiem. Przecież Krzysiek nie ma nawet roweru. Jędrek nie odpowiada. Zakłada czystą koszulkę i chce iść do swojego pokoju. Ojciec przypomina, że dziś, jak co piątek, będą czytać książki. Jędrek reaguje westchnieniem, ale nic nie mówi. Ojciec zasiada w pokoju, przy stole, zakłada okulary, ślini palec i przewraca stronę Forsytha w grubej czerwonej oprawie. Matka podnosi nos znad różowego tomu Courths-Mahlerowej. Jędrek bierze z półki pierwszą lepszą książkę. Siada przy mamie. Otwiera mniej więcej w środku. Przysuwa sobie lampkę i czyta.

17.

Pierwszy stopień naszej klatki schodowej okupuje inny miłośnik książek. To tatko przysnął z ręką pod głową. Kolanami ściska pustą reklamówkę i opiera czoło o opróżnionego bełta. Próbuję go przekroczyć bez dotykania, lecz wybudza się gwałtownie, wybałusza oczy i szarpie mnie za nogawkę. Chce, żebym z nim został i go posłuchał. Ani mi to w głowie. Nie chce puścić. Chwytam się chybotliwej poręczy, drugą nogą odpycham się od tatusia i cwałuję na piętro odprowadzany przez jego skomlenie.

Matula czeka w kuchni. Pali nad szklanką z fusami na dnie. Witam się i zasuwam do łóżka, ale mama ma sprawę. Dopytuje o tatę. Odpowiadam zgodnie z prawdą. Zmarznie i wróci w środku nocy. Mama szarpie się za policzek i prosi, żebym zaciągnął go na górę, bo co ludzie powiedzą. Moim zdaniem może leżeć tak do świtu, poza tym cała Jasna doskonale wie, kim jest pan Bogdan. Mamusia uważa inaczej, ciśnie, głos jej drży, a ja kapituluję. Przytuliłbym ją, ale nigdy tego nie robię. Po prostu stoję w kuchni i patrzę w okno. Mama idzie do pokoju rozścielić mężowi łóżko.

Tatko śpi w najlepsze i nie sposób go ruszyć. Szarpię za kurtkę, klepię po twarzy, proszę, żeby do nas wrócił. Na klatce pachnie szczyną, pyłem i trutką na szczury. Tatuś opiera się na łokciach i mruga. Butelka po bełcie stacza się ze stopnia. Tato każe mi spierdalać. Mówi, że jestem małym potworem, że piętnaście lat temu powinien zawiązać sobie chuja na supeł. Wszyscy go ostrzegali: nie żeń się z tą bzibzią, a przynajmniej nie rób dzieci. Powtarzam moją prośbę. Pomogę mu wstać. Ojciec boksuje na oślep, zwala się na stopień i znów zasypia.

Mama siedzi na brzegu wersalki. Mówię, że próbowałem i trudno, mam w czterech literach i idę spać. Przed oczyma przesuwają mi się koty. Robię sobie kromkę z mortadelą, popijam wodą z kranu, myję zęby i rozścielam sobie amerykankę. Mamusia ani drgnie. Kładę się na wznak. Przed oczyma przesuwają mi się koty rozprute w półmroku klatki schodowej. Trochę to trwa. Mama rzuca na ścianę potężny cień. Wstaję, zakładam buty. Biorę koc i idę okryć tatusia. Siadam przy nim na chwilę, słucham płytkiego oddechu, przyglądam się ciemnym dłoniom i rozchylonym ustom. Pomarańczowy prostokąt drzwi przecina postać w kurtce bombce i z reklamówką w dłoni. To Wesoły Fido maszeruje opustoszałą Jasną i pogwizduje.

Pocałuj noc
listopad 1995

1.

JESZCZE NIKT NIE STRZELAŁ z procy tak pięknie.

Siedzimy we trzech w zardzewiałym zaporożcu bez kół, jakieś pięć metrów od śmietnika z pustaków. To ten najfajniejszy model zaporożca, z kieszeniami, które ktoś chciał urwać, a tylko wypatroszył. Darek wychyla się przez przednie okno z siedzenia kierowcy. Przycupnąłem z przodu i mam Jędrka za plecami. Na cegłówkach pod śmietnikiem stoi rząd butelek z grubego szkła. Mamy też procę z drewna i pasma gumy wyciętego z rękawiczki. W kubełku leżą nazbierane kamienie. To pierwszy słoneczny dzień w listopadzie.

