Dom, którego nie było

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W gminie Niewachlów 7-miu żołnierzy sowieckich zgwałciło 15-to letnią dziewczynę, służącą nauczyciela, która jest ciężko chora i grozi jej utrata życia. W Cedzynie 5 żołnierzy sowieckich zgwałciło 35-letnią kobietę, która po [w]ypadku jest ciężko chora. W Łopusznie została zgwałcona przez kilku żołnierzy sowieckich 80-letnia staruszka, która bezpośrednio po fakcie zmarła. […] W Snochowicach został zabity przez żołnierzy sowieckich Kukulski Stefan lat 24, gdy bronił swej siostry, którą żołnierze sowieccy chcieli zgwałcić. […]

W Kielcach ostatnio było kilkanaście wypadków gwałtów dokonanych tak w stosunku do starszych kobiet, jak i zupełnie nieletnich, pogryziono przytem w bestialski sposób swe ofiary, wyrywając im dosłownie kawałki ciała, a nawet w jednym wypadku przegryzając krtań. W całym powiecie kieleckim wojsko terroryzuje ludność i niszczy jej dobytek […]208.

Zgodnie z informacją prezydenta Kielc tylko w samym mieście latem 1945 roku żołnierze Armii Czerwonej zgwałcili około trzydziestu kobiet. Połowa z nich została zakażona chorobami wenerycznymi. Wśród ofiar była też dziewięcioletnia dziewczynka209. Raczej mało prawdopodobne, żeby oddalone o zaledwie siedemdziesiąt kilometrów od Radomia Kielce były wyjątkiem na trasie przemarszu Armii Czerwonej. Jak pisze Marcin Zaremba:

Najczęściej narażonym na atak było się na dworcach kolejowych i w ich okolicach oraz w pociągach, z których zdarzało się, że nieskorych do oddania bagażu pasażerów radzieccy żołnierze wyrzucali nawet w czasie jazdy. 28 lipca 1945 r. w pociągu jadącym na trasie Radom – Skarżysko zgwałcili kobietę, poderżnęli jej gardło, a następnie wyrzucili na tory. Przed śmiercią kobieta na migi wskazała sprawców. Również pod koniec lipca pijani żołnierze sowieccy wyrzucili z jadącego pociągu (między stacjami Jedlnia Letnisko – Radom) polskiego kolejarza oraz jego żonę. Mężczyźnie koła obcięły ręce i jedną nogę, kobieta zginęła na miejscu210.

Ewentualne próby powstrzymania rosyjskich maruderów podejmowane przez milicję, Urząd Bezpieczeństwa, polskie wojsko, a nawet przez innych radzieckich żołnierzy często kończyły się strzelaniną. Do jednego z takich zajść doszło na stacji kolejowej w Radomiu 26 września 1945 roku:

[…] o godz. 9–10, gdy przybył na stację kol[ejową] Radom pociąg osobowy Nr 717, zdążający z Dęblina w kierunku Skarżyska, a w środkowych wagonach jechali żołnierze sowieccy, trzej z żołnierzy w stanie pijanym poczęli rabować pasażerów Polaków cy[wi]lnych, zabierając im pakunki, pieniądze i rzeczy.

Będący na peronie kierownik SOK Rajski i ppor. Pryciak z Miejskiego Urzędu BezP. Publ. w Radomiu, usłyszawszy krzyk pasażerów, weszli do wagonu w celu interwencji. Żołnierza sowieckiego, który trzymał zegarek odebrany pasażerowi w ręku i nie zdążył jeszcze go ukryć, wyprowadzili z wagonu na peron tego żołnierza, kierując się w stronę patrolu bezpieczeństwa, inni żołnierze Armii Czerwonej, widząc to, wyskoczyli z wagonów z zamiarem odbicia swego kolegi, otoczyli Rajskiego i ppor. Pryciaka. W [tym] czasie nadszedł patrol rosyjska z garnizonu z dowódcą garnizonu kapitanem. Komendant zbliżył się do szamoczącego się żołnierza rosyjskiego i chciał odebrać z ręki rewolwe[r], wówczas żołnierze rosyjscy rzucili się na kapitana i poczęli go dusić. Kapitan począł strzelać i rzucił ręczny granat do żołnierzy, w wyniku czego jeden żołnierz został ranny. Posypały się strzały ze strony patroli do żołnierzy, poczym przystąpiono do rozbrojenia ich. Naliczono 4-ch rannych i jeden zabity żołnierzy sowieckich211.

