Pra. O rodzinie IwaszkiewiczówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Wydawnictwo Literackie


Kraków 2012

Spis treści

Karta redakcyjna

Urodziła mi się dziś prawnuczka

I. Ukraina Jarosława, Ukraina Bolesława

Po pansky ne budu howoryty

Obiecuję dać mojej żonie sto rubli

W Jarmolińcach były najlepsze morele

U nas zwyczajnie, po sowiecku

Czy ciepłe macie mieszkanie?

Niech ta duszyczka dla polskości nie przepadnie

Wszyscy robili koszmarne wrażenie

Na etom dywanczykie spat’ nielzia

II. Klan Lilpopów

Przed okiem leśnika nie skryjesz się, panie

Poświęć się, Jadwiniu, dla niej

Pewność, że idziemy drogą swego przeznaczenia

Tak piórkiem, piórkiem?

Hania oczywiście wiedziała

Żądza władzy bez żadnej umiejętności rządzenia

Szorstką ma powłokę, ale dobry jest

Mieszczaninowi obcy jest wszelki snobizm

III. Na Stawisko z płonącej Warszawy

Czy to są konie pana Iwaszkiewicza?

Zakładki w Zamościu bardzo młodne

Panie hrabio, panie ministrze

IV. Ferdydurkistki

Sięgał jej do ramienia

Przecież widzę, że odchowane

V. Pokój dziecinny

Wyniosłem z tej rodzinki, co się dało najlepszego

Uwielbiałam chodzić do Milanówka

Stój, bo strzelam!

Wszystko robiliśmy z babcią

Staranne zakonne wychowanie

Myślałem w kościele o moich córkach

VI. Babcia była taka nieżyciowa

Moje skarpetki nikogo nie obchodzą

Telefonować przed przyjazdem

Świnia! Dupę myje!

Urządzilibyśmy jak z Jurkiem

Po Młodości i Jądrze ciemności — Nostromo

VII. Śliwa, ciotki i Fuły

Droga Haniu, Kochany Jarosławie

Władysław Łokietek był synem Kazimierza Wielkiego

Pomnisz, Haniu, moje słowa

Kheboy too, kheboy too

Wasz dziadek sypiał z moją babką

A czy Markowski kupił sobie dosyć ubrań?

VIII. Najważniejsza była jego twórczość

W każdej chwili może wejść Rollisonowa

Zostawiamy wam straszny świat

Na razie zobacz, co on o Gierku powiedział

Wraca moda noszenia bród

Co twój dziadek na to?

IX. Hela kradnie jedzenie dla kotów

Otczestwo sobaki

Głupia chłopa

A wy musicie herbatę pić?

Firma Medorkiewicz i Tropczyński zrobiła plajtę

X. Przecież trzymałem na ręku króliczka

Najgorsze, co można zrobić rodzinie

Ludzie nie rozumieją mojej rozpaczy

A mnie to dopiero będą chować!

Moja noga tam nie postanie

Bardzo cenne przeżycie

Spis ilustracji

Drzewa genealogiczne — opracowała Ludwika Włodek

Potomkowie Jarosława i Anny Iwaszkiewiczów

Iwaszkiewiczowie

Potomkowie Bolesława Iwaszkiewicza, brata Jarosława

Schemat powiązań rodzinnych Iwaszkiewiczów i Szymanowskich

Lilpopowie

Włodkowie

Redakcja: WIESŁAWA OTTO-WEISSOWA

Indeks osób: MACIEJ ZARYCH

Redakcja techniczna BOŻENA KORBUT

Korekta: HENRYKA SALAWA, ANETA TKACZYK, KRZYSZTOF LISOWSKI

Opracowanie graficzne: Studio TAM

Skład i łamanie: Infomarket

Zdjęcie na okładce: Jarosław Iwaszkiewicz z wnukami, Stawisko, początek lat sześćdziesiątych.

Od lewej: Doda Bogatyńska, Magda Markowska, Maciek Włodek, Jarosław Iwaszkiewicz, Anusia Włodek.

Maluchy: Lenka — córka Wiesława Kępińskiego i Jaś Wołosiuk.

