Horror ShowTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Łukasz Orbitowski

Horror Show


Korporacja Ha!art

Łukasz Orbitowski

Horror Show

Kraków 2014

Copyright © by Łukasz Orbitowski, 2014

Copyright © for this edition by Korporacja Ha!art, 2014

ISBN 978-83-64057-45-8

Projekt okładki | Agnieszka Zgud

Redaktor serii | Piotr Marecki

Adiustacja i korekta | Dorota Bucka

Wersja epub, mobi | Graphito studio graficzne, www.graphito.pl

Wydawnictwo i księgarnia

Korporacja Ha!art

pl. Szczepański 3a, 31-011 Kraków

tel. 12 426 46 03 (księgarnia), 12 422 25 28 (biuro)

e-mail: korporacja@ha.art.pl

http://www.ha.art.pl/

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Horror Show

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Rozdział pierwszy, w którym Giełdziarz znajduje układankę, Szpad traci pracę, a Wuj poucza Zygzaka

Rozdział drugi, w którym pojawia się Brandon i pokazuje Giełdziarzowi zupełnie nową drogę do domu, a Szpad znajduje kolejne zajęcie

Rozdział trzeci, w którym Brandon przerywa Giełdziarzowi miłe spotkanie, Wuj udziela Szpadowi dobrych rad, a później ucina sobie z Arturem pogawędkę

Rozdział czwarty, w którym Giełdziarz dowiaduje się wielu istotnych rzeczy o kobietach, przyjaciołach, a przede wszystkim o sobie

Rozdział piąty, w którym Giełdziarz ma problemy z odnalezieniem się w niecodziennej sytuacji, Szpad traci rodzinę, ale za to zyskuje nowy dom

Rozdział szósty, w którym dowiadujemy się, jaki los spotkał Wuja i jego kota, a Giełdziarz wchodzi w posiadanie worka kości

Rozdział ostatni, w którym Giełdziarz odbywa podróż na północ, gdzie odnajduje siebie

Seria prozatorska pod redakcją Piotra Mareckiego

Rozdział pierwszy,

w którym Giełdziarz znajduje układankę, Szpad traci pracę, a Wuj poucza Zygzaka

„Najdroższy dilu”, pomyślał Giełdziarz, „daj mi fety na kreskę”. Ostatnia piątka powędrowała do kieszeni. Pomyślał o Grubym, potworze z osiedla, który za młodu wpadł do gara ze spidem. Chodź no popatrzeć, jak Grubego nosi. Porządny człowiek śpi, a ten pulchny sukinsyn w pomarańczowych spodniach kręci się jak kawa w młynku. „Dobry Boże piratów komputerowych, daj mi jego siłę”, myślał Giełdziarz, „w ten piątkowy wieczór, gdy nawet stolec jest z ołowiu”.

Rynek. Czerwone słońce. W domu płyty do spakowania. Za tydzień – Monika. Lewy dowód w kieszeni. A tutaj – szklana kula. I nie mów, że nie wiesz, o co chodzi. O ciszę w głowie, tę ciszę z wnętrza dzwonu. Giełdziarz patrzył na Sukiennice, na blizny po maszkaronach, i starał się wprowadzić w dobry nastrój. To zabawne, jak przelewa się czas na mieście. Nie wracasz do domu, bo nie czeka cię tam nic miłego.

– Jasna cholera, Dziełdziarz?!

Znów ten mały gość.

– Tak, Dziełdziarz.

– Jak biznes?

– Jak zawsze. W poniedziałek rozbijasz się taksówkami. W piątek nie idziesz do sracza, bo żal rozmieniać piątki.

– Jasne, jasne. Piątka rozmieniona to piątka wydana.

– Nie inaczej, stary. Siewka.

„Rób na giełdzie, poznasz ludzi”, mówili. Giełdziarz miał wrażenie, że przychodzi do niego tylko jeden człowiek, raz duży, raz mały, raz kobieta, raz stary metal w spranej koszulce Saxon – jeden wyłazi z drugiego, dopada stoiska i, kupując płytkę, wciska nudną historię. Potem idziesz przez miasto i ten człowiek pojawia się znowu. Wypływa z tłumu jak kropla z wrzodu.

„Możesz myśleć, że masz wielu znajomych, ale to zawsze jeden gość”, powiedziano kiedyś Giełdziarzowi i ten śmiał się z tego. „To jest tak: kupi płytę za dwie jawki, nie? Potem drugi raz, trzeci. I potem ma cię za kumpla. Opowiada. Pyta, co u ciebie. Bo jesteście, kolego, wspólnikami w małym draństwie. A ten kretyn myśli, że was to zbliża”.

„Piątka rozmieniona to piątka wydana”, pomyślał Giełdziarz i ruszył do publicznego sracza. Przeszedł środkiem Sukiennic i powędrował w dół. „Mogliby wyłożyć złotem całe miasto, a tutaj zostanie ten sam smród”. Rozmienił piątkę i ruszył na poszukiwanie wolnej kabiny. Uchylił drzwi i dostrzegł półprzytomnego chłopca gustownie ozdobionego brązowymi plamami wymiocin. Z nosa zwisał mu perłowy śpik.