Zaczyna Darek. Wciąż wychyla się przez okno i chyba udaje bandytę ostrzeliwującego się przed radiowozem lub na odwrót. Trzęsie się, jakby nasz samochód pędził po wybojach. Porywa kamień, naciąga i pudłuje. Tak raz za razem. Kamyki dzwonią o blaszany dach śmietnika, a gdy trafiają w pustak, wzbijają chmurkę gruzu, jak w filmowej strzelaninie. Butelki stoją, jak stały. Nadchodzi moja kolej. Napinam najmocniej, jak umiem, mrużę oko. Dwa pierwsze kamienie idą za wysoko, trzeci przelatuje bokiem, czwarty trąca szyjkę. Butelka chwieje się i roztrzaskuje pod śmietnikiem. Piąty, ostatni pocisk znów nie sięga celu.

– Wierzysz w duchy? – pyta Jędrek i przejmuje procę. Starannie wybiera pięć kamieni. Napina gumę. Żyły pulsują mu na przedramieniu. Mruży oko, nos ociera się o wierzch dłoni. Zwalnia palce. Kamień śmiga nad butelką. Jędrek, nie spuszczając wzroku z celu, sięga po kolejny kamień. Gumkę ustawia nieco niżej, biedzi się z tym, przygryza wargę. Tym razem kamień niemal muska butelkę. Jędrek rozmasowuje palce od nasady po paznokcie, a dalej wypadki przebiegają błyskawicznie. Proca wyrasta z dłoni jak złamana kość. Jędrek bierze głęboki oddech. Dwie butelki pękają, trzecia ledwo się chwieje, ale w jej środku widnieje dziura na wylot. Jędrek wypuszcza powietrze, oddaje procę Darkowi i pyta:

– Wierzycie w duchy?

Zaprzeczam. Jedyne duchy to takie, które tatuś widzi na dnie butelki. Darek nie ma zdania. Znów wyjmuje swój zeszyt i notuje niebieskim długopisem jednorazowym parę linijek. Jędrek próbuje mu zabrać ten notatnik, mocują się chwilę w maleńkim samochodzie, próbuję ich rozdzielić. Awantura kończy się wybuchem śmiechu i tylko Darek, z nosem na kwintę, chowa notatnik do plecaka.

– Jest dom w Łochowie, gdzie nie idzie wytrzymać – mówi Jędrek. – Coś tam jęczy, śpiewa, takie rzeczy. Światła się zapalają same z siebie. Raz przyjechał tam taki waryjot, co wody pod ziemią szuka, takim kijkiem, i ten kijek mu się normalnie do dołu wygiął. Facet speniał i uciekł. Pół miasta gada o tej chałupie. Podobno tam kogoś zabili czy coś. Kości w piwnicy. Fajnie, co nie?

Mina Darka świadczy o tym, że nie bardzo widzi się w roli łowcy duchów. Nic jednak nie mówi. Dopytuję Jędrka, o co mu właściwie chodzi, po diabła to Łochowo i jak właściwie sobie to wyobraża. Jędrek bawi się procą.

– Normalnie. Pojedziemy na wieczór, wrócimy rano. Chyba że peniacie jak ten facet od kijka.

Gramolę się z samochodu. Zaczyna siąpić. Patrzę po firankach w bure kwiaty. Między nimi marszczą się szare twarze, zapalają papierosy. Na wyszczerbionych dachówkach gołębie chowają głowy w skrzydłach. Kot szoruje grzbietem o rynnę. Przychodzi mi do głowy, że Bydgoszcz ma własnych duchów od metra i nie musimy wozić się do Łochowa. Darek chce wiedzieć, co powiemy rodzicom. W życiu go nie puszczą do nawiedzonego domu.

– Ja mam luz ze starymi, łażę, gdzie chcę – kłamie Jędrek. – Powiecie, że śpicie u mnie, i cześć, nie będzie im się chciało węszyć. Ja, tak czy inaczej, jadę.

Pytam go jeszcze, czym tam pojedziemy, to dwadzieścia kilometrów jak nic. Jędrek już grzebie w śmietniku za nowymi butelkami i nie ma czasu na pierdoły. W bramie majaczy okropna figura – bezdomny w dziurawych butach, w kurtce nałożonej na płaszcz, z brodą jak futro z psiego zada drobi kroczki i czegoś tu szuka. Jędrek podnosi głowę znad kosza.