Archiwum rodziny Iwaszkiewiczów/Teresa Markowska

Archiwum Muzeum im. Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów w Stawisku/Fotonova

© Copyright by Ludwika Włodek

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2012

ISBN 978-83-08-04952-5

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 430 00 96

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c. wersja 1

 

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Urodziła mi się dziś prawnuczka

„Urodziła mi się dziś prawnuczka, Ludwika Włodek. Zadziwiające” — zanotował 26 grudnia 1976 roku w dzienniku Jarosław Iwaszkiewicz. Kiedyś wiele bym dała za taki dowód pokrewieństwa. Całe dzieciństwo chwaliłam się, że mam ważnego, słynnego pradziadka, ale najczęściej albo nikogo z moich rówieśników to nie obchodziło, albo nie chcieli mi wierzyć. Raz koleżanka — do dziś się przyjaźnimy — powiedziała mi, że musi zapytać rodziców, czy to możliwe.

W szkole nauczyłam się pokrewieństwo z Iwaszkiewiczem perfidnie wykorzystywać. Na początku liceum nie umiałam zaskarbić sobie przychylności pani od polskiego. W końcu, gdy kazała napisać wypracowanie w formie wywiadu z dowolną osobą, zrobiłam wywiad z moją babcią Marią Iwaszkiewicz-Wojdowską. Tylko po to, żeby zaimponować pani moimi koneksjami. Najpierw dostałam tróję, jak za wszystkie dotychczasowe prace. Miałam jednak podejrzenia, że wypracowanie nie zostało przeczytane. Chyba słuszne, bo po paru miesiącach ta sama pani za ten sam tekst postawiła mi już szóstkę. „Taka była zaimponowano” — jak powiedziałaby Pawłowa, kucharka na Stawisku, w domu moich pradziadków.

Z czasem jednak zdałam sobie sprawę, że afiszując się z pokrewieństwem ze słynnym pisarzem, doprawiam sobie gębę. Ludzi przestaje interesować, kim jestem, tylko czyją jestem prawnuczką. Zważywszy, że chodzi o czwarte pokolenie, może to się wydawać zabawne, ale rzeczywiście spotkałam się z tym kilkakrotnie i nie było to miłe doświadczenie.

Sama nigdy nie wpadłabym na pomysł, żeby napisać książkę o swojej rodzinie. Napisałam artykuł o młodości córek Iwaszkiewicza, czyli mojej babci i jej siostry. Ukazał się pod tytułem Ferdydurkistki ze Stawiska w „Wysokich Obcasach” zimą 2009 roku. Ku mojemu zaskoczeniu został bardzo mile przyjęty — choć nie wszystkim się podobał. Żaden mój tekst nie wywołał tylu komentarzy, listów od czytelników i zainteresowania kolegów z redakcji. Jak zwykle mogłam podejrzewać, że to działa magia nazwiska Iwaszkiewicz. Gdy Wydawnictwo Literackie zaproponowało mi zrobienie z rodzinnych historii książki, postanowiłam wykorzystać tę szansę. Mam, niestety, świadomość, że być może podpisałam wtedy na siebie wyrok, skazujący na bycie do końca życia „prawnusią Iwaszkiewicza”. Jednak pokusa opowiedzenia po swojemu historii tej rodziny była silniejsza.

Nie miałam ambicji napisania kolejnej biografii Iwaszkiewicza ani dzieła o kulturotwórczej roli Stawiska. Interesowało mnie, jaka była ta rodzina i jak życie w niej wpłynęło na najbliższe mi osoby, ze mną samą włącznie. Dlatego czasem znane i zasłużone dla kultury narodowej postacie kwituję kilkoma zdaniami, a rozpisuję się o ludziach, którzy w tekstach o Iwaszkiewiczu publicznym figurują co najwyżej w przypisach: o ojcu Anny Iwaszkiewiczowej — Stanisławie Lilpopie, jej matce — Jadwidze Śliwińskiej czy siostrach Jarosława, tak zwanych Ciotkach.

Ja z Pra, czyli pradziadkiem Jarosławem, zdjęcie zrobione w sypialni Iwaszkiewiczów, 1978. (spis ilustracji)

„Dzisiaj chrzciny Ludwiki. Strasznie miła to dziecina — i jak się rozciąga to moje biedne życie przez nią. [...] przez tę długość życia objęło się taką przestrzeń historii, po prostu wierzyć się nie chce, jak się czyta o tamtych czasach”, pisał Iwaszkiewicz w dzienniku 4 czerwca 1977 roku. Ja to rozciągnięcie też odczuwam. Oczywiście nie dzięki swojemu wiekowi, ale za pośrednictwem wspomnień, listów, notatek, pamiętników i dzienników różnych członków rodziny.

Większość moich rówieśników z trudem może wymienić choćby imiona swoich czworga pradziadków. Ja mogłam czytać intymne zwierzenia moich prapradziadków. To podnieca bardziej niż oglądanie reality show, gdzie występują w końcu obcy ludzie.

