Początek świata jako kres rozumuTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

1. Wstęp

2. Świat, czyli co?

2.1. „Świat fizyczny”

2.1.1. Definicja intuicyjna i jej krytyka

2.1.2. Pojęcie „świata” we współczesnej kosmologii, „hierarchia wieloświatów”

2.2. „Świat metafizyczny”

3. Obserwacje bezpośrednie

3.1. Czym jest obserwacja?

3.2. Obserwowalność w astronomii i jej ograniczenia

3.3. Obserwacje fotonów

3.4. Obserwacje neutrin

3.5. Inne cząstki i przyszłość kryterium obserwowalności

3.6. Obserwowalność a naukowe wyjaśnienia powstania świata

4. Jedność przyczynowa i obserwacje pośrednie

4.1. Struktura przyczynowa Wszechświata

4.2. Ograniczenia oddziaływań przyczynowych

4.3. Przyczynowość w kosmologii klasycznej

4.4. Przyczynowość w kosmologii kwantowej

4.5. Wyjaśnienie powstania Wszechświata – przykład

4.6. Przyczynowość w modelach „poszerzonej” inflacji

4.7. Przyczynowość a naukowe wyjaśnienia powstania świata

5. Spójność teoretyczna i „poszerzona przyczynowość”

5.1. Co jest nie tak z klasyczną przyczynowością?

5.2. Racja jako „przyczyna w sensie szerokim”

5.3. Funkcja falowa Wszechświata

5.4. Prawa fizyki w roli przyczynowej

5.5. Fizyka pozbawiona świata

6. Logika

6.1. „Kleszcze Arystotelesa”

6.2. Dlaczego nie „Człon Pierwszy”?

6.3. Dlaczego nie nieskończony regres?

7. Podsumowanie

Bibliografia

Przypisy

© Copyright by Łukasz Lamża & Copernicus Center Press, 2016

Korekta: ARTUR FIGARSKI

Projekt okładki: MARIUSZ BANACHOWICZ

ISBN 978-83-7886-229-1

Publikacja dofinansowana z grantu badawczego Science for Ministry in Poland przyznanego Centrum Kopernika Badań Interdyscyplinarnych przez John Templeton Foundation

Wydanie I

Kraków 2016

Copernicus Center Press Sp. z o.o.

pl. Szczepański 8, 31-011 Kraków

tel./fax (+48 12) 430 63 00

e-mail: marketing@ccpress.pl Księgarnia internetowa: http://en.ccpress.pl

Konwersja: eLitera s.c.

1. Wstęp

Pytanie o powstanie świata bywa przedstawiane jako jeden z wielu stojących przed nami problemów – pytanie, na które kiedyś być może poznamy odpowiedź lub, zdaniem niektórych, wręcz już taką odpowiedź znamy. W szczególności, w ostatnich latach coraz częściej słyszy się, że metoda naukowa jest potencjalnie w stanie doprowadzić nas do rozwiązania zagadki powstania świata (np. Hawking i Mlodinow 2011). Celem niniejszego eseju jest zbadanie problemu powstania świata pod kątem metodologicznym – czy „problem powstania świata” czysto teoretycznie można rozwiązać, biorąc pod uwagę dostępne nam racjonalne metody rozwiązywania problemów?

Teza stawiana w tej publikacji jest taka, że nie: problem powstania świata nie może zostać rozwiązany na sposób racjonalny – nie tylko obecnie, ale i w ogóle. Pogląd, że możliwe jest uzyskanie satysfakcjonującej intelektualnie odpowiedzi na pytanie o pochodzenie świata – zwłaszcza odpowiedzi naukowej – uważam za nie tylko słabo uzasadniony, ale wręcz szkodliwy. Jest to przesąd, który odsuwa nas od zmierzenia się z faktycznym stanem rzeczy: że istnienie świata jest wykraczającą poza możliwości ludzkiego umysłu Tajemnicą, z którą każda dojrzała intelektualnie osoba powinna się zmierzyć. Istnienie świata – a więc i istnienie nas samych – jest faktem, którego racjonalnie wytłumaczyć nie sposób. Uważam, że jest to doniosły wniosek.