Giełdziarz stanął w kolejce. Miał przed sobą niemieckie go turystę we flejersie i spodniach z siłowni, studenciaka i starszego faceta wspartego na lasce. Temu śpieszyło się najbardziej – przestępował z nogi na nogę, nadymał wargi i giął się wpół.

– Zawsze mówię, że gdyby każdy miał broń, najwięcej morderstw byłoby w publicznym sraczu – odezwał się student.

– Bardzo możliwe – burknął Giełdziarz.

– No popatrz, przecież każdy życzy tu każdemu śmierci.

Z kabiny wymknął się zabiedzony gość i Niemiec zajął jego miejsce.

– Nieprawda – rzekł Giełdziarz – co najwyżej ja tobie.

Studenciak pomyślał chwilę i wybuchnął śmiechem.

– To dobre, dobre, człowieku.

– Zobacz – kontynuował rozbawiony Giełdziarz – można by pójść w drugą stronę. Wprowadzić limity. Na dobrą sprawę każdy przyzwoity syn naszego narodu jest władny oddać stolec w minutę. Pytasz, czy z podcieraniem? No, z podcieraniem. Więc, kolego, montujemy wyrzutnię na muszli i jak gość się nie wyrobi – srrrru! Wylatuje przez zamknięte drzwi i ląduje z gównem na plecach. Albo obrotowe ostrze, które ucina, co trzeba, ale…

Niemiec wyszedł. Studenciak położył rękę na klamce i patrzył na Giełdziarza z bezbrzeżnym zdumieniem.

– Wówczas cwaniaki nie wkładałyby fiuta do muszli – dokończył Giełdziarz. – No sraj, koleś, póki jeszcze można.

Studenciak zniknął. Giełdziarz obrzucił spojrzeniem pozostałych. Facet o lasce patrzył na niego poważnie. „Założę się, że jak wyjdzie, będzie rozpowiadał o zepsuciu młodzieży. To jeden z tych, którzy wiszą nad tobą w tramwaju i prawie liżą cię w głowę, aż nie wstaniesz. Ale jak trzeba wsiadać do tramwaju, mają turbiny w tyłkach”. Facet uśmiechnął się słabo, jakby wiedział, że Giełdziarz o nim myśli.

– Będę się streszczał – powiedział.

Studenciak wyszedł. Facet o lasce pokuśtykał do środka. Wzrok Giełdziarza zatrzymał się na jego szerokich plecach. Gość musiał być żołnierzem czy kimś podobnym. Kogo to obchodzi? Stoi nad grobem i pluje na trumnę.

Giełdziarz oparł się o drzwi i usłyszał, że facet wymiotuje. Giełdziarz przeżył wiele imprez i widział wiele pawi: były pawie nieśmiałe i drobne, pawie, które nie chciały się skończyć, pawie leguminowe, pawie „szybkie piłki”, granulkowe pawie, glonowe pawie, pawie wodne, pawie maratony i wreszcie pawie do spodu, kiedy żołądek wywraca się na lewą stronę. Ale gość po drugiej stronie wyrzygiwał chyba wszystkie grzechy świata. Wymiotował w rytm szarpnięć i nie chciał skończyć. Wszyscy się rozeszli. Facet przestał i oparł się o drzwi. Giełdziarz się odsunął.

Facet wyszedł powoli, wsparty o lasce, z głową schowaną między ramionami.

– Dziadek, dobrze tam? – rzucił Giełdziarz, ale nie czekał na odpowiedź. „Mógłby chociaż spuścić wodę”, pomyślał i wszedł do kabiny. Zdjął plecak i zabrał się za pasek od spodni. Sięgnął po spłuczkę, starając się nie patrzeć do muszli. Ale zerknął i natychmiast puścił pawia na kafelki.

W kiblu pełzały setki białych robaczków. Przypominały ożywione niedopałki. Biała, zbita masa spieniła się na wodzie jak wielki kożuch na mleku, spływała po muszli, a pojedyncze sztuki wiły się na desce. Giełdziarz odwrócił się, chciał wybiec, ale wyrósł przed nim facet o lasce. Zatarasował wyjście. Rozchylił wargi i Giełdziarz dostrzegł robaka w kąciku ust. Stworzonko wiło się gwałtownie. Facet strącił je językiem.

„Teraz powinno przelecieć mi przed oczami całe życie”, pomyślał Giełdziarz.

Facet pogmerał w kieszeni i wydobył zdjęcie. Podsunął Giełdziarzowi pod nos. Zwykły polaroid. Fotografia przedstawiała chłopaka na tle kamienicy. Chłopak miał czarny T-shirt i spodnie dresowe.

– Znasz go? – zapytał. Odsunął się, by zrobić Giełdziarzowi przejście, pokazać, że nic mu nie grozi.