Pisanie tej książki było fascynujące. Także dzięki kontaktom ze wszystkimi, bez których pomocy by nie powstała. Szczególnie wdzięczna jestem członkom mojej rodziny: ojcu Maćkowi Włodkowi, ciotecznej babci Teresie Markowskiej, babci Marysi Iwaszkiewicz, ciotce Anusi Włodek i kuzynowi Michałowi Michalskiemu, za to, że podzielili się ze mną wspomnieniami i odpowiadali na setki moich pytań oraz czytali kolejne wersje książki, poprawiając błędy i wyjaśniając nieścisłości. Serdecznie dziękuję także Zosi Dzięcioł, że opowiedziała mi o życiu na Stawisku i za każdym razem, kiedy przyjeżdżałam do stawiskowskiego archiwum, dbała o mnie i mojego syna Mikołaja jak o własne dzieci. Bardzo mi pomogli pan Robert Papieski, wyszukując w archiwum muzeum kolejne teczki z interesującymi mnie dokumentami, pani Małgorzata Zawadzka, znajdując dziesiątki zdjęć i pani Ewa Cieślak, ustalając kilka ważnych szczegółów. Państwo Papiescy i pan Radosław Romaniuk udostępnili mi nie wydane jeszcze, a już odcyfrowane z rękopisu fragmenty dziennika Iwaszkiewicza. Mój daleki wuj, Alik Miszczuk z Kijowa, opowiedział mi o ukraińskiej gałęzi rodziny. Moja ciotka Doda Żakowska pozwoliła mi wykorzystać jako ilustrację swoją najcenniejszą pamiątkę — nigdzie nie publikowane zdjęcie ze ślubu swoich dziadków Bolesława Iwaszkiewicza i Zofii Zmigrodzkiej. Andrzej Biernacki rozmawiał ze mną o naszej wspólnej krewnej, mojej praprababci Jadwidze Śliwińskiej, i o swoich wspomnieniach ze Stawiska. Jacek Lilpop udostępnił mi swój referat o historii rodziny Lilpopów. Adam Michnik zgodził się opowiedzieć mi o relacjach Antoniego Słonimskiego z Iwaszkiewiczem. Mój teść, Andrzej Biernat, pomógł mi odnaleźć trop po moim dalekim przodku Petzoldzie. Moja ciotka Basia Mackiewicz pamiętała wiele ważnych szczegółów z życia rodziny Włodków. Doceniam ich pomoc i wysiłek, a także dziękuję wszystkim innym, którzy poświęcili swój czas, żeby uczynić moją opowieść o rodzinie Iwaszkiewiczów pełniejszą, mniej pretensjonalną i bardziej zabawną.

Pod koniec życia pradziadek napisał wiersz Do prawnuczki:

Ten kwiat, co leci w górze i wieje skrzydłami,

To motyl. Słowo obce, nie wiesz, co to znaczy,

Teraz nie ma motyli. Ten jest jedynakiem.

Za chwilę może i jego nie będzie.

Nie myśl o tym. Patrz, niebo jest takie niebieskie,

Po niebie chmurki lecą, to jasne, to ciemne.

Słońce co rano wstaje, co wieczór zapada.

Świat będzie zawsze piękny, Ludko. I beze mnie.

Pisał jeszcze o nim w dzienniku 4 lipca 1979 roku:

„Tak mnie interesują ci przeznaczeni na rok 2000. Jacy oni będą? Komu będą wierzyć? Czy będą wśród nich silni, mężni, mądrzy. Ilu? Jaki będzie mąż czy kochanek Ludwiki? Nigdy się nie dowiem. Pisał mi Jurek, że wiersz Do prawnuczki taki piękny. Cieszę się. Mam do Ludwiki wielką słabość, tak jak gdyby była moją córką. I ona też zdaje się mnie lubi. Chyba to dobrze, że będzie miała taką pamiątkę po mnie jak ten wiersz. Czy doceni?”.

Doceniam, oczywiście, że doceniam. Tylko zawsze wkurzało mnie to „Ludko”. Z zadowoleniem odkryłam, że w dzienniku jednak pisze o mnie „Ludwika”.

Ja o nim mówiłam „Pra”. Tak samo zresztą określałam prababcię Hanię i ciocię Jadwinię, czyli całą trójkę staruszków, z którymi spędziłam ich ostatnie, a moje pierwsze lata życia.