Struktura niniejszej książki jest następująca. Zacznę od zdefiniowania „problemu początku świata”, aby następnie przeanalizować kolejno cztery kryteria za pomocą których dane rozumowanie można określić jako racjonalne:

• kryterium obserwowalności (tradycyjnie jest to podstawowe kryterium naukowości w naukach empirycznych, czyli naukach o przyrodzie; za jego pomocą ocenia się, czy dana wypowiedź dotyczy bezpośrednio obserwowalnego świata przyrody);

• kryterium jedności przyczynowo-skutkowej („swobodniejsze” kryterium naukowości w tychże naukach; za jego pomocą ocenia się, czy dana wypowiedź dotyczy pośrednio obserwowalnego świata przyrody – najszerszego zbioru obiektów i zjawisk, które wpływają na siebie nawzajem);

• kryterium spójności teoretycznej (kryterium stosowane w naukach formalnych; za jego pomocą ocenia się, czy dana wypowiedź jest zgodna z innymi wypowiedziami naukowymi; choć bywa ono coraz częściej stosowane w fizyce teoretycznej, obejmuje również obiekty i zjawiska nieistniejące fizycznie, co prowadzi do poważnych problemów metafizycznych);

• kryterium eksplanacyjne (najszersze możliwe kryterium, za pomocą którego ocenia się, czy dane zdanie w ogóle posiada jakiekolwiek uzasadnienie).

Na każdym etapie postaram się szczegółowo opisać granice związane z konstruowaniem wyjaśnień w oparciu o dane kryterium. Okazuje się, że każde z tych kryteriów wiąże się ze swoistym zestawem „miękkich” i „twardych” ograniczeń, których istnienie można dziś – po wielu wiekach rozwoju epistemologii, filozofii nauki i metodologii naukowej – uznać za dobrze potwierdzone. Ograniczenia te uniemożliwiają, jak się okazuje, udzielenie racjonalnej (w myśl poszczególnych kryteriów) odpowiedzi na pytanie o pochodzenie świata. Płynący z całokształtu tych analiz wniosek jest więc taki, że racjonalna odpowiedź na pytanie o pochodzenie świata w ogóle nie jest możliwa. Choć dla celu stwierdzenia tego faktu wystarczyłoby w zasadzie opisać wyłącznie ograniczenia kryterium ostatniego, które jako najsilniejsze obejmuje również trzy wcześniejsze, jednak ze względów pedagogicznych warto przyjrzeć się temu, w jaki sposób zawodzą wszystkie kryteria po kolei.

Jest doświadczeniem pouczającym, i dziwnie satysfakcjonującym, przyglądać się, jak w obliczu pytania o powstanie świata padają kolejno wszystkie bastiony Rozumu. Uważam, że jest to wysoce pouczająca lekcja i doskonała odtrutka na typową dla umysłowości zachodniej pychę poznawczą, która stanowi wynaturzoną formę zjawiska skądinąd wspaniałego, jakim jest umiłowanie Rozumu. Czym innym jest jednak lubować się w sporcie i pielęgnować swoje ciało, a czym innym pysznić się, że jest się w stanie przebiec maraton w minutę albo przeskoczyć przez kanał La Manche, tylko po prostu jeszcze się to nie udało. Pewne roszczenia są absurdalne i nie można rozwijać się – naukowo, filozoficzne i duchowo – jeśli się wypiera fakt, że jednym z takich roszczeń jest twierdzenie, że jesteśmy w stanie uzyskać racjonalną odpowiedź na pytanie o powstanie świata (czyli de facto pytanie Leibniza, dlaczego istnieje raczej coś niż nic).

Najdłuższa droga zaczyna się jednak od pierwszego kroku. Zacznijmy od zdefiniowania „problemu początku świata”. Pierwszym krokiem będzie zaś próba znalezienia odpowiedzi na pozornie proste pytanie: co to znaczy „świat”?

 

2. Świat, czyli co?