– Może ten mądrala fundnie taksę? Darek, co ty robisz z całą tą forsą z myjni?

Darek blednie, Jędrek wybucha śmiechem i rzuca:

– Autobusem, no bo czym?

Śmiech Jędrka ucina się jak zerwana taśma. Ani ja, ani Darek nie chcemy już strzelać do butelek. Jędrek wspina się na dach samochodu, siada po turecku i napina procę. Brzęczy szkło. Tym razem przestrzelił dwie butelki bez rozbijania. Od bramy dochodzi szloch. Bezdomny zobaczył, co się święci, i leci ratować butelki. Przez dziury w butach wystają brudne skarpetki. Bezdomny omija rozwalony samochód, kierując się na śmietnik. Jędrek obraca się w miejscu i mierzy do niego z procy. Ten pojednawczo unosi ręce. Wycofuje się tyłem, nie odrywając wzroku od Jędrka. Stopa natrafia na kamień, bezdomny pada na plecy, obraca się i na czworakach zasuwa przed siebie, i nas przeklina. Gdy dociera do bramy, Jędrek rozluźnia palce. Kamień śmiga koło włochatego ucha. Bezdomny wydaje z siebie kwik i przepada w korytarzu. Jędrek mógł trafić go bez kłopotu, ale tego nie zrobił.

 

2.

Listopad jest jak sen o sztucznych światłach: autobusy stoją w korkach, zacina bury deszcz, a o poranku na Jasnej można zobaczyć kałuże o brzegach żółtych jak pudełeczka w jajkach niespodziankach. Dalekie domy spowija mgła, której pasma, niby otępiałe duchy, wkręcają się między nagrobki cmentarza Starofarnego. Rowery stoją już w piwnicach, woda tryska spod kół śmieciarki, przechodnie nastawili kołnierze, naciągnęli na uszy czapki, ale chłód i tak wwierci się pod ortalionowe kurtki i prochowce. Golfy pod puchówkami nasiąkają potem.

Wstaję pełen sił i cieszę się czystym mieszkaniem.

Nauczyciele chorują i w poniedziałek wracam trzy godziny wcześniej. Robię pomidorową dla siebie i mamy. Jemy w milczeniu. Talerze zmywam w wyczyszczonym zlewie i odstawiam na ociekacz. Matula swoim zwyczajem zostaje przy stole. Szkoda mi dnia. Zabieram się do wykańczania pokoju. Półki już przetarte, książki poukładane według autorów, zabawki, niepotrzebne, poupychałem do szuflad. Nastawiam pranie z pościelą, a ponieważ proszek się skończył, wlewam pół butelki ludwika. Będzie bardzo dobrze. Gdy trzepię narzutę na podwórku, mam wrażenie, że matka mi się przygląda przez szybę.

Najważniejsze zostało na koniec. Nalewam wody do wiadra, zagęszczam ludwikiem i usiłuję zmyć czarny ślad po ojcu. Tę plamę po brudnych kudłach. Nie bardzo chce schodzić. Robią się szare smugi, jakby mój tatko chciał rozlać się po mieszkaniu. Nie pozwolę. Wymieniam wodę na czystą, szoruję znowu i co chwilę cofam się pod meblościankę, żeby ocenić efekt swojej pracy. Ciągle coś nie leży i nim się połapię, nad łóżkiem widnieje jasny okrąg. Jakby świeżo malowane. Właśnie malowanie wydaje mi się nie najgorszym pomysłem. Zasuwam do kuchni, żeby zainteresować tym mamę. Wystarczy przepchać meble na środek i już. Sam się tym zajmę, obiecuję, tylko potrzebuję pieniędzy na farby. Mama słucha mnie w skupieniu, dziękuje za ostatnie dni i prosi, żebym wreszcie poszedł poszukać ojca.

Ani myślę. Tatko poszedł w długą i gdzieś się zawieruszył. Mówię mamie, że wróci, jak mu się znudzi, jak go pobiją albo przemarznie na kość w jakiejś bramie. Przywlecze się i będzie płakał. Matka doskonale to wie i nie wie jednocześnie. Powtarza swoją prośbę tak długo, aż mięknę. Wyjmuje trochę drobnych i zamyka mi je w dłoni. Jeszcze się ociągam. Bydgoszcz to duże miasto. Mama jest nieugięta. Głos jej drży. Zakładam buty. Moje zadanie kojarzy się z szukaniem gluta w kupie gnoju.

3.