I tak mi żal, że już sobie nie pogadamy. Dokładnie tak samo jak Jarosława ciekawiło, jacy my, jego następcy, będziemy, mnie interesuje, jacy byli oni. Czy rzeczywiście tacy, jak ich sobie wyobrażam na podstawie śladów, które po nich zostały? Tego już nigdy się nie dowiem. Próbowałam ich w tej książce odtworzyć jak najpełniej, zrozumieć, dlaczego coś robili i co wtedy czuli. I takich przetworzonych, przepuszczonych przez siebie samą przekazuję dalej. Także moim synom, Witkowi i Mikołajowi, którzy, mam nadzieję, dzięki tej książce będą mogli lepiej zrozumieć, kim są.



Nie było jeszcze ciemno, ale słońce już zaszło. Polną drogą jechał wóz zaprzężony w dwa konie. — Prr — woźnica ściągnął lejce. Pod krzakiem w rowie zobaczył owieczkę. Zdziwił się, bo w promieniu kilku kilometrów nie było żadnego gospodarstwa. Zszedł z wozu. Zwierzę patrzyło mu prosto w oczy. Wziął owieczkę na ręce, wgramolił się na wóz i ułożył ją z tyłu za sobą. Ruszyli, ale po chwili konie zaczęły się płoszyć. Rżały przeraźliwie i stawały dęba. Chłop obejrzał się za siebie. Owieczka nadal wpatrywała się w niego mokrymi brązowymi oczami. — Biaaaaszcze, biaaaaszcze... — powiedziała wyraźnie ludzkim głosem.

To jedna z tych strasznych bajek, które opowiadano w dzieciństwie jeszcze mojemu pradziadkowi. Za każdym razem, kiedy słyszę tę historię, przechodzi mnie dreszcz. Przechowała się w naszej rodzinie jako rzadka pamiątka po czasach, gdy moi przodkowie od strony ojca żyli na Podolu, na środkowej Ukrainie. Biaszcze — tak podobno zwracano się tam do owiec.

Przypomniałam sobie tę bajkę, gdy pod koniec lipca 2008 roku z mężem i synem wracaliśmy z Krymu, ze ślubu mojego kolegi ze studiów, krymskiego Tatara — Kurtmoły. Postanowiłam, że przejeżdżając przez Winnicę, zboczymy do Daszowa i Kalnika. Właśnie w tych okolicach musiała powstać bajka, bo tam spędził dzieciństwo pradziadek. W Daszowie pochowany jest jego ojciec Bolesław Iwaszkiewicz.

Przyjechaliśmy do miasteczka koło południa. Środkowa Ukraina, w odróżnieniu od zamożnego Krymu, światowego Kijowa czy europejskiego Lwowa, jest nadal prawie tak zapyziała, jak podejrzewam, że była za Sojuza. Z trudem udało nam się znaleźć sklep, gdy naszemu synkowi Witkowi chciało się jeść albo pić. O żadnej kawiarni czy nawet barze nie było co marzyć. Zagubieni, skierowaliśmy się do gminy, wielkiego gmaszyska dominującego nad asfaltowym placykiem pośrodku miejscowości. Weszliśmy frontowym wejściem i bardzo nas zdziwiło, że wszędzie jest kompletnie pusto. Leżały tam jakieś zakurzone dekoracje, jak z akademii ku czci, walały się stare afisze, pod ścianami stały zdekompletowane rzędy kinowych foteli. W końcu, obszedłszy budynek dookoła, trafiliśmy na inne, malutkie wejście od podwórka, na którym pasły się koza i kilka kur. To była właściwa siedziba gminy.

Żadna z urzędniczek nie była w stanie nam pomóc. Na hasło „Iwaszkiewicz” coś jednej zaświtało, ale nie umiała nas nigdzie pokierować. Trochę nas to zdziwiło, bo wiedzieliśmy od mojej babci, że w sąsiednim Kalniku, gdzie stał kiedyś drewniany dom, w którym mieszkała cała rodzina Iwaszkiewiczów, jest szkoła imienia mojego pradziadka z poświęconą mu salą pamięci. Dopiero jakaś petentka poradziła nam, żebyśmy szukali cmentarza za bramą z czerwonej cegły. Każdego z przechodniów pytaliśmy o cmentarz z ceglastym wejściem albo o Iwaszkiewicza, ale nikt nic nie wiedział. W końcu trafiliśmy na położony kilkaset metrów za budynkiem gminy współczesny cmentarz prawosławny. Wejściem była furtka zwieńczona ceglanym łukiem.

Tam spotkaliśmy dziwnego człowieczka. Ubrany w łachmany, w butach tak dziurawych, że wychodziło mu z każdego po pół stopy zakończonej czarnymi pazurami, wydawał się sprzątać groby.