Termin „świat” definiuje się na najrozmaitsze sposoby; od skrajnie wąskiego („świat” jako planeta Ziemia) po maksymalnie szerokie („świat” jako wszystko, co istnieje, na dowolny sposób). Ze względu na „problem początku” sensownie będzie wydzielić dwa główne sposoby, na które można rozumieć termin „świat”, a które określimy dla potrzeb tej książeczki następująco:

a) świat fizyczny, czyli Wszechświat/​Kosmos;

b) świat metafizyczny, czyli „wszystko, co istnieje”.

Choć, jak się okaże w toku przeprowadzanych tu analiz, próby wyjaśnienia powstania świata fizycznego prowadzą „płynnie” ku obiektom nienależącym do niego, a będącym częścią świata metafizycznego, te dwa obiekty będą stanowić dla nas dogodny punkt orientacyjny.

2.1. „Świat fizyczny”

2.1.1. Definicja intuicyjna i jej krytyka

Termin „świat fizyczny” określmy w pierwszym przybliżeniu jako zbiór tego wszystkiego, co nas otacza, co może być przez nas obserwowane, co należy do wspólnego porządku czasowo-przestrzennego, co podlega tym samym prawom przyrody itd. Jest to takie mniej więcej rozumienie tego terminu, jakie występuje w języku potocznym. Uniwersalny słownik języka polskiego PWN podaje, że „świat” to (obok innych znaczeń) „ogół wszystkich ciał niebieskich”, ale także „wszelkie przejawy życia na ziemi, przejawy rzeczywistości i działalności ludzkiej; byt”. Bliskimi synonimami terminu „świat fizyczny” są zwłaszcza słowa takie, jak „Kosmos” i „Wszechświat”. Co ciekawe, opisane powyżej kryteria pokrywają się w dużym stopniu z kryteriami, jakie wymienia się jako definicyjne dla terminu „materia” (zob. np. Bugajak 2016). Przy szerokim rozumieniu terminu „materia” (tak, aby obejmowało wszelkiego typu cząstki i pola) można by więc postawić znak równości pomiędzy pojęciami „świat fizyczny” a „świat materialny”, choć zalecana jest tu duża ostrożność[1].

Piękno i tragedia filozofii polega na tym, że żadne z określeń świata fizycznego, które pojawiają się w powyższym akapicie, nie jest wolne od swoich słabości, przez co – jak się okazuje – nasze intuicyjne rozumienie terminu „świat” nie wytrzymuje racjonalnej krytyki. Aby odpowiedzialnie rozważać zagadnienie powstania świata, musimy choć trochę przyjrzeć się tej krytyce.

Kryterium obserwowalności będzie jeszcze przez nas szczegółowo omawiane w rozdziale 3. Jest ono jednocześnie jednym z klasycznych kryteriów naukowości. Innymi słowy, podaje się zwykle (np. Chalmers 1993), że słowem „nauka” (science) obejmuje się badania wyłącznie rzeczy i zjawisk, które dają się obserwować – możliwość potwierdzenia obserwacyjnego (lub falsyfikacji) stanowi kryterium naukowości danej hipotezy. Jest to nie tylko uświęcone tradycją, ale i zgodne ze zdrowym rozsądkiem, który nakazuje odrzucać nawet bardzo popularne – dziś lub ongiś – i na pozór atrakcyjne teorie (koboldy kiszące mleko), jeśli tylko obiekty przewidywane przez te teorie nie dają się zaobserwować. Bliższa analiza kryterium obserwowalności nastąpi nieco później. Już teraz zasygnalizuję natomiast króciutko, że w sytuacjach „granicznych”, z jakimi zmaga się fizyka współczesna – czego najdoskonalszym przykładem jest chyba pojęcie osobliwości czasoprzestrzennej w ogólnej teorii względności – nie można racjonalnie spodziewać się „obserwowalności” w tak prostym, elementarnym sensie, w jakim obserwowalne są krowy, chmury i galaktyki, a w pewnych sytuacjach nie można w ogóle spodziewać się obserwowalności niektórych obiektów.

