AktorkiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Łukasz Maciejewski
Aktorki



Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Blask światłocienia

Aktorki polskiego filmu i teatru to temat który nawet u największego sceptyka wywołuje mimowolny uśmiech. Znamy ich twarze. Wszystkie, bez wyjątku. Uczyliśmy się od nich, jak kochać kino i kobiety. Są mitami wielomilionowej wyobraźni. Fantazmatami pamięci, symbolem naszej miłości.

W szkole podstawowej, kiedy większość filmowych wtajemniczeń była dopiero przede mną, fascynowały mnie zarówno wieszane w szklanej gablocie miejscowego kina kadry z filmów, jak i starannie wycinane z „Ekranu” czy z „Filmu” portrety gwiazd. Nie znałem poszczególnych nazwisk, nie rozpoznawałem jeszcze tytułów, ale już wtedy, na podstawie zdjęć, budowałem historie prywatne. Fascynujące portrety dopowiadały zdarzenia, emocje przesłaniały konkret. W ten sposób praca artysty fotografa przekraczała ramy sztuki użytkowej wykonywanej na rzecz konkretnych produkcji filmowych, stawała się poezją.

Zaczęło się jednak od poziomek. Sala kina Krakus w Tarnowie była prawie pusta. Pusta i zimna – jak to w grudniu. W rogu sali stał wielki piec kaflowy. Siedząc przy piecu, wreszcie można było zdjąć czapkę i szalik. To mocne tło nie zdominowało jednak treści. Na ekranie Krakusa sędziwy profesor Isak Borg z filmu Tam, gdzie rosną poziomki Bergmana ruszał w podróż do granic pamięci, a w tym samym czasie pewien zmarznięty nastolatek wyruszał w jedną z pierwszych ważnych podróży filmowych. I odtąd wspomnienie Tam, gdzie rosną poziomki ma dla mnie zapach starego, zimnego kina, obitych skajem foteli, z których tu i ówdzie wychodziła watolina, smutnego drewnianego parkietu, emocji gorących od nadmiaru wrażeń. Oraz pierwszego kontaktu z wybitnym aktorstwem.

Tego typu młodzieńcze, aktorskie iluminacje są Erosem przeczuwającym coś, co być może wydarzy się już za chwilę. Oznaczają narodziny namiętności, która dla wybrańców stanie się modelem życia, a często nawet – jedną z największych życiowych przyjemności.

Myślę, że na tym także polega generacyjna sztafeta. W dzieciństwie nasiąkamy jak gąbka, przyswajamy obrazy, twarze, zachowania artystów. Czasami je naśladujemy, przetwarzamy na swój sposób. Rodzi się wyobraźnia, kiełkują marzenia. A w pewnym momencie cudzy gust staje się naszym gustem. Kopii zawdzięczamy oryginał.

Pomysł napisania tej książki nie był mój, to była propozycja wydawnictwa. Przyjąłem ją z wielką tremą i marzeniami. Spędzając czas z Małgorzatą Braunek, Anną Dymną czy Anną Nehrebecką, patrzyłem na dawne zapatrzenia. Na aktorskie profile, które przez tyle lat wydawały się nieosiągalne. Patrzyłem na aktorki z pamięcią ucznia szkoły podstawowej, ze zniżkową legitymacją, i ucznia szkoły średniej. Oraz z perspektywy dojrzałego już mężczyzny, który wszystko chciał zapamiętać, niczego starał się nie uronić.

Bohaterki książki różni prawie wszystko: koleje losu, metryka, doświadczenia, łączy niekwestionowana pozycja zawodowa oraz imperatyw nakazujący traktowanie zawodu serio. Nie zostały celebrytkami, nie pojawiają się na bankietach ani w tabloidach. Kochane przez widzów, pozostają dyskretne i tajemnicze. Zawodową pozycję budowały rolami, pracowitością i talentem, nie skandalem czy przemyślaną strategią marketingową.

Nie chciałem być w tej książce prowokatorem. Pozwoliłem moim bohaterkom mówić, niekiedy przez wiele godzin nie przerywałem monologów, jedynie od czasu do czasu zadając pytanie. Być może wyczuły tę otwartość, gdyż o wielu rzeczach przeczytają państwo po raz pierwszy. I będą to zaskakujące odkrycia.

Pisząc portrety aktorek, w pewnym momencie znalazłem się jednak w dość kłopotliwej sytuacji. Okazało się, że fakty z oficjalnych biografii nie zawsze zgadzały się z tym, co usłyszałem. Historie opowiadane przed laty po upływie kilku dekad znalazły inną puentę. Postanowiłem jednak niczego nie poprawiać, pozostawiając wypowiedzi artystek nienaruszone. Pamięć rządzi się własnymi prawami, niektóre sytuacje przekształca, inne uwzniośla. To również jest piękne.