Przejeżdżający przez region czerwonoarmiści czuli się zupełnie bezkarnie i nie uznawali autorytetu polskich instytucji odpowiedzialnych za pilnowanie porządku. Świadczyć o tym mogą dokonywane przez nich rozbrojenia, a nawet zabójstwa polskich milicjantów212. W konfrontacji z dobrze uzbrojonymi grupami pijanych i agresywnych żołnierzy radzieckich polskie służby pozostawały często bezsilne. Nikt i nic nie było w stanie powstrzymać Armii Czerwonej przed rabunkiem i zniszczeniem terenów, przez które maszerowała. Właśnie w tym kontekście należy rozumieć treść pisma wysłanego w maju 1946 roku przez dyrektora szkoły w podradomskim Zwoleniu do Wydziału Oświaty Rolniczej: „W związku z rozpoczęciem się przemarszu wojsk sowieckich i przepędem bydła Dyrekcja Gimnazjum Rolniczego w Zwoleniu uprzejmie prosi o wydanie odpowiednich zarządzeń, zabezpieczających majątek szkolny przed ewentualnymi stratami”213.

Powroty żydowskie

W powojennej rzeczywistości, na którą składały się radość z zakończenia okupacji niemieckiej, problemy aprowizacyjne, zniszczenie przemysłu, bezrobocie, krwawy konflikt między nowymi władzami i antykomunistycznym podziemiem, wysoki poziom pospolitej przestępczości, strach przed dezerterami, radzieckimi żołnierzami i niepewność jutra, stopniowo zaczęli pojawiać się Żydzi. Pierwsze rozczarowanie spotykało ich niekiedy, jeszcze zanim dotarli do rodzinnej miejscowości. Doświadczył tego pochodzący z Radomia dziewiętnastoletni wówczas Henryk R., który w 1945 roku razem z kolegą wracał do Polski z Niemiec. Kiedy dotarli do punktu rejestrującego powracających na dworcu w Poznaniu, pracująca tam dziewczyna zapytała Henryka R. o jego żydowskie imię. R. oświadczył, że ma na imię „Heniek” i nie rozumie, dlaczego dziewczyna pyta go o jego żydowskie imię. W odpowiedzi usłyszał: „Bo jesteś parszywym Żydem!”. Z Poznania mężczyźni dotarli na dachu zatłoczonego do granic możliwości pociągu do Łodzi, gdzie postanowili się rozdzielić. Henryk przybył do Radomia sam. Na dworcu rozpoznali go dwaj chłopcy i skierowali go do Komitetu Żydowskiego oraz prowadzonej przezeń noclegowni. Tam R. dowiedział się, że nikt z członków jego licznej rodziny do tej pory nie wrócił do miasta. Henryk R. przeszedł się ulicą Żeromskiego, po której Żydom nie wolno było się poruszać w czasie okupacji. Znów mógł chodzić jak człowiek po chodniku. Poszedł zobaczyć, jak wyglądało mieszkanie jego rodziców i kto tam teraz mieszkał. Kiedy stał pod swoim rodzinnym domem, ktoś z nowych lokatorów otworzył okno. Henryk odruchowo zawołał wtedy: „Tata!”. Obcy głos z okna oznajmił, że nie jest jego ojcem, i kazał mu się wynosić. R. wspominał, że przepełniał go ból. Miał dziewiętnaście lat. Był zupełnie sam. W Radomiu kilka lat wcześniej mieszkali jego rodzina i przyjaciele, teraz spotkał tu zaledwie kilku sąsiadów214.