— Iwaszkiewicz? A! Ojciec tego Iwaszkiewicza, polskiego pisarza — odparł przytomnie na nasze pytanie.

Wyjaśnił dokładnie, jak dojechać na cmentarz, po czym ucięliśmy sobie kilkuminutową pogawędkę na temat pisarstwa mojego pradziadka.

— Najbardziej lubię Krasnyje szczity (Czerwone tarcze), on tam tak pięknie pisze o tęsknocie za ojczyzną — wyznał obdartus.

Do dziś nie wiem, kim był. Może zdegenerowanym nauczycielem albo wariatem — amatorem literatury.

Rodzina Iwaszkiewiczów przed domem w Kalniku, 1901. Jedno z nielicznych zdjęć, na których jest jeszcze mój prapradziadek Bolesław Iwaszkiewicz — z brodą, siedzi obok żony Marii (po lewej). U ich stóp mały Jaroś, po prawej Bolesława siedzi Nucia, obok niej Jadwinia. Pierwsza z lewej to Hela. Niestety nie wiem, kim jest kobieta w białej sukni między Helą a Marią Iwaszkiewiczową. (spis ilustracji)

 

Właściwy cmentarz znajdował się już prawie za miasteczkiem. Ceglana brama okazała się ogryzkiem ceglanej bramy, a sam cmentarz przypominał raczej wygon dla bydła, porosły rzadką trawą, ostem i kępami łopianu. Pasło się tam kilka krów i gęsi z sąsiadującego z nim gospodarstwa, które przełaziły na jego teren przez liczne dziury w płocie. Grób mojego prapradziadka znajdował się w głębi, mniej więcej pośrodku wygonu, i był jedynym grobem, albo przynajmniej jedynym widocznym grobem, na całym placu. Piaskowa, trochę omszała, ale odczyszczona płyta otoczona była, na wzór sowiecki, niską metalową barierką pomalowaną niebieską farbą olejną.

Czułam się zakłopotana. Wydawało mi się, że jestem wzruszona. Uważając, żeby nie łamał mi się głos, wyjaśniłam Witkowi, że tu leży jego praprapradziadek. Złożyliśmy na płycie zebrane wcześniej polne kwiatki. (To mąż kazał mi je zebrać, mnie pomysł składania kwiatków wydał się nieco patetyczny, ale w końcu byłam zadowolona, że je mieliśmy). Głupio mi było odczuwać wzruszenie nad grobem obcego człowieka, który umarł siedemdziesiąt cztery lata przed moim urodzeniem i z którym, poza genami, nie łączyło mnie kompletnie nic.

Ojciec Jarosława — Bolesław Iwaszkiewicz w młodości. (spis ilustracji)

Z Daszowa pojechaliśmy do Kalnika. Tam jedynym śladem po mojej rodzinie był pomnik Iwaszkiewicza przed miejscową szkołą. Bardzo ładny zresztą, tylko z literówką w nazwisku. Izby pamięci nie udało nam się zwiedzić. W szkole były tylko trzy sprzątaczki, które mimo usilnych próśb nie chciały mi jej otworzyć.

— Dyrektorki nie ma, pojechała do Ilińców, pod jej nieobecność nikogo obcego nie możemy tu wpuszczać — powtarzały.

Cała wizyta strasznie mnie przygnębiła. Beznadzieja tego miejsca, postsowiecka brzydota i bylejakość były tak uderzające, że nie umiałam sobie wyobrazić, że kiedyś była tam ta sama ukochana i piękna Ukraina, o której czytałam nie tylko w książkach mojego pradziadka. Patrząc na te pokołchozowe baby w dresach i nylonowych fartuchach i na tych kilku zapitych chłopów, jedyne postacie, które spotkaliśmy w Daszowie, a później w Kalniku, przypomniałam sobie, iż w Książce moich wspomnień Iwaszkiewicza czytałam, że ulubioną rozrywką okolicznej inteligencji były wieczorki, podczas których grywano na fortepianie utwory muzyki poważnej, albo że jego matka uwielbiała konfitury ananasowe oraz że „niezamożni, choć nie ubodzy” rodzice sprowadzili kurlandzką bonę, by uczyła go niemieckiego.

Po pansky ne budu howoryty

Kalnik, gdzie urodził się Jarosław Iwaszkiewicz, leży jakieś dwieście kilometrów na południowy zachód od Kijowa, niedaleko Winnicy. Mój pradziadek był najmłodszym dzieckiem w rodzinie polskiego zubożałego szlachcica Bolesława Iwaszkiewicza, zarządcy cukrowni. Między nim a jego najstarszym bratem, Bolesławem po ojcu, było dziewiętnaście lat różnicy. Miał jeszcze trzy starsze siostry — Helę, Nucię (Annę) i Jadwinię. W rodzinie był też chłopczyk, Staś, umarł jednak w niemowlęctwie.