Przygotowując się do rozmów z aktorkami, przeczytałem prawie wszystko, co zostało na ich temat napisane. Jestem wdzięczny za setki wywiadów, szkiców, portretów, monografii. Dziękuję autorom tych wspaniałych publikacji za godziny spędzone w bibliotekach i czytelniach na pisaniu notatek. Merytorycznie zawdzięczam im najwięcej, bez nich ta książka nigdy by nie powstała.

Przede wszystkim jednak dziękuję bohaterkom książki. Obdarzyły mnie zaufaniem, na które nie zasłużyłem – zaledwie kilka pań poprosiło o autoryzację.

Aktorkom zawdzięczam zachwycające chwile, a niekiedy także dar przyjaźni. To są momenty nie do zapomnienia: spacerowanie po Krakowie z Krystyną Feldman, ławeczka w Skolimowie z Ireną Kwiatkowską, urokliwy wiosenny dzień na Żoliborzu spędzony w towarzystwie Aliny Janowskiej. Uśmiech Ewy Wiśniewskiej, inteligencja Anny Polony, mądre oczy Zofii Kucówny, spokój i wewnętrzna siła Ewy Błaszczyk, radość życia Barbary Krafftówny, macierzyńskość Stanisławy Celińskiej. W magazynie czułych epitetów brakuje odpowiednich słów, żeby opisać siłę tych wzruszeń.

Przypadek sprawił, że niedawno obejrzałem po latach Jowitę Janusza Morgensterna, a następnie wróciłem do powieści Stanisława Dygata. Znalazłem w Jowicie fragment, który wydał mi się niezwykle trafny w aspekcie tej publikacji: „Ekran kinowy to dziwna rama, przez którą oglądamy szczególny świat. Na pozór jest podobny do naszego, ale jakby przekorny w stosunku do niego i opaczny. Trzeba się zdobyć na to, aby przejść przez tę ramę. Tak jak Alicja przez lustro w swoim pokoju. Potem można swobodnie buszować po krainie czarów”.

To takie proste? Oglądając film lub uczestnicząc w porywającym spektaklu teatralnym, jesteśmy kimś innym niż w momencie smarowania chleba masłem albo roztrząsania uczuciowych zapętleń. Stajemy wobec fikcyjnych wydarzeń jako współuczestniczący w nich, a jednocześnie odseparowani, oddzieleni niewidzialną perspektywą lustra. Kino i teatr to kraina czarów. Wracamy z tych podróży pogodzeni z losem, pełni euforii albo usposobieni nostalgicznie. Twarzom aktorek, ich gestom, inteligencji, zmysłowości, ale także zmarszczkom, charakterowi czy błyskotliwości zawdzięczamy witalność i poczucie smaku. Dzięki nim polska sztuka była kobietą.

„Jesteśmy duchami, które wychodzą z ciemności i w ciemność odchodzą”, w arcydziele Federica Felliniego mówi Ginger – Giuletta Masina, do Freda – Marcella Mastroianniego. Bohaterki Aktorek są jasnością. Blaskiem światłocienia.

Łukasz Maciejewski

Żadnej kreseczki za uchem
NINA ANDRYCZ


Tytuł pana tekstu na mój temat jest oczywisty: „Królowa polskiej sceny”. Widownia nie wyobraża sobie inaczej.

Wcześniej musiałem dokładnie wymienić listę pozostałych bohaterek tej książki. Zostały zaakceptowane.

Na rozmowę z Niną Andrycz umówiła mnie Iza Kuna. Obie panie znają się z Teatru Polskiego, gdzie pracowały razem. „Zapewniam panią, że Łukasz napisze to uczciwie”, przekonywała Kuna.

Niech zadzwoni za tydzień.

Zadzwoniłem.

Przepraszam, że prosiłam pana o czas do namysłu, ale właśnie wróciłam z bardzo nieudanych wakacji i muszę odpocząć.

Mijały tygodnie. Rozmowy telefoniczne z Niną Andrycz zawsze były przeżyciem. Mieszaniną inteligencji, ironii i dezynwoltury. W końcu udało mi się przekonać aktorkę, że nie ma sensu zwlekać dłużej.

W czasie rozmowy poprzedzającej spotkanie usłyszałem:

O całym życiu mam panu opowiedzieć? To absolutnie wykluczone, wszystko będzie w moich książkach, i tylko tam. Proszę nawet nie próbować pytać o nic więcej.

Wystarczyło jednak, że spojrzeliśmy sobie w oczy, a wszystkie wątpliwości zniknęły.