Nie istnieją dokładne dane dotyczące liczby polskich Żydów, którzy przeżyli Zagładę, a szacunki historyków bardzo się od siebie różnią. Nie ma wątpliwości co do faktu, że najwięcej osób ocalało na terenie ZSRR – od 300 000 do nawet 600 000, co wydaje się liczbą znacznie zawyżoną215. Wśród ocalałych w Związku Radzieckim byli zarówno uciekinierzy z Polski centralnej, którzy przeważnie na początku wojny zdołali zbiec na wschód, jak i obywatele Polscy, zamieszkujący wschodnie tereny Rzeczypospolitej, zajęte we wrześniu 1939 roku przez Armię Czerwoną. Przeważająca większość osób z obu tych grup przeżyła dzięki ewakuacji w głąb ZSRR lub bardzo często dzięki uwięzieniu w zlokalizowanych tam obozach pracy. Różne są także szacunki dotyczące liczby osób, które Zagładę przeżyły na ziemiach polskich. Liczby te wahają się od 50 000 ocalałych w granicach Polski z 1945 roku po 80 000 – 120 000 ocalałych na terenie całej okupowanej przez Niemców Rzeczypospolitej216. Ludzie ci mieli za sobą bardzo różne doświadczenia. Część z nich doczekała wyzwolenia w niemieckich obozach. Inni przetrwali w ukryciu – w dosłownym sensie tego słowa: na strychach, w piwnicach, oborach, wynajętych mieszkaniach lub pod przybraną, nieżydowską tożsamością. Mniej liczne były osoby, które ocalały, ukrywając się w leśnych bunkrach lub walcząc w partyzantce. Ocalali stanowili między 10 a 19 procent populacji polskich Żydów sprzed września 1939 roku217. Z całą stanowczością należy podkreślić, że nie byli oni grupą reprezentatywną dla przedwojennej społeczności żydowskiej. Odsetek ocalałych i sposób, w jaki przeżyli Zagładę, różnił się także w zależności od regionu Polski, a czasem nawet okolicy czy dzielnicy.

W pierwszych dniach po wyzwoleniu w różnych miejscach kraju zaczęły się pojawiać pojedyncze osoby, a później grupy osób, które przetrwały Zagładę w ukryciu lub na „aryjskich papierach”. Ludzie ci mieli do pokonania najmniejszy dystans geograficzny. W drugiej kolejności przybywali uwolnieni więźniowie niemieckich obozów koncentracyjnych i pracy przymusowej. Dopiero później wracały osoby ocalałe w ZSRR. Największa ich fala napłynęła do Polski między lutym a sierpniem 1946 roku w wyniku odgórnie zorganizowanej tak zwanej repatriacji ze Związku Radzieckiego. W jej wyniku, na terenie powojennej Polski znalazło się ponad 100 000 Żydów-przedwojennych polskich obywateli218. Faktyczna liczba osób, które przybyły z ZSRR, przewyższała oficjalne statystyki repatriacyjne, gdyż jak pisze historyczka Natalia Aleksiun: „Trudna do ustalenia liczba polskich Żydów przekroczyła nową wschodnią granicę Polski poza zorganizowaną repatriacją lub przed jej rozpoczęciem”219.

Większość przebywających tuż po wyzwoleniu w Polsce ocalałych znajdowała się w niezwykle trudnym położeniu. Przede wszystkim byli to najczęściej ludzie zupełnie samotni, bez rodzin i przyjaciół. Nosili bagaż często skrajnie traumatycznych doświadczeń. Wielu z nich było poważnie niedożywionych i chorych, niezdolnych do podjęcia pracy. Ludzie ci, pozbawieni wszelkiego majątku, pozostawali bez środków do życia. Wszystko to sprawiało, że sytuacja ocalałych jako grupy w polskim społeczeństwie był szczególna. Ci, którzy przeżyli, przeszli przez piekło i po wyzwoleniu znaleźli się w społecznej próżni. Stopniowemu zapełnianiu tej pustki służyły żydowskie komitety samopomocowe powstające spontanicznie w różnych miastach Polski niemal natychmiast po ich wyzwoleniu. Już w listopadzie 1944 roku został utworzony Centralny Komitet Żydów w Polsce. Początkowo działał w stanowiącym wówczas centrum polityczne Lublinie, a na początku 1945 roku został przeniesiony do Warszawy. Była to centralna instytucja, której podporządkowały się lokalnie działające wspólnoty ocalałych i która miała dbać o zabezpieczenie bytu wszystkich Żydów przebywających w Polsce oraz reprezentować ich interesy przed władzami państwowymi220. Do całkowitego przejęcia kontroli nad CKŻP przez komunistów w 1949 roku Żydzi cieszyli się w powojennej Polsce częściową autonomią221. CKŻP podlegały wojewódzkie, okręgowe i miejskie komitety żydowskie rozsiane po całej Polsce. Instytucje te reprezentowały społeczności ocalałych przebywających w Polsce. Chociaż w sensie prawnym istniejące po wojnie komitety żydowskie nie stanowiły kontynuacji przedwojennych żydowskich gmin wyznaniowych, to jednak w praktyce często w ten sposób były postrzegane, zarówno przez samych Żydów, jak i przez przedstawicieli władz. Czasem widoczne jest to nawet w języku oficjalnej korespondencji, kiedy urzędy adresowały swoje pisma do gminy żydowskiej, a faktycznie kierowały je do komitetów żydowskich222. Tak jak w wielu innych miastach, również w Radomiu tuż po wyzwoleniu przebywający w mieście Żydzi zorganizowali komitet, który podporządkował się CKŻP. Okręgowy Komitet Żydowski w Radomiu był instytucją o centralnym znaczeniu dla życia ocalałych powracających do miasta i okolicznych miejscowości. Nie tylko reprezentował radomskich Żydów wobec władz, lecz także zapewniał podstawową pomoc ocalałym przebywającym w mieście.