Wspólny porządek czasoprzestrzenny to współczesne wyrażenie intuicji, że do świata należy to wszystko, co wydarzyło się kiedyś i gdzieś, innymi słowy należy do tego samego kontinuum, w którym zanurzeni jesteśmy i my. Klasycznie, Izaak Newton uważał, że świat „zanurzony” jest w nieskończonej, idealnej, matematycznej tkaninie przestrzeni, a czas świata jest częścią nieskończonego, idealnego, matematycznego czasu. Każde zdarzenie mające miejsce w takim Kosmosie musi mieć ściśle określone absolutne położenie i absolutny czas. Intuicyjnie, należenie do tego samego porządku przestrzennego gwarantuje też, że dana rzecz/zjawisko jest dla nas dostępne, tj. że – przynajmniej czysto teoretycznie – możemy dotrzeć w dane miejsce i bezpośrednio doświadczyć tego, co się w nim znajduje. Edmund Husserl, rekonstruując pojęcie „świata przeżywanego” na podstawie subiektywnego doświadczenia, przyjął właśnie kryterium dostępności za definicyjne dla pojęcia świata[2]. Krótko mówiąc, jeden porządek czasoprzestrzenny wydaje się gwarantować pewnego typu „wspólnotę”. Problemy przychodzą znów ze strony współczesnej kosmologii, o czym będzie mowa w rozdziale 4, w którym przyjrzymy się kwestii jedności przyczynowo-skutkowej w Kosmosie. Jak się okazuje, kwestie struktury czasoprzestrzennej i struktury przyczynowej są ze sobą blisko powiązane – a w kontekście współczesnej kosmologii występują w ich ramach sytuacje... powiedzmy, „patologiczne”.

Podleganie jednemu zestawowi praw przyrody to kryterium, które również posiada długą tradycję. Dla Newtona, który świetnie ilustruje „klasyczne” myślenie o świecie, prawa przyrody pochodzą od Boga i są gwarantem uporządkowanej, mądrej, doskonałej struktury świata. Cud, nawiasem mówiąc, definiowany bywa czasem jako zawieszenie praw przyrody lub zjawisko niedające się wytłumaczyć przy pomocy praw przyrody. W spekulatywnej kosmologii współczesnej, co ciekawe, mówi się czasem o niekoniecznym, zmiennym charakterze praw przyrody (Smolin 1992), a tym samym prawom przyrody podlega tylko jedna „domena” czasoprzestrzenna – w innych mogą panować inne prawa przyrody.

Jak widać, klasyczne cechy definicyjne świata nie stosują się do wszystkich obiektów, o którym mówi się w ramach współczesnej (spekulatywnej) kosmologii fizycznej. W szczególności, większość modeli Wieloświata (Multiverse) opisuje struktury, w których któreś z tych kryteriów jest złamane. Przykładowo, model inflacji chaotycznej Lindego (zob. rozdział 4.6) łamie kryterium jedności praw przyrody; model kosmologicznego doboru naturalnego Smolina (zob. rozdział 4.3 i następne) łamie kryterium obserwowalności oraz – najprawdopodobniej – kryterium jedności czasowo-przestrzennej. Można więc już teraz, zupełnie wstępnie, zauważyć, że proponowane współcześnie spekulatywne scenariusze kosmologiczne, mające wytłumaczyć powstanie świata (rozumianego tu jako „nasz” Wszechświat fizyczny, a więc „nasza” domena czasoprzestrzenna), odwołują się do istnienia obiektów, które nie spełniają klasycznych, intuicyjnych definicji terminu „świat”.

To oczywiście samo w sobie nie jest problemem. Nie jest to pierwsza sytuacja w historii wiedzy ludzkiej, kiedy to rozwój nauki zmusił nas do przemyślenia sposobu, w jaki korzystamy z języka. Problem polega jednak na tym, że na obecnym, bardzo burzliwym, etapie rozwoju kosmologii spekulatywnej, ilość i bogactwo proponowanych struktur rozszerzających tradycyjne pojęcie „świata fizycznego” utrudnia stosowanie znanych metod racjonalnego rozumowania i poznawania prawdy. Aby doprecyzować kolejne kroki na tej drodze potrzebna jest jednak nieco bardziej „techniczna” analiza terminu „Wszechświat”.