Pan jest przyjacielem Izabeli Kuny czy sympatią Izabeli Kuny?

Odpowiedziałem, że chodzi o pierwszą opcję.

W takim razie zapraszam do salonu, na martini.

Nina Andrycz jest symbolem. Rozmawiając, wspominamy świat, którego od dawna już nie ma. Czas wielkich rautów i wspaniałych premier, kultu gwiazd i ich potężnego oddziaływania na publiczność.

Jest także aktorskim symbolem Warszawy. W zasadzie całe zawodowe życie – wyłączając jedynie przerwę wojenną, kiedy pracowała jako kelnerka – była związana z Teatrem Polskim.

Do legendy teatru przeszła jej rola Solange w Lecie w Nohant Iwaszkiewicza. A kiedy w 1937 roku, zaledwie w wieku dwudziestu dwóch lat, zagrała Lukrecję Borgię w Cezarze i człowieku Nowaczyńskiego, Antoni Słonimski pisał: „Jest już dziś aktorką o talencie i indywidualności nieprzeciętnej”.

Z drugiej strony jednak stała się więźniem unikatowego emploi. Wieczną królową królowych. Hieratyczna sylwetka, specjalny tembr głosu, swego rodzaju dostojeństwo sprawiły, że w powszechnej opinii została przypisana tylko do określonego typu postaci: majestatycznych władczyń, caryc, księżniczek.

 

Z listy królewskich ról w wykonaniu Niny Andrycz można by ułożyć potężną dynastię. Była Kleopatrą, Balladyną, Lady Makbet, Katarzyną Wielką w sztuce Józefa Hena Popołudnie kochanków, Reganą w Królu Learze, Lukrecją Borgią, Wielką Księżną Joanną w Nocy listopadowej Wyspiańskiego, Ryngałłą w Zakonie krzyżowym Morstina, Maryną Mniszech w Borysie Godunowie i Kasandrą w Orestei, Elżbietą hiszpańską w Don Carlosie i Elżbietą, królową Anglii w Marii Stuart Schillera oraz Marią Stuart z dramatu Słowackiego. Trzy razy wystąpiła w roli Szimeny w Cydzie, trzykrotnie zagrała Lady Milford w Intrydze i miłości. Dostojeństwo i majestat towarzyszyły także kreacjom Izabeli Łęckiej w Lalce, Hrabiny de Belfior, Lady Cecylii Waynflete czy Marii Calergis w filmie Premiera warszawska.

Charakterystyczna ekspresja aktorki to zestawienie dwóch, wydawałoby się sprzecznych, cech psychofizycznych. Pasywności w postawie i pasji w głosie. Z czasem pasji było coraz więcej, koturnu mniej. Andrycz zależało na różnicowaniu repertuaru. Stworzyła kreację Natalii Puszkin w Ostatnich dniach Bułhakowa, zagrała Abbie w Pożądaniu w cieniu wiązów O'Neilla, wystąpiła w Gwieździe Helmuta Kajzara, była tytułową bohaterką w Profesji pani Warren i Natalią w Miesiącu na wsi Turgieniewa.

Sprawdziła się także w rolach komediowych: grała Xenię w sztuce Maestro Abramowa-Newerlego, Validę Vranę w Babie-Dziwo według Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. W 1973 roku królowa stała się wręcz drobnomieszczańską kuchtą w Moralności pani Dulskiej. Ostatnie teatralne role Niny Andrycz jeszcze mocniej wyostrzyły ten rysunek. Stara Żona w Krzesłach Ionesco czy Klara Zachanassian w Wizycie starszej pani Dürrenmatta, wciąż pełne wewnętrznego żaru, którym emanowały wcześniejsze królewskie role aktorki, stały się ekwiwalentem poczucia humoru i dotkliwej ironii.

Grałam role tego typu, ponieważ byłam w nich dobra i lubiana. Ale kiedy usłyszałam od jednego z przyjaciół bezinteresowne pytanie: „Po co ci, Nino, dwudziesta pierwsza królowa?”, zrozumiałam, że korona mi z głowy nie spadnie, jeśli zacznę różnicować propozycje. Jako Dulska w spektaklu w reżyserii Krystyny Meissner drapałam się w pośladki, byłam ordynarna i prymitywna. Psychicznie nie miałam nic wspólnego z tym babonem; było to jednak interesujące wyzwanie techniczne. Chciałam udowodnić że to również potrafię. Publiczność reagowała entuzjastycznie. Przez trzy lata grania tego spektaklu mieliśmy same komplety.