Najpierw zachodzę na róg, do sklepu, i natychmiast łapię trop. Pan Docent mówi, że tatko przyszedł dwa dni temu, nawalony jak szpak, i błagał o rabat na nalewkę spirytusową. Opowiadał też, jaki jest nieszczęśliwy. Poszedł i zaraz wrócił, bo dożebrał brakującą złotówkę, domyśla się pan Docent i dodaje, że i tak nie sprzedał mu nalewki ze względu na mnie oraz niespłacony zeszyt. Zazwyczaj w takich sytuacjach tatko dostawał szału, lecz tym razem posmutniał i powlókł się Grunwaldzką, w deszcz. Pan Docent nie widział go więcej. Kupiłbym sobie snickersa. Nie starczy. Poza tym potrzebuję forsy na coś innego.

Automat telefoniczny mieści się w żółtej budce. Szyba jest rozbita, opluta, walają się niedopałki i w gruncie rzeczy dziwię się, że tu nie nasrali. Zaczynam od Żłobka, czyli izby wytrzeźwień na Przemysłowej, gdzie tato jest doskonale znany. Dawno go tam nie widzieli. Zabieram się do obdzwaniania szpitali, automat żre monety jak smok, a przed budką rośnie ponura kolejka. Mokną. Przestępują z nogi na nogę. Elegancka pani wznosi oczy ku niebu, wymoczek w zielonym płaszczyku kręci się wokół własnej osi i coś tam mamrocze. Niech czekają. Parę lat temu tatko poszedł do biblioteki i nie wrócił przez dwa dni. Znalazł się w szpitalu na Jurasza z okropnie rozkrwawioną ręką: przełaził przez płot i nadział się na śrubę czy coś takiego, sam dokładnie nie pamiętał. Teraz o nim nic nie wiadomo, ani na Jurasza, ani gdziekolwiek indziej. Zmarnowałem monety. Wymoczek w ostrych słowach wyłuszcza mi zasadę „jeden człowiek – jedna rozmowa”, starsza pani prosi, by mogła wejść przed nim, ma króciutką sprawę, dosłownie dziesięć sekund. Wymoczek odmawia, blokując ciałem wejście do budki. Odchodzę odprowadzany odgłosami kłótni tych dwojga.

Sprawdzam znajome bramy na Jasnej, Granicznej, Śląskiej i Kanałowej, zachodzę nawet na Czarną Drogę i w piwnice dworca, gdzie tatko kiedyś miał kumpla i szarpał się z sokistami. Zdrowo go wtedy stłukli. Zaglądam do piwnic służących mu za dom, łazienkę i restaurację jednocześnie. Przypominam sobie jego ulubiony murek w podworcu kamienicy na Chełmińskiej. Zazwyczaj dużo opowiada, a jego koledzy się śmieją. Tym razem go nie ma. Pytam o niego dwóch pijaczków. Podobno tatko wpadł wczoraj na murek, poopowiadał, jakiego ma fajnego syna, i już nie wrócił.

Bez większych nadziei odwiedzam cmentarz Starofarny. Tatko uwielbia to miejsce, w lecie potrafi przesiedzieć tu całą noc, mamy jednak listopad. Woda błyszczy na katafalkach, marmurowy Chrystus przyjął pozę, jakby puszczał przodem jakąś ładną dziewczynę. Pozieleniały, smutny aniołek opiera się o krzyż. Dużo wypalonych zniczy, zwiędłych kwiatów, potłuczone szkło. Wyobrażam sobie ojca śpiącego w trumnie, na wzór Drakuli, jak leży sobie na plecach i uśmiecha się przez sen. Podnosi się gwałtownie. We włosach ma pajęczyny i liście, w uszach wosk, a na rękach krew. Otrząsam się. Nie ma tu nikogo, tylko mokre wrony drepczące wśród liści.

Wszystko robi się beznadziejne. Na koniec zaglądam do Kapliczki, tuż obok cmentarza. Knajpa nazywa się inaczej, ale ludzie mówią na nią właśnie tak. Szanse na sukces są marne, bo tatko rzadko stołuje się w lokalach. Na blatach pokrytych ceratą stoją miękkie blaszane popielniczki. Pod laurem Polonii Bydgoszcz wisi plakat z Roberto Baggio. Stara ruda barmanka leje do kufla tanie wino z kegi. Kostropate głowy, jedna po drugiej, obracają się ku mnie, w końcu barmanka też podnosi wzrok i pyta, co mnie tu przywiało. Odpowiadam, że szukam ojca, pana Bogdana Hoppe. Och, najdroższy Boguś! Chłopy natychmiast tracą zainteresowanie moją osobą. Barmanka stwierdza, że potraktuje mnie jak dorosłego i powie prawdę: noga mojego ojca nie postanie w Kapliczce, póki ona tu pracuje, a pracuje prawie od siedmiu lat i bardzo to sobie ceni. Życzy mi dobrze, więc nie chce, aby mój ojciec się odnalazł.