2.1.2. Pojęcie „świata” we współczesnej kosmologii, „hierarchia wieloświatów”

Doskonałego punktu wyjścia dostarcza „hierarchia wieloświatów” amerykańskiego kosmologa Maxa Tegmarka, który podjął się – bardzo subiektywnej, ale odpowiedniej dla celów ilustracyjnych – systematyzacji opisywanych w kosmologii coraz to szerszych struktur, w postaci „czterech poziomów wieloświata” (Tegmark 2007). Na bazie artykułu Tegmarka, uzupełnionego ogólniejszymi uwagami kosmologicznymi, będziemy w stanie w miarę precyzyjnie zdefiniować termin „świat fizyczny”, a także „problem początku” w odniesieniu do niego.

Punktem wyjścia dla Tegmarka jest tak zwany „Wszechświat obserwowalny” (observable Universe), czyli zbiór wszystkich obiektów potencjalnie dających się zaobserwować przez ziemskiego obserwatora. Ze względu na skończoną prędkość rozchodzenia się sygnałów, dostępna obserwacjom jest pewna skończona objętość przestrzeni, mająca kształt kuli o środku w miejscu, w którym znajduje się dany obserwator. (Każdy obserwator ma więc swój własny Wszechświat obserwowalny). Promień tego Wszechświata to ok. 46 mld lat świetlnych.

Wieloświat I poziomu (Level I Multiverse) to dla Tegmarka zbiór wszystkich tego typu nakładających się na siebie Wszechświatów obserwowalnych, należących do jednej, wspólnej przestrzeni – a więc również regiony znajdujące się poza naszym „horyzontem obserwowalności”, jednak nieróżniące się zasadniczo pod żadnym względem od tych dostępnych naszym obserwacjom. Doskonałej analogii dostarcza idea „zwykłego” horyzontu – stojąc na wzgórzu, jesteśmy w stanie zaobserwować tylko określoną powierzchnię globu ziemskiego – jest to nasz „świat obserwowalny”. Idea Wieloświata I poziomu polega na rozszerzeniu tego pojęcia, zdefiniowanego w oparciu o możliwości obserwacyjne określonego obserwatora, na wszystkich możliwych obserwatorów, których „światy obserwowalne” nakładają się na siebie. Tak zdefiniowany „Wieloświat I poziomu” to w istocie po prostu „Wszechświat” w takim sensie, w jakim termin ten stosowany jest w kosmologii fizycznej – jako pojedynczy obszar czasoprzestrzeni posiadający – lub nie – określone „brzegi” (np. osobliwość początkową i/lub końcową), na którym panują jednolite prawa przyrody[3], który może być przy tym skończony lub nieskończony przestrzennie. Obserwacje astronomiczne są teoretycznie w stanie dostarczyć informacji na temat skończoności przestrzennej „naszego” Wszechświata; obecnie (maj 2016) są one zgodne z obiema ewentualnościami: „nasz” Wszechświat może być skończony lub nieskończony przestrzennie.

Tak czy inaczej Wszechświat w tym sensie wydaje się dobrze odpowiadać wcześniej opisanym cechom „świata fizycznego”. Mówiąc ściśle, obserwacjom dostępny jest tylko jego – potencjalnie zaniedbywalnie mały – wycinek (Wszechświat obserwowalny) i tylko dla tego wycinka możliwe jest sprawdzenie, czy obowiązują w nim te same prawa przyrody, co na Ziemi. Na płaszczyźnie czysto metafizycznej „nasz” Wszechświat obserwowalny nie jest jednak w żadnym sensie wyróżniony wobec innych Wszechświatów obserwowalnych zdefiniowanych w odniesieniu do hipotetycznych obserwatorów znajdujących się w innym miejscu Kosmosu. Granica Wszechświata obserwowalnego nie jest też „granicą” w żadnym fizycznym sensie. Gdybyśmy w tej chwili znaleźli się w punkcie przestrzeni, który stanowi nasz „horyzont obserwowalności”, czyli granicę Wszechświata obserwowalnego, byłoby to miejsce jak każde inne, na którym świat wcale się nie kończy, a prawa przyrody nie ulegają zmianie. Podobnie, stojąca na wzgórzu osoba nie ma żadnego dobrego powodu, aby uznać, że w krainach leżących poza horyzontem obowiązują odmienne prawa przyrody.