Kiedy z głośnymi Krzesłami Ionesco w reżyserii Macieja Prusa w połowie lat dziewięćdziesiątych pojechaliśmy do Ameryki, kobiety mówiły mi: „Oglądając panią, zdecydowałyśmy się w końcu na rozwód, tak wiarygodnie pokazała pani udrękę życia z niekochanym mężczyzną”. Pomyślałam, że miałam rację. Warto było zawalczyć o zmianę emploi.

„Nazwisko Niny Andrycz – pisała Marta Fik – przywołuje głównie pamięć o rolach królowych, i to w repertuarze romantycznym, lub bodaj arystokratek i heroin. Decyduje o tym nie tylko istotna przewaga ról tego typu, ale – chyba przede wszystkim – sposób gry, pielęgnowana maniera, skłonność do patosu, troska o gest i sposób mówienia wiersza, wynoszące na koturn nawet bohaterki bardziej pospolite. Postaciami kreowanymi przez Andrycz miotają często namiętności, skrzętnie jednak skrywane pod swoistym ceremoniałem. Jest to zarazem ceremoniał dworski – który dla jej bohaterek przestaje niemal być konwenansem, a staje się sposobem życia, reakcji i zachowań zawsze kontrolowanych – oraz ceremoniał teatralny. Ważniejsza jest tu bowiem z reguły pewna efektowność roli odgrywanej przez postać sceniczną (a nie tylko samą Andrycz) niż jej rzeczywiste przeżycia wewnętrzne”.

„W tiulach, koronkach, gorsetach, z długimi rzęsami i kreskami podkreślającymi zagadkowy wyraz skośnych oczu bohaterki grane przez Andrycz są piękne, bajkowe i nierealne – pisała z kolei Dorota Sosnowska. – Wydekoltowane królowe Andrycz były antidotum na postępujące zniekształcenie kobiety”.

W wywiadzie w 1961 roku Andrycz mówiła:

To, co pisał Faulkner o głosie serca, jest kluczem do serc widowni. Staram się być żywym, prawdziwym człowiekiem zarówno na scenie, jak i przed kamerą. Gdy rolę mam już technicznie opanowaną, wnoszę do wydarzeń, w których biorę udział w sztuce, nastrój mojego dnia. Jestem radośniejsza lub smutniejsza, jestem bardziej lub mniej komunikatywna dla otoczenia.

***

Teatr jest sztuką ulotną. Trudno jednoznacznie oceniać poszczególne osiągnięcia artystki – są tylko historycznymi datami, po których pozostały recenzje, czasami ślady wzruszeń, kilka fotosów. Dlatego też ważniejsza wydaje się barwa osobowości aktorki. Nie do podrobienia. W tym psychofizycznym portrecie mieszczą się zarówno charakterystyczny tembr głosu, wspaniała sylwetka, błyskotliwość i inteligencja wypowiedzi, jak i bardzo szczególne doświadczenia życiowe: małżeństwo z Józefem Cyrankiewiczem („towarzyszka królowa”, pisano ironicznie), twórczość literacka (tomiki wierszy To teatr, Drugie spotkanie z diabłem, Rzeka rozłąka, Wakacje w listopadzie, Rzeka bez nazwy i powieści: autobiograficzna My rozdwojeni oraz Bez początku, bez końca), a także lekko złośliwe spojrzenie i ujmujące bon moty.

Opisanie wszystkich tego typu współzależności jest oczywiście niemożliwe. Warto jednak spróbować.

Zanim zadałem pierwsze pytanie, Nina Andrycz rozpoczęła monolog. Jakby występowała na scenie.

Mam mocną osobowość. Jestem i zawsze byłam silną kobietą. Niczego i nikogo się nie boję. Pana również!

Nie chcę, żeby powypisywał pan bzdury na mój temat, zbyt wiele się tego naczytałam. No, ale wy i tak piszecie, co chcecie. Nie ma na to rady. Proszę jednak, żeby koniecznie napisał pan, że jestem pracowita. Tego nikt mi nie może odebrać. Przez wszystkie lata, które spędziłam na scenie, byłam w całości oddana pracy. Teatr i publiczność to dla mnie najważniejsze sprawy. Istotniejsze od życia osobistego czy prywatnych ambicji. Nie chciałabym, żeby to zabrzmiało jak laurka. Nie występowałam dlatego, żeby mnie chwalono. Splendory były oczywiście miłe, ale chodziło o coś ważniejszego.

Proszę się nie śmiać, ale ja to naprawdę kochałam. Przypuszczam, że gdyby nie scena, teatr, spotkania z publicznością, od dawna by mnie nie było. To życiowe powołanie. Dzisiaj, po latach bardzo różnych, także przykrych doświadczeń, wiem na pewno, że się nie pomyliłam, że wybrałam najlepszą drogę. Żyłam i żyję z pasją.

To co, jeszcze martini?