 

Wśród działań podjętych przez CKŻP znalazło się też prowadzenie rejestrów ocalałych. To właśnie z danych CKŻP pochodzą szacunki dotyczące liczby polskich Żydów obecnych w pierwszych latach powojennych na terenie Polski (w jej nowych granicach). Na początku maja 1945 roku w kraju przebywało blisko 43 000 ocalałych, wśród nich około 4700 osób w województwie kieleckim. Do końca roku 1945 liczba Żydów przebywających w Polsce uległa niemal podwojeniu. Liczba ocalałych przebywających na Kielecczyźnie początkowo także rosła. W sierpniu 1945 roku wynosiła niemal 5100 osób, ale w drugiej połowie roku spadła o około tysiąc osób. Zmianę tę spowodowały prawdopodobnie liczne w regionie akty przemocy, których ofiarami padli Żydzi późnym latem i jesienią 1945 roku. Największa w powojennej Polsce liczba Żydów została odnotowana pod koniec akcji repatriacyjnej z ZSRR – na początku lata 1946 roku, przed pogromem kieleckim – w kraju przebywało około 244 000 osób223.

Część z ocalałych, którzy tuż po wyzwoleniu pojawiali się w polskich miastach i miasteczkach, znajdowała się tak naprawdę w drodze do innych miejsc. Podróżowanie po kraju było bardzo utrudnione. Na kolei panował zupełny chaos, do wielu miejsc pociągi początkowo w ogóle nie dochodziły lub kursowały bardzo nieregularnie. Samochodami poruszało się w zasadzie wyłącznie wojsko, przedstawiciele władz oraz organizacji. Osoby prywatne, które nierzadko musiały przemierzyć duże odległości, były skazane na podróżowanie „okazją” na ciężarówkach i chłopskich furmankach, pokonywanie dużych dystansów pieszo lub koczowanie na dworcach kolejowych w oczekiwaniu na kursujący bez rozkładu pociąg. Wymuszało to na podróżnych postoje w nieplanowanych miejscach, a czasem jazdę przez miejscowości będące zupełnie nie po drodze. Pisząc o polskim społeczeństwie tuż po wojnie, Marcin Zaremba porównuje je do magmy224. Jak zauważa:

Polska stała się areną wielkiej wędrówki ludów: Polaków, Niemców, Ukraińców, Żydów i przedstawicieli innych nacji. Powroty rozpoczęły się natychmiast po zakończeniu walk. Do kraju wracali więźniowie obozów koncentracyjnych, jeńcy i robotnicy przymusowi. Do sierpnia 1945 r. z Niemiec wróciło 800 tys. Polaków. W sumie do końca 1947 r. repatriowało się ich do ojczyzny około 1600 tys. Polacy ciągnęli też z Anglii, Węgier, Włoch i innych krajów, do których rzuciła ich wojna. Na powrót zdecydowało się około 285 tys. Polaków i Żydów, deportowanych na Syberię i do Kazachstanu w 1940 r. Największa fala, około 200 tys. osób, napłynęła do kraju wiosną 1946 r. Warto przypomnieć, że na pierwszą połowę tego roku przypada także najbardziej intensywna faza wysiedleń ludności niemieckiej z Polski.

Zakończenie wojny rozpoczęło nie tylko powrót wielomilionowych rzesz do domów, ale i nowy etap przemieszczeń podyktowanych politycznymi decyzjami zwycięzców225.