Choć więc, czysto formalnie, „najbezpieczniejsze” byłoby utożsamienie „świata fizycznego” ze Wszechświatem obserwowalnym, na użytek niniejszej pracy termin „świat fizyczny” będziemy rozumieć jako odpowiadający Wszechświatowi w sensie Wieloświata I poziomu u Tegmarka, czyli „naszej” domenie czasoprzestrzennej, opisywanej przez jedno rozwiązanie kosmologiczne równań Einsteina, mającej „wspólny” punkt osobliwości początkowej itd. W sytuacjach, w których nie budzi to wątpliwości, w odniesieniu do tak zdefiniowanego świata fizycznego będziemy też używać terminu Wszechświat.

Ta definicja jest też wyjątkowo korzystna ze względu na zagadnienie poruszane w tej książeczce, jakim jest „problem początku” – Wszechświat w tym sensie posiada bowiem dobrze określony początek. Z łatwością można więc sformułować pytanie o jego pochodzenie. Oczywisty problem z tą definicją polega natomiast na tym, że zgubiony został w niej aspekt „bycia wszystkim”. „Wszechświat” w sensie intuicyjnym to wszystko, co istnieje fizycznie. „Wszechświat” w sensie zdefiniowanym wyżej to określony obiekt, który nie musi być jedynym w ogóle istniejącym, a w ramach teorii Wieloświata istnieje wiele tego typu „Wszechświatów”. Wynikające z tego problemy zostaną jeszcze omówione w rozdziale 4.5.

Dla porządku wymieńmy jeszcze „wyższe” poziomy Wieloświata u Tegmarka. Termin „Wieloświat II poziomu” odwołuje się do inflacyjnego modelu kosmologicznego, w ramach którego mogą istnieć liczne Wszechświaty (czyli nasze nowo zdefiniowane „światy fizyczne” lub Tegmarka Wieloświaty I poziomu) podobne do „naszej” domeny czasoprzestrzennej. O modelach inflacyjnych będzie jeszcze mowa w rozdziale 4.6, ponieważ stanowią one dziś jedną z popularnych odpowiedzi na pytanie o to, skąd wziął się „nasz” Wszechświat.

 

Pisząc o Wieloświecie III poziomu, Tegmark odwołuje się do interpretacji mechaniki kwantowej zwanej „interpretacją wielu światów” (many worlds interpretation) Hugh Everetta. Jest to spekulatywna interpretacja głosząca, że w każdej sytuacji, w której występuje pewna liczba możliwych stanów kwantowych układu i „wybrany” zostaje tylko jeden, w rzeczywistości zrealizowane zostają wszystkie stany, przy czym każdy związany jest z osobnym Wszechświatem. Nie jest to preferowana interpretacja (większość fizyków opowiada się za znacznie bardziej „oszczędną” metafizycznie interpretacją kopenhaską) i nie będzie omawiana w tej pracy, ponieważ nie jest ona przedmiotem analiz kosmologów w kontekście problemu powstania świata.

Ostatni jest Wieloświat IV poziomu, będący zbiorem wszystkich struktur matematycznych (!). Innymi słowy, istnienie matematyczne zostaje przez Tegmarka utożsamione z istnieniem fizycznym (Tegmark 2007, s. 101). W innym miejscu Tegmark (2008) przedstawia interesujący argument na rzecz tej tezy, opierający się na poglądzie określanym w filozofii matematyki jako strukturalizm. Do modelu tego wrócimy krótko w rozdziale 5.5.