Sądząc po wystroju salonu, w którym rozmawiamy, Nina Andrycz należy do osób zakochanych w sobie. Wszędzie portrety, teatralne bibeloty. Aktorka wyciąga plik fotografii.

To będzie mój prezent dla pana. Ale może pan wybrać tylko jedno zdjęcie. Proszę pamiętać – tylko jedno.

Widzę, że pan mnie podziwia, to pięknie. Ale proszę mieć do tego wszystkiego dystans. Znam swoją wartość. To tylko salon gościnny, w innych pokojach nie znajdzie pan żadnych narcystycznych skłonności Niny Andrycz. Być może zaprowadzę pana również i tam.

Aktorka oprowadza mnie po salonie. Przez chwilę patrzymy na wyłaniający się z tarasu widok na skrzyżowanie Alei Jerozolimskich i Marszałkowskiej. Późne popołudnie, świecą się reklamy i neony.

Wspaniały widok.

Nina Andrycz odpowiada, uroczo przeciągając sylaby:

E tam, prowincjonalny Broadway.

Następnie pokazuje portrety.

To moja Maria Stuart, grałam ją w 1958 roku. A to Kleopatra, grałam ją ponad sto pięćdziesiąt razy.

Kłóciła się pani z reżyserami, walczyła o swoje?

Nigdy tego nie robiłam. Wykluczone. Jestem uczennicą Zelwerowicza, który wymagał od nas przede wszystkim cierpliwości i pokory. Raczej długich dystansów niż drogi na skróty. Teraz zastanawiam się, czy kiedykolwiek miałam jakieś wielkie konflikty podczas prób. Otóż nie, nigdy.

Naturalnie, jako artystka ukształtowana i świadoma zawsze miałam określoną wizję roli, z którą niekoniecznie zgadzał się reżyser, ale to jego zdanie było najważniejsze. Musiałam się dostosować. Cenię zarówno współpracę z klasykami w rodzaju Osterwy czy Zelwerowicza, jak i z młodym Konradem Swinarskim czy z Adamem Hanuszkiewiczem, którzy mieli kompletnie inną wizję teatru.

„Ona jest jakimś cudem – mówi Iza Kuna. – Łączy przeciwieństwa. Na zewnątrz jest absolutną monarchinią aktorstwa, ikoną właściwie bez wieku, ale w pracy Nina Andrycz jest pełna pokory i zapału. Wspaniale się z nią pracowało. To nie są gwiazdorskie fanaberie na użytek prasowego wywiadu, kiedy Andrycz z uporem powtarza, jak wielki ma szacunek do zawodu. Ten szacunek było widać za każdym razem, kiedy wychodziłyśmy na scenę, również podczas spektakli wyjazdowych. Dla mnie, wówczas początkującej aktorki, to była bardzo ważna lekcja zawodowstwa”.

Wszystko mija. Zagrałam tyle ról, ale ile naprawdę ich było? Czy ktoś to wyliczył? Pamięć jest niedoskonała. Znana jest opinia Iwaszkiewicza, autora Lata w Nohant, który po obejrzeniu mnie w roli Solange napisał: „Andrycz – wzór niedościgły”. Ale dlaczego tak mu się spodobałam? Kim wtedy byłam? Miałam dwadzieścia lat, zupełnie inaczej wyglądałam, głos również mi się zmienił. Jestem w stanie odtworzyć kontury tamtego przedstawienia, przypominają mi się pojedyncze słowa, gesty, mój kostium, ale na czym polegał fenomen tamtej roli, jej tajemnica? Nie da się tego opowiedzieć, opisać także jest trudno.

Andrycz była ikoną prawdziwej gwiazdy w PRL-u. Wydawała się przybyszem z lepszego, luksusowego świata. Krążyły na ten temat rozliczne plotki.

Sympatii nie można kupić. To po prostu niemożliwe. Nadal, kiedy jestem w sanatorium lub na wczasach, ludzie podchodzą do mnie, pytają, jak się czuję, komplementują.

Z listów, które otrzymuję i otrzymywałam, można by stworzyć muzeum epistolografii. A także kronikę polskiego obyczaju. Pisali do mnie księża i gospodynie domowe, nastoletni młodzieńcy i ambitne studentki, artyści i poeci amatorzy. „ O Moja Miła, masz brwi jak dwa Łuki Triumfalne!”, przeczytałam kiedyś. Pewnie można by sobie z tego dworować, ale byłoby to niepotrzebne i głupie. Dzięki takim gestom przez całe zawodowe życie czułam, że jestem komuś potrzebna, że to, co robię, ma sens.