— Rodzice od dawna nie sypiali razem, bo nie bardzo mogli pozwolić sobie na kolejne dziecko. Pewnego jednak razu zostali zaproszeni na wesele. Ponieważ mieli daleko do domu, po zabawie zostali na noc. Pewnie dom nie był zbyt duży albo gości było wielu, w każdym razie położono ich we wspólnym łóżku. Ja urodziłem się dziewięć miesięcy później. — Tę wersję swojego przyjścia na świat Jarosław Iwaszkiewicz z lubością przedstawiał rodzinie. Nie wiem, skąd miałby to wiedzieć, bo w owych czasach nie rozmawiało się z dziećmi na takie tematy. Może opowiedziały mu to, już dorosłemu, starsze siostry.

Pradziadek wyrastał w specyficznym środowisku kresowym, w którym nieliczni Polacy — urzędnicy, buchalterzy, nauczyciele domowi, zarządcy, jak jego ojciec, czy ziemianie, jak kuzyni jego matki, Szymanowscy — tworzyli własny świat, całkowicie odseparowany od miejscowej chłopskiej kultury ukraińskiej. „Kultura polska była wspaniałym kwiatem bez łodygi”, napisze później Iwaszkiewicz w Książce moich wspomnień.

Jednak podobno rodzeństwo Iwaszkiewiczów znakomicie znało ukraiński, nauczyło się go bowiem przy zabawie z dziećmi służby.

— Ciocia Nucia jako mała dziewczynka przekomarzała się z rodzicami: Ja po pansky ne budu howoryty. Do końca życia klęła po ukraińsku. Zaczynała na wdechu: Hospody pomyłuj, a potem szła wiązanka — opowiada jej bratanica, a moja babcia, Marysia, córka Jarosława.

Ukraińską piosenkę z innej strasznej bajki śpiewała mi jeszcze babcia. To historia chłopki, która chciała okraść swoją zmarłą bogatą sąsiadkę z pierścionków. Nie udało jej się ściągnąć klejnotów ze stężałych pośmiertnie palców, więc obcięła nieboszczce dłonie i zaczęła je gotować w wielkim garze, a sama usiadła prząść. Nagle zza okna chaty dobiegły ją słowa piosenki:

Kury splat’, husy splat’,

Tilki moja kumcia nie spyt’,

Bili moji ruczki waryt’,

Na prypiczku kurzil priade,

Zoloti persteni dere...

Dźwięki piosenki stawały się coraz wyraźniejsze, aż nagle drzwi chaty otworzyły się i w progu stanęła zmarła sąsiadka. W tym samym momencie prząśniczka padła na ziemię jak rażona gromem.

Jarosław też znał ukraiński. Wiele lat później, w latach siedemdziesiątych, gdy jako zasłużony pisarz został zaproszony do Kijowa przez tamtejszy uniwersytet, wygłosił nawet część przemówienia w tym języku.

— Obecni na spotkaniu ukraińscy pisarze i studenci z zachwytu znieśli ojca ze schodów — twierdzi babcia.

Zjazd rodzinny Iwaszkiewiczów w 1897 roku w Czernyszach u Biesiadowskich, czyli siostry mojego prapradziadka Bolesława — Marii i jej męża Juliana. Oboje pośrodku zdjęcia: on z długą siwą brodą, ona siedzi przed nim w czarnej sukni. Na lewo od Biesiadowskiego dwaj bracia Bolesława — Czesław (w mundurze) i Antoni. Mały Jarosław siedzi między swoją ciocią Biesiadowską a matką. Przed nim na ziemi, w kraciastej sukience, najmłodsza z jego sióstr Jadwinia, obok (po prawej) starszy brat Bolo, nad nim w czarnej sukni siedzi siostra Hela, a w ostatnim rzędzie za nią stoi Nucia. Reszta osób na zdjęciu to dzieci i wnuki Biesiadowskich i pozostałych braci Iwaszkiewiczów. (spis ilustracji)

Obiecuję dać mojej żonie sto rubli

Dla naszej gałęzi rodziny Ukraina pozostała abstrakcyjną, odległą krainą. W pamięci mamy jedynie strzępki historii, pojedyncze anegdoty. Gdy byłam dzieckiem, o Kijowie wiedziałam tyle, że mój pradziadek tam studiował i że przechował się w rodzinie wycinek z gazety — opowiadał mi o nim ojciec — w której jednocześnie umieszczono dwie, wydawałoby się, tak samo drugorzędne, informacje, że w Kijowie odczyt o Ibsenie wygłosi Jarosław Iwaszkiewicz oraz że w Petersburgu grupka awanturników napadła na stojący w porcie krążownik „Aurora”.