– Jezu Chryste – wyszeptał Giełdziarz – w życiu go nie widziałem.

Szpad uśpił synka i zmagał się ze światem komputerowej pornografii. Uruchomił przeglądarkę, wklepał „young teens” i czekał. Nic. Spróbował „perfect tits”, „asian”, „bondage”, wreszcie przy „dildo” wyskoczył link i Szpad pomyślał, że to pierwszy sukces tego dnia. Znalazł piwo w lodówce i trzask otwieranej puszki zbiegł się z zerwaniem połączenia. Szpad zaklął i włączył wyszukiwarkę. „Young teens + free + mpg”. „I proszę. Milion linków”.

Cztery pierwsze prowadziły do stron płatnych i Szpad je szybko zamknął. Trafił na portal pełen odnośników. Kliknął na trzy. „Nie można wyświetlić strony”. Kolejny spis. Nastolatka z brzuchem jak po porodzie i stogiem siana na małej głowie. Inna w kostiumie kąpielowym. Tyle. Po zabawie.

 

Kuba wiercił się w łóżku. Szpad zerknął na zegarek. Dochodziła dwunasta. Strony wyskakiwały jak diabły z elektronicznego pudełka, a „instant access” mienił się pikselowym złotem. Gwiazdy, kolory nieba i słońca nachodziły na biusty z silikonowego disneylandu. Szpad wiedział świetnie, że gdzieś jest lepszy świat, odległy o cztery dolary i kartę kredytową. Zamknął wszystkie strony, zrestartował komputer i gdy włączył go ponownie, pojawiła się tylko jedna. „Busty pornstars”. Machają do ciebie z ekranu, ich cipy są owocowo słodkie, więc kolego, płać i do dzieła, bo koniobijstwo to jedyna rozrywka, na jaką wciąż stać Polaka. „Musisz wiedzieć”, czytał Szpad między wierszami, „że kobiety dzielą się na dwa rodzaje: te, które możesz mieć i te, których nie. A czy chciałbyś mieć dziewczynę, która leci na Szpada?”.

Ale wyrok już zapadł. Szpad pociągnął łyk piwa i zapalił czterdziestkę. Pomyślał, że jego życie da się opisać poprzez papierosy – w zawodówce palił davidoffy, wówczas niebotycznie drogie, ale nie zużywał ich dużo. Poszedł do liceum, przerzucił się na czerwone setki marlboro, a gdy przyszła praca (roznoszenie mleka, pieprzony interes z wstawaniem o trzeciej i dobijaniem się do drzwi), wraz z nią zjawiły się L&M-y. Potem Agnieszka, pierwsza dziewczyna, na poważnie i w ogóle, więc dzielił się z nią tym, co miał i trafił na półkę zarezerwowaną dla Sobieskich. Potem Agnieszce urósł brzuch, ślub klepnięto, a Szpad przerzucił się na czterdziestki. Tyleż sztuk za sześć złotych, w czarnej, pękatej paczce. Można pomyśleć, że trzymasz usta w kominie.

Nie trzeba dodawać, że mleczarnię trafił szlag i Szpad musiał sobie jakoś radzić. Jak każdy.

Agnieszka także miała swój sposób. Ani jego, ani jej nie był dość dobry, by nakarmić dziecko. Szpad kochał swojego brzdąca. Zabawne, jak człowiek się zmienia. Rozmowę o skrobance pamiętał, jakby odbyła się wczoraj. Te cudowne ogłoszenia w prasie: „Ginekologia – wszystko”. Ksiądz może sobie gadać, aż językiem dotknie pępka, ale naród ma swoje zdanie i Szpad nie wahałby się ani chwili. Aborcja, wyrostek – jeden chuj, trochę tkanki. Nie zmienił zdania do dziś.

Pochylił się nad łóżeczkiem i pomyślał o drodze, jaką przewędrowała ta mała istota.

– Najpierw skakałeś mi z jajka na jajko – powiedział – potem, cwaniaku, prześcignąłeś innych Ogonkowych Skurwieli, a droga z brzuszka tutaj była jak otwarcie piwa.

Usiadł i dodał:

– Oczywiście z perspektywy tej nory.

Z żalem spojrzał na wypite piwo. Czuł senność. Agnieszka powinna niedługo wrócić. Najczęściej zjawiała się o drugiej. Szpad próbował zasnąć bez niej. Wpadał w płytki sen i budził się gwałtownie wraz z jej powrotem. Potem nie mógł zasnąć, leżąc dwie godziny na wznak i wędrując wzrokiem za cieniami samochodów na suficie, aż Kuba zaczynał koncert i Szpad wstawał. Agnieszka mogłaby pomylić go z butelką.

Uruchomił starą grę. Wszedł w jej świat bez entuzjazmu. Biegał szarymi korytarzami, strzelał, ginął i odradzał się w ten sam bezbarwny sposób. Porzucił rozrywkę wraz ze szczękiem zamka. Podniósł się z krzesła i podszedł do żony.