Kilka lat temu, na poświęconym Arnoldowi Szyfmanowi uroczystym spotkaniu w Teatrze Polskim doszło do nieprzyjemnej scysji. Atmosfera była miła i niezobowiązująca, ale tylko do momentu, kiedy jedna z dawnych koleżanek Niny Andrycz stwierdziła: „Niestety, nie miałyśmy równych szans. Najlepsze kąski rezerwowała sobie Andrycz. Ja tylko raz zagrałam główną rolę – jedynie dlatego, że Andrycz wyjechała akurat z delegacją swojego męża. To oburzające”.

Po takim dictum na sali zapadła złowroga cisza. Wtedy o głos poprosiła Nina Andrycz. Bez cienia zdenerwowania, z uśmiechem na twarzy powiedziała:

Tak. Byłam wtedy w Chinach. Niestety, po rozpaczliwych telefonach od dyrekcji musiałam wracać, ponieważ frekwencja gwałtownie spadała. Owszem, byłam nie do zastąpienia.

Plotki mnie nie bolały, ponieważ realizowałam się zawodowo. Natomiast byłabym zrozpaczona, gdyby ktoś stawiał pod znakiem zapytania moje zawodowe umiejętności. Na szczęście nigdy tego nie doświadczyłam. Izabelę Łęcką grałam trzysta razy, Marię Stuart – dwieście pięćdziesiąt, Lady Milford – trzysta osiemnaście, Kleopatrę – sto pięćdziesiąt, Szimenę w Cydzie – dwieście pięćdziesiąt. Kasandra w Orestei Ajschylosa, na ruinach zniszczonej Warszawy mówiąca o zagładzie miasta, dla wielu widzów była oczyszczeniem.

Ale z drugiej strony zawsze czułam się „osobna”. Nie należałam do grup wzajemnego wsparcia, nie piłam wódki po SPATiF-ach, nie plotkowałam. A to również budziło niechęć. Być może myślano, że się wywyższam, a ja po prostu miałam taki charakter. Zamiast uczestniczyć w zakrapianych biesiadach, wolałam poczytać książkę albo napisać wiersz.

Niektórzy latami czekali, aż wyłożę się na scenie. Najpierw w rolach królewskich, potem, po zmianie emploi, w dramatach obyczajowych. Nic tak nie boli jak cudzy sukces. Gdybym zrobiła klapę, na pewno zaraz znalazłaby się grupa pocieszycieli, którzy szczerze by mnie żałowali. To bardzo polska właściwość: solidaryzujemy się, kiedy komuś powinie się noga, ale nie potrafimy ucieszyć się z cudzego sukcesu. Również dlatego wielu wybitnych, spełnionych aktorów to ludzie samotni, czasem nieszczęśliwi.

Grając Oną w Krzesłach Ionesco, słyszałam, że przecież nie nadaję się do tego typu roli. Andrycz i teatr groteski? Wykluczone. Myślę, że udowodniłam wtedy niedowiarkom, że nie tylko sprostałam zadaniu, ale wywiązałam się z niego lepiej, niż można było podejrzewać.

 

Kiedy pytam o feminizm Niny Andrycz, aktorka poważnieje.

To dla mnie sprawa serio, nie żarciki. Nie chciałabym mieszać w to ideologii, ale feminizm jest prawem do obrony własnych poglądów, nawet jeżeli miałoby się coś na tym stracić. Nie ma to nic wspólnego z idiotycznym uproszczeniem, że feministkami są kobiety w jakiś stopniu upośledzone uczuciowo, które mszczą się na facetach. Na nikim się nie mszczę, ale odkąd pamiętam, nigdy żadnemu mężczyźnie nie pozwoliłam zapędzić się w kozi róg. Pracowałam na własne nazwisko.

Dzisiaj modne jest określenie „poprawność polityczna”. Za czasów mojej największej aktywności zawodowej nie znano takiego sformułowania, ale ja już wtedy byłam niepoprawna. Nie pozwoliłam na zawłaszczenie poglądów przez ogół. Miałam własne zdanie. Tak było za czasów komunistycznych, tak jest również i dzisiaj, kiedy o wielu sprawach decyduje kler. Miejsce kobiety jest „przy życiu”, nie przy mężu.

Andrycz rzeczywiście wyłamuje się z obowiązujących reguł dyplomacji w tak zwanych szczerych wywiadach prasowych. Kilka lat temu opowiedziała Katarzynie Bielas o aborcjach, bez ceregieli udaje się też namówić ją do zwierzeń na temat bezdzietności.