„Hierarchia wieloświatów” Tegmarka została tu przytoczona głównie w celu: a) dostarczenia języka dla precyzyjnego opisania, czym jest „świat fizyczny” w sensie współczesnej standardowej kosmologii fizycznej; b) zademonstrowania, że w ramach mniej standardowej, „spekulatywnej” kosmologii zakres struktur, o których poważnie mówi się jako o konstytuujących „świat”, bardzo poważnie się rozszerza, co prowadzi do wysoce niebezpiecznej sytuacji metodologicznej. W jaki sposób bowiem racjonalnie badać hipotezę, zgodnie z którą „nasz” Wszechświat istnieje jako struktura matematyczna? Czy teza taka stanowi satysfakcjonującą odpowiedź na pytanie o pochodzenie świata? Rozdział 4 i dalsze poświęcone są analizie tego, co „dzieje się” z nauką i z wyjaśnieniami naukowymi w sytuacji, w której tego typu „światy poszerzone” zaczynają być przywoływane jako wyjaśnienie dla istnienia i cech „naszego” świata fizycznego.

W tym momencie możliwe jest więc w końcu zdefiniowanie „problemu początku świata fizycznego”: jest nim po prostu pytanie o przyczynę/rację istnienia świata fizycznego w zdefiniowanym wyżej sensie. W następnych rozdziałach tej książeczki podejmę próbę zmierzenia się z pytaniem o to, czy nauka jest strukturalnie zdolna do rozwiązania problemu początku świata fizycznego.

Aby jednak przejść do „problemu początku świata fizycznego”, musimy pokrótce zmierzyć się ze znacznie szerszym i bardziej poważnym „problemem początku świata metafizycznego”. W skrócie: jest to pytanie o przyczynę istnienia wszystkiego, które – nieco bardziej dramatycznie – można przeformułować jako pytanie o to, dlaczego istnieje cokolwiek. Jest to więc nic innego jak klasyczne pytanie Leibniza.

2.2. „Świat metafizyczny”

Termin „świat metafizyczny” ma w zamierzeniu obejmować „wszystko, co istnieje”. W tym sensie jego podzbiorem jest „świat fizyczny”, jednak – potencjalnie – mogą do niego należeć również byty/obiekty/rzeczy/procesy nienależące do niego. Przykładowymi rzeczami, które określa się czasem jako „istniejące”, ale które nie mieszczą się w ramach „świata fizycznego”, to: liczby (u pitagorejczyków i zwolenników tzw. platonizmu matematycznego), formy/„idee” (u Platona), prawa przyrody, Bóg lub bogowie, „Wszechświat” myśli ludzkich i wytworów intelektualnych („trzeci świat” Poppera), przedmioty wieczne Whiteheada, dusze zmarłych, zaświaty (niebo, piekło itp.) i wiele innych.

Piękno i tragedia filozofii (chyba już użyłem tego zwrotu?) polega na tym, że żaden termin nie pozostaje nietknięty przez szkiełko i oko analitycznych myślicieli, przez co trudno jest powiedzieć cokolwiek, nie komentując po wielokroć stosowanych przez siebie terminów. W tym przypadku głównym podejrzanym jest zwrot „wszystko, co istnieje”. Termin „istnieć” należy do wielkich nieokreślonych terminów filozofii – do tego stopnia, że niektórzy stwierdzili, że „byt” i „istnienie” nie mają żadnych określonych cech definicyjnych, odróżniających je od czegoś innego (skoro istnieje wszystko...), przez co należy po prostu zrezygnować z prób precyzyjnego określenia tego pojęcia. Przykładowo, filozofowie analityczni radośnie wycięli to pojęcie ze słownika filozoficznego, określając je jako nonsensowne (Ayer 1952). Ja wolę uznać je za jedno z pierwszych, niezdefiniowanych pojęć filozofii, podobnych do terminów „punkt” w geometrii Euklidesa albo „zbiór” w teorii zbiorów. Tego typu pojęcia pierwsze – jeśli tylko wiąże się z nimi jakiegoś rodzaju intuicyjne poczucie oczywistości u czytelnika – to wygodny element konstrukcyjny, ponieważ ich przyjęcie zwalnia nas z absurdalnego w istocie obowiązku nieskończonego definiowania jednych pojęć przez inne pojęcia. Uznając, że każdy z czytelników tej książeczki ma swoje własne rozumienie, co to znaczy „istnieć”, czuję się zwolniony z obowiązku zdefiniowania tego terminu.