– Dochodzi pierwsza – powiedział.

Agnieszka zrzuciła płaszcz i usiadła na brzegu łóżka. Natychmiast opadły z niej siły. Podniosła pijane oczy.

– Skurwysyn taksówkarz.

– Co takiego ci zrobił, ten taksówkarz?

– Prosiłam, by zawiózł mnie na róg Kazimierza i Opolskiej – odgarnęła włosy z czoła. – A on na to, że takiego rogu nie ma. Ja, że tak, bo wysiadam tutaj co drugi dzień, a on, kurwa, że nie. I tak w kółko, aż stanęło na flaszce. No i dałam mu na flaszkę, a on wysadził mnie tutaj i rechotał, cholerny kutas, przecież wiedział, że jestem pijana.

– Zakład jest zakład.

– Powiesz mi teraz, że postąpiłbyś tak jak on?

– Zakład jest zakład.

– Myślałam, że nie weźmie tych pieniędzy.

– Taryfiarz? – roześmiał się Szpad.

Agnieszka spróbowała wstać. Oklapła na łóżko.

– Też byś się śmiał, co? Właśnie o ten śmiech mi chodzi!

„Dziewczyna tak pijana, że nie wie, gdzie mieszka, jest zabawna”, chciał powiedzieć Szpad, ale ugryzł się w język.

– Z jego punktu widzenia to jest śmieszne. A zakładanie się z taryfiarzem o to, co gdzie jest na mieście, to głupi pomysł.

– Rozczarowałam się – powiedziała Agnieszka bez śladu rozbawienia. – Ciebie to też cieszy. Wszystkich to bawi. Jesteś takim samym skurwysynem jak twój ojciec.

Szpad wstrzymał oddech, jakby dostał szybki cios w splot słoneczny.

– Śpij już.

Agnieszka zrzuciła buty i owinęła się w kołdrę.

– Nie śpij w ubraniu! – rzucił z kuchni.

Przesiedział przy komputerze jeszcze pół godziny – wędrował przez wyludnione statki kosmiczne, walczył z makabrycznymi wytworami genetyki, a przez kroki, strzały i wybuchy słyszał, jak Agnieszka rozbiera się w półśnie i mości sobie miejsce. Wreszcie zgasił monitor, wypalił papierosa na balkonie, rozebrał się do slipek i wśliznął się pod kołdrę. Agnieszka drgnęła.

Leżał i myślał o swoim ojcu – dobry Boże, otocz opieką tę zapitą duszę – i o rowerze, który ojciec połamał mu, całkiem na trzeźwo. Rower był czerwony i piękniejszy od wszystkich samochodów. Ojciec był silny i potrafił wygiąć ramę i koła w ósemki. Matka mówiła, że cały się zasapał.

– Kocham cię – szepnęła Agnieszka.

Oto giełda w Balicach. Wejdźmy przez bramę, dwa zeta dla ochroniarzy. Mijamy paru chłopców patrzących we wszystkie strony. Jeszcze kilku stoi za wejściem i patrzy na ulicę. Pilnują, czy nie zbliża się nalot. Widzimy rzędy stoisk przecięte trzema alejkami. Wiatr wybrzusza ogrodowe parasole – szare, bez względu na poprzedni kolor. Wiruje śnieg. Dobiega nas szum, owiewający niczym zimne powietrze. Falują dźwięki z dziesiątek głośników, kroki, rozmowy.

Pójdźmy naprzód. Muzyka za piętnaście złotych. Podrabiane ciuchy. Radia samochodowe, telewizory, wieże stereo, niekiedy większe od budki klozetowej przed papieską pielgrzymką, telefony w gablotkach, futerały, portfele, papierosy, części do głośników, łańcuchy, kobieta z psem, a dalej straszy gość z trzema kotami w wiklinowym koszu.

Zastanówmy się razem, jak rozróżnić giełdziarza od jelenia? Jeleń jest młody i stoi z piratami. Czuje się już pewnie, ale wciąż patrzy na boki. Starzy giełdziarze to inna glina. Stoją pewnie, kiełbaski przepijają herbatą i wódką. Wiedzą co robić, gdy pojawi się zagrożenie. Bo prawie wszystko tutaj jest trefne, a nikt nie płaci podatków.

Powędrujmy w stronę hali, przed wejściem szerokie stoły z grami komputerowymi. Przyjrzyjmy się uważnie, tu nie ma ani jednej płyty. Same zafoliowane okładki i nowości wypisane grubym flamastrem na targanej wiatrem kartce. Ale gdy zapytać czatującego przy stoisku chłopaka, najpierw zmierzy nas wzrokiem, potem zniknie i wciśnie w rękę kopertę z płytą. Żadne z nas nie podniesie ręki. Transakcja na wysokości kieszeni.