Nie uważam, że cud macierzyństwa to najpiękniejsza rzecz na świecie. W każdym razie ja tego nie zaznałam. I z ręką na sercu, nie żałuję. Mało tego, uważam, że zachowałam się wielkodusznie. Z racji zawodu i nieustannego poświęcenia, którego się ode mnie wymagało, nie mogłabym być dobrą, troskliwą matką. W moim przypadku byłoby to niewykonalne. Byłam zatem dobrą aktorką. Troszczącą się o widzów. Nikogo nie skrzywdziłam.

Nie tylko jak na polskie standardy jestem osobą zdecydowanie otwartą. Nawet niedawno jakaś niezbyt rozgarnięta dziennikarka próbowała mnie wyciągnąć na rozmowę o seksie. W moim wieku! Ale niech będzie. Nie uznaję żadnych tabu. Gdyby zapytał mnie pan, co lubię jeść, a nie ukrywam, że trochę czekam na to pytanie, powiedziałabym, że tylko rzeczy lekkie: ryby, sałaty – stąd niezła figura, której zazdrościły mi koleżanki. Lubię jednak słodycze. Zawsze miałam tę słabość. Nasze życie choć trochę musi być słodkie.

Może czekoladkę?

Przeczy pani prawom biologii, upływowi czasu.

Niestety, nie jest pan oryginalny. Często to słyszę. Chodzi z całą pewnością o geny. Moja mama dożyła sędziwego wieku, zawsze wyglądając na osobę o wiele młodszą, niż była w istocie. Mam to zatem po mamie. Ale zawsze o siebie dbałam. Słabość do słodyczy to jedyna niesubordynacja. Nie mam zgubnych nałogów. W przeciwieństwie do męża, Józefa Cyrankiewicza, który był nałogowym palaczem, nigdy nie paliłam. Uprawiałam sporty, głównie pływałam. Przypuszczalnie dlatego wyglądam, jak wyglądam.

I to wszystko bez liftingu. Niech pan spojrzy na szyję. Proszę uważnie się przyjrzeć: żadnej kreseczki za uchem, żadnej blizny. Nie wyobrażam sobie chirurgicznych poprawek. Miałoby to fatalne konsekwencje dla sztuki aktorskiej. Twarze są wtedy brzydkie, ponaciągane. Nie sposób się uśmiechnąć. A ja lubię się śmiać.

***

Znowu patrzę na fotografie i portrety. Nina Andrycz w boa, Nina Andrycz odwrócona plecami w gwiazdorskiej pozie. A zdjęcia z dzieciństwa?

Nie mam. Zaginęły. Może gdzieś jeszcze są, schowane. Na Ukrainie.

Nina Andrycz miała dwa lata, kiedy pojechała z mamą do Kijowa, w odwiedziny do zamożnych krewnych. Wkrótce dołączyła do nich babcia Niny. W tym czasie – był 1917 rok – w Rosji wybuchła rewolucja. Granice zostały zamknięte. Rodzinna wizyta przeciągnęła się na długie dziesięć lat.

Patrzyłam na matkę i uczyłam się, jak żyć. Stanowiła wzór do naśladowania. Charakter, siła woli, radość z każdej chwili – to cechy, które odziedziczyłam właśnie po niej. Nie pozwoliła, żeby w nieludzkich warunkach zawaliło się życie. Z tamtego okresu poszczególne sekwencje zlewają mi się w jeden obraz. Miałam zaledwie kilka lat, ale doskonale pamiętam ślady krwi, wychudzonych ludzi, obdartych żołnierzy z dzikimi twarzami. I na tym ponurym tle moją śliczną, młodą i dzielną mamę. Była świetlistą postacią. Jako pensjonarka ukończyła szkołę dla „szlachetnie urodzonych dziewic” – zabawna nazwa. Mama miała staroświeckie poglądy na status kobiety. W tym punkcie bardzo się różniłyśmy. Dla niej najważniejsze były małżeństwo, rodzina, dzieci, natomiast ja od najwcześniejszych lat chciałam być niezależna. Nawet wychodząc za mąż za Cyrankiewicza, nie zmieniłam nazwiska. Pozostałam Niną Andrycz.

Wielokrotnie powtarzana opowieść o dzieciństwie aktorki wygląda trochę jak legenda. Ubarwiona i podretuszowana. Władająca świetnie trzema językami matka dziewczynki pracuje jako tłumaczka, natomiast Nina chodzi z babcią do teatru i opery.

Można było być głodnym, ale pieniądze na kulturę zawsze musiały się znaleźć.

Kiedy po raz pierwszy zobaczyła spektakl teatralny, z zachwytu dostała wysokiej gorączki. W radzieckiej szkole podstawowej pięknie recytowała, była liderem grupy. Biegała do teatru i na potajemne lekcje religii.

Już wtedy albo mnie kochano, albo nienawidzono.

Z czasem obowiązkowy język rosyjski zastąpił ukraiński.