4.

W sklepie z militariami Major pierwsze, na co Jędrek zwraca uwagę, to manekin w pełnym wojskowym rynsztunku. Ma mundur bez maskowania, hełm z siatką i jasnozielone buty. Na skomplikowanie poskręcanych pasach wisi granat, nóż, manierka i atrapa pistoletu w czerwonej kaburze. Manekin, drobny, z chłopięcą twarzą, kojarzy się raczej z harcerzem niż współczesnym wojownikiem. Sprzedawca spogląda na swojego klienta znad gazety. O ladę, między zieloną skrzynką a saperką, opiera się panzerfaust, najpewniej rozbrojony. Wyżej ciągnie się cały rząd hełmów, w tym jeden rycerski, z osłoną na nos i kolczugą chroniącą kark. Sprzedawca powolnym ruchem zdejmuje okulary, pozwalając im zawisnąć na sznurku, Jędrek skręca i zanurza dłonie między wojskowe kurtki i spodnie, stłoczone na wieszaku. Patrzy na plecaki i ogląda but o wysokiej podeszwie, jakby zamierzał go założyć. Zerka w stronę drzwi. Sprzedawca odkłada gazetę i pyta, czy może jakoś pomóc. Jędrek natychmiast melduje się przy nim.

– Pokaże pan mi noże?

Jędrek chowa obie dłonie do kieszeni flejersa. Sprzedawca zmęczonym ruchem spełnia jego życzenie, rozkłada noże jak karty i opowiada o nich. Jest smith & wesson z krótkim symetrycznym ostrzem oraz blokadą, na którą trzeba uważać, ratowniczy master cutlery, który ponoć błyskawicznie się składa, letherman, trochę podobny, wyróżniający się uchwytem przy rękojeści, i jeszcze kilka innych. Jędrek kładzie portfel pod nosem sprzedawcy. Dotyka wszystkich noży po kolei.

– Który jest najlepszy? No i żeby drogo nie było.

Sprzedawca tłumaczy, że nie ma noży tak po prostu. Zależy, do czego będzie potrzebny. Pokazał Jędrkowi tylko tanie i dobre noże, tak zaznacza, i zaraz powtarza to, co powiedział wcześniej. Chce wiedzieć, po co mu ten nóż.

– Mieszkam w Fordonie – odpowiada Jędrek. Widzi, że sprzedawcy daleko do śmiechu, i dodaje: – Kumple w szkole też mają, to nie będę gorszy. – Zerka na stary numer „Komandosa”, na atrapę kałacha zwisającą z kraty po lewej, na zimnego panzerfausta, na hełmy, czapki i okulary sprzedawcy, grube, złączone drucikiem. – Powalczyłbym trochę. Chcę na żołnierza. Chcę i już. Starsze chłopaki migają się przed wojem, a ja nie mogę się doczekać. Zostanę komandosem. Komandosi zawsze się przydają, no nie?

Sprzedawca przygląda się jego krępej sylwetce i stwierdza, że z tą nauką walki dobrze wykombinował, bo wojsko odpuszcza takie rzeczy. Trening trwa długo, nikomu się nie chce, a potem zwiadowcy giną jak przedszkolacy pędzeni przez pole minowe. Bierze lethermana, tak że ostrze wystaje od strony kciuka, macha w górę ku prawej i błyskawicznie opuszcza w lewą stronę. Już po sercu i oku, zapewnia. Opowiada o precyzji, szybkości, prostocie i o tym, że walcząc nożem, nie można myśleć. Walka przypomina oddychanie, dodaje, i pyta, czy Jędrek ma jakiś model, czy już sobie zrobił choćby z worka nabitego szmatami.

– No jasne, że se zrobię. Ten, co pan tak nim wywija, jest bardzo okej. Bo ja mam tylko sprężynowca, co się nie nada, nie?