Dach hali wygląda jak w wymarłym statku kosmicznym. Niżej prawdziwy pchli targ. Przestrzeń zgniata ludzi. Wędrujemy chwilę w tym ulu, sprawdzamy, czy portfel wciąż wypycha kieszeń i zawracamy. Wędrujemy z hali na lewo i skręcamy wzdłuż jej muru. Tutaj stoją odpadkowcy.

Giełda składa się z trzech części. Pierwszą stanowią stoiska na zewnątrz hali, drugą ciżba ludzka w środku, a trzecia to niedobitki, rozkładające małe skarby w najmniej uczęszczanym miejscu. Niektórzy znaleźli się w nagłej potrzebie i wyprzedają, co mieli pod ręką. Inni tworzą pozory małego przedsiębiorstwa, licząc, że pewnego dnia trafi się rzecz warta grubych pieniędzy: stolik – pierwszy stopień, z którego widać słońce.

Giełda jest dla biednych i bogatych. Biedny odda dwie dychy na stoisku z kompaktami, bogaty wróci z telefonem za połowę ceny, nowym radiem, a jak się pokręci, dorwie wódkę w kartonie i najprawdziwszą klamkę z pełnym magazynkiem.

„Trzeba być zdrowo popierdolonym, by kupić tutaj gnata”, pomyślał Giełdziarz, ruszając na obchód stoisk. „Kula z każdej spluwy wygląda inaczej. Chcesz mieć broń, z której posłano kogoś do aniołków? Świetnie, wspomagasz kombinatorów i jeszcze zwiększysz statystykę w psiarni. Chwała ci, bezmózgi patrioto”.

Z papierosem i herbatą powędrował między stoiska. Najpierw odwiedził Baśkę, dziewczynę kumpla, którą posadził tu z litości, ale chronił, jak tylko potrafił. Stała, tupiąc nogami. Październik. Zimno.

– Herbaty?

Ujęła kubek i pociągnęła ostrożny łyk.

– Coś się dzieje? – zapytał.

Pokręciła głową.

– Jakby coś się działo, zwijaj się, kochanie – uśmiechnął się. – Coś mi strzyka, że może być cieplutko.

– Warszawa? – ściszyła głos.

– Nie, Duch Święty. Tylko te dwie rzeczy nas rozpierdolą.

– Powiedz Czarnemu.

– Właśnie tam się wybieram.

Zostawił Baśkę z herbatą. Maćkowi tylko pomachał. Nie potrzebował ani wsparcia, ani ochrony. Szesnastolatek, cwany jak stara kurwa. Nie zagrzeje tu miejsca. Lubi powietrze dobrych klubów i trafi do nich, nie dziś, to jutro. Na giełdę krzywi się, jakby mu pod nosem śmierdziało. Ale stoi, bo wie, że musi, i za to Giełdziarz darzył go dziwnym rodzajem sympatii. „Maciek”, myślał, „to prawdziwy sukinsyn. Nie zrobi ci koło pióra dla czystej frajdy. Boże, chroń mnie od ludzi uczciwych – ze skurwysynami jakoś dam sobie radę”. Taka była modlitwa Giełdziarza.

Szpad stał przy turystycznym stoliku i jadł kiełbaskę. Giełdziarz podał mu rękę.

– Leci?

– Jak trup na dno. Popatrz, jaki dzień.

Giełdziarz podniósł oczy na stalowe niebo.

– Zaraz lunie. Prędzej, niż ja pogonię płytę.

– A ile zeszło?

– Dwunastka. Popatrz, jaki syf. Po coś to, na przykład, wziął? – Szpad wskazał na płytę pewnego krakowskiego zespołu, grającego od dwóch dekad, jednego z tych, które zaczęły od punka, by na stare lata wylądować w koszyku dla spokojnych trzydziestolatek.

– Wyszło, to wziąłem. Wszyscy klną.

– Widziałem w telewizorze – rzekł Giełdziarz – jak ta babka… Kara Janowska, tak?

– Coś takiego.

– Nawet była szefowa tej, no, Federacji Antypirackiej.

– Było coś takiego – zgodził się Giełdziarz.

– Rozpaczała, że jej płyty nie schodzą, bo już są spiracone. Ciekaw jestem, czy słucha własnych nagrań.

Szpad parsknął śmiechem i trącił Giełdziarza.

– Mam pomysł. Zbierzmy wszystkie płyty, jak nie zejdą, i wyślijmy tej babce, co? Z listem, że nawet tutaj nie schodzą. Wyobrażasz sobie podpis? „Rozczarowani złodzieje własności intelektualnej”.

Giełdziarz myślał obrazami. Wyobraził sobie kilkaset płyt ściągniętych z całej giełdy, tę ogromną paczkę na wadze pocztowej i wreszcie minę babeczki, gdy otwiera ją, wyjmuje list i pięćdziesięcioletnie serce zgasłej rockmenki zaczyna wściekle tłuc. Śmiał się tak, że łzy nabiegły mu do oczu. Klepnął Szpada w bark, poradził, żeby jednak coś pogonił i poszedł w stronę odpadkowców.