Wiele osób, będąc na robotach przymusowych, w obozach lub pozostając w ukryciu, żyło nadzieją powrotu do domu. Zdawać by się mogło, że zakończenie okupacji niemieckiej stwarzało możliwość realizacji tych bardzo naturalnych pragnień. Po pewnym czasie zaczęły wracać także niektóre osoby wywiezione na wschód już po wkroczeniu Armii Czerwonej na tereny okupowane dotąd przez Niemców. Jedną z takich osób był policjant Jan Jasek, aresztowany przez NKWD i wywieziony do obozu pracy na Uralu. W swoich wspomnieniach opisał moment przyjazdu z grupą zesłańców z ZSRR do Radomia na początku listopada 1947 roku: „Ze stacji kolejowej w Radomiu udaliśmy się wszyscy wprost do Kościoła N.P.M.226, by się pomodlić, a następnie rozeszliśmy się do swych domów”. Mężczyzna zrelacjonował emocje i niepewność towarzyszące powrotowi do domu:

Nie byłem pewny, czy swoją rodzinę zastanę na starym miejscu, powątpiewałem też, czy w ogóle zastanę ich w Radomiu i czy wszystkich przy życiu.

Podchodząc jednak pod swój dom (a było już ciemno), z radością zauważyłem w swoich oknach te same kwiaty i firanki, byłem więc pewny, że rodzina jest na miejscu, następna chwila miała być najbardziej wesoła lub rozpaczliwa – a więc, czy wszystkich zastanę przy życiu i zdrowiu, czy nie.

I była to naprawdę najradośniejsza w moim życiu chwila, gdy dzięki Bogu zastałem wszystkich z najbliższej rodziny żywych i zdrowych227.

Właściwie dla nikogo spośród tysięcy polskich Żydów przybywających po wojnie w rodzinne strony powrót nie mógł być tak szczęśliwy. Wprawdzie wielu z nich, zwłaszcza w pierwszych tygodniach po wyzwoleniu, żyło nadzieją, że ktoś z ich bliskich przeżył, ale na ogół spotykał ich wielki zawód. Nawet jeśli powracający Żydzi, tak jak polski policjant, rozpoznali swoje firanki w oknach rodzinnego domu, to przeważnie miały one, tak jak i całe mieszkanie, już nowego właściciela. Dlatego wspomnienia Jana Jaska wracającego do swojego miasta z radzieckiego obozu pracy obrazują różnicę doświadczeń powojennych powrotów polskich chrześcijan i polskich Żydów. O ile ci pierwsi w sensie fizycznym i społecznym na ogół wracali do miejsc, które zmuszeni byli opuścić, o tyle ci drudzy najczęściej trafiali w społeczną pustkę, nawet jeśli rozpoznawali mury i ulice swojego rodzinnego miasta.

Ocalałym towarzyszyło poczucie głębokiego osamotnienia. Czterdziestoletnia nauczycielka Lea (Łaja) Pines informowała Wydział Emigracyjny CKŻP w czerwcu 1946 roku: „Obecnie mieszkam w Radomiu i jestem zupełnie sama, bo podczas wojny straciłam wszystkich. Utrzymuję się z lekcji języka francuskiego, których udzielam dzieciom chrześcijańskim, gdyż dzieci żydowskich nie ma w naszym mieście”228. Wielu ocalałych w pełni zrozumiało ogrom swojej straty dopiero po powrocie lub ściśle rzecz ujmując, w czasie próby powrotu do domu229. Aleksander Wajselfisz, wówczas felczer w Wojsku Polskim, odwiedził Radom późną wiosną 1945 roku. Chciał zobaczyć swoje rodzinne miasto. Spotkał tam Józefa, dozorcę kamienicy, w której mieszkał przed wojną. Według relacji Wajselfisza stróż zapytał go: „Gdzie panicz jest?”. Kiedy mężczyzna odparł, że zatrzymał się w Hotelu Europejskim, Józef miał mu powiedzieć: „Panicz tam nie będzie. Tam jest niebezpiecznie. Panicz będzie ze mną na stróżówce”. Wajselfisz chciał jednak najpierw odwiedzić grób zmarłego przed wojną ojca. Kiedy razem z dozorcą dotarł na radomski cmentarz żydowski, młody felczer doznał szoku – na terenie, gdzie kiedyś był cmentarz, teraz pasły się krowy. W rozmowie ze mną wspominał, że w pierwszym odruchu chciał wystrzelać krowy, nie wiedział, co ze sobą zrobić. Jeszcze tego samego dnia wyjechał z Radomia i wrócił do swojej jednostki wojskowej. Wajselfisz był później w Radomiu jeszcze trzy razy. Dwukrotnie, kiedy dowiedział się o ocalałych krewnych. Ostatni raz przyjechał do miasta w 1948 roku, aby sprzedać rodzinną nieruchomość. Każda z tych wizyt trwała zaledwie jeden dzień. Nigdy nie został w Radomiu na noc230.