Kalnik i Daszów były dla mnie na wpół mitycznymi krainami, położonymi poza granicami mojej wyobraźni. Myślę, że podobnie czuli zarówno mój ojciec, jak i nawet jego matka, Marysia, oraz jej siostra Teresa.

Wszystko dlatego, że ojciec Jarosława umarł, gdy chłopiec miał osiem lat, i nie zdążył mu wiele opowiedzieć z historii rodzinnej. We wspomnieniach Jarosława, które później przekazał swoim córkom i wnukom, zachowały się głównie historie związane z rodziną jego matki, Marii Iwaszkiewiczowej, z domu Piątkowskiej.

Brat mojego pradziadka — Bolo Iwaszkiewicz — w młodości. (spis ilustracji)

Jej ojciec, Leopold Piątkowski, wcześnie owdowiał. Kiedyś był podobno bogaty. Rodzinna legenda głosi, że stracił wszystko, został mu tylko wóz i furman. Nie wiadomo dokładnie, dlaczego stracił, ale w tych czasach nie był na Ukrainie jedynym bankrutem. W połowie XIX wieku do Europy zaczęło masowo napływać tanie argentyńskie zboże. Tej konkurencji nie wytrzymało wiele kresowych, marnie zarządzanych, nie modernizowanych albo modernizowanych nadmiernie, gospodarstw szlacheckich.

— Jeździł tak tym wozem od dworu do dworu. Zawsze wysyłał furmana na zwiady, by wypytał, co na obiad. Jak było smaczne, zostawał na kilka tygodni — powtarzała po ojcu babcia Marysia.

Stary Piątkowski nie był chyba tak zupełnie byle kim, skoro udało mu się córkę Marię, późniejszą matkę Jarosława, oddać na wychowanie do bogatych krewnych swojej żony, baronostwa Taubów. Pani Taubowa i matka Marii Piątkowskiej miały wspólnego dziadka.

Maria wychowywała się razem z rówieśnicą Anną, córką Taubów, która później wyszła za Stanisława Szymanowskiego. U opiekunów Maria poznała męża. Bolesław Iwaszkiewicz był nauczycielem domowym Taubów, którzy postanowili zeswatać go ze swoją kuzynką.

Mały Jarosław z matką i siostrami odwiedzał w dzieciństwie leżącą po sąsiedzku posiadłość Szymanowskich, Tymoszówkę. Młodych Szymanowskich było pięcioro: Nula, Feliks, Stasia (śpiewaczka, która później posłużyła Jarosławowi jako pierwowzór postaci Elżbietki ze Sławy i chwały), Karol i Zofia.

— Najbarwniejszą postacią była Nula — podkreśla moja babcia. — Jeździła konno po męsku, ubrana w strój kąpielowy z epoki, czyli długie szarawary i koszulę zapinaną pod szyję. Gdy przejeżdżała przez wieś, towarzyszyły jej wrzaski zdziwionego i zgorszonego tak nieprzystojnym widokiem chłopstwa. „Jestem panna, ale nie dziewica”, zawsze mówiła o sobie.

Znana była z puszczania bąków.

— Miała koleżankę, która zawsze zwracała się do niej: Nula, je t’en pris, ne tire pas — opowiada babcia Marysia. — Wiele lat później, już w Warszawie w czasie okupacji, Nula, wystrojona, w kapeluszu, szła ulicą. Nagle puściła głośnego bąka. Po chwili usłyszała za sobą rubaszne, gardłowe: „Ho, ho, ho, ho, ho”. Skonfundowana odwróciła się, by zobaczyć, kto był świadkiem jej kompromitującego zachowania. Za nią szło dwóch jowialnie uśmiechniętych umundurowanych Niemców.

Szymanowscy traktowali Jarosława trochę jak ubogiego krewnego. Ich matki były bardzo blisko, bo wychowały się praktycznie jak siostry, ale Taubowie, z kurlandzkich baronów, i Szymanowscy — ziemiaństwo, to była jednak trochę inna sfera niż mieszkający w skromnym drewnianym domku przy cukrowni Iwaszkiewiczowie.