Z dobrym okiem można dorwać skarby. Trzeba umieć je wyłowić z plątaniny kabli, tonerów, obudów, drukarek i innego dziadostwa, rozrzuconego niedbale na szarych kartonach. Giełdziarz szedł powoli i zwrócił uwagę na chłopaka, który najwyraźniej pomylił giełdę elektroniki z pchlim targiem. Dzieciak był szczupły i zabiedzony.

Kucał nad kupką skarbów. Miał świecznik, parę talerzy, stary zegarek na rękę, trochę sztućców i układankę bez obrazka, wrzuconą do foliowego worka. Giełdziarzowi spodobał się świecznik. Z małą fantazją można przerobić taki na lampę i sprzedać drożej niż za pięć złotych.

Giełdziarz dał chłopakowi piątkę, zabrał świecznik i spytał:

– Skąd masz te graty?

– Tak się do mnie przykleiły – wyjaśnił i Giełdziarz wiedział wszystko. To rzeczy z domu starego człowieka. Chłopak był niedobrym wnuczkiem albo cwaniakiem, przetrząsającym szuflady staruszków. „No… nie można obłowić się na tym biznesie i prędzej czy później chłopak wpadnie”, myślał Giełdziarz, „co obrobi to jego”. Schował świecznik i wrócił do przyjaciół, na swoje stoisko.

– Czarny – powiedział – mam ci do przekazania, że Duch Święty cię rozpierdoli.

Czarny wzruszył ramionami. Miał sztruksy, sweter, spod którego wychodził kołnierzyk koszuli i kurtkę typu złodziej samochodów. Bardziej przypominał inżyniera niż handlarza. Patrzył ponuro w niebo.

– Na razie męczy mnie pogoda.

– Idzie jakoś? – chciał wiedzieć Giełdziarz.

Czarny handlował horror rockiem, metalem, punkiem, zdany na łaskę i niełaskę wiernej, lecz szczupłej i ubogiej klienteli.

– Sami apacze.

Giełdziarz spojrzał pytająco.

– No wiesz, „a, patrzę”.

Tym razem Giełdziarz się nie śmiał.

– Widzę, że miłość kwitnie – zagadał Artur, gruby facet z sygnetem.

– Tak to widać?

– Jesteś trzeźwy – rzekł Artur.

– Poskładałem się.

– Kiedy wpada?

 

– Za tydzień.

– Zawsze mówiłem – Czarny smętnie przerzucał karton z płytami – że dziewczyna na odległość to najlepsze, co można mieć. Nie kłócisz się o pierdoły. Spotykasz się rzadko i cieszysz się nią jak nikim innym.

– A potem zaczynasz mieszkać i jest rozczarowanie – zauważył Artur.

– Ja tak nie chcę. Myślę o niej poważnie.

– To czemu nie przyjeżdża częściej? – spytał Czarny.

– Ma studia i pracę w Katowicach. Studia raz na dwa tygodnie.

– Co studiuje?

– Chyba marketing. No i ma okienko co drugi weekend. Wtedy się zjawia.

Nastała chwila ciszy. Do stoiska Czarnego podszedł zabiedzony metal. Poprzerzucał płyty, dał zmiętą dwudziestkę i odszedł zgarbiony w stronę stoiska z grami.

– Metale – rzekł Artur – subkultura zwycięzców.

Ale Czarny go nie słuchał. Zgarnął płyty do torby pod stolikiem. Wystarcza rzut oka – ze stolików znika towar, kolesie nikną między samochodami. Część policjantów spóźnia się, napotyka tylko puste stoliki. Czasem płyta leży na środku. Oryginał – w sam raz, by wziąć w rękę, podrzucić jak złotą dolarówkę, spojrzeć po ludziach i zrozumieć: panocku, nie mocie wy scenścia.

Artur dalej stał z pornolami. Gliniarz podszedł, przejechał wzorkiem po rzędach kaset, spojrzał na Artura, jakby ten zatłukł mu ojca w bożonarodzeniowy poranek i odszedł.

Giełdziarz wbił ręce w kieszenie, splunął niedopałkiem, zdążył pomyśleć, że cały ten dzień przypomina gówno i dostrzegł otoczone stoisko Szpada. Szpad uniósł ręce w górę, wyglądał jak połączenie gwiazdy rocka z kubańskim terrorystą. Mówił gwałtownie. Giełdziarz widział, że kłapie szczęką, próbuje opuścić dłonie, wreszcie sięga po dokumenty. Biedny facet. Do wczoraj miał dziecko i pijącą żonę. Dzisiaj doszła sprawa. Giełdziarz był spokojny. Szpad go nie wyda. Dlatego rozrzucamy po stolikach tylko sprawdzonych kumpli.

Po nalocie giełda wygląda jak wyludnione miasto. Policja obstawiła wyjścia. Pochwycili Szpada i zatrąbią w mediach o sukcesie porównywalnym ze znalezieniem grama fety w agencji towarzyskiej. Wiatr gna papiery po asfalcie, a hala straszy czarną mordą. Pośrodku syfu Giełdziarz starał się odnaleźć drogę do domu.