Rozczarowanie pogłębiała jeszcze niechęć ze strony polskich mieszkańców miasta, z którą bardzo często spotykali się wychodzący z ukrycia Żydzi. Doświadczyli tego między innymi Tuwia Frydman231 i jego towarzysz. W ostatnich dniach przed wyzwoleniem znaleźli oni schronienie w opuszczonym budynku w centrum Radomia i tam doczekali przyjścia Rosjan. Obaj wyszli na ulicę, by przyglądać się wkraczającym do miasta oddziałom Armii Czerwonej. W swoich przypominających reportaż, pisanych w trzeciej osobie wspomnieniach Frydman zanotował:

Rotsztajn [przyjaciel Frydmana] wyprężył się i podeszedł bliżej. Widząc jego semicki wygląd, jakaś kobieta zawołała:

– O! Patrzcie! Nawet i Żydek się zjawił…!

Rotsztajn nie obraził się wcale, ale przeciwnie z dumą odrzekł:

– Ja nie Żydek… ja Żyd…!232

Obaj mężczyźni krążyli po ulicach w nadziei, że w mieście są jeszcze inni ocalali Żydzi, lecz nie spotkali nikogo znajomego. Frydman zapisał, że „oglądało się za nimi wielu Polaków, jakby zobaczyli jakąś zjawę lub dzikie zwierzęta, które pouciekały z klatki cyrkowej”233. Pełne niedowierzania, nieprzychylne nastawienie napotkanych Polaków wspomina też Henryk R. – podczas wywiadu mówił, że kiedy wrócił do Radomia, ludzie patrzyli na niego jak na zwierzę, które uciekło z zoo234. Takie doświadczenia mieli w pierwszych chwilach po wyzwoleniu ocalali także w innych miejscowościach na ziemiach polskich. Marceli Najder, farmaceuta z Galicji, zapisał w swoim dzienniku: „O, Wolności – ten tylko umie Cię cenić, kto Cię stracił… Jesteśmy pijani wolnością. Wychodzimy na ulice, patrzą na nas jak na raroga – dwa lata nie widziano »Żydków« (szlag by ich trafił – nie Żydków, ale przyglądających się)”235. Wrogie uwagi dotyczące Żydów można było usłyszeć wszędzie. Ocalały z warszawskiego getta Mietek Pachter zrelacjonował konwersacje osób stojących w kolejce po żywność w Łodzi:

Rozmowy te zaczynały się na racjach spożywczych, jakie dziś dają, lub na temat dzieci, a kończyły się na Żydach. Stałem w ogonku i przysłuchiwałem się tym rozmowom, które raniły mi serce. Rozmówcy nie wiedzieli, że jestem Żydem, przez co mówili otwarcie o wszystkim. Najczęściej było słychać następujące rozmowy: „Że też tyle ich zostało, gdzie się to paskudztwo uchowało? Bili ich, gazowali, trzymali w zamkniętych gettach i tylu jeszcze jest…”, „A wicie, sąsiadko, uni dostają od swojego komitetu po 10 tysięcy złotych na osobę, a kto z nich szczenię-dziecko ma, ten 50 tysięcy złotych dostaje…”, „Człowiek myślał, że nareszcie będzie miał spokój od nich, ale gdzie tam, uni się rozpanoszyli po całej naszej Polsce…”, „A ino jeszcze im dali karty pierwszej kategorii, że też niemcy nie mogli z nimi zrobić koniec”236.

Pachter opisał także swoją reakcję na to, co słyszał: „Dusza moja krwawiła, bo niezagojona rana otworzyła się znowu i była teraz bardziej bolesna”237.

 

Moment zakończenia wojny dla wielu ocalałych był także chwilą skrajnej samotności, w której uświadamiali sobie swoją stratę. Takie przeżycie opisała w swoich wspomnieniach Maria Orwid. Piętnastoletnią wówczas dziewczynę koniec wojny zastał w Krakowie:

Stałam wśród otaczającego mnie tłumu zupełnie sama i półprzytomna. Wpadłam wtedy w straszliwą rozpacz. Zaczęłam płakać. Szlochałam długo i nie mogłam się uspokoić. W głowie kołatały mi się myśli: „Za późno! Co ja tu robię, kiedy nie ma ani tatusia, ani całej mojej ukochanej rodziny! Po co ja mam dalej żyć?”238.