Już sięga po portfel. Sprzedawca zostawia lethermana, zgarnia pozostałe noże i dokłada jeszcze jeden, czarny, wykonany z miękkiego plastiku. Podsuwa go Jędrkowi i mówi, że sprzeda mu lethermana, ale na początek poleca ten. Nie tacy twardziele ranili się na pierwszych treningach. Oczy, otoczone przez pomarszczone cienie, zaczynają mu błyszczeć. Plastikowy nóż to jego zdaniem najtrafniejszy wybór dla początkującego, a przy tym mnóstwo uciechy. Można trenować z przeciwnikiem, nie robiąc mu krzywdy, a model treningowy tak prędko się nie zniszczy. W cenie lethermana Jędrek mógłby wziąć dwa plastikowe, podarować bratu czy tam komuś i razem by się uczyli. Nie ma czego się wstydzić. Najtwardsi zaczynali w ten sposób. Tak właśnie mówi. Kładzie dwa noże obok siebie i splata ręce za plecami. Palce Jędrka krążą wokół obu rękojeści, ale przy jednej zatrzymują się na dłużej.

5.

Zdaniem Darka robotę na parkingu Pod Blankami mam murowaną, jeśli czegoś nie zawalę. Czarna Owca przyjmuje wszystkich, ale warto zarobić u niej trochę punktów, przynosząc własne narzędzia pracy. Wybieramy stację benzynową koło ATR-u. Między dystrybutorami stoi stary polonez, a dalej blaszana budka z zakratowanymi oknami. Sprzedają tam olej, śmieszne naklejki na tylną szybę i kasety wideo z pornolami. Nocą pół Bydgoszczy przychodzi tutaj po piwo i papierosy, pieniądze podaje się przez okienko. Teraz jednak można wejść do środka. Wywiązuje się kłótnia o podział ról: proszę Darka, żeby wziął to na siebie, oddam mu dniówkę, lecz on nie chce nawet o tym słyszeć. Zaczyna żałować, że mnie wprowadził, więc macham ręką. Obiecuję sobie: to pierwszy i ostatni raz.

Rozdzielamy się po drugiej stronie ulicy. Maszeruję Bernardyńską z duszą na ramieniu. Darek przecina ulicę i znika za drzwiami stacji benzynowej. Ledwo go widzę. Wiem, że spaceruje między półkami, dotyka cukierków, żelków, zerka na kasety wideo, udając niezdarnego złodzieja. Zbliża się do kasy, trącając towar koniuszkami palców. Przecinam Bernardyńską. Kierowca poloneza, ubrany w dżins chłopak z wąsem i płetwą, z niepokojem gapi się na litry śmigające na liczniku. Spokojnie biorę wiadro, płyn do szyb i myjkę. Maszeruję, jakbym kierował się do własnej wypasionej fury, i puszczam się biegiem już za dystrybutorami. Woda ochlapuje mi nogawki, mało nie upadnę, upuszczam butelkę z płynem, zawracam, ciskając przerażonym wzrokiem w stronę stacji. Gość od poloneza stoi tak, jak stał. Drzwi zamknięte i ciche, no to lecę dalej, Chrystus z krzyża przy kościele Świętego Andrzeja Boboli spogląda na mnie bezlitosnym wzrokiem. Zwalniam dopiero na Długiej. Bydgoszcz już wie o moim ojcu, o maglu, o kotach w Myślu, wie, że w zeszłym roku podpaliłem śmietnik i czasem trzepię sobie nocą, z kołdrą w zębach, żeby rodzice nie usłyszeli, jak dyszę. Nadciąga Darek. Kupił paczkę mamby, podsuwa pod nos. Cieszy się, że gładko poszło. Mam wiadro i myjkę, Darek ma myjkę, Darek ma mambę, mam i ja.

 

Nim dojdziemy Pod Blanki, poznaję zasady gry. Pracujemy w rytmie zmianowym, z trzech chłopaków myje, reszta wypatruje strażaków miejskich albo policji. Najczęściej nie sprawiają kłopotów, chyba że im się cholernie nudzi. Wtedy dzwonią po rodziców albo nawet ciągną na Policyjną Izbę Dziecka. Najczęściej nudzi im się właśnie w listopadzie. Koledzy są w porządku, najlepiej jednak nie mówić za wiele o sobie. Nie zatrzymam wszystkich pieniędzy – trzydzieści procent idzie do Czarnej Owcy, której lepiej nie pyskować.