Jest nalot, nie ma giełdy, ciapeńki. Krakowska policja nie wejdzie, bo to zwykła mysz kościelna i kupić ją można za parę groszy, plus sukces w rodzaju zaciągnięcia Szpada do paki. Warszawka za daleko. Wpadają. Psują święto. Chuj strzelił w bombki, choinki nie będzie.

Pustka aż wyje. Wyje jak żona Szpada odciągnięta od kurka z gorzałą.

Giełdziarz chciał iść do domu. Gdy Warszawka robi blokadę, nikt nie wyjdzie bez rewizji, a Giełdziarz miał trochę towaru w bagażniku i nie zamierzał go tracić tylko dlatego, że płyta kompaktowa w sklepie przy rynku kosztuje jedną dziesiątą najniższej pensji. Włóczył się po opustoszałym placu i patrzył na nielicznych handlarzy, którzy zostali z legalnym towarem. Nalot psuje interes jednym i drugim. Ale najszybciej zmyli się odpadkowcy. Zostawili nagą przestrzeń, tekturę i blachę. Giełdziarz szedł przez ich królestwo.

Doszedł do wniosku, że przestępca, oszust – nazwijmy go jak chcemy – jest kolesiem, który chce normalnie żyć. Ma rodzinę, wrzeszczącego stworka w łóżeczku i nie stać go na robotę za osiemset złotych. Taki facet wpada najprędzej, patrz Szpad, czyli pół roku proszenia, miesiąc handlowania. Do widzenia, stary.

Giełdziarz wędrował powoli przez rewir odpadkowców i dostrzegł układankę pozostawioną przez chłopaka. Zbyt mało warta, by wracać z nią do domu, dość cenna, by się po nią schylić. Podniósł ją i zaczął się zastanawiać, ile może mieć elementów. Wrócił z nią do samochodu.

Podjechał do bramy. Policjanci tworzyli czarno-niebieską zaaferowaną plamę. Metala, który kupił płytę od Czarnego, wywrócili na lewą stronę.

– Co wieziemy, kolego?

Giełdziarz nie znosił, gdy mówiono do niego „kolego”. Gliniarz kazał wyjść mu z samochodu i podnieść fotele. Rzucił pośpieszne spojrzenie.

– Co masz w bagażniku?

– Graty – wyszczerzył się Giełdziarz.

– Proszę otworzyć.

Gliniarz schylił się nad bagażnikiem. „Oddam pół życia, że poszedłeś na glinę, bo chciałeś zostać Donem Johnsonem”, myślał wesoło Giełdziarz, zaciągnął się i zajrzał policjantowi przez ramię. Bagażnik przypominał rozbabrany ul.

– Co jest w tym worku?

– Pranie – wyjaśnił Giełdziarz.

Gliniarz pokiwał głową. Worek był czarny i miał sto litrów. Gliniarz wyciągnął spodnie, potem podkoszulek, wreszcie majtki, które natychmiast wrzucił z powrotem.

– Co, draska? – zapytał wesoło Giełdziarz. „Najwyżej przymknie mnie na cztery osiem”, dodał w myślach. Ale gliniarz zatrzasnął bagażnik i pokazał drogę. Giełdziarz wyjechał i włączył się do ruchu. Klął na straconą giełdę, ale z każdą minutą czuł się coraz lepiej. Był do przodu o układankę i ocalił trzysta krążków bez pudełek, ukrytych pod górą prania.

– Co, draska? – powiedział do siebie i wyrzucił niedopałek przez okno.

Giełdziarz stał nad układanką i nie wiedział, co począć. Pił drinka po polsku, wódkę z sokiem. Dziesiątki kartoników zajęły stół. W środku stała popielniczka. Ściszył muzykę. Usiadł, pomyślał o stu sprawach, za które powinien się zabrać i podniósł element z fragmentem nieba. Pogładził go. Doszedł do wniosku, że układanka powstała na zamówienie. Ktoś zrobił zdjęcie, powiększył i oddał do punktu. Taka usługa kosztuje kilkadziesiąt złotych. Możesz, kolego, sfotografować nagą matkę i dać kumplom do układania.

Palce Giełdziarza zanurzyły się w morzu kartoników. Przez opuszki przebiegł dreszcz, jakby dostały się pod strumień zimnych opiłków. Przyjemne na swój dziwny sposób. Giełdziarz zaczął rozkładać kartoniki tak, by żaden nie leżał na innym i wszystkie były zwrócone w jedną stronę. Gdy skończył, zrobił nowego drinka i zachodził w głowę, co przedstawia obrazek.

Zdjęcie zrobiono w ciemnym pomieszczeniu. Giełdziarz wychwycił trzy jasne plamy. Pierwsza najpewniej stanowiła okno, druga twarz (Giełdziarz wyróżnił fragment oka, linię ust i rzadkie włosy), a trzecia – najprawdopodobniej ręce, ale kto zaręczy, czy zdjęcie przedstawiało jednego człowieka?