Także Mietek Pachter wspominał o goryczy towarzyszącej momentowi wyjścia z wyzwolonego obozu: „Tu zaczęła się nasza tragedia. Tu opamiętaliśmy się – kim my jesteśmy, kogo mamy, dokąd pójdziemy? Nikt nas nie oczekuje, nikogo z najdroższych nie znajdziemy”239. Poczucie wielkiego wyobcowania i niechęć ze strony nieżydowskich mieszkańców dla bardzo wielu ocalałych z Zagłady stały się wyznacznikami doświadczenia powrotu do rodzinnego miasta. Nie tylko w Radomiu, ale też w innych miejscach Polski powszechnie spotykali z „powitaniem”, które nakreślił Jan Tomasz Gross: „»Moszek – albo Abramek, Josiek, Szlomek, Szewek, jak wypadało – to ty żyjesz?« – tak zazwyczaj brzmiało zdanie powitalne przy pierwszym spotkaniu znajomych ze szkoły albo z sąsiedztwa. Tyle że w tonie głosu nie słychać było sympatii, raczej zdziwienie i czasami także ukrytą groźbę”240.

Już kilka tygodni po wyzwoleniu w Radomiu przebywało co najmniej 281 Żydów241. Tyle osób zgłosiło się do Komitetu Żydowskiego do pierwszych dni lutego 1945 roku. Przeważali ludzie młodzi i w średnim wieku. Była to sytuacja typowa na ziemiach polskich wcześniej okupowanych przez Niemców. Osoby starsze i dzieci miały mniejsze szanse przeżycia Zagłady242. Wśród ocalałych zarejestrowanych w Radomiu tuż po wkroczeniu do miasta wojsk 1 Frontu Białoruskiego niemal dwukrotnie więcej było mężczyzn niż kobiet. Zaledwie co trzecia osoba pochodziła z Radomia. Nadejście Armii Czerwonej zastało ich w mieście lub jego najbliższej okolicy. Niemal trzysta osób to duża liczba, jeśli wziąć pod uwagę, że wiele obozów nie zostało jeszcze wtedy wyzwolonych, a komunikacja na terenach zajętych przez Armię Czerwoną pozostawiała wiele do życzenia. Niektórzy z tych ocalałych zapewne uciekli, gdy latem 1944 roku Niemcy likwidowali mieszczące się w regionie obozy. Wtedy z ulicy Szkolnej zbiegł między innymi Emil Karpp: „W czerwcu 1944 r. podczas ostatniego wysiedlenia uciekłem. Schowałem się w odosobnionym domu. Później ukrywałem się przez pewien czas u znajomego polaka, a następnie u znajomej polki”243. Uciekinierem był także późniejszy przewodniczący Komitetu Żydowskiego w Radomiu Mojżesz Bojm. Razem z trzema towarzyszami uciekł on z obozu pracy w oddalonym o pięćdziesiąt kilometrów od Radomia Bliżynie: „Odeszliśmy niezauważeni podczas pracy, przebiliśmy mur i uciekliśmy do lasu. Z powodu bliskości frontu na partyzantów nie natrafiliśmy. Błąkaliśmy się po lesie, aż do przyjścia Czerwonej Armii, tj. do 18.I.[19]45 r.”244. Zarówno Karpp, jak i Bojm już w lutym 1945 roku przebywali w Radomiu i tam złożyli relacje o swoich wojennych przeżyciach. Tuż po wyzwoleniu pojawili się także Żydzi, którzy okupację przeżyli po „aryjskiej” stronie w mieście. Po wkroczeniu oddziałów Armii Czerwonej z opłacanej kryjówki u polskiego małżeństwa wyszli Aron Hendel (ofiara jednego z powojennych mordów), jego trzech braci, szwagierka i bratanica245. W pierwszym okresie do miasta przybywały także osoby ukrywające się w podradomskich miejscowościach. Wśród tych ocalałych byli dwaj spokrewnieni ze sobą stolarze Icek Hajder i Zelik Karpman. Ostatnie miesiące przetrwali z trzema innymi członkami swojej rodziny w bunkrze wykopanym pod stodołą u polskich gospodarzy w Biejkowie, wsi oddalonej od Radomia o czterdzieści kilometrów246.