Wypowiadany czasem pogląd, że zbiór rzeczy istniejących pokrywa się ze zbiorem tego, o czym można pomyśleć albo o których można coś powiedzieć (przykładowo, niektórzy interpretują w ten sposób tzw. „wczesnego” Wittgensteina, por. Szubka 2009), powoduje więcej problemów niż rozwiązuje. Podajmy choćby dla przykładu, że qualia[4] bywają definiowane poprzez swoją niewyrażalność językową (Jackson 1982), a zdaniem autorów tego typu definicji nie tylko istnieją, ale wręcz istnieją bardziej realnie niż wszystko inne... Uznajmy więc po prostu, że „świat metafizyczny” obejmuje „wszystko” (ew. „wszystko, co istnieje”, co wychodzi na jedno), nie analizując już tego określenia bliżej.

Część składających się na świat metafizyczny „rzeczy”[5] pełni ważną rolę w kosmologii. Przykładowo, w ramach kosmologii chrześcijańskiej świat został stworzony przez Boga. W ramach kosmologii pitagorejskiej świat wyłania się z Liczby/Miary. W ramach niektórych współczesnych modeli kosmologicznych przyczyna powstania świata leży w samych prawach przyrody. Jeżeli więc chcemy wypowiadać się na temat „świata metafizycznego”, musimy z konieczności zmierzyć się z kwestiami teologicznymi albo dotyczącymi filozofii przyrody i filozofii matematyki. Skoro bowiem pytamy o wszystko, prędzej czy później pojawi się więc również pytanie o istnienie Boga, istnienie liczb itd.

Mogłoby się wydawać, że w tekście, który poświęcony jest przede wszystkim naukowym wyjaśnieniom „problemu początku”, sięganie tak głęboko nie jest uzasadnione. Nie jest tak. Rzecz w tym, że autorzy proponujący dziś „naukowe” wyjaśnienia powstania Wszechświata odwołują się do obiektów takich, jak struktury matematyczne albo prawa przyrody, umieszczając je w charakterze członów wyjaśnień – będzie o tym mowa w rozdziale 5. Jeśli istnienie jakiegoś obiektu fizycznego wyjaśniane jest ostatecznie poprzez istnienie (ew. obowiązywanie) pewnego typu obiektów matematycznych – lub praw przyrody – nie da się uciec od pytania, jak (czy?) te obiekty istnieją. Wydłużanie łańcucha wyjaśnień poza zakres tego, co tradycyjnie włącza się w zakres świata fizycznego, „wyprowadza” więc nasze wyjaśnienia poza świat – tłumaczymy Wszechświat czymś, co do Wszechświata jako żywo nie należy. Siłą rzeczy ocieramy się więc o znane od wieków problemy teologii, filozofii matematyki, filozofii przyrody czy ontologii.

Są to jednak kroki ostateczne. Zgodnie z zapowiedzianą metodą przyjętą w tej książce, rozpoczniemy od najbardziej wąskiego, standardowego kryterium metody naukowej, jakim jest kryterium obserwowalności, które jednocześnie, jak się okazuje, odgranicza świat w bardzo naturalny sposób, zgodny z tradycją kosmologii. Stopniowe odwoływanie się do coraz to bardziej „liberalnych” kryteriów racjonalnego wyjaśnienia będzie nas prowadziło ku coraz to szerszym strukturom, z których najszerszą jest świat metafizyczny. Celem niniejszej książeczki jest więc zbadanie tego, w jaki konkretnie sposób „wyczerpują się” możliwości poszczególnych metod naukowego (a później: racjonalnego w ogóle) wyjaśniania w kontekście problemu powstania świata. Istotnym elementem tego postępowania jest zwłaszcza opisanie „katalogu możliwości”, tj. wypisanie explicite, jakie są wyłaniające się przed nami możliwości w sytuacji, w której ograniczenia stosowalności tych kryteriów stają się coraz bardziej jasne. Nawet gdy czytelnik nie zgodzi się z moją oceną tego, która ewentualność jest najbardziej prawdopodobna, uzyska więc informację o tym, jakie są konsekwencje przyjęcia poszczególnych możliwości.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?