Pod Blankami widzę długi parking przylegający do zdewastowanych kamieniczek. Czarna Owca ma jakieś dwadzieścia lat, w każdym razie jest cholernie stara. Nosi martensy do leginsów, wojskową kurtkę i koszulę w czarno-fioletową kratę. W uszach mnóstwo kolczyków, rzadkie, farbowane na rudo włosy spięła z tyłu, bez przerwy pali i pluje. Darek ciągnie mnie do niej, przedstawia i mówi, że się nadam. Czarna Owca patrzy na moje wiaderko i przyznaje mu rację. Każdy się nada, w końcu piramid tutaj nie budujemy. Na początek siadam z Darkiem na krawężniku pod słupem pełnym ogłoszeń o fantastycznych kredytach, patrzę, jak inni sobie radzą, no i wyglądam policji.

Robi tutaj takich dwóch, na których wołają Bliźnięta, choć dzieli ich przynajmniej pięć lat i pół metra wzrostu. Młodszy, w trampkach i polarowej bluzie, ledwo sięga szyb samochodowych, natomiast stary to drań pełną gębą, w przetartych spodniach dżinsowych i wysokich butach. Podwinięte rękawy bundeswehrki odsłaniają białe blizny na przedramieniu. Mówi, że dorobił się ich w wypadku motocyklowym. Nieustannie tańczy wokół brata, wypłukuje mu gąbkę, pokazuje, co i jak, wyręcza, gdy temu się znudzi. Mały się o to ciska, ale zaraz potem śmieje. Pucuje reflektory audicy i odwraca się do brata. Pyta, czy dobrze, i stuka w okno, prosząc o pieniądze. Między nimi, jak zagubiona wróżka, krąży dwunastoletnia dziewczynka w butach na koturnie, różowym sweterku i płaszczu przeciwdeszczowym. Pod Blankami parkuje fiat punto zachlapany błotem. Młoda jest już przy nim, tamci podnoszą oczy znad wiadra. Mniejszy brat się wścieka, większy tłumaczy, że wszyscy tutaj jedziemy na jednym wózku, tymczasem dziewczynka lukrowanym głosem pyta zdezorientowanego kierowcę, czy nie umyć mu samochodu. Odchodzi z dychą w kieszeni, nie dotykając nawet gąbki.

Tak to trwa. Gadam z Darkiem, strzelając oczyma na boki. Darek nie dziwi się, że Jędrek odpuścił. Jego zdaniem on po prostu taki jest, trudno go do czegoś nakłonić. Myślę chwilę i mówię, że to trochę dziwny gość. Wiadomo, chodzi o popołudnie w Myślęcinku, ale żaden z nas nie śmie przywołać tamtego dnia. Darek odpowiada, że zawsze wydawał mu się zupełnie zwyczajny i w gruncie rzeczy niewiele o nim wie. Na moje z kotami przeszarżował, a z drugiej strony nie każdy poradziłby sobie z takim zadaniem. Na Jasnej nieraz widziałem, jak starsze chłopaki podpalają gołębie, myślę sobie, ale nic nie mówię, bo przysiada się do nas taki jeden. Krępy, malutki, ma może dwanaście lat. Zaraz wyjmuje z tylnej kieszeni krótkiego caro, zapala i cmoka filtr. W palcach obraca rdzawy gwóźdź.

Przychodzi moja kolej. Chłopak ciska papierosa i wypruwa do przodu, ruszamy za nim – ja z wiadrem, Darek z myjką. Wypatrujemy parkujących samochodów i na początek mam trochę szczęścia. Facet z astry nawet na nas nie spojrzy, tylko życzy powodzenia i pędzi w stronę Długiej. Jego następca, wożący się nowiutką corsą, wrzeszczy z miną, jakby zaraz miał się schylić po kamień. Wyzywa nas od złodziei i obiecuje, że jeśli na samochodzie będzie choćby rysa, zaciągnie nas wszystkich do więzienia. Trafia mi się jeszcze zagubiona w czasie baba z apaszką zawiązaną na głowie, za kierownicą bordowego cinquecento. Ledwo zapytam, czy umyć, a Darek już odgina wycieraczki. Baba gramoli się ze swojego krążownika szos i pyta mnie, ile mam lat i czemu nie siedzę w szkole. Mówię, że lekcje się skończyły, a ja muszę mieć na książki i zeszyty. Wali przemowę o tym, jak to dzieciństwo powinno być radością, przygodą i beztroską, utyskuje na zdrajców z „Solidarności” i wręcza piątaka, wyrażając nadzieję, że cinquecento będzie lśnić, gdy wróci. I tyle. Pół godziny tylko śmignie. Wracam na swoje miejsce i patrzę, jak koleś z papierosem w ustach leje złocistym moczem na maskę corsy.