W pierwszych miesiącach po wyzwoleniu liczba przebywających w Radomiu Żydów stale rosła. W połowie lutego było to już 490 osób, a niecały miesiąc później 596247. Trudno ustalić dokładną liczbę ocalałych faktycznie mieszkających w mieście. Ich liczba prawdopodobnie nigdy nie przekroczyła kilkuset osób. Spośród miast województwa kieleckiego więcej Żydów przebywało tylko w Częstochowie. Najwięcej ocalałych było w Radomiu w lecie 1945 roku. Lucjan Dobroszycki, opierając się na danych CKŻP, podaje liczbę 959 osób w Radomiu w pierwszej połowie sierpnia 1945 roku248. Masowe wyjazdy ocalałych z miasta nastąpiły późnym latem 1945 roku i miały związek z eskalacją przemocy, której ofiarami byli radomscy Żydzi. W końcu października 1946 roku w Radomiu mieszkało już tylko 111 ocalałych, przy czym zaledwie kilku­nastu spośród nich przebywało tu od zimy 1945 roku249. Niemal wszyscy Żydzi mieszkający w Radomiu jesienią 1946 roku mieli jakieś wcześniejsze związki z miastem – urodzili się tam lub mieszkali przed wojną. Do końca lat czterdziestych większość ocalałych opuściła Radom, część zapewne wtopiła się w społeczność nieżydowską i przestała utrzymywać kontakty z członkami społeczności żydowskiej. Według danych Urzędu Bezpieczeństwa na początku 1950 roku w Radomiu mieszkało już tylko trzydzieścioro Żydów250.

Wśród ocalałych przebywających w Radomiu najwięcej było rzemieślników. Dużo mniej powróciło przedstawicieli inteligencji i robotników. Prawdopodobnie miało to związek z tym, że rzemieślnicy jako grupa zawodowa byli mniej mobilni w porównaniu z przedstawicielami innych zawodów. W odróżnieniu od lekarzy, prawników, ale też robotników byli silnie związani z konkretną, fizyczną przestrzenią miasta – swoimi warsztatami oraz znajdującymi się w nich narzędziami. Znacznie trudniej było im zaczynać życie od nowa w obcym miejscu.

Mówiąc o liczbie radomskich ocalałych, należy rozróżnić ludzi, którzy zarejestrowali się w Komitecie Żydowskim, oraz tych, którzy w okresie powojennym faktycznie mieszkali w mieście. Do grudnia 1949 roku Komitet Żydowski zarejestrował w mieście co najmniej 1740 osób251, lecz większość z nich nigdy nie mieszkała po wojnie w Radomiu. Przyjeżdżały do miasta, aby załatwić swoje sprawy oraz szukać ocalałych bliskich lub przyjaciół, i przy okazji zgłaszały się do Komitetu. Zwłaszcza w pierwszym okresie rejestracja była pozostawieniem śladu dla osób szukających kontaktu z ocalałymi. Większość z zarejestrowanych natychmiast wyjeżdżała – do Łodzi lub Warszawy, osiedlali się na Ziemiach Zachodnich lub emigrowali z Polski. Byli też tacy, którzy mieszkali w mieście, ale nigdy nie zarejestrowali się w Komitecie. Niektórzy z nich utrzymywali kontakty z przebywającą w Radomiu społecznością ocalałych lub pojedynczymi jej członkami. Inni zaś kontynuowali rozpoczęte w czasie okupacji życie jako nie-Żydzi i już nigdy nie nawiązali łączności ze swoją przedwojenną żydowską tożsamością – z oczywistych względów nie da się oszacować skali tego zjawiska252.

Radość z wyzwolenia i nadzieje ocalałych na odnalezienie bliskich oraz odbudowę życia w miejscu, w którym zostało ono przerwane przez wojnę, zderzały się ze ścianą ludzkiej obojętności, niechęci, a często także wrogości. To doświadczenie należy uznać za centralne dla zrozumienia samego momentu powrotu w rodzinne strony tysięcy polskich Żydów po Zagładzie, w tym Żydów przebywających tuż po wojnie w Radomiu. Rozczarowanie szybko ustąpiło miejsca strachowi. Niechęć i wrogość, z jaką nierzadko spotykali się ocalali Żydzi ze strony polskich sąsiadów, nie były jedynie ograniczone do nieprzyjemnych spojrzeń i słownych docinków. Niekiedy znajdywały także dużo bardziej niebezpieczną manifestację w aktach przemocy wymierzonych przeciwko ocalałym. W prowincjonalnych polskich miastach ta atmosfera wrogości i przemoc miały fundamentalne znaczenie dla kształtu lokalnych społeczności ocalałych.