Dzięki temu władam pięcioma językami – poza polskim posługuję się także francuskim, niemieckim, rosyjskim i ukraińskim.

Powrót do ojczyzny był skomplikowany. Pobyt w sowieckiej Rosji oznaczał ostateczny wyrok losu, właściwie bez szansy na zmianę adresu. Ale dzięki wysiłkom ojca Niny oraz wuja – Czesława Andrycza, dyplomaty, współpracownika marszałka Piłsudskiego – kobiety udało się w końcu ściągnąć do kraju.

To był dosłownie ostatni moment na ucieczkę. Za chwilę zaczął się stalinizm.

Nina zamieszkała z rodzicami w Brześciu nad Bugiem, skąd wyruszyła do Warszawy. Bez problemu dostała się do Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej i już na drugim roku studiów wygrała konkurs na najlepiej zagraną Ofelię w Śmierci Ofelii Wyspiańskiego.

Bardzo się denerwowałam. Czułam, że mam predyspozycje, ale byłam prowincjuszką. Na egzaminy przyjechałam źle ubrana, fatalnie uczesana. Sweterek miałam spięty agrafką, bo podczas podróży urwał się guzik. Zobaczyłam tłum pięknych, bardzo zadbanych dziewcząt. Zawstydziłam się zgrzebności. Egzaminy zdałam jednak celująco. Komisja jednomyślnie uznała, że mam dobre warunki, i tylko muszę pozbyć się wschodniego zaśpiewu. Dla kresowej dziewczyny było to bardzo trudne. W końcu jednak przetworzyłam melodyjność głosu w atut i wizytówkę.

Równocześnie Andryczówna studiowała psychologię i filozofię.

Rozpierały mnie ambicje, chciałam spróbować wszystkiego. Poznałam luminarzy intelektu. Miałam zajęcia z profesorami Władysławem Tatarkiewiczem i Władysławem Witwickim. Ale ten rytm życia był trudny do wytrzymania. Od rana do drugiej po południu miałam zajęcia na Uniwersytecie Warszawskim, skąd biegłam do szkoły teatralnej. Ćwiczenia trwały do dziesiątej wieczorem. Nie prowadziłam wtedy żadnego życia towarzyskiego, bo niby kiedy? Spałam najwyżej kilka godzin na dobę. W końcu, po półtora roku takiej bieganiny, zbuntował się organizm. Zemdlałam na zajęciach z rytmiki. Padłam na scenę, o mało się wtedy nie zabiłam. Usłyszałam od Zelwerowicza: „Albo nauka, albo sztuka”. Wybrałam sztukę.

Kiedy byłam żoną premiera, poznałam najpiękniejsze miejsca na świecie, ale z Warszawą łączą mnie najsilniejsze więzy. To moje miasto, moja przestrzeń. Znam tu wszystkie kąty. Mam ukochane miejsca – park Saski, Łazienki, Starówkę i Krakowskie Przedmieście. W Warszawie są groby moich bliskich – mamy, a także dziadka Ludwika Andrycza. Kłócę się z Warszawą, denerwuje mnie brud, brzydota niektórych dzielnic, złe zarządzanie, ale to moje miejsce na ziemi. Już na zawsze, do samego końca.

Przed wybuchem wojny Nina Andrycz robiła błyskawiczną karierę. Pokochali ją warszawiacy, poufale nazywając swoją ulubienicę Andryczką.

Ominęło mnie statystowanie, nie biegałam z halabardą, nie byłam trzecim głosem w chórze. To zaszczyt i wyróżnienie.

Szyfman zaangażował mnie do Teatru Polskiego natychmiast po przedstawieniu dyplomowym. Nie wiedział, że autor projektu budynku Teatru Polskiego, wybitny architekt Czesław Przybylski był mężem mojej cioci Róży Andryczówny.

„Dlaczego pani mi o tym nie powiedziała? – zapytał wiele miesięcy później. – Przecież to moi serdeczni przyjaciele”. A ja nie chciałam podpierać się znajomościami. Do wszystkiego musiałam dojść samodzielnie, bez tak zwanych pleców.

Szyfman to mój pierwszy dyrektor, zdecydowanie najlepszy, bezkonkurencyjny. Łączył ogień i wodę. Jego przedstawienia stały na wysokim poziomie, a jednak waliły na nie tłumy. Schiller w legendzie pozostał jako wielki twórca. To prawda, ale mam zbyt dobrą pamięć, żeby zapomnieć, że kiedy reżyserował, sala często świeciła pustkami. A idealny dyrektor to ten, który potrafi połączyć ambicje ze spełnieniem oczekiwań tak zwanej szerokiej widowni. Czasami to się udaje.