Reszta była plątaniną ciemnych barw. Giełdziarz długą chwilę próbował rozpracować choć dwa elementy. Zaczął od nieba, wydało mu się najłatwiejsze. Po kilkunastu minutach osiągnął sukces – postrzępiona chmura odsłaniała białe słońce. Cztery kawałki. Nie złoży tego i za dziesięć lat.

„Tak poza wszystkim, co mnie to obchodzi?”, myślał, bębniąc paznokciami w szklankę. Miał przecież świecznik, tak na oko z początku wieku, przyzwoicie posrebrzony. Lubił takie graty. Zresztą nie ma lepszego interesu niż handel antykami. Jeździsz po wsiach, wynajdujesz graty, kupujesz za grosze albo flaszkę – i dalej, na magazyn. Wynajmujesz studenciaków, płacisz czwórkę za godzinę i po tygodniu masz piękny mebel – pogonisz w Desie albo gdzieś. Odrobina wiedzy, odrobina sprytu.

Telefon. Giełdziarz był zły, żal zostawiać układankę i przyjemne myśli. W słuchawce usłyszał Szpada.

– Puścili mnie.

– Wspaniale – Giełdziarz nie znosił takich rozmów.

– Mam problem.

Giełdziarz opadł w fotel. Zatęsknił za papierosem. Paczka została przy lodówce.

– Co ci zrobili?

– Kolegium.

– Teraz nie ma kolegiów. Nie martw się. Takie sprawy lubią się pociągnąć i parę latek, jak będziesz dobrze ściemniał. Jesteś na bezrobociu, więc nic ci nie zrobią. Dziecko też atut.

– Pięć tysięcy co najmniej.

– Bzdura. Pewno wyślą cię najpierw do kuratora.

– Nie mam dziesięciu lat.

– Jest kurator dla dorosłych – wyjaśnił Giełdziarz – i uderza właśnie do takich jak ty, z problemami. Gnij się jak smark na wietrze, to ci nawet robotę załatwi, może sprawę umorzą.

– Nie o to chodzi. Kolegium przeżyję. Ale płyty idą do eksperta.

– No idą.

– I ten ekspert ocenia, czy są pirackie, czy nie. I bierze trzydzieści pięć od sztuki, oryginał nie oryginał. Płyt jest dwieście. Siedem tysięcy.

– Poważna sprawa – rzekł Giełdziarz, rozdrażniony proszalnym tonem Szpada. Załatw komuś robotę, to ci się wywdzięczy. Przyjdzie we włosiennicy pod twoje drzwi.

– Nie sypnąłem cię. Jakbym sypnął, odpuściliby.

– Serdeczne dzięki – zaśmiał się Giełdziarz.

– Słuchaj, po to są kumple, aby sobie pomagać, co do tego się zgadzamy.

Gdyby Szpad był królikiem, uszy stanęłyby mu jak dwa słupy.

– Przydałaby mi się pomoc – Szpad przeszedł do sedna.

– Jeszcze nie będę chciał od ciebie kasy za te płyty.

Cisza.

– Miałeś dwieście moich płyt, nie? Przepadły, nie? – wyjaśniał dalej Giełdziarz. – Myślisz, że sram nimi? Jakbyś był kim innym, to wiesz… A teraz, póki co, zapomnij. Oddasz, jak będziesz miał. Za sześć tygodni. Mówię ci to, żebyś tym też się nie martwił.

– Dzięki – Szpad mówił, jakby właśnie połknął oset.

– No, leć do dzieciaka – rzekł Giełdziarz zmęczony. Cisza w słuchawce i Szpad się rozłączył.

Giełdziarz podniósł się z fotela i stwierdził, że wybór między drinkiem a układanką jest do pogodzenia.

Zygzak dopiero na osiedlu zorientował się, że zapomniał układanki. Wyrzucił wszystko z plecaka, schował z powrotem i stwierdził, że to mała strata. Wuj patrzył, jak chłopak zarzuca plecak na jedno ramię i naciąga kaptur głębiej na czoło. Poczekał, aż oddali się na bezpieczną odległość. Ruszył za nim.

Wuj nie lubił listopada. Laska grzęzła w błocie. Napuchnięte nogi chwiały się, do butów przenikała wilgoć. Liczył, że chłopak zatrzyma się przy znajomych, pójdzie do sklepu, do kiosku po fajki.

Rzeczywiście, Zygzak przystanął przy boisku (swoją drogą, tego, kto wymyślił, by boiska szkolne zalewać asfaltem, należałoby ukamienować), przybił piątkę rówieśnikom. Zaczęli palić. Wuj stał daleko, ale wiedział, że to nie papierosy. Jakby złapał wnuczkę na paleniu zielska, wyrwałby jej nogi z dupy i kazał zeżreć.