Tylko Czarna Owca nie garnie się do pracy. Najczęściej siedzi na chodniku i się nam przygląda. Dopiero gdy na parking zajeżdża jakieś lepsze auto – mercedes, renault albo chociaż peugeot – Czarna Owca strząsa popiół, pozostawia peta na krawędzi chodnika i idzie, uśmiechając się czarująco. Chłopcy stoją. Zabiera pierwszemu lepszemu wiadro z myjką i czeka, aż zjedzie szyba, a chłodne spojrzenie napotka wzrok kierowcy.

6.

Przed siódmą zwijamy interes, ulica przestaje należeć do nas, przechodząc na własność kogoś innego, kto przejmie nad nią pieczę aż do świtu. Wyszczerbiły się karteczki z ogłoszeniami o tanich kredytach. Światła nielicznych latarni kleją się do brudnych szyb, do okien zapełnionych kartonem i pustakami. Liczę, że Czarna Owca pochwali mnie albo opieprzy, ale tylko bierze swoją dolę i odchodzi bez słowa. W połowie Blanek przystaje i próbuje zapalić papierosa, najpierw jedną, potem kilkoma zapałkami. Nic z tego. Gdy już ma się poddać, z Trybunalskiej wyłania się potężny facet w skórzanej kurtce zapinanej na guziki. Błyska zippo. Czarna Owca przekazuje facetowi kilka banknotów, za forsą leci buziak i maszerują objęci, z głową tuż przy głowie.

Poznałem Czarną Owcę, znam też Czarnego Barana – z taką informacją melduje się Darek, któremu muszę podziękować. W kieszeni brzęczy trzydzieści złotych – to kupa forsy. Darek macha ręką na moją wdzięczność i zaprasza na lody wodne i puszkę coli. Mówi, że zna jeszcze inne sposoby zarobienia pieniędzy i powie mi, jeśli tylko będę chciał, w odpowiednim czasie. Zagadywany, milknie. Maszerujemy w cieniu potężnej fasady budynku sądowego, a mnie zaczyna strasznie boleć brzuch.

7.

Do sprzątania Jędrek słucha składanki kupionej w budce. Jest na niej Ace of Base, Dr. Alban, Gloria, Los Del Río i 2Pac. Jędrek umieszcza kolumny swojej edyty w progu pokoju, na dwóch stołkach, i nastawia tak głośno, by muzyka przebijała warkot odkurzacza. Rusza się jednak, jakby sprzątał w ciszy. Dokładnie czyści rogi i nadproża. Zmienia szczotkę. Robota zajmuje mu godzinę. Gdy kończy, natychmiast schodzi z workiem do śmieci, ładuje odkurzacz na pawlacz i chwyta za mop, akurat gdy wybrzmiewają ostatnie dźwięki Tonite’s Tha Night Kris Kross. Jędrek przekłada kasetę, puszcza jeszcze raz to samo, tylko ścisza. Myje podłogi. Wyrusza zawsze spod okna i wycofuje się z kuchni i pokojów. Przedpokój zostawia na sam koniec. Podłoga w mieszkaniu jest mokra. Jędrek zakłada buty, wychodzi do korytarza dzielonego z sąsiadami i startuje z robotą. Ledwo się rozkręcił, a drzwi do mieszkania obok otwierają się i ze środka wyskakuje zaaferowana głowa pani Miłki. Pani Miłka ma jakieś trzydzieści pięć lat, piękne oczy i bibliotekarski kok. Pyta Jędrka, czy coś się stało i czy mógłby ściszyć te wrzaski. W jej sympatycznym głosie przebrzmiewa pretensja. Pani Miłka staje w korytarzyku, obok butów i parasoli.

– Przepraszam. Nie pomyślałem. – Jędrek wpycha mop do wiadra i pokonuje drogę do swojego pokoju w kilku długich susach. W ten sposób zniszczy jak najmniej pracy. Pani Miłka tłumi śmiech. Patrzy na plecy Jędrka, nie widzi więc jego warg przygryzionych do białości. Muzyka milknie, Jędrek wraca w ten sam sposób. Wypręża pierś i salutuje. Pani Miłka zauważa, że zablokował sobie drogę do domu, i zaprasza do siebie.