— Ty widziałaś zdjęcia tego domu? — pyta mnie mój ojciec. — Rozpadający się, z połatanymi ścianami. Poza tym pamiętam, co ciotki (Jadwinia i Hela) mówiły. O cerowaniu ubrań, o przeciekającym dachu. Nie musieliby chyba tak żyć, gdyby byli zamożni.

— Dziadek opowiadał mi, że znalazł kiedyś list — dodaje ojciec. — „Ja niżej podpisany Bolesław Iwaszkiewicz obiecuję dać mojej żonie sto rubli, jeśli mi urodzi syna”. Napisane to było charakterem pisma jego matki, tylko podpis był ojca. Musiała wymóc na mężu taką obietnicę. Data listu wskazywała, że była już wtedy w ciąży z pierworodnym Bolesławem. Dziadek twierdził, że jego ojciec z danego słowa się nie wywiązał, bo nigdy nie miał wolnych stu rubli, które zamiast przeznaczyć na domowe potrzeby, mógłby dać żonie w prezencie.

Po śmierci męża w 1902 roku Maria Iwaszkiewiczowa dostawała po nim pięćset rubli renty rocznie. Jej trzy córki, jako panny bez posagu, nie miały wielkich szans na zamążpójście. Udało się tylko średniej, Annie, zwanej Nucią. Ale miała wyjątkowego pecha. Może jako mało atrakcyjna partia nie chciała przebierać w kandydatach i zgodziła się na pierwszego, który się nawinął. Jej mężem został więc pewien inżynier. Zamieszkali razem w Baku. Po kilku latach biedna Nucia wróciła jednak na Ukrainę. Mąż okazał się bigamistą. Jej obie siostry nie próbowały nawet szukać szczęścia jako mężatki. Były wspaniale wykształcone na krakowskiej pensji, z łatwością więc znajdowały posady nauczycielek w najlepszych ziemiańskich dworach. Przeżyły całe życie w staropanieństwie.

Jarosław, podobnie jak siostry, już jako kilkunastoletni chłopiec udzielał korepetycji. Spędzał w ten sposób wszystkie wakacje.

Protekcjonalne traktowanie Jarosława przez rodzinę Szymanowskich skończyło się, gdy Karol, wówczas już uznany i bywały w świecie kompozytor, docenił talent młodego kuzyna.

— Wielkie wrażenie wywarło na nim wczesne opowiadanie ojca Ucieczka do Bagdadu — wspomina moja babcia. — A nie był pochlebcą. Gdy ojciec wyjawił mu, że chce zdawać do konserwatorium i pokazał mu jakieś swoje kompozycje, Karol nie okazał entuzjazmu. Ojciec miał o to żal do niego. Ale widać, że przedkładając jego próby literackie nad muzyczne, wskazał mu właściwą drogę.

W Jarmolińcach były najlepsze morele

Do niedawna „rodzinna Ukraina” kończyła się dla mnie gwałtownie na roku 1918. Znałam jeszcze opowieści o pożodze rewolucyjnej, która ostatecznie pogrzebała świat dzieciństwa i wczesnej młodości pradziadka i jego sióstr. Zniszczono Tymoszówkę, która zresztą, jak twierdził pradziadek, i tak okres największej świetności dawno miała za sobą. „Rewolucja ocaliła ten majątek od parcelacji”, żartował. Gorzki to żart, zważywszy, że dwór spalono, a meble, także fortepian Karola, wrzucono do stawu. W majątku ciotki Jarosława, Marii Biesiadowskiej, siostry jego ojca, zaorano nawet sad.

Pierwszy z Ukrainy, w 1918 roku, wyjechał Jarosław. Rok później dołączyły do niego matka z rozwiedzioną ciocią Nucią. Hela i Jadwinia były już na posadach w Królestwie.

— Z tych ukraińskich czasów zostało niewiele. Jeden dzbanuszek na mleko, parę albumów zdjęć — wspomina moja babcia.

Zupełnie inną wizję Ukrainy ma mój kuzyn Michał Michalski. Jest starszy ode mnie o cztery lata. W dzieciństwie spędzaliśmy razem sporo czasu. Mój ojciec, który jest jego ojcem chrzestnym, zawsze bardzo go lubił i chyba trochę starał się wychowywanemu bez ojca Michałowi zapewnić męską rękę. Zabieraliśmy Michała w góry. Do dziś pamiętam, jak wracaliśmy kiedyś szosą z wycieczki w rejonie Morskiego Oka i toczyła się długa dyskusja, czy Michał jest wystarczająco wysportowany. Maciek, mój ojciec, który za najwyższy wyraz sympatii uznaje wypowiadanie kąśliwych uwag pod czyimś adresem, twierdził, że oczywiście